5 gru 2018

Zanim odfrunę - Hanna Kowalewska

Tytuł: Zanim odfrunę
Autor: Hanna Kowalewska
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo Literackie, 2018
Liczba stron: 568
Cena: 44,90 zł


~~***~~



Muzyka pustki

Zbliż się. Podejdź do starego domu, zajrzyj przez okno, zobacz to, co ukryte za zasłoną. Wejdź do środka, ściągnij prześcieradła, a wraz z nimi zakurzone lata. Zobacz historię do tej pory zamkniętą na cztery spusty – zachęca nas Hanna Kowalewska, powracając do Jantarni. Tym razem barwy jesieni ustąpiły miejsca bielom i błękitom zimy, wiatr wymiata sekrety z kątów, a niektórzy bohaterowie czują powiew wieczności…

„Zanim odfrunę” jest jednocześnie kontynuacją „Tam, gdzie nie sięga już cień” oraz po części jej poprzedniczką – ze względu na przeszłość, bez której ta powieść nie istnieje. Zataczając kręgi w historii Inki, autorka snuje opowieść, którą niby już znamy, uzupełniając ją o to, co wcześniej było niedopowiedziane. A okazuje się, że jeszcze wiele jest do odkrycia. Sercem powieści jest relacja Inki i jej matki, utalentowanej malarki, po której pozostał opuszczony dom, obrazy i sekrety. Dwie kobiety, rozdzielone przez czas i ludzi, spotykają się ponownie, ale tylko w pamięci. Inka próbuje zrozumieć, dlaczego skazano jej matkę na zapomnienie, dlaczego spotykają się z taką niechęcią w miasteczku, dlaczego tyle niezdrowych emocji nadal tkwi w mieszkańcach Jantarni – ale nie tylko w nich.

Bo powrót Inki, którego byliśmy świadkami w „Tam, gdzie nie sięga już cień”, zdaje się nic nie znaczyć w obliczu przeszłości, z którą wielu jeszcze się nie rozliczyło. Trwając w zawieszeniu, są skazani na powracanie do niej wciąż na nowo, otoczeni przez te same duchy, które próbują ignorować. Inka krąży po pustym domu, a przed jej oczyma pojawiają się obrazy odtwarzane z listów, rozmów, rysunków, zapisków. Razem z bohaterką przemierzamy również ulice i uliczki Jantarni, szukając śladów wspomnień i spotykając osoby, które przeszłość wyrzuciła na brzeg.

„Zanim odfrunę” kontynuuje nostalgiczną, refleksyjną, niespieszną opowieść, zagłębiając się w dusze bohaterów. Podobnie jak w przypadku „Tam, gdzie nie sięga już cień”, filarem „Zanim odfrunę” są ludzie. Dla autorki najważniejsze są uczucia postaci, łączące ich relacje, to, kim są dla innych i dla samych siebie, gdy nikogo przy nich nie ma. Przygląda się rodzinom, małżeństwom, parom, ich sekretom i codzienności, plątaninie uczuć. Obecność Inki i jej próby odzyskania historii swojej rodziny stanowią dla innych powód, by spojrzeć w przeszłość, a jednocześnie poddać refleksji teraźniejszość, która z niej wypływa. Powieść oddaje głos zarówno kobietom, jak i mężczyznom, tworząc bogatą galerię interesujących sylwetek, choć na szczególne wyróżnienie zasługują dwie. Niezmiennie fascynującą osobą jest Weronika, która żyje na własnych zasadach i zagarnia dla siebie część powieści, budując historię wewnątrz historii, wprowadzając do „Zanim odfrunę” nową płaszczyznę. Równie ciekawą postacią jest Monika, matka Inki – obecna nieobecna, która pozostawia swoje ślady w pociągnięciach pędzla, tworząc autoportret z palety cudzych głosów, które o niej opowiadają.

Można by zadać pytanie, czy takie snucie opowieści połączone z retro- i introspekcjami nie budzi senności, nie stanowi zbioru dłużyzn? Mówimy przecież o tych elementach w kontekście tytułu liczącego 568 stron. I jest to jedna z najbardziej interesujących cech „Zanim odfrunę” – jesteśmy kołysani rytmem opowieści, trwamy w niej bez świadomości mijającego czasu i ubywających stron. Zasiadamy z bohaterami do starych albumów ze zdjęciami, przechadzamy się ulicami miasta, patrzymy na morze, siedzimy przy stole i przysłuchujemy się rozmowom, uczestniczymy wraz z nimi w prozie życia i nie chcemy jej opuszczać.

Lektura „Zanim odfrunę” jest interesująca z jeszcze jednego powodu. Gdy pomyślimy o poszczególnych wątkach, o niektórych relacjach między bohaterami w oderwaniu od samej powieści, możemy dojść do wniosku, że są one melodramatyczne, niepotrzebnie zagmatwane, że w innej powieści mogłyby być „ciężkostrawne” czy budzić niesmak u niektórych czytelników. Pogodzenie niezwykłej atmosfery melancholii i smutku z tematami, które można zaliczyć do tabu, było na pewno niełatwym zadaniem i mogło wywołać zgrzyt. Choć rewelacje z życia bohaterów czasem powodują uniesienie brwi, to Hannie Kowalewskiej udało się uniknąć taniej sensacji i epatowania hasłem „uwaga, skandal!”. Zamiast tego można poczuć, jakim dramatem dla bohaterów były niektóre wydarzenia i jak długo zmagali się z ich konsekwencjami. W „Zanim odfrunę” chwile, które ocierają się o metafizykę, piękno i spokój, graniczą z trudną i gorzką codziennością. Choć jest to ukryte między wierszami, w książce nie brakuje powracającego falami rozgoryczenia, zagubienia, wyrzutów sumienia, żalu czy uczuć, do których ludzie zwykle wstydzą się przyznać przed innymi. To właśnie emocje i refleksje zdają się najważniejsze, a prowadzące do nich sytuacje, przecież równie ważne, stanowią po części środek do celu, jakim jest ich ukazanie.

