30 sie 2018

Czerwony notes - Sofia Lundberg [przedpremierowo]

Tytuł: Czerwony notes
Autor: Sofia Lundberg 
Wydawnictwo, data wydania: Wydawnictwo W.A.B., 5.09.2018 [zapowiedź]
Cena: 36,99 zł


~~***~~

Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo W.A.B.


Staruszka sięga po niepozorny, czerwony notes z okładką wytartą przez lata użytkowania i kolejne podróże, przez niezliczony dotyk dłoni. Przegląda widniejącą na pożółkłych stronach listę imion i nazwisk, adresów, numerów. Każdą z tych osób kiedyś znała, każda z nich składa się na historię jej życia, którą ukryła między kartkami. Wszystko zaczęło się w rodzinnej Szwecji, gdzie jako dziewczynka trafiła na służbę. Potem, będąc nastolatką, przeniosła się do Paryża; w latach 30. jako modelka prezentowała stroje od najsłynniejszych projektantów i pozowała dla prestiżowych pism. Los rzucił ją też do Nowego Jorku w przededniu II wojny światowej. Wraz z nią kolejne kilometry oraz upływający czas pokonywała... miłość. A to zaledwie okruchy z całego życia dziewięćdziesięciosześcioletniej Doris – życia długiego, pełnego wzruszeń, uczuć, wzlotów i upadków. Teraz, na przekór samotności, chce przekazać komuś te wspomnienia. Jenny, jedyna żyjąca krewna Doris, nie ma czasu na przeszłość, bo teraźniejszość jest zbyt absorbująca; próbuje zapanować nad swoim rodzinnym życiem i codziennością, która podążyła w nieco innym kierunku niż jej plany i marzenia. Gdy kobieta nieoczekiwanie zyskuje wgląd w rodzinne tajemnice, przekonuje się, że jej przeszłość jest nierozerwalnie splątana z osobami, których nigdy nie poznała, a które mogą mieć wpływ na przyszłość…

„Rozstanie z ukochaną osobą to najgorsze uczucie, jakie znam, Jenny. Do dziś nie znoszę pożegnań. Odejście kogoś bliskiego pozostawia w naszej duszy bolesną ranę.”*


„Czerwony notes” obejmuje nie tylko niemal sto lat z życia Doris, ale i prezentuje dwie perspektywy czasowe: teraźniejszość poświęconą codzienności Doris i jej relacji z Jenny oraz przeszłość, która sięga aż do dzieciństwa bohaterki i opisuje najważniejsze wydarzenia z jej życia. Doris wraca wspomnieniami do wydarzeń, ale to ludzie są w nich najważniejsi. To oni stanowią kolejne punkty, które zaznaczają nowe etapy w opowieści. Chronologia czerwonego notesu to przede wszystkim chronologia ludzkich losów, za którymi idą emocje, uczucia, marzenia. Poznajemy rodzinę Doris, jej przyjaciół, pracodawców i współpracowników, a także jej wielką, wielką miłość. Jesteśmy świadkami dramatów, trudnych decyzji, triumfów oraz zwyczajności codziennego dnia. Zagłębiając się w zapiski głównej bohaterki, z jednej strony trafiamy do świata, który ciągle się zmieniał i którego już nie ma, ale z drugiej strony on ciągle żyje – jest tak samo barwny, potrafi zachwycać albo przerażać mimo upływu czasu. Życie Doris obfituje w niezwykłe wydarzenia oraz interesujące osoby; chciałoby się ocalić z tej przeszłości jak najwięcej, ale niestety nie jest to nasz wybór. Pamięć Doris, jej stan zdrowia oraz upływający czas narzucają ograniczenia. Chciałabym, żeby autorka pogłębiła niektóre wspomnienia Doris, ujęła ich jeszcze więcej, skupiła się na nich dłużej. Jest w tym ukryta zaleta powieści, bo nie do końca nazwałabym to niedosytem, a raczej czytelnikiem tak zasłuchanym w opowieść, że chce jeszcze, chce więcej. Z drugiej strony pochylam się nad samą konstrukcją powieści – bohaterka, która wraca wspomnieniami do przeszłości, ma już dziewięćdziesiąt sześć lat i jak sama mówi: wspomnienia z młodości są barwniejsze i bardziej wyraziste niż to, co było wczoraj. To uwidacznia się w „Czerwonym notesie”, który wraz ze zbliżającym się finałem stawia na coraz krótsze retrospekcje, przesuwając ciężar na współczesność. Rozważam, czy taki nawiązujący do prawdziwego życia zabieg, mimo że może zostać potraktowany jako niedociągnięcie, jest lepszy niż opcja, w której wszystko jest opisane idealne, dokładnie co do szczegółu. Co wydaje się bardziej realistycznym rozwiązaniem w kontekście prawie stuletniej staruszki, która opisuje swoje życie?


