30 kwi 2018

I'll Be Gone in the Dark. One Woman's Obsessive Search for the Golden State Killer/ Obsesja zbrodni. Prawdziwa historia najbardziej poszukiwanego seryjnego mordercy w USA - Michelle McNamara

Tytuł: I'll Be Gone in the Dark. One Woman's Obsessive Search for the Golden State Killer
Autor: Michelle McNamara
Wydawnictwo, rok wydania: Faber & Faber, 2018
Liczba stron: 334


Polskie wydanie
Tytuł: Obsesja zbrodni. Prawdziwa historia najbardziej poszukiwanego seryjnego mordercy w USA
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: [zapowiedź] 16 stycznia 2019
Liczba stron: 400



~~***~~


UKRYTY W CIEMNOŚCI

Ciche kroki, szczekanie psa, szelest zarośli, jęk drewnianego parkanu, metaliczny szczęk ogrodzenia, zduszony oddech.

Stłumiony wystrzał. Głuche uderzenie.

Dwanaście morderstw. Pięćdziesiąt gwałtów. Blisko 120 włamań. Dekady poszukiwań, kilometry przebytych dróg, milion niewiadomych. I jedna książka.

Golden State Killer obserwował domy i włamywał się do nich po zmroku. Obudzone ofiary oślepiał światłem latarki i groził im bronią. Najpierw atakował samotne kobiety, później przeszedł do par. Zdarzało się, że świadkami zbrodni były dzieci.
Włamywacz, gwałciciel, morderca działający na terenie północnej i południowej Kalifornii w latach 70. i 80. Policja znalazła na miejscu zbrodni jego DNA, ale nigdy nie powiązano go z żadną osobą. Podejrzani pojawiali się i znikali, pula rosła i malała. GSK pozostał nieuchwytny przez blisko czterdzieści lat. Aż do teraz.

HISTORIA OBSESJI I POSZUKIWAŃ MORDERCY Z GOLDEN STATE

W nocy nie mogłam zmrużyć oka. Miałam wrażenie, że moje zmysły nieznośnie wyostrzyły się, każdy dźwięk wybrzmiewał z siłą wystrzału, każdy szelest niepokoił, każdy błysk światła kojarzył się z włączoną latarką. Jak zasnąć, gdy masz wrażenie, że ktoś cię obserwuje? To absurd, bo rozsądek podpowiadał, że nikogo tam nie ma, że przecież mieszkasz w kilkupiętrowym budynku, więc jak ktoś miałby wejść przez okno? To dobre pytania i racjonalne odpowiedzi powinny mnie uspokoić, ale jedno spojrzenie na szafkę nocną wskazało winowajcę – książkę McNamary. Sprawa GSK paraliżuje rozsądek. Jak słusznie zauważono w I’ll Be Gone in the Dark, większość morderców atakuje w pewnego rodzaju odosobnieniu – boczne drogi, lasy, wabią swoje ofiary do dobrze znanych im miejsc, które mogą kontrolować. Morderca z Golden State wkradał się w nocy do domów, gwałcił i mordował. Robił to wielokrotnie, często na stosunkowo niewielkim obszarze. Terroryzował pojedyncze osoby, jak i całe rodziny. Umykał sąsiadom i detektywom. Uderzał tam, gdzie czujemy się najbardziej bezpiecznie, żerował na przekonaniu, że po przekręceniu klucza w zamku, świat zostaje po drugiej stronie progu. I’ll Be Gone in the Dark mrozi krew w żyłach i działa na wyobraźnię jak mieszanka Minduntera, Manhunt: Unabombera i Making a Murderer, karmiąc się wciąż rosnącym uwielbieniem dla thrillerów i true crime (do którego niedługo dołoży swoją cegiełkę – HBO zakupiło prawa do serialu dokumentalnego [1]). To książka, od której nie sposób się oderwać, nawet mimo zastraszającej ilości informacji. Historia, która rozpoczyna się w latach 70. i 80. i trwa aż dotąd, do 2018 roku, nie tylko opisuje działalność seryjnego mordercy, ale śledzi też rozwój nauki, która, jak wierzyła autorka, pomoże go schwytać, i jednocześnie zatrzymuje w czasie obraz amerykańskiego przedmieścia. Śledztwo i nauka przeplatają się z ludzkim życiem i dramatami ukrytymi w czterech ścianach domów i niepowtarzalnym klimatem ówczesnej Kalifornii. Przyznaję, natłok nazwisk, miejsc, dat, rozbudowane odwołania do zagadnień kryminalistyki i kryminologii oraz powracanie do różnych etapów śledztwa sprawiają, że lektura I’ll Be Gone in the Dark stawia przed czytelnikiem wyzwanie. Żmudne śledztwo przelewa się czasem na karty książki, co nie ułatwia czytania, tak samo jak zaburzona w niektórych miejscach chronologia. To są dwa najpoważniejsze (i jedyne) elementy, które sprawiają, że tytuł nie otrzyma ode mnie najwyższej możliwej oceny. Ilość informacji tłumaczy fakt, że sprawa Golden State Killer złożona jest z trzech osobnych śledztw, dotyczy setek pokrzywdzonych i rozciąga się na całą Kalifornię, podlegając różnym organom. Podobnie można wytłumaczyć uporczywe powracanie do niektórych elementów – wraz z rozwojem kryminalistyki oraz pojawieniem się Internetu, śledczy zyskiwali dodatkowe narzędzia i mogli analizować dowody pod nowymi kątami. Fantastyczne pióro McNamary przeprowadza nas przez cięższe ustępy, podsycając zaciekawienie i zmuszając do przewracania kolejnych stron; wady, które wymieniłam, zostały zrodzone również przez smutne okoliczności i muszę przyznać, że trudno podejść mi do nich z całkowitym obiektywizmem. Michelle niespodziewanie zmarła w trakcie pisania I’ll Be Gone in the Dark, książkę dokończyli jej najbliżsi współpracownicy, korzystając z artykułów, policyjnych akt, gotowych rozdziałów, notatek i transkrypcji wywiadów. Można sobie tylko wyobrazić, jak niezwykły byłby to tytuł, gdyby autorce było dane go dokończyć, skoro już w takiej formie jest świetny.