„Zanim odfrunę” to opowieść o korzeniach ukrytych w minionym czasie, o poszukiwaniu swojej tożsamości i zrozumieniu, które jest nam niezbędne, byśmy mogli ruszyć dalej – w przyszłość. Inka, choć szuka odpowiedzi na pytania związane z matką, tak naprawdę szuka tego, czego szukają wszyscy: spokoju ducha. A czy każdy może go znaleźć, patrząc wstecz? Być może na to pytanie odpowiedzą kolejne tomy, jeśli tylko autorka zechce wrócić do Jantarni.

„Człowiek zawsze szuka dodatkowych sensów, a może wszystko, co ma do zrobienia, to przeżyć życie”.*

____________

* H. Kowalewska, „Zanim odfrunę”, s. 125.

14 lis 2018

Darmowe książki, książki darmowe, całkiem nowe! Akcja Czytaj PL

Na wstępie - bierzcie, dzielcie się i czytajcie! :) A ciekawskich zapraszam również poniżej, do informacji na temat akcji Czytaj PL i tytułów, które są dostępne.



Zeskanuj, pobierz, Czytaj PL!

Największa w Polsce – i najpewniej także na świecie – akcja promująca czytelnictwo powraca już 2 listopada! Około 180 tysięcy – tyle książek przeczytali już do tej pory jej uczestnicy. Tego roku w 500 miastach i miejscowościach pojawią się darmowe wypożyczalnie e-booków dostępne dla każdego. Będzie można z nich skorzystać m.in. na przystankach, w bibliotekach i instytucjach kultury. Tegorocznej edycji Czytaj PL po raz kolejny towarzyszy akcja „Upoluj swoją książkę”. Dzięki niej w promocję czytelnictwa zaangażowano uczniów, a plakaty dające dostęp do bestsellerów pojawią się w tysiącu szkół średnich! Na czytelników czekają m.in. dzieła Olgi Tokarczuk, Johna Flanagana czy Remigiusza Mroza.

Akcja Czytaj PL opiera się na dwóch prostych zasadach.

Po pierwsze, aby zachęcić do czytania, nie wystarczy o nim mówić, trzeba udowodnić, że każdy może znaleźć książkę dla siebie. Dlatego nie chodzi tylko o ułatwienie dostępu do książek, ale należy dobrać lektury dostosowane do upodobań konkretnych odbiorców oraz umożliwić im wygodne czytanie. Większość z nas korzysta ze smartfonów czy tabletów, dlatego organizatorzy akcji otwierają dostęp do publikacji za pomocą tych urządzeń.

W tym roku na siedmiu tysiącach nośników znajdą się kody QR dające dostęp do 12 bestsellerów, z których wiele to nowości z 2018 roku. Wystarczy zeskanować kod, aby do końca listopada cieszyć się darmowymi e-bookami i audiobookami. Wśród tytułów biorących udział w akcji każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie. „Opowiadania bizarne” Olgi Tokarczuk, nagrodzonej niedawno prestiżową Man Booker International Prize, to zaskakujące i nieprzewidywalne historie, dzięki którym inaczej spojrzymy na otaczającą nas rzeczywistość. Z kolei „Komeda. Osobiste życie jazzu” Magdaleny Grzebałkowskiej to jedna z najgłośniejszych i – jak piszą krytycy – najlepszych biografii ostatniego czasu. Na fanów kryminału czekają powieści Remigiusza Mroza i Wojciecha Chmielarza. Miłośnicy literatury kobiecej będą mogli za darmo przeczytać „Okruch” Anny Ficner-Ogonowskiej, a młodzi wielbiciele fantasy – pierwszy tom „Zwiadowców” Johna Flanagana.

Po drugie, ludzie czytają książki, kiedy wiedzą, że ich znajomi też po nie sięgają. Od lat potwierdzają to raporty Biblioteki Narodowej. Dlatego każdy, kto weźmie udział w akcji Czytaj PL, może zaprosić do niej kolejne 5 osób, by i one mogły cieszyć się doskonałą lekturą.

Tak jak w ubiegłym roku kampanię Czytaj PL uzupełnia akcja „Upoluj swoją książkę”, dzięki której uczniowie mogą wypożyczyć książkę podczas pięciominutowej przerwy na korytarzu szkolnym – wystarczą do tego smartfon i aplikacja. Do tegorocznej edycji zostało przyjętych blisko 1000 szkół średnich, które otrzymają plakaty dające dostęp do darmowych e-booków i audiobooków.

Podobnie jak w ubiegłym roku akcja będzie miała też prawdziwą armię Ambasadorów – 1000 nauczycieli oraz 1000 uczniów, którzy – ubrani w koszulki z zabawnymi, zagadkowymi hasłami („Szafiarka foliałów” oraz „Eksponent almanachów”) i QR-kodem dającym dostęp do książek – będą zachęcać do czytania swoje koleżanki i kolegów w szkole i mediach społecznościowych.

Akcja Czytaj PL już po raz szósty organizowana jest przez Krakowskie Biuro Festiwalowe – operatora programu Kraków Miasto Literatury UNESCO – oraz platformę Woblink.com, a od ubiegłego roku także przez Instytut Książki.