Wydawca złożył na okładce obietnicę, że w trakcie lektury „wzruszenie gwarantowane” i muszę przyznać, że nie jest to tylko pusta reklama. „Czerwony notes” chwyta za serce już od pierwszych stron i to na kilka sposobów. Pozostać obojętnym to w przypadku tej powieści trudna sztuka. Można by zarzucić autorce, że część wydarzeń z życia Doris jest obliczonych specjalnie na to, by wywołać wzruszenie, taki emocjonalny chwyt, ale pojawił się też element, który uderza prosto w serce i któremu trudno właściwie cokolwiek zarzucić, głównie ze względu na jego prawdziwość – a jest nim opis starości, samotnej starości, niezrozumianej, zepchniętej na margines przez pęd codziennego życia młodszych i zdrowszych. Nietrudno zobaczyć w Doris całą grupę emerytów, którzy borykają się ze zdrowiem, samotnością i takim zwyczajnym, codziennym życiem. Nietrudno pomyśleć o tym, ci by się stało, gdyby w sytuacji głównej bohaterki znalazły się nasze babcie i nasi dziadkowie, czy po prostu – starsze osoby, które znamy. Nie da się być obojętnym na drugiego człowieka. Szczególnie gdy, tak jak w przypadku Doris, wchodzimy do jego domu i obserwujemy codzienność, której być może do tej pory nie byliśmy w pełni świadomi, bo w pędzie życia nie było czasu na refleksję. Z „Czerwonego notesu” mogą wyłonić się dla wielu czytelników również bardzo osobiste wzruszenia. Powieść skupia się na życiu, które trwa dzięki przekazywanym wspomnieniom. Doris spisuje swoją przeszłość dla jedynej krewnej, na nowo ożywając osoby, które odmieniły jej świat, ocalając przed zapomnieniem zarówno je, jak i siebie. Na miejscu Jenny autorka stawia za to czytelnika, namawiając go, by nie tracił czasu – by to on pierwszy wyciągnął rękę i zaczął ocalać wspomnienia, by zacząć rozmawiać, pytać o przeszłość, nim będzie za późno. Ten element z pewnością poruszy czułe struny, czy to u osób, które uwielbiają badać przeszłość swojej rodziny, czy to u tych, którzy żałują, że pewnych wspomnień nie poznali i już nie poznają. 

Każdy z nas chciałby zostać zapamiętany. Każde imię to wstęp do nowej historii. „Czerwony notes” to wzruszające świadectwo siły, jaka tkwi w historiach i wspomnieniach przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Musimy pamiętać, że nie każdy ma taki czerwony notes jak Doris i nie każdy ma kogoś, komu może przekazać swoje wspomnienia – czasem tylko nasza wyciągnięta ręka może je ocalić. A po latach, ktoś wysłucha nas.

„Życzę ci wszystkiego tyle, ile potrzeba. Tyle słońca, ile potrzeba, żeby rozjaśniło ci dni. Tyle deszczu, ile potrzeba, żebyś doceniła słońce. Tyle radości, ile potrzeba na wzmocnienie duszy, ale też tyle smutku, ile potrzeba, byś potrafiła docenić drobne przyjemności w życiu. I tyle spotkań, ile potrzeba, żebyś przywykła do pożegnań.”**


____________
*„Czerwony notes” Sofia Lundberg, tłum. Ewa Wojciechowska, str. 119
**tamże, str. 44

21 sie 2018

W pułapce - Magda Stachula

Tytuł: W pułapce
Autor: Magda Stachula
Wydawnictwo, rok wydania: Znak, 2018
Liczba stron: 304
Cena: 37,90 zł