McNamara oddaje głos ofiarom, świadkom, zawodowym i amatorskim śledczym, a także… sobie. Nie znika z tekstu, staje się bohaterką tak samo jak oni, dzieląc się osobistymi anegdotami i świadomie „spowiadając się” ze swojej obsesji oraz zwątpienia, które nierzadko jej towarzyszyło. Fascynacja true crime, która wyrosła z nierozwiązanego morderstwa dziewczyny z sąsiedztwa, którą znała nastoletnia Michelle, stała się jednocześnie jej powołaniem - i końcu obsesją, gdy napotkała cold case związany z mordercą, któremu później nadała miano, teraz znane na cały świat - Golden State Killer. Można by się zastanawiać, czy taka wyraźna obecność autorki nie zaszkodzi prowadzonemu przez nią śledztwu, czy jej zaangażowanie nie wpłynie na odbiór historii, ale z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że oprócz tytanicznego wysiłku przy gromadzeniu informacji, piekielnej inteligencji, determinacji i zdolności dedukcji oraz talentu pisarskiego, osobowość Michelle jest tym, co stanowi o wyjątkowości I’ll Be Gone in the Dark. To ona związuje ładunkiem emocjonalnym czytelnika wraz ze śledztwem. Oczywiście współczujemy ofiarom, przeraża nas i budzi wściekłość działanie mordercy, frustrują popełniane przez policję błędy, ale jawna obecność autorki nadaje książce jeszcze bardziej ludzki wymiar. To nie jest beznamiętna relacja z pola walki, suchy zapis faktów. Autorka podąża śladami GSK, wertuje niekończące się stosy akt, rozmawia, obserwuje, koresponduje z użytkownikami forów dla detektywów-amatorów, szuka nowych informacji, tworzy hipotezy. Wierzy w potęgę nauki i researchu. Poświęca kolejne ustępy na próby stworzenia portretu mordercy, na wejrzenie w jego psychikę. Coraz mocniej zanurza się w ciemności, w której ukrywa się morderca z Golden State. I ma tego świadomość. Absolutną rewelacją są anegdoty o chłopcu i kocie czy odtwarzaniu zbrodni, które przytacza autorka, a które po części stają się punktem wyjścia do powracającej refleksji na temat mroku, z którego czerpią zarówno zabójcy, jak i ci, którzy próbują ich powstrzymać. Ta płaszczyzna wzbogaca historię mordercy z Golden State, udowadniając, że dobro i pragnienie sprawiedliwości mogą przetrwać lata, a niektórzy są dla nich gotowi wkroczyć w głąb koszmaru.

Gdy dotarłam do końca książki, byłam bliska łez. Z ulgi, że do całej tej pracy sprawiedliwość dopisała swoje postscriptum. Z nadzieją, że ci, którzy przetrwali, odnajdą teraz choć trochę spokoju. Z żalu, że Michelle tego nie doczekała. Z przeraźliwego smutku, że świat stracił tak niesamowitą osobę.

POSTSCRIPTUM

Pewnego dnia, już niedługo, usłyszysz samochód zatrzymujący się przed twoim domem i gasnący warkot silnika. Usłyszysz kroki przed drzwiami. Zadzwoni dzwonek. (…)
To będzie twój koniec.
„Zamilkniesz na zawsze, a ja zniknę w ciemności.” zagroziłeś kiedyś swojej ofierze.
Otwórz drzwi. Pokaż swoją twarz.
Wyjdź do światła.[2]

Dwa miesiące po premierze książki, dwa lata po śmierci Michelle, niemal co do dnia [3], mężczyzna podejrzany o bycie mordercą z Golden State został schwytany. Przerażający i nieuchwytny duch, potwór z najgorszych koszmarów, zyskał twarz człowieka. Przeglądając doniesienia prasowe [4], znalazłam informacje, że dane zawarte w I’ll Be Gone in the Dark po części przyczyniły się do zatrzymania podejrzanego. Na dodatek Billy Jensen, pisarz, który pomagał w ukończeniu książki, miał swój wkład w zidentyfikowaniu GSK [5].