Czytaj PL trwa od 2 do 30 listopada. Aby skorzystać z darmowych wypożyczalni e-booków i audiobooków, należy pobrać bezpłatną aplikację Woblink ze sklepu App Store lub Google Play i przejść do zakładki Czytaj PL. Wystarczy zeskanować kod QR umieszczony m.in. na każdym plakacie, aby otrzymać dostęp do darmowych e-booków. Lokalizator darmowych wypożyczalni e-booków można znaleźć na stronie www.czytajPL.pl.

Akcja Czytaj PL jest nieustannie organizowana w ramach programu Kraków Miasto Literatury UNESCO.

Lista dostępnych książek:

1. Olga Tokarczuk „Opowiadania bizarne”
2. Magdalena Grzebałkowska „Komeda. Osobiste życie jazzu”
3. Christophe Galfard „Wszechświat w twojej dłoni”
4. Anna Brzezińska „Córki Wawelu”
5. Wojciech Chmielarz „Cienie”
6. Anna Ficner-Ogonowska „Okruch”
7. Remigiusz Mróz „Hashtag”
8. Mark Bowden „Polowanie na Escobara”
9. Joanna Jax „Zemsta i przebaczenie”
10. Reni Eddo-Lodge „Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry”
11. Ariely Dan „Potęga irracjonalności”
12. John Flanagan „Zwiadowcy. Księga 1. Ruiny Gorlanu”

Organizatorzy Czytaj PL: Miasto Kraków, Krakowskie Biuro Festiwalowe, Woblink

Partner strategiczny: Instytut Książki

Wydawcy: Znak, Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Otwarte, Wydawnictwo Marginesy, Wydawnictwo Karakter, Wydawnictwo Poznańskie, Czwarta Strona, Wydawnictwo Jaguar, Smak Słowa, Wydawnictwo Videograf

Miasta partnerskie: Kraków, Białystok, Częstochowa, Gdynia, Legnica, Lublin, Opole, Poznań, Przemyśl, Rzeszów, Słupsk, Szczecin, Toruń, Wrocław

Miasta Literatury UNESCO biorące udział w akcji: Dublin, Nottingham, Praga, Reykjavík

Pozostałe miasta, w których będą rozwieszone plakaty akcji Czytaj PL: Bydgoszcz, Bytom, Chorzów, Gdańsk, Katowice, Kijów, Łódź, Mińsk, Mysłowice, Rybnik, Tychy, Warszawa, Wiedeń, Wilno, Zabrze oraz ok. 500 innych miejscowości 

4 paź 2018

Chrobot. Życie najzwyklejszych ludzi świata - Tomasz Michniewicz [przedpremierowo]

Tytuł: Chrobot. Życie najzwyklejszych ludzi świata
Autor: Tomasz Michniewicz
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: [zapowiedź] 17.10.2018
Liczba stron: ok. 460
Cena: 44,90 zł - oprawa twarda


~~***~~




Siedem codzienności

Świat to duże słowo. Wycinek. […] To tylko wycinek. Jeśli ma sens, łatwo uwierzyć, że to już wszystko. A ilu tych wycinków nie widzimy, bo nam ich ktoś nie pokazał, bo akurat na tamte nie trafiliśmy*.

Mogłabym zacząć górnolotnie: o sensie życia, przeznaczeniu, o naszej roli w świecie. Ale „Chrobot” woli to, co zwykłe, to, co u podstaw. Czyli zaczniemy zwyczajnie. 

„Chrobot”, czyli najnowsza książka Tomasza Michniewicza, to opowieść o siedmiu codziennościach. Zwyczajnych, a jednocześnie fascynujących. W przeplatających się krótkich i nieco dłuższych ustępach poznajemy życie siedmiorga dzieci z Finlandii, Kolumbii, Japonii, Ugandy, Kalkuty w Indiach, USA, Zimbabwe i towarzyszymy im aż do dorosłości. Opowieść rozpoczyna się, gdy bohaterowie mają około sześciu lat; są dziećmi, ale dzieciństwo każdego z nich przybierze inny kształt. Później wkraczamy w burzliwy okres dorastania, który doprowadzi nas do dorosłości stawiającej kolejne wyzwania. Ciekawe, bo kogo nie zaciekawiłoby życie z innego kraju czy nawet kontynentu? Proste, prawda? Ot, historie z życia – nadzieje, radości, smutki, wyzwania. Jednak z tej prostoty wyłania się chyba najtrudniejsza i jedna z najbardziej ambitnych książek autora. Począwszy od formy, która wymaga od czytelnika uważnej lektury, skupienia, wejścia w pewną formę dialogu, przez poruszane tematy, na refleksjach, które pozostają z czytelnikiem, „Chrobot. Życie najzwyklejszych ludzi świata” to wielopłaszczyznowa, niepowtarzalna i fascynująca opowieść, próbująca nakreślić świat, w którym żyjemy. Próbująca, bo autor nie uzurpuje sobie prawa do objaśniania całego świata. To ledwie wycinek.