~~***~~




Jak uwolnić się z pułapki, czyli książkowy escape room

Boimy się wielu rzeczy i na wiele sposobów. Czasem strach jest irracjonalny, czasem to jedyne, co podpowiada rozsądek, a czasem to nasz wybór. Od obaw przez silną fobię aż do paraliżującej paniki, od zastrzyku adrenaliny do ogłuszającej ciszy, gdy toniemy w strachu… to nadal tylko początek. Zaledwie sygnał. Potem robimy krok i po spojrzeniu w dół, skaczemy na bungee. Szukamy pająka, który niespodziewanie zniknął nam z oczu. Odbieramy połączenie, które zbudziło nas w środku nocy. Osoba idąca za nami w środku nocy przyśpiesza. Czujemy uścisk na ramieniu i zapada ciemność. Gdy odzyskujemy przytomność, ślady na naszym ciele i otoczenie sprawiają, że znów zaczynamy się bać. Bez względu na to, co widzimy, boimy się. Nawet jeśli nie otacza nas urzeczywistniony koszmar, to wcale nie mamy pewności, że nie tkwiliśmy w nim, zanim otworzyliśmy oczy.

Klara budzi się na klatce schodowej w swojej kamienicy i nie ma pojęcia, co się z nią działo przez ostatnie dwa dni. Ostatnie, co pamięta, to impreza ze znajomymi. Zapisem straconych dni są tajemnicze ślady na jej ciele. Próbując odtworzyć kolejne godziny, natrafia na informację, że wcześniej podobna sytuacja przydarzyła się kobiecie mieszkającej w innym mieście, jednak ślad urywa się na kilku doniesieniach o jej zaginięciu i odnalezieniu. Co się z nią stało później? Prywatne śledztwo Klary nie pozostaje niezauważone – ktoś zostawia jej tajemniczą, z pozoru niewinną przesyłkę, która jednak kryje w sobie niewypowiedzianą groźbę. Czy jej przebudzenie bez pamięci było końcem koszmaru, czy zaledwie jego początkiem? Klara zaczyna się bać – a to tylko wstęp do historii. Czas na konsekwencje.

Dla Magdy Stachuli strach nie ma granic, a zbrodni nie da się zamknąć w czterech ścianach. Przechodząc od klaustrofobicznie małych pokoi aż do wielkich, otwartych przestrzeni i miast rozrzuconych na mapie, udowadnia, że niepokój można znaleźć wszędzie. Blisko, daleko, to nie ma znaczenia, zło pokona każdą odległość. Widzieliśmy to już w „Idealnej”, debiucie, który mocno zaznaczył obecność autorki na rynku i nie brakuje tego w najnowszych tytule, „W pułapce”. Autorka zadaje pytanie, jak daleko można się posunąć, dosłownie i w przenośni. Testuje różne miejsca i okoliczności, by przesunąć dalej granice, znaleźć nowy sposób, by opowiedzieć o najciemniejszych zakamarkach ludzkiej natury. Łączenie takich skrajności pozwala ukazać różne oblicza strachu – oraz oblicza samej pułapki. Czy to umysł Klary, uwięziony w niepewności, czy mówimy o fizycznej niewoli? Zawsze mamy do czynienia z próbą spojrzenia na dany element pod różnym kątem. A potem autorka i tak wywraca wszystko do góry nogami. Szukanie skrajności i różne interpretacje są również nieodłączną częścią w relacjach między bohaterami. Widać, że siłą intrygi są u Stachuli ludzie oraz wytwarzające się między nimi więzi. Bez nich nie ma zagadki; bez tajemnic, kłamstw, prawdy i reszty pomniejszych gierek. Co łączy osobę X z Y, dokąd zmierza historia ? A i co ma wspólnego z B – śledzimy plątaninę losów, próbujemy zrozumieć, czego jesteśmy świadkami, a nasza opinia może diametralnie się zmienić wraz z kolejnymi elementami układanki.

Na pierwszy rzut oka, powieściowa intryga wygląda jak pudełko pełne przypadkowych przedmiotów, których nie sposób ze sobą połączyć. Albo jak gra w Story Cubes, gdy musimy ułożyć historię w oparciu o dziewięć obrazków, które wypadły po rzuceniu kostkami. Trzeba autorce oddać, że z fantazją podchodzi do tego zadania i z polotem łączy kolejne elementy, budując sens tam, gdzie wcześniej były same znaki zapytania. Dzięki temu „W pułapce” jest powieścią, którą się wprost pożera – na plaży, w pociągu, w ogrodzie czy domowym zaciszu. W opisie powieści czytamy: „Klara […] z przerażeniem orientuje się, że od imprezy, na którą wyszła w sobotę, minęły dwa dni” – w podobnym stanie znajduje się czytelnik, gdy dociera do książkowych podziękowań i orientuje się, że wcale nie minęło kilkanaście minut, tylko kilka godzin.