Igła w stogu siana szukana w ciemności.

Michelle McNamara prawie ją znalazła.

Nie dbam o to, czy akurat ja go schwytam. Chcę tylko, by na jego nadgarstkach zacisnęły się kajdanki, a za plecami zatrzasnęła się więzienna krata.[6]


_______
1] Informacje o serialu: http://deadline.com/2018/04/michelle-mcnamara-ill-be-gone-in-the-dark-true-crime-book-docuseries-hbo-1202360109/ 
2] I’ll Be Gone in the Dark, Michelle McNamara, str. 328, tłumaczenie własne
3] Michelle zmarła 21 kwietnia 2016 roku, a 25 kwietnia 2018 roku prokurator okręgowy Anne Marie Schubert ogłosiła na konferencji prasowej, że zatrzymano podejrzanego w sprawie. 
4] Dla zainteresowanych, polskojęzyczne artykuły na temat: 
Wprost: https://www.wprost.pl/swiat/10120459/slynny-golden-state-killer-zlapany-byly-policjant-odpowie-za-12-morderstw-i-45-gwaltow.html 
TVN: https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/kalifornia-zatrzymano-podejrzanego-o-seryjne-morderstwa-w-latach-70-i-80,832473.html   
Materiał Niediegetyczne na YT: https://www.youtube.com/watch?v=p3IT8f3kEQg 
I garść anglojęzycznych:
Oryginalny artykuł Michelle będący podstawą książki:  https://archive.li/20171020222155/http://www.lamag.com/longform/in-the-footsteps-of-a-killer/  
Strona Michelle: http://truecrimediary.com/ 
Guardian: https://www.theguardian.com/us-news/2018/apr/26/golden-state-killer-dna-genealogy-websites 
Relacja kobiety, której matka została zamordowana przez GSK: https://www.goodhousekeeping.com/life/a19515171/golden-state-killer-survivor-interview/ 
Wikipedia: https://en.wikipedia.org/wiki/Golden_State_Killer 
Czteroodcinkowy materiał o GSK na Investigation Discovery: https://www.investigationdiscovery.com/tv-shows/golden-state-killer-its-not-over/ 
Crimefeed: http://crimefeed.com/2018/04/golden-state-killer-suspect-arrested-police-to-announce-capture-of-joseph-james-deangelo/ 
5] Tweet Jensena: 
https://twitter.com/Billyjensen/status/989130609737035779   
6] I’ll Be Gone in the Dark, Michelle McNamara, str. 318, tłumaczenie własne

23 kwi 2018

The Wife Between Us/ Żona między nami - Greer Hendricks, Sarah Pekkanen [przedpremierowo]

Tytuł: The Wife Between Us
Autor: Greer Hendricks, Sarah Pekkanen
Wydawnictwo, rok wydania: St. Martin's Press, 2018
Liczba stron: 346

Polskie wydanie
Tytuł: Żona między nami
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: [zapowiedź] 21.05.2018
Ilość stron: ???
Cena: 37,90 zł


~~***~~



Czy domestic noir, thriller małżeński i inne koszmary spod znaku relacji małżeńsko-rodzinnych kiedykolwiek mi się znudzą? Może kiedyś. Ale ten czas jeszcze nie nadszedł.

„Żona między nami” była jedną z głośniejszych premier początku tego roku. Rywalizowała w tym samym tygodniu z mocno promowaną „Kobietą w oknie”, razem je recenzowano i siłą rzeczy walczyły o podium na listach bestsellerów. Obydwie traktują o kobietach (kiedyś były dziewczyny, teraz mamy żony i kobiety), a podszyta niepokojem historia kręci się wokół intrygi, która może mieć śmiertelnie poważne konsekwencje. Przynajmniej tak się wydaje tytułowej bohaterce. Obserwując wydawniczo-czytelniczy „buzz”, zdaje się, że potyczkę popularności wygrała „Kobieta w oknie”, ale czy to znaczy, że A.J. Finn jest lepszy od duetu Pekkanen-Hendricks? Każda z tych powieści ma elementy, w których radzi sobie albo lepiej, albo gorzej niż rywalka. „Kobieta w oknie” rozpoczyna się nieśpiesznie, autor cierpliwie zagęszcza atmosferę, buduje na kartach powieści psychikę głównej bohaterki i gdzieś pomiędzy tymi elementami tka intrygę, która w finale ujawnia wszystkie oplatające Annę nici i nitki. To powieść, która w dużej mierze opiera się na klimacie i tworzeniu obrazów – mamy widzieć miejsca, sceny, mamy czytać ją jak film (zresztą sam autor ustami bohaterki odwołuje się do filmów). A omawiana „Żona między nami”?