Tomasz Michniewicz kontynuuje reportaż zaangażowany, uświadamiający, który pochyla się nie tylko nad człowiekiem jako jednostką, ale i nad globalnymi problemami, w które jest on uwikłany, co ostatnio widzieliśmy w „Świecie równoległym”. Tym razem jednak „Chrobot” idzie o krok dalej – nie patrzymy już na świat poza kadrem, teraz nadszedł czas na spojrzenie nań z perspektywy rdzenia: jednostki, która w nim żyje. Autor przechodzi od codziennego życia pojedynczych osób do coraz większych grup, by w końcu pochylić się nad siecią problemów oplatających kraje i kontynenty. Patrzy z bliska i jednocześnie robi krok w tył, by zobaczyć szerszy obraz. „Chrobot” nie tylko pokazuje człowieka i jego rzeczywistość, ale też próbuje uświadomić, dlaczego ona tak wygląda, szuka przyczyn i skutków. Bohaterowie żyją w konkretnych warunkach, które „coś” ukształtowało, co jest z nimi nierozerwalnie związane. Określenie „mieć swoje miejsce na Ziemi” nabiera nowego znaczenia. Życie Juanity, Reilly’ego, Marggie, Caseya, Miki, Kanae i Madhuri to mozaika elementów, które autor próbuje ułożyć i znaleźć w nich sens. Zestawiając ze sobą kolejne, uniwersalne etapy dorastania i dorosłości oraz relacje rodzinne, pokazuje, jaki wpływ ma na człowieka środowisko, w którym się urodził i w którym przebywa. Każda z siedmiu osób reprezentuje inną perspektywę, na którą składa się mnóstwo elementów: wychowanie, przekonania, miejsce zamieszkania, kultura, historia, religia… Każde z siedmiorga dzieci ma inny start, inne możliwości i szanse, ale każde prędzej czy później natknie się na „punkt wspólny”; autor odnajduje je i pokazuje, jak wiele podobieństw, ale i drastycznych różnic może mieć zwyczajna codzienność. W trakcie lektury stajemy się ósmym bohaterem, który dopasowuje swoje życie do zagadnienia, o którym właśnie czyta. Szukamy w „Chrobocie” swojego miejsca i to jest kapitalny element tej książki – bo stawiamy siebie na równi z innymi, podajemy sobie rękę z człowiekiem z drugiego końca świata. Nie ma tu miejsca na egocentryzm, ignorancję, obojętność, uprzedzenia. Poznanie drugiego człowieka to najlepszy lek.

„Chrobot” konfrontuje nas z naszymi przekonaniami i wiedzą, ale nie robi tego w wymuszony, nachalny sposób. Wszelkie refleksje wypływają naturalnie z lektury. Pokazuje nam konkretne obrazy, zjawiska, uświadamia i ma ku temu najlepszy, najbardziej dobitny argument: cudze życie. Bo zupełnie inaczej odbieramy różne hasła i idee, gdy stanowią one bezimienne konstrukcje, zbiór niekoniecznie powiązany z człowiekiem. Tak czasem bywa wygodniej, bezrefleksyjnie, szczególnie gdy nie jesteśmy wystawiani na próbę. Łatwiej być obojętnym. Mówię tu m.in. o stereotypach, ale i o takim przekonaniu, że „coś” wiemy na temat świata. Możemy uważać, że mamy szerokie horyzonty. Wiemy, jak wygląda wolontariat w Afryce, wiemy, jak się żyje amerykańskim snem w Stanach, wiemy o wyzysku w przemyśle ubraniowym, wiemy o rajach podatkowych, wiemy co nieco o działaniu koncernów farmaceutycznych, wiemy o tragediach rozgrywających się w różnych krajach. Wiemy coś o konsumpcjonizmie, głodzie, rasizmie, biedzie, marzeniach, przemocy, wyborach, wierze, rodzinie, historii. Wiemy coś o świecie. Wiemy? A może bazujemy na gotowych konstrukcjach? Wyobrażamy sobie? Patrzymy wyłącznie ze swojej perspektywy? Czy temat na pewno jest wyczerpany? Znamy konsekwencje tych zjawisk? A gdzie w tym wszystkim jest człowiek? Ten prawdziwy, żyjący, czujący, myślący, a nie nasze wyobrażenie o nim? W „Chrobocie” nasze przekonania zyskują twarz konkretnej osoby, autor konfrontuje nas ze świadectwem, jakim jest życie właśnie takiego najzwyklejszego człowieka. Teraz już nie da się wzruszyć ramionami, pobłażać niewiedzy, machnąć ręką. Nie da się ukryć, że inaczej odbieramy problem, gdy jest on potraktowany teoretycznie, gdy czytamy rozważania na temat produkcji ubrań i statystyki dotyczące wyzysku albo ogólne diagnozy na temat tego, że w kraju X jest źle. Gdy do tego równania wchodzi człowiek ze swoją historią, mówiąc kolokwialnie, „dostajemy po głowie”. Towarzyszymy wybranemu bohaterowi od wczesnego dzieciństwa do dorosłości, poznajemy go, zaglądamy do jego życia i hasło przestaje być tylko abstrakcyjnym hasłem, a staje się rzeczywistością widzianą jego oczami. 

„Chrobot” to również rodzaj literackiego eksperymentu, który do samego końca zmusza do myślenia poprzez zaskoczenie, manipulowanie perspektywą, igranie z czytelnikiem, który zadowolony z siebie chce myśleć, że już poszerzył swoje horyzonty, czuje się mądrzejszy, bardziej uświadomiony, bo przeczytał trochę o świecie i cudzym życiu i się zadumał. Wystarczyłoby przecież przedstawić sylwetki bohaterów, dorzucić garść globalnych problemów i na tym zakończyć. Takie rozwiązanie byłoby wygodne, ale wygoda nie motywuje, nie uwiera. Wygoda pozwala nam się dobrze poczuć, odłożyć książkę na półkę i dalej robić swoje. „Chrobot” żąda, by kwestionować, szukać, myśleć, nie zadowalać się tylko własną perspektywą. 

Nowa książka Tomasza Michniewicza to jednocześnie niesamowita podróż przez różne losy, biegnące obok siebie przez czas oraz wnikliwe spojrzenie na rzeczywistość, w której przyszło żyć zarówno bohaterom, jak i każdemu z nas. Poruszają perypetie opisanych ludzi i poruszają chwile, w których pęka bańka iluzji – czasem żyjemy w niej, bo chcemy, a czasem nawet nie wiemy, że mamy inne wyjście. Tylko czy to nas usprawiedliwia? 