„W pułapce” pożera czas i skutecznie pozwala oderwać się od rzeczywistości. A właściwie to przemocą odrywa nas od rzeczywistości, nie dając wyboru. Właściwie nie ma w powieści dobrego momentu na przerwę. Zawsze chcemy wiedzieć więcej, jeszcze jedna strona, jeszcze jeden rozdział. Jeśli przerwiemy lekturę, myślami i tak tkwimy, nomen omen, w pułapce. Świat tej powieści, tak samo, jak escape room, można opuścić dopiero po rozwiązaniu serii zagadek. W tym przypadku pokój ma wielkość książki, która wciąga czytelnika do rzeczywistości wykraczającej daleko poza te cztery ściany. Jednak w pułapkę wpadła też sama autorka. A może nie tyle wpadła, ile niebezpiecznie się do niej zbliżyła.

Finał w pewnym stopniu został nadszarpnięty przez zabieg, za którym nie przepadam – czy to w powieściach, czy w filmach. Chodzi o rodzaj końcowego streszczenia, które opowiada od początku do końca przebieg intrygi, porządkując wszystkie dowody i elementy. Bez domysłów, bez pola do popisu, wyjaśnia wszystko krok po kroku, od A do Z, jakby upewniając się, czy wszyscy zrozumieli wszystko. To poniekąd niweczy wysiłek czytelnika, który wcześniej próbował na własną rękę rozwiązać zagadkę. Wielu czytelników-detektywów czerpie mnóstwo satysfakcji z prowadzenia własnego śledztwa, a kawę wyłożoną na ławę lubią popijać z kubka, żeby móc dłużej czytać w nocy.

Jeśli strach to dopiero początek, to ja z dużym zainteresowaniem czekam na kontynuację w postaci dalszej twórczości Magdy Stachuli. Jeśli są rzeczy gorsze niż strach, to w tym przypadku mam nadzieję, że kolejne książki będą równie dobre, jak przerażenie.

„Znalazła się w samym środku thrillera, rozwiązuje zagadkę, ale sprawa jej osobiście nie dotyczy. Gwarancja emocji bez ryzyka śmierci. Szkoda, że ja nie mogę się tak wspaniale bawić.” * 


Ależ możesz…

_________*„W pułapce” Magda Stachula, str. 131

6 sie 2018

Wzloty i upadki młodej Jane Young - Gabrielle Zevin

Tytuł: Wzloty i upadki młodej Jane Young
Autor: Gabrielle Zevin
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo W.A.B., 2018
Liczba stron: 352
Cena: 39,99 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo W.A.B.


Czy błędy mają datę ważności? Czy jest taki termin, po którym stwierdzamy „dobrze, błąd przeterminował się, czas o nim zapomnieć”? Kiedy puszczamy w niepamięć; jak dużo czasu potrzebujemy, żeby wybaczyć? Choć rzeczywistość może poddać testowi nasze przekonanie, to jesteśmy w stanie powiedzieć, czego nigdy byśmy nie wybaczyli i nie zapomnieli – i z drugiej strony, sami wiemy, o którym własnym błędzie nigdy nie zapomnimy i nigdy go sobie nie wybaczymy. Ale co z błędami, które z czasem zaczynają się zacierać? Kiedy stwierdzamy, że już nadszedł czas, żeby odpuścić, i jak ma się do tego sam kaliber błędu? Kto lub co tak naprawdę nadaje błędom wagę – umowa społeczna i opinia publiczna, moralność, prawo? Popełniamy różne błędy z różnymi skutkami, czasem konsekwencje są wymierzone tylko w nas, czasem dotykają kogoś innego. A gdy w grę wchodzą inni i jeśli ktoś nie chce zapomnieć o naszym błędzie, czy nawet nie chce go wybaczyć, to kiedy my możemy żyć, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło? 