Będziesz przekonany, że wiesz wszystko.

Będziesz przekonany, że to historia chorobliwie zazdrosnej kobiety i jej obsesji dotyczącej nowej wybranki byłego męża.

Będziesz przekonany, że to historia kobiety, która ma poślubić ukochanego mężczyznę.

Będziesz przekonany, że pierwsza żona była katastrofą i mąż po prostu się jej pozbył.

Będziesz przekonany, że znasz motywy, historię, anatomię relacji.

Przekonaj się, że nie wiesz niczego.

Odważne. Czy to oznacza, że Pekkanen i Hendricks mają tyle dodatkowych asów w rękawie, że nie boją się zdradzić tak dużo? Wydawca mógłby przecież zdecydować się na klasyczny opis, który wskazywałby właśnie, że to opowieść o kobiecie, która ma obsesję na punkcie byłego męża i jego nowej wybranki. A jednak zdecydowano się na inne rozwiązanie. Intrygujące. Pomysłowe. W skomplikowane, (eks)małżeńskie perypetie wprowadza nas Vanessa, która nie radzi sobie w życiu i obsesyjnie rozmyśla o swoim byłym mężu i jego nowej wybrance. Richard chce zapomnieć o byłej żonie i rozpocząć nowe życie z piękną narzeczoną, ale nad ich szczęściem wisi cień. Nellie oczyma wyobraźni widzi siebie w białej sukni u boku Richarda, ale trudno rozpocząć nową wspólną przyszłość, gdy przeszłość coraz głośniej puka do drzwi… Tyle musicie wiedzieć. I tyle wystarczy.

„Żona między nami” wciągnęła mnie w grę – chciałam przekonać się, jakie sekrety skrywa, jak bardzo mogę się mylić w ocenie. W trakcie lektury tworzyłam kolejne scenariusze, niektóre absolutnie szalone i próbowałam rozsupłać relację żona-mąż-kochanka. Gdy myślałam, że już wszystko odkryłam, przekonałam się, że był to jedynie wierzchołek góry lodowej. Autorki żonglują perspektywami, próbują zwodzić czytelnika i wprowadzają kolejne zwroty akcji. Bohaterowie igrają z ogniem, a pisarki igrają z nami. I trudno ukryć satysfakcję, gdy przewidzimy ich kolejny ruch. Udało mi się rozgryźć niektóre zwroty akcji, ale nie powiedziałabym, że było to banalnie proste czy przewidywalne. Pekkanen i Hendricks przez całą powieść podrzucają drobne okruchy prawdy, łatwe do przeoczenia informacje, które zaczynają mieć sens dopiero wtedy, gdy je odpowiednio odczytamy. Niewątpliwie próby domyślenia się, o co chodzi i kto macza w tym wszystkim palce, są częścią zabawy. Nie jest to powieść (jak na przykład „Za zamkniętymi drzwiami” B.A. Paris), która bazowałaby na czystych emocjach, nie przyszpila do stron strachem i szybszym biciem serca - raczej stawia na literackiego twistera, a kolejne zwroty coraz mocniej mieszają nam w głowie. Wielu recenzentów krytykuje ich natłok oraz splot okoliczności, ja za to widzę tu okazje, które autorki postanowiły wykorzystać. Jeśli gdzieś dało się wywrócić historię do góry nogami, to na pewno spróbowały coś z tym zrobić. Nie zawsze umiejętnie, bo finał jest za bardzo naciągany, a pewne wydarzenia mogły być rozegrane inaczej. Jest w tym trochę amerykańskiego efekciarstwa, ale na szczęście nie jest tak źle, by pozostawić duży niesmak.

Jednak żeby nie było tak słodko, mam też wrażenie, że część tych wspomnianych asów pochodzi z talii innych autorów.