I tak będziemy słyszeć chrobot długo po skończonej lekturze. 

--------------------
* „Chrobot. Życie najzwyklejszych ludzi świata” Tomasz Michniewicz, s. 448.

30 sie 2018

Czerwony notes - Sofia Lundberg [przedpremierowo]

Tytuł: Czerwony notes
Autor: Sofia Lundberg 
Wydawnictwo, data wydania: Wydawnictwo W.A.B., 5.09.2018 [zapowiedź]
Cena: 36,99 zł


~~***~~

Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo W.A.B.


Staruszka sięga po niepozorny, czerwony notes z okładką wytartą przez lata użytkowania i kolejne podróże, przez niezliczony dotyk dłoni. Przegląda widniejącą na pożółkłych stronach listę imion i nazwisk, adresów, numerów. Każdą z tych osób kiedyś znała, każda z nich składa się na historię jej życia, którą ukryła między kartkami. Wszystko zaczęło się w rodzinnej Szwecji, gdzie jako dziewczynka trafiła na służbę. Potem, będąc nastolatką, przeniosła się do Paryża; w latach 30. jako modelka prezentowała stroje od najsłynniejszych projektantów i pozowała dla prestiżowych pism. Los rzucił ją też do Nowego Jorku w przededniu II wojny światowej. Wraz z nią kolejne kilometry oraz upływający czas pokonywała... miłość. A to zaledwie okruchy z całego życia dziewięćdziesięciosześcioletniej Doris – życia długiego, pełnego wzruszeń, uczuć, wzlotów i upadków. Teraz, na przekór samotności, chce przekazać komuś te wspomnienia. Jenny, jedyna żyjąca krewna Doris, nie ma czasu na przeszłość, bo teraźniejszość jest zbyt absorbująca; próbuje zapanować nad swoim rodzinnym życiem i codziennością, która podążyła w nieco innym kierunku niż jej plany i marzenia. Gdy kobieta nieoczekiwanie zyskuje wgląd w rodzinne tajemnice, przekonuje się, że jej przeszłość jest nierozerwalnie splątana z osobami, których nigdy nie poznała, a które mogą mieć wpływ na przyszłość…

„Rozstanie z ukochaną osobą to najgorsze uczucie, jakie znam, Jenny. Do dziś nie znoszę pożegnań. Odejście kogoś bliskiego pozostawia w naszej duszy bolesną ranę.”*


„Czerwony notes” obejmuje nie tylko niemal sto lat z życia Doris, ale i prezentuje dwie perspektywy czasowe: teraźniejszość poświęconą codzienności Doris i jej relacji z Jenny oraz przeszłość, która sięga aż do dzieciństwa bohaterki i opisuje najważniejsze wydarzenia z jej życia. Doris wraca wspomnieniami do wydarzeń, ale to ludzie są w nich najważniejsi. To oni stanowią kolejne punkty, które zaznaczają nowe etapy w opowieści. Chronologia czerwonego notesu to przede wszystkim chronologia ludzkich losów, za którymi idą emocje, uczucia, marzenia. Poznajemy rodzinę Doris, jej przyjaciół, pracodawców i współpracowników, a także jej wielką, wielką miłość. Jesteśmy świadkami dramatów, trudnych decyzji, triumfów oraz zwyczajności codziennego dnia. Zagłębiając się w zapiski głównej bohaterki, z jednej strony trafiamy do świata, który ciągle się zmieniał i którego już nie ma, ale z drugiej strony on ciągle żyje – jest tak samo barwny, potrafi zachwycać albo przerażać mimo upływu czasu. Życie Doris obfituje w niezwykłe wydarzenia oraz interesujące osoby; chciałoby się ocalić z tej przeszłości jak najwięcej, ale niestety nie jest to nasz wybór. Pamięć Doris, jej stan zdrowia oraz upływający czas narzucają ograniczenia. Chciałabym, żeby autorka pogłębiła niektóre wspomnienia Doris, ujęła ich jeszcze więcej, skupiła się na nich dłużej. Jest w tym ukryta zaleta powieści, bo nie do końca nazwałabym to niedosytem, a raczej czytelnikiem tak zasłuchanym w opowieść, że chce jeszcze, chce więcej. Z drugiej strony pochylam się nad samą konstrukcją powieści – bohaterka, która wraca wspomnieniami do przeszłości, ma już dziewięćdziesiąt sześć lat i jak sama mówi: wspomnienia z młodości są barwniejsze i bardziej wyraziste niż to, co było wczoraj. To uwidacznia się w „Czerwonym notesie”, który wraz ze zbliżającym się finałem stawia na coraz krótsze retrospekcje, przesuwając ciężar na współczesność. Rozważam, czy taki nawiązujący do prawdziwego życia zabieg, mimo że może zostać potraktowany jako niedociągnięcie, jest lepszy niż opcja, w której wszystko jest opisane idealne, dokładnie co do szczegółu. Co wydaje się bardziej realistycznym rozwiązaniem w kontekście prawie stuletniej staruszki, która opisuje swoje życie?