To pytania, które od kilkunastu lat towarzyszą Avivie Grossman. Aviva, jako młoda stażystka w sztabie kongresmena, nawiązała romans ze swoim żonatym szefem. Związek rozkwitał w sekrecie… Niezupełnie. Aviva anonimowo prowadziła bloga, na którym opisywała kulisy pracy dla polityka oraz swoje życie miłosne. Nie szczędziła również pikantnych szczegółów. Gdy romans wyszedł na jaw, dziennikarze rzucili się na skandal, spragnieni gorących nowinek. I dostali je, gdy znaleziono bloga Avivy. Nietrudno było połączyć opisywane intymne wydarzenia z sylwetkami studentki i polityka. Cała Ameryka miała coś do powiedzenia na ten temat. Wiadomości telewizyjne i serwisy internetowe zdawały się w nieskończoność tworzyć kolejne materiały. Najgłośniejsza była opinia, że studentka uwiodła wpływowego polityka, żeby zrobić karierę przez łóżko. To ona chciała zniszczyć jego karierę, rodzinę, reputację i dotychczasowy dorobek. To ona była puszczalską karierowiczką, to ona była doświadczoną w łóżku uwodzicielką, krytykowaną za wygląd. I w końcu - to ją źle wychowała matka. Podczas gdy na Avivę wylewano kolejne wiadra pomyj, uniemożliwiając jej normalne życie, kongresmen wydał łzawe oświadczenie, żona stanęła za nim murem, a jego polityczna kariera rozkwitała dalej bez przeszkód. Aviva też musiała jakoś dalej żyć. Zmieniła nazwisko, przeniosła się na drugi koniec Stanów i ze wszystkich sił próbowała nie budzić przeszłości. Ona jednak zawsze znajdzie sposób, szczególnie gdy ma się rezolutną córkę, własne dawne niespełnione marzenia i ambicje, a popełniony błąd jest na wyciągnięcie jednego kliknięcia.

Szkarłatna litera na piersi, głośny romans w świecie polityki – czy to nie brzmi znajomo? Skojarzenia nasuwają się same: romans Billa Clintona i Moniki Lewinsky oraz związany z nim skandal. Obydwoje mieli z tego powodu poważne problemy, ale na dłuższą metę tylko jedno z nich ucierpiało. Clinton odbudował swoją karierę, nawet mimo dodatkowych zarzutów o molestowanie i byciu wielokrotnie przyłapanym na kłamstwie. Tymczasem Monika długo nie mogła znaleźć pracy, nikt nie traktował jej poważnie, była zrównywana z ziemią za sprawą niewybrednych żartów i komentarzy na temat wyglądu. Stała się celebrytką, choć korzystanie z tego statusu nie bardzo jej się przysłużyło, tworząc błędne koło: nie mogła prowadzić normalnego życia, a jedyna szansa na zarobek tkwiła w tym, co zniszczyło jej życie. Wiele osób również kwestionowało jej motywacje do ciągłego powracania w światła fleszy. W końcu Lewinsky na pewien czas wyjechała ze Stanów, po czym powróciła i teraz działa jako aktywistka działająca na rzecz ofiar przemocy psychicznej i fizycznej (anti-bullying). Świat od 20 lat zna ją jako „that woman”. 