„Żona między nami” po części mocno polega na rozwiązaniach, które już wcześniej widzieliśmy, przez co elementy kiedyś budzące zaskoczenie, teraz nie wywołują już takiego mocnego efektu. Autorki z jednej strony starają się stworzyć ciekawą historię, poruszyć nowy obszar w relacjach żona-mąż, ale z drugiej niszczą swoje wysiłki, sięgając do ogranych motywów i rozwiązań, które już się opatrzyły. Wymieńmy tutaj chociażby główną bohaterkę, Vanessę, która lubi zaglądać do kieliszka i obsesyjnie rozmyśla o byłym mężu. Jej zachowanie sprawia, że trudno darzyć ją sympatią i obserwujemy jej wysiłki z politowaniem. Zachowuje się, jakby była niezrównoważona i nietrudno pomyśleć o Rachel, „Dziewczynie z pociągu” Pauli Hawkins, czy rywalce, Annie z „Kobiety w oknie” A.J. Finna. Sylwetka bohaterki, która w założeniu miała wprowadzać w błąd, być tą, której nikt nie wierzy, nieważne czy to czytelnik, czy inna postać, teraz jest gwarantem tego, że coś rzeczywiście jest nie tak, że to ona ma rację. Mamy jej nie ufać, a chyba ufamy najmocniej. Zrobiła się z tego taka łopatologiczna wersja psychologii odwróconej. Trzeba oddać autorkom to, że próbują wykorzystać ten schemat na swoją korzyść, oferując całkiem zgrabne wytłumaczenie, ale właściwie nie musiały tak mocno na nim polegać. To, co udało się Hawkins w przypadku Rachel, raczej nie da się powtórzyć. Musimy znosić uzależnienia i nieporadność bohaterki, świetnie zdając sobie sprawę, że jest w tym drugie dno. W tej powieści dzieje się tyle, że takie wprowadzenie jest w ogóle niepotrzebne, a późniejsze wydarzenia tylko uwypuklają zbędność tego zabiegu. Vanessa równie dobrze mogłaby być sympatyczną, perfekcyjną panią domu, uroczą duszą towarzystwa, religijną społecznicą, uduchowioną joginką... Na pierwszy rzut oka. Można tak fantazjować w nieskończoność. W tej powieści tak wiele dzieje się na pierwszy rzut oka, a pozory mylą, więc dlaczego by nie pociągnąć tego dalej? Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, alkoholizm zrobił się nudny, to foreshadowing*, którego nie potrzebujemy. Szczególnie w tej powieści – trzeba by żyć w absolutnej niewiedzy na temat najpopularniejszych thrillerów małżeńskich ostatnich lat, by nie rozpoznać gotowych konstrukcji i nie przewidzieć, do czego one prowadzą. Oczywiście, można spróbować tłumaczyć, że autorki z premedytacją sięgnęły po sztampowe elementy, żeby nadać im nowe życie i stworzyć zaskakujące zwroty akcji, tyle że nieszczególnie daleko od tej sztampowości odeszły, zarówno kreując postać Vanessy, jak i jej byłego męża, Richarda, oraz anatomię ich relacji. Trudno być zaskoczonym, jeśli mamy za sobą lekturę wspomnianej „Dziewczyny z pociągu” oraz „Za zamkniętymi drzwiami”.

Niecierpliwie wyczekiwałam „Żony pomiędzy nami”, skuszona tajemniczą zapowiedzią, która zdradziła wszystko, nie mówiąc nic. Zupełnie jak główna bohaterka. Historia Vanessy, Richarda i Nellie nie odmieni raczej oblicza gatunku, ale gwarantuje kilka godzin zaangażowania w brudne gry małżeńskie, czyli to, dla czego sięgamy po thrillery małżeńskie. Jest to powieść i dobra, i przeciętna, w której rewelacja sąsiaduje ze sztampowością, zaskoczenie z rozczarowaniem. Zapewnia rozrywkę, ale nie robi takiego wrażenia jak Gillian Flynn czy B.A. Paris.

A tymczasem wracając do wspomnianej na początku rywalizacji - jeśli lubicie zagadkę, w której niebagatelną rolę odgrywa klimat, wygra A.J. Finn, jeśli za to oczekujecie wszystkich możliwych twistów i zwrotów akcji, duet Pekkanen i Hendricks będzie dla was najlepszym wyborem.


_________
* to foreshadow – zapowiadać, zwiastować. Twórca filmu bądź powieści pokazuje odbiorcy pewne elementy, które będą miały znaczenie dopiero w późniejszym czasie. Sugeruje, co się wydarzy, ale odbiorca często nie zdaje sobie z tego sprawy i dopiero patrząc wstecz, jest w stanie dostrzec ukryty sens pewnych rzeczy/wydarzeń.

14 kwi 2018

More Happy Than Not. Raczej szczęśliwy niż nie - Adam Silvera


Tytuł: More Happy Than Not. Raczej szczęśliwy niż nie
Autor: Adam Silvera
Wydawnictwo, rok wydania: Czwarta Strona, 2018
Liczba stron: 400
Cena: 36,90 zł


~~***~~




Szczęście nie powinno być tak trudne*

Literacką przygodę z Adamem Silverą rozpoczęłam na długo przed „szczęściem” – sięgając po powieść „They Both Die at the End”, najnowszy tytuł wydany we wrześniu ubiegłego roku w Stanach, nie miałam pojęcia czego się spodziewać. Co prawda recenzenci uprzedzali o smutku, łzach i złamanych sercach, ale w swojej naiwności byłam przekonana, że przecież nie może być aż tak źle (czytaj: aż tak emocjonalnie). Cóż, po przeczytaniu „They Both Die at the End”, gdy po głowie kołatała się myśl „jak żyć?”, nie pozostało mi nic innego, jak tylko potwierdzić – jest aż tak źle. Autor już w tytule ostrzega nas, w jakim kierunku zmierza opowieść (tytuł głosi wprost: na końcu obaj giną), ale i tak zalewają nas kolejne fale skrajnych emocji, a serce łamie się po cichu, by w finale strzaskać się w proch, że tak łzawo to ujmę. Nawet z ostrzeżeniem, nie można się przygotować na to, co szykuje dla nas autor. Nie inaczej jest w „More Happy Than Not – Raczej szczęśliwy niż nie”.