Wydawca złożył na okładce obietnicę, że w trakcie lektury „wzruszenie gwarantowane” i muszę przyznać, że nie jest to tylko pusta reklama. „Czerwony notes” chwyta za serce już od pierwszych stron i to na kilka sposobów. Pozostać obojętnym to w przypadku tej powieści trudna sztuka. Można by zarzucić autorce, że część wydarzeń z życia Doris jest obliczonych specjalnie na to, by wywołać wzruszenie, taki emocjonalny chwyt, ale pojawił się też element, który uderza prosto w serce i któremu trudno właściwie cokolwiek zarzucić, głównie ze względu na jego prawdziwość – a jest nim opis starości, samotnej starości, niezrozumianej, zepchniętej na margines przez pęd codziennego życia młodszych i zdrowszych. Nietrudno zobaczyć w Doris całą grupę emerytów, którzy borykają się ze zdrowiem, samotnością i takim zwyczajnym, codziennym życiem. Nietrudno pomyśleć o tym, ci by się stało, gdyby w sytuacji głównej bohaterki znalazły się nasze babcie i nasi dziadkowie, czy po prostu – starsze osoby, które znamy. Nie da się być obojętnym na drugiego człowieka. Szczególnie gdy, tak jak w przypadku Doris, wchodzimy do jego domu i obserwujemy codzienność, której być może do tej pory nie byliśmy w pełni świadomi, bo w pędzie życia nie było czasu na refleksję. Z „Czerwonego notesu” mogą wyłonić się dla wielu czytelników również bardzo osobiste wzruszenia. Powieść skupia się na życiu, które trwa dzięki przekazywanym wspomnieniom. Doris spisuje swoją przeszłość dla jedynej krewnej, na nowo ożywając osoby, które odmieniły jej świat, ocalając przed zapomnieniem zarówno je, jak i siebie. Na miejscu Jenny autorka stawia za to czytelnika, namawiając go, by nie tracił czasu – by to on pierwszy wyciągnął rękę i zaczął ocalać wspomnienia, by zacząć rozmawiać, pytać o przeszłość, nim będzie za późno. Ten element z pewnością poruszy czułe struny, czy to u osób, które uwielbiają badać przeszłość swojej rodziny, czy to u tych, którzy żałują, że pewnych wspomnień nie poznali i już nie poznają. 

Każdy z nas chciałby zostać zapamiętany. Każde imię to wstęp do nowej historii. „Czerwony notes” to wzruszające świadectwo siły, jaka tkwi w historiach i wspomnieniach przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Musimy pamiętać, że nie każdy ma taki czerwony notes jak Doris i nie każdy ma kogoś, komu może przekazać swoje wspomnienia – czasem tylko nasza wyciągnięta ręka może je ocalić. A po latach, ktoś wysłucha nas.

„Życzę ci wszystkiego tyle, ile potrzeba. Tyle słońca, ile potrzeba, żeby rozjaśniło ci dni. Tyle deszczu, ile potrzeba, żebyś doceniła słońce. Tyle radości, ile potrzeba na wzmocnienie duszy, ale też tyle smutku, ile potrzeba, byś potrafiła docenić drobne przyjemności w życiu. I tyle spotkań, ile potrzeba, żebyś przywykła do pożegnań.”**


____________
*„Czerwony notes” Sofia Lundberg, tłum. Ewa Wojciechowska, str. 119
**tamże, str. 44

21 sie 2018

W pułapce - Magda Stachula

Tytuł: W pułapce
Autor: Magda Stachula
Wydawnictwo, rok wydania: Znak, 2018
Liczba stron: 304
Cena: 37,90 zł


~~***~~




Jak uwolnić się z pułapki, czyli książkowy escape room

Boimy się wielu rzeczy i na wiele sposobów. Czasem strach jest irracjonalny, czasem to jedyne, co podpowiada rozsądek, a czasem to nasz wybór. Od obaw przez silną fobię aż do paraliżującej paniki, od zastrzyku adrenaliny do ogłuszającej ciszy, gdy toniemy w strachu… to nadal tylko początek. Zaledwie sygnał. Potem robimy krok i po spojrzeniu w dół, skaczemy na bungee. Szukamy pająka, który niespodziewanie zniknął nam z oczu. Odbieramy połączenie, które zbudziło nas w środku nocy. Osoba idąca za nami w środku nocy przyśpiesza. Czujemy uścisk na ramieniu i zapada ciemność. Gdy odzyskujemy przytomność, ślady na naszym ciele i otoczenie sprawiają, że znów zaczynamy się bać. Bez względu na to, co widzimy, boimy się. Nawet jeśli nie otacza nas urzeczywistniony koszmar, to wcale nie mamy pewności, że nie tkwiliśmy w nim, zanim otworzyliśmy oczy.

Klara budzi się na klatce schodowej w swojej kamienicy i nie ma pojęcia, co się z nią działo przez ostatnie dwa dni. Ostatnie, co pamięta, to impreza ze znajomymi. Zapisem straconych dni są tajemnicze ślady na jej ciele. Próbując odtworzyć kolejne godziny, natrafia na informację, że wcześniej podobna sytuacja przydarzyła się kobiecie mieszkającej w innym mieście, jednak ślad urywa się na kilku doniesieniach o jej zaginięciu i odnalezieniu. Co się z nią stało później? Prywatne śledztwo Klary nie pozostaje niezauważone – ktoś zostawia jej tajemniczą, z pozoru niewinną przesyłkę, która jednak kryje w sobie niewypowiedzianą groźbę. Czy jej przebudzenie bez pamięci było końcem koszmaru, czy zaledwie jego początkiem? Klara zaczyna się bać – a to tylko wstęp do historii. Czas na konsekwencje.