Romans i skandal obyczajowy, w skutek którego tylko jedna osoba mogła prowadzić dalej normalne życie, a druga miała to życie kompletnie zrujnowane, stał się centralnym punktem powieści „Wzloty i upadki młodej Jane Young”. Czerpiąc ze sprawy Clinton-Lewinsky, a także kilku innych głośnych zdrad, Gabrielle Zevin stworzyła powieść skłaniającą do refleksji, która w dobie ruchu #metoo dokłada swoją cegiełkę do dyskusji o seksualności oraz zmieniającym się rozkładzie sił w relacjach damsko-męskich – bo choć ruch ten rzeczywiście powstał w czasie rosnącej fali oskarżeń o molestowania i gwałty, to od tamtego czasu zrodził również dyskusje na inne tematy, nie tylko dotyczące przemocy seksualnej. Zevin uwypukla podwójne standardy, które między innymi dyktują to, jak postrzegane są osoby w sytuacji skandalu obyczajowego. Nawet gdy nie znamy dokładnie okoliczności, to gdy pojawiają się doniesienia o romansie, nie patrzymy na winowajców przez ten sam pryzmat. To nie są dwie dorosłe osoby, które zrobiły coś, czego nie powinny. Zawsze jest ktoś absolutnie potępiony i ktoś, kto próbuje się wybielić, czy nawet jest wybielany przez opinię publiczną. Aviva jest przedstawiana jako ta zła, rozbijaczka małżeństw, która z premedytacją zapolowała na żonatego mężczyznę. Kongresmena Aarona usprawiedliwia się za to: stresująca praca, problemy małżeńskie, chwila słabości, która została wykorzystana. Gdyby surowość w ocenach miała być fair, ktoś powinien zapytać, dlaczego mężczyzna, będący głową rodziny, który przyrzekał wierność i uczciwość jednej kobiecie, postanowił nawiązać intymne relacje z inną? Dlaczego ta młoda dziewczyna miała czuć się bardziej zobowiązana wobec rodziny kochanka niż on sam, skoro to jej zarzucamy, że rozbiła rodzinę, ale nie kierujemy takich samych oskarżeń pod jego adresem – w końcu to jego działania rozbiły jego rodzinę? Czy starszy, doświadczony, posiadający pozycję, prestiż i władzę mężczyzna nie wykorzystał przypadkiem tej młodej dziewczyny? A gdyby odwrócić sytuację: gdyby zamężna pani polityk wdała się w romans z młodym stażystą, jak mogłyby brzmieć opinie na ten temat? Oczywiście autorka nie twierdzi, że zdradę i romans należy pochwalać, że tylko jedna ze stron jest winna, a druga nie. Zastanawia się tylko nad tym, na jakiej podstawie obarczamy winą, gdy nie znamy wszystkich faktów, co nami kieruje przy wydawaniu opinii, jaką rolę odgrywa wiek, płeć i pozycja, i czy są one ważniejsze od prawdy. Podwójne standardy obejmują również konsekwencje czynu. Aviva od kilkunastu lat nie może zapomnieć o tym, co zrobiła i chociaż ułożyła sobie życie, to widmo tego błędu cały czas nad nią wisi i może jej zagrozić, o czym zresztą traktują „Wzloty i upadki…”. Za to kongresmen nie ma takich zmartwień. Dlaczego w jednym przypadku błąd już dawno się przedawnił, ale w drugim ciągle jest żywy, jakby to było wczoraj? Aviva i Aaron są inaczej traktowani, i znowu tutaj pojawiają się pytania o to, co ma na to wpływ; czy to jeden czynnik, czy jest ich wiele i czy któryś z nich dominuje. 

Historia Avivy to również historie kobiet, które stały się jej bliskie. Obserwujemy matkę Avivy, Rachel, jej córkę, Ruby, oraz żonę kongresmena, Embeth – każda z nich inaczej zmaga się z konsekwencjami romansu Avivy i Aarona, oferując nowe spojrzenie na problem. Przeżycia każdej z nich są również zamknięte w różnych sposobach narracji: oprócz klasycznego narratora pierwszo- i trzecioosobowego, pojawiają się rozdziały w całości ujęte w e-mailach czy ustępy w stylu „wybierz swoją drogę”, gdzie przy każdej ważnej decyzji pojawiają się różne wersje konsekwencji, uzależnione od wyboru. Ta różnorodność i skupienie się na kilku perspektywach wcale nie odciągają uwagi od samej Avivy, wręcz przeciwnie – podkreślają jej przeżycia i problemy, z którymi musiała się zmagać przez całe dorosłe życie. Udowadniają, że za twarzą z okładki brukowca kryje się ktoś, człowiek, który czuje. Aviva to również ambitna studentka, dziewczyna z marzeniami, kochająca córka, a w końcu młoda matka. Zevin pochyla się również nad tym, czy opinia publiczna postępuje słusznie, ciągle na nowo karząc za błąd, skazując w pewnym sensie na dożywocie upokorzeń. O ile Embeth, Rachel i Ruby stanowią dobre tło dla Avivy, o tyle jako jednostki, zdarza im się ginąć w historii. Niektóre poświęcone im wątki pozostawiono bez rozwiązania, w sferze domysłów, inne po prostu urwano, przez co powieść sprawia wrażenie niedopracowanej. Gdyby autorka zdecydowała się oddać im głos na nieco dłużej, „Wzloty i upadki…” nic by na tym nie straciły. Byłby to dzięki temu bogatszy portret kobiet stających w obliczu wyzwania, które jednocześnie może zamienić się w szansę, by zdefiniować siebie na nowo.

Bez moralizatorstwa, za to opierając się na aktualnych problemach, „Wzloty i upadki młodej Jane Young” zadają mnóstwo pytań i zmuszają do szukania odpowiedzi. „Żadna kobieta nie jest samotną wyspą”, zdaje się mówić Gabrielle Zevin. Matki, córki, siostry, znajome i nieznajome – każda z nas opowiada historie innych kobiet. Tylko od nas zależy, jakich słów będziemy do tego używać w świecie, który często bezrefleksyjnie ma już wyrobioną opinię na nasz temat.