Być może będę odosobniona w tych skojarzeniach, ale historie stworzone przez Silverę zarówno w „They Both Die at the End”, jak i w „More Happy Than Not” przypominają odrobinę odcinki serialu „Black Mirror”, tyle że w wydaniu dla nastolatków. Rzeczywistość, która mogłaby być naszą rzeczywistością, wzbogacona jest o technologię stanowiąca w dużej mierze pretekst do opowiedzenia o kondycji ludzkości, relacjach międzyludzkich, naszym funkcjonowaniu zarówno w odniesieniu do nowych technologii, jak i drugiego człowieka. W „They Both Die at the End” jest to system Death-Cast informujący wybrane osoby, że umrą w ciągu najbliższych 24 godzin. „More Happy Than Not” opiera się za to na istnieniu Instytutu Leteo, miejsca, w którym można wymazać pamięć i manipulować wspomnieniami.

Aaron Soto wie, jak wygląda życie po końcu świata. Samobójstwo ojca wstrząsnęło nim i odebrało mu wiarę w szczęście. Teraz, z pomocą dziewczyny Genevieve i kumpli z osiedla, próbuje pozbierać to, co pozostało z jego życia, choć ma wrażenie, że są to głównie problemy naznaczone smutkiem. Gdy Aaron zaprzyjaźnia się z Thomasem, który jest inny niż reszta jego paczki, spędzony z nim czas uświadamia mu, że może go jeszcze spotkać coś dobrego. Niestety, nie da się ot tak zapomnieć o kłopotach, o czym chłopak boleśnie przekonuje się na własnej skórze. Przekonany, że nie zniesie kolejnego ciosu, postanawia poddać się zabiegowi w Instytucie Leteo i wymazać swoje wspomnienia. Jak mocno trzeba cierpieć, by chcieć stracić część siebie?

Na wstępie trzeba przełknąć gorzką pigułkę – początek zupełnie nie zapowiada niezwykłej powieści. Jest dość chaotycznie, nie bardzo wiadomo, dokąd zmierza historia i muszę przyznać, że początkowe rozdziały zupełnie mnie nie wciągnęły. Zastanawiam się, czy gdyby nie moje uwielbienie dla „They Both Die at the End”, to odłożyłabym książkę na półkę i sięgnęła po inny tytuł. Byłby to błąd, jak udowodniła mi dalsza lektura „More Happy Than Not”, ale nie ukrywam, że nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nic nie zapowiadało tego, co wydarzyło się później - a później nie mogłam się oderwać. Stopniowo zagłębiamy się w historię Aarona, poznajemy jego tajemnice i z każdym rozdziałem otrzymujemy kolejną część układanki, która w finale układa się w pełny obraz życia. Brzmi dość prosto, prawda? Sęk w tym, że u Silvery nie jest to takie oczywiste. Na pierwszy rzut oka to tylko opowieść o chłopaku z Bronksu, który spędza czas z rodziną, dziewczyną i kumplami, kierując się zasadami, które pozwalają przetrwać w nie zawsze bezpiecznej dzielnicy. Jest w nim trochę z dziecka i trochę z dorosłego, krąży między zabawą w chowanego z kumplami a wewnętrznym dramatem, przed którym nie potrafi się ukryć. Ukrywa za to swoje uczucia, tłamsi je, trwając w przekonaniu, że tylko tak będzie mógł normalnie żyć. I tutaj zauważamy płynne przejście od jednego świata do drugiego, od tego, co nam się wydaje, że wiemy o tej historii do tego, czym ona rzeczywiście jest. Rozdarcie Aarona obserwujemy w prawie każdej dziedzinie – od myśli i emocji aż do otoczenia. Uwikłany w konflikt, musi wybierać między tym, kim jest, a kim musi być. By rozwiązać swoje problemy, postanawia sięgnąć po drastyczne rozwiązanie i wymazać część wspomnień. Przestanie cierpieć po śmierci ojca. Będzie inny, będzie lepszy i wszystko się ułoży. Dopasuje się. Adam Silvera w swoim debiucie nie tylko przewrotnie komentuje to, czy można „leczyć” osoby LGBT, ale przede wszystkim patrzy na „More Happy Than Not” szerzej, w kontekście każdego człowieka i jego przeżyć – każdy z nas ma wspomnienia, których wolałby się pozbyć, niełatwe przeżycia, może nawet ktoś myślał o tym, że wolałby być kimś innym. Jednak jeśli wyprzemy się siebie, co nam pozostanie? Czy możemy stawać się sobą w innym wydaniu? Zadając te pytania, Silvera nie sięga po moralizatorski ton, nie tworzy cukierkowej wizji tego, że dobrze być sobą i to gwarantuje szczęście, bo wie, że to złożone zagadnienie. I taka też jest historia Aarona. Towarzysząc bohaterowi w drodze prowadzącej do podjęcia decyzji o zabiegu, zżywamy się z nim, coraz żarliwiej kibicując mu, w nadziei, że wyjdzie na prostą. Powieść uderza w czytelnika dużym ładunkiem emocjonalnym, który autor cierpliwie konstruuje już od pierwszej strony, jakby na przekór przeciętnemu początkowi. Podobnie do widniejącej na okładce eksplozji kolorów, „More Happy Than Not” korzysta z całej palety uczuć, którą doświadcza zarówno główny bohater, jak i czytelnik. Jeśli już przy kolorach jesteśmy, warto wspomnieć o detalach w wydaniu książki – brzegi kartek zabarwiono na fioletowo; plamy przypominają spływającą farbę, jakby ktoś użył sprayu do ozdobienia tomu. Jest to jednocześnie ważny symbol w historii Aarona i świetnie, że zdecydowano się na wykorzystanie tego elementu.