Dla Magdy Stachuli strach nie ma granic, a zbrodni nie da się zamknąć w czterech ścianach. Przechodząc od klaustrofobicznie małych pokoi aż do wielkich, otwartych przestrzeni i miast rozrzuconych na mapie, udowadnia, że niepokój można znaleźć wszędzie. Blisko, daleko, to nie ma znaczenia, zło pokona każdą odległość. Widzieliśmy to już w „Idealnej”, debiucie, który mocno zaznaczył obecność autorki na rynku i nie brakuje tego w najnowszych tytule, „W pułapce”. Autorka zadaje pytanie, jak daleko można się posunąć, dosłownie i w przenośni. Testuje różne miejsca i okoliczności, by przesunąć dalej granice, znaleźć nowy sposób, by opowiedzieć o najciemniejszych zakamarkach ludzkiej natury. Łączenie takich skrajności pozwala ukazać różne oblicza strachu – oraz oblicza samej pułapki. Czy to umysł Klary, uwięziony w niepewności, czy mówimy o fizycznej niewoli? Zawsze mamy do czynienia z próbą spojrzenia na dany element pod różnym kątem. A potem autorka i tak wywraca wszystko do góry nogami. Szukanie skrajności i różne interpretacje są również nieodłączną częścią w relacjach między bohaterami. Widać, że siłą intrygi są u Stachuli ludzie oraz wytwarzające się między nimi więzi. Bez nich nie ma zagadki; bez tajemnic, kłamstw, prawdy i reszty pomniejszych gierek. Co łączy osobę X z Y, dokąd zmierza historia ? A i co ma wspólnego z B – śledzimy plątaninę losów, próbujemy zrozumieć, czego jesteśmy świadkami, a nasza opinia może diametralnie się zmienić wraz z kolejnymi elementami układanki.

Na pierwszy rzut oka, powieściowa intryga wygląda jak pudełko pełne przypadkowych przedmiotów, których nie sposób ze sobą połączyć. Albo jak gra w Story Cubes, gdy musimy ułożyć historię w oparciu o dziewięć obrazków, które wypadły po rzuceniu kostkami. Trzeba autorce oddać, że z fantazją podchodzi do tego zadania i z polotem łączy kolejne elementy, budując sens tam, gdzie wcześniej były same znaki zapytania. Dzięki temu „W pułapce” jest powieścią, którą się wprost pożera – na plaży, w pociągu, w ogrodzie czy domowym zaciszu. W opisie powieści czytamy: „Klara […] z przerażeniem orientuje się, że od imprezy, na którą wyszła w sobotę, minęły dwa dni” – w podobnym stanie znajduje się czytelnik, gdy dociera do książkowych podziękowań i orientuje się, że wcale nie minęło kilkanaście minut, tylko kilka godzin.

„W pułapce” pożera czas i skutecznie pozwala oderwać się od rzeczywistości. A właściwie to przemocą odrywa nas od rzeczywistości, nie dając wyboru. Właściwie nie ma w powieści dobrego momentu na przerwę. Zawsze chcemy wiedzieć więcej, jeszcze jedna strona, jeszcze jeden rozdział. Jeśli przerwiemy lekturę, myślami i tak tkwimy, nomen omen, w pułapce. Świat tej powieści, tak samo, jak escape room, można opuścić dopiero po rozwiązaniu serii zagadek. W tym przypadku pokój ma wielkość książki, która wciąga czytelnika do rzeczywistości wykraczającej daleko poza te cztery ściany. Jednak w pułapkę wpadła też sama autorka. A może nie tyle wpadła, ile niebezpiecznie się do niej zbliżyła.

Finał w pewnym stopniu został nadszarpnięty przez zabieg, za którym nie przepadam – czy to w powieściach, czy w filmach. Chodzi o rodzaj końcowego streszczenia, które opowiada od początku do końca przebieg intrygi, porządkując wszystkie dowody i elementy. Bez domysłów, bez pola do popisu, wyjaśnia wszystko krok po kroku, od A do Z, jakby upewniając się, czy wszyscy zrozumieli wszystko. To poniekąd niweczy wysiłek czytelnika, który wcześniej próbował na własną rękę rozwiązać zagadkę. Wielu czytelników-detektywów czerpie mnóstwo satysfakcji z prowadzenia własnego śledztwa, a kawę wyłożoną na ławę lubią popijać z kubka, żeby móc dłużej czytać w nocy.

Jeśli strach to dopiero początek, to ja z dużym zainteresowaniem czekam na kontynuację w postaci dalszej twórczości Magdy Stachuli. Jeśli są rzeczy gorsze niż strach, to w tym przypadku mam nadzieję, że kolejne książki będą równie dobre, jak przerażenie.

„Znalazła się w samym środku thrillera, rozwiązuje zagadkę, ale sprawa jej osobiście nie dotyczy. Gwarancja emocji bez ryzyka śmierci. Szkoda, że ja nie mogę się tak wspaniale bawić.” * 


Ależ możesz…

_________*„W pułapce” Magda Stachula, str. 131

6 sie 2018

Wzloty i upadki młodej Jane Young - Gabrielle Zevin

Tytuł: Wzloty i upadki młodej Jane Young
Autor: Gabrielle Zevin
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo W.A.B., 2018
Liczba stron: 352
Cena: 39,99 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo W.A.B.


Czy błędy mają datę ważności? Czy jest taki termin, po którym stwierdzamy „dobrze, błąd przeterminował się, czas o nim zapomnieć”? Kiedy puszczamy w niepamięć; jak dużo czasu potrzebujemy, żeby wybaczyć? Choć rzeczywistość może poddać testowi nasze przekonanie, to jesteśmy w stanie powiedzieć, czego nigdy byśmy nie wybaczyli i nie zapomnieli – i z drugiej strony, sami wiemy, o którym własnym błędzie nigdy nie zapomnimy i nigdy go sobie nie wybaczymy. Ale co z błędami, które z czasem zaczynają się zacierać? Kiedy stwierdzamy, że już nadszedł czas, żeby odpuścić, i jak ma się do tego sam kaliber błędu? Kto lub co tak naprawdę nadaje błędom wagę – umowa społeczna i opinia publiczna, moralność, prawo? Popełniamy różne błędy z różnymi skutkami, czasem konsekwencje są wymierzone tylko w nas, czasem dotykają kogoś innego. A gdy w grę wchodzą inni i jeśli ktoś nie chce zapomnieć o naszym błędzie, czy nawet nie chce go wybaczyć, to kiedy my możemy żyć, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło? 