„More Happy Than Not” nie jest lekkie, łatwe i przyjemne. Po lekturze „raczej” nie będziecie szczęśliwi. Przynajmniej nie od razu. To zaskakująca, refleksyjna i w dużej mierze smutna historia, ale i jest w niej nadzieja – zdobyta z trudem, czasem budząca wątpliwości „czy nie lepiej byłoby się poddać?”. Zadając pytanie, czy może istnieć przyszłość bez przeszłości, szczęście bez smutku i zapomnienie bez pamięci, „More Happy Than Not” nikogo nie pozostawi obojętnym. Powtórzę to, co napisałam wcześniej: nawet z ostrzeżeniem, nie można się przygotować na to, co szykuje dla nas autor. W końcu cios w szczękę boli zawsze tak samo, a Adam Silvera udowadnia, że z każdym tytułem jego lewy sierpowy staje się coraz lepszy.

Czasami ból jest tak nieznośny, że na myśl o spędzeniu z nim kolejnego dnia człowiek ma dość. Innym razem ból działa jak kompas, który pomaga przedostać się przez pochrzanione tunele dorastania. Ale ból może pomóc w znalezieniu szczęścia tylko, jeśli go pamiętasz.**

____

* tytuł recenzji zaczerpnięto z powieści More happy than not – Raczej szczęśliwy niż nie, Adam Silvera, tłum. Sylwia Chojnacka, str. 218

** tamże, str. 364

6 kwi 2018

LOVE Line - Nina Reichter

Tytuł: LOVE Line
Autor: Nina Reichter
Wydawnictwo, rok wydania: Novae Res, 2017
Liczba stron: 488
Cena: 39 zł


~~***~~




Znajdź swoją linię serca


Kolorowe czasopisma zalewają nas informacjami, radami i metodami na flirt, udany związek, wyleczenie się ze złamanego serca i znalezienie nowej miłości. „15 najlepszych miejsc na randkę”, „20 miłosnych sztuczek, które sprawią, że on oszaleje na twoim punkcie”, „10 tekstów, dzięki którym ją zdobędziesz”, „5 historii, które przywrócą ci wiarę w miłość”. Można tak wymieniać w nieskończoność – zarówno po stronie magazynów dla pań, jak i tych kierowanych do panów. W sieci nie brakuje ogłoszeń trenerów podrywu i terapeutów dla par, kursów, szkoleń, forów, portali. Cały świat szuka miłości – na chwilę, na zawsze… i za wszelką cenę. Matthew Hansen doskonale o tym wie. Terapeuta od związków, mówca i autor popularnej audycji LOVE Line zjednał sobie sympatię kobiet, doradzając im w sprawie związków i ucząc, jak odnaleźć się w damsko-męskich grach miłosnych. Matt jest na dobrej drodze do stania się randkowym guru – na horyzoncie majaczy autorski program w telewizji. Bethany McCallum pracuje w nowojorskiej redakcji magazynu dla kobiet i po paśmie osobistych porażek otrzymuje szansę na wymarzony awans. Ma napisać artykuł na temat PUA (pick-up artist), zawodowych podrywaczy, którzy uczą mężczyzn, jak podrywać kobiety – stosowane przez nich metody nie zawsze są etyczne i ocierają się o manipulacje. Beth ma zamiar zagłębić się w hermetyczne środowisko i obnażyć metody stosowane przez trenerów podrywu. Matt ma wiedzę, której pragnie Bethany, z kolei Beth… staje się obiektem jego pragnień. Czy odnajdą coś prawdziwego w miłosnych grach?

„LOVE Line” jest nietypową, a przez to wyróżniającą się powieścią obyczajową. Co prawda nie można tego dostrzec na pierwszy rzut oka – w końcu nie brakuje romansów opowiadających o dziennikarkach czasopism kobiecych i rasowych podrywaczach – jednak im bardziej zagłębiamy się w lekturę, tym jaśniejsze staje się, że autorka postanowiła spojrzeć na schematy pod innym kątem. Ze względu na profesje, którymi się parają Matthew i Bethany, mamy wgląd w pozakulisowe działania PUA, czyli trenerów podrywu oraz dziennikarek kolorowych czasopism. Nina Reichter opowiada historię, jednocześnie rozkładając ją na czynniki pierwsze; historii miłosnej towarzyszą uwagi dotyczące psychologii związków, flirt okraszono informacjami na temat technik podrywu, a działalność magazynu kobiecego kryje w sobie informacje związane z chwytami reklamowymi, manipulacją czytelnikiem czy rzeczywistymi odbiorcami poszczególnych artykułów. Niewątpliwie ubarwia to powieść, wnosząc ciekawą perspektywę na chwyty i techniki, o których wielokrotnie czytaliśmy w innych romansach. Jestem pewna, że niejeden bad boy świadomie (albo i nie) korzystał z technik PUA. Wspólna historia Bethany i Matthew to właściwie połączenie dwóch osobnych opowieści: o niej i o nim oraz ich osobistych perypetiach. Wraz z dziennikarką obserwujemy trudy rozwodu i problemy, jakie potrafi nastręczać praca w redakcji. Poznajemy jej przyjaciół i rodzinę oraz ich problemy zawodowe i prywatne. Podobnie jest z Mattem, który wkracza na scenę w otoczeniu bliskich i znajomych, jednocześnie ujawniając kulisy „miłosnego” biznesu. Te dwa światy przenikają się wraz z każdym spotkaniem Beth i Matta, wprowadzając plejadę bohaterów drugoplanowych, reprezentujących różne postawy, interesy i realizujących własne pragnienia. Przy takiej grupie konflikty, intrygi i sekrety wychodzące na jaw to jedynie kwestia czasu. Można nawet dojść do wniosku, że spotkanie Bethany i Matthew to poniekąd pretekst do ukazania szerszego obrazu, który – jak w serialu – wymiennie skupia się na różnych postaciach i wątkach, a dla autorki to wymarzone środowisko do badania relacji międzyludzkich i wywoływania burzy uczuć.

„LOVE Line” nie zaszkodziłoby kilka zdecydowanych cięć, które nadałyby akcji większy dynamizm. Przez drobiazgowe opisy i mnogość wątków, często zatrzymujemy się na dłuższą chwilę i z mozołem przechodzimy do kolejnych rozdziałów. Ze względu na swoją specyfikę, powieść pełna jest introspekcji oraz obserwacji otoczenia i zachowania innych, jednak wśród tego, co jest absolutnie niezbędne, znalazło się też wiele ustępów o niewielkim znaczeniu, nadgorliwych wypełniaczy, które dopowiadały kolejne elementy do już dobrze wykreowanej sceny. Z niektórych można by zrezygnować, jak na przykład opis prozaicznych czynności, albo zamknąć ich przebieg w mniejszej liczbie stron. Trudno ganić autorkę za dbałość o detale i chęć wykreowania możliwie najpełniejszego obrazu, ale mniej słów również potrafi dobrze nakreślić scenę, wprowadzić w klimat, zaznaczyć relacje między bohaterami. Trzeba znaleźć złoty środek między tym, co niezbędne czytelnikowi, by mógł sobie wszystko wyobrazić, a przesytem. Podobnie jest zresztą z mnogością wątków, choć muszę przyznać, że ich poprowadzenie i liczba prawdopodobnie nie stanowiłyby żadnego problemu, gdyby nie wspomniana wcześniej przesadna drobiazgowość. Bo gdy wielowątkowość zderza się ze szczegółowymi opisami, trudną sztuką staje się utrzymanie uwagi czytelnika i wciągnięcie go w lekturę. Być może ta drobiazgowość wynika z faktu, że mamy do czynienia z pierwszym tomem, który ma za zadanie wykreować cały świat i złożone relacje między bohaterami, jako rodzaj podwalin pod kontynuację.

Nina Reichter postawiła przed sobą ambitny plan: opowiedzieć o romansie z nowej perspektywy, poszukać drugiego dna w scenariuszach, które widzieliśmy miliony razy. Mimo niedociągnięć, myślę, że jest to ciekawy kierunek, w którym warto zmierzać. Po odrobinę przydługim wstępie, historia Bethany i Matthew powinna teraz nabrać rozpędu, szczególnie że grają już w otwarte karty. Które z nich postawi wszystko na jedną kartę? Kto wyciągnie asa z rękawa? Wbrew pozorom nic nie jest pewne, szczególnie gdy o najwyższą stawkę gra tak wielu graczy. Skłamałabym, gdybym napisała, że w ogóle nie ciekawi mnie, jak potoczą się ich losy.

Miłość w „LOVE Line” wymyka się każdemu – nieważne, czy jesteś zawodowym podrywaczem, w stałym związku albo straciłeś nadzieję na prawdziwe uczucie – i udowadnia, jak mało o niej wiemy, nawet jeśli próbujemy zamknąć ją w technikach, metodach, radach i wyjaśnieniach.