To pytania, które od kilkunastu lat towarzyszą Avivie Grossman. Aviva, jako młoda stażystka w sztabie kongresmena, nawiązała romans ze swoim żonatym szefem. Związek rozkwitał w sekrecie… Niezupełnie. Aviva anonimowo prowadziła bloga, na którym opisywała kulisy pracy dla polityka oraz swoje życie miłosne. Nie szczędziła również pikantnych szczegółów. Gdy romans wyszedł na jaw, dziennikarze rzucili się na skandal, spragnieni gorących nowinek. I dostali je, gdy znaleziono bloga Avivy. Nietrudno było połączyć opisywane intymne wydarzenia z sylwetkami studentki i polityka. Cała Ameryka miała coś do powiedzenia na ten temat. Wiadomości telewizyjne i serwisy internetowe zdawały się w nieskończoność tworzyć kolejne materiały. Najgłośniejsza była opinia, że studentka uwiodła wpływowego polityka, żeby zrobić karierę przez łóżko. To ona chciała zniszczyć jego karierę, rodzinę, reputację i dotychczasowy dorobek. To ona była puszczalską karierowiczką, to ona była doświadczoną w łóżku uwodzicielką, krytykowaną za wygląd. I w końcu - to ją źle wychowała matka. Podczas gdy na Avivę wylewano kolejne wiadra pomyj, uniemożliwiając jej normalne życie, kongresmen wydał łzawe oświadczenie, żona stanęła za nim murem, a jego polityczna kariera rozkwitała dalej bez przeszkód. Aviva też musiała jakoś dalej żyć. Zmieniła nazwisko, przeniosła się na drugi koniec Stanów i ze wszystkich sił próbowała nie budzić przeszłości. Ona jednak zawsze znajdzie sposób, szczególnie gdy ma się rezolutną córkę, własne dawne niespełnione marzenia i ambicje, a popełniony błąd jest na wyciągnięcie jednego kliknięcia.

Szkarłatna litera na piersi, głośny romans w świecie polityki – czy to nie brzmi znajomo? Skojarzenia nasuwają się same: romans Billa Clintona i Moniki Lewinsky oraz związany z nim skandal. Obydwoje mieli z tego powodu poważne problemy, ale na dłuższą metę tylko jedno z nich ucierpiało. Clinton odbudował swoją karierę, nawet mimo dodatkowych zarzutów o molestowanie i byciu wielokrotnie przyłapanym na kłamstwie. Tymczasem Monika długo nie mogła znaleźć pracy, nikt nie traktował jej poważnie, była zrównywana z ziemią za sprawą niewybrednych żartów i komentarzy na temat wyglądu. Stała się celebrytką, choć korzystanie z tego statusu nie bardzo jej się przysłużyło, tworząc błędne koło: nie mogła prowadzić normalnego życia, a jedyna szansa na zarobek tkwiła w tym, co zniszczyło jej życie. Wiele osób również kwestionowało jej motywacje do ciągłego powracania w światła fleszy. W końcu Lewinsky na pewien czas wyjechała ze Stanów, po czym powróciła i teraz działa jako aktywistka działająca na rzecz ofiar przemocy psychicznej i fizycznej (anti-bullying). Świat od 20 lat zna ją jako „that woman”. 

Romans i skandal obyczajowy, w skutek którego tylko jedna osoba mogła prowadzić dalej normalne życie, a druga miała to życie kompletnie zrujnowane, stał się centralnym punktem powieści „Wzloty i upadki młodej Jane Young”. Czerpiąc ze sprawy Clinton-Lewinsky, a także kilku innych głośnych zdrad, Gabrielle Zevin stworzyła powieść skłaniającą do refleksji, która w dobie ruchu #metoo dokłada swoją cegiełkę do dyskusji o seksualności oraz zmieniającym się rozkładzie sił w relacjach damsko-męskich – bo choć ruch ten rzeczywiście powstał w czasie rosnącej fali oskarżeń o molestowania i gwałty, to od tamtego czasu zrodził również dyskusje na inne tematy, nie tylko dotyczące przemocy seksualnej. Zevin uwypukla podwójne standardy, które między innymi dyktują to, jak postrzegane są osoby w sytuacji skandalu obyczajowego. Nawet gdy nie znamy dokładnie okoliczności, to gdy pojawiają się doniesienia o romansie, nie patrzymy na winowajców przez ten sam pryzmat. To nie są dwie dorosłe osoby, które zrobiły coś, czego nie powinny. Zawsze jest ktoś absolutnie potępiony i ktoś, kto próbuje się wybielić, czy nawet jest wybielany przez opinię publiczną. Aviva jest przedstawiana jako ta zła, rozbijaczka małżeństw, która z premedytacją zapolowała na żonatego mężczyznę. Kongresmena Aarona usprawiedliwia się za to: stresująca praca, problemy małżeńskie, chwila słabości, która została wykorzystana. Gdyby surowość w ocenach miała być fair, ktoś powinien zapytać, dlaczego mężczyzna, będący głową rodziny, który przyrzekał wierność i uczciwość jednej kobiecie, postanowił nawiązać intymne relacje z inną? Dlaczego ta młoda dziewczyna miała czuć się bardziej zobowiązana wobec rodziny kochanka niż on sam, skoro to jej zarzucamy, że rozbiła rodzinę, ale nie kierujemy takich samych oskarżeń pod jego adresem – w końcu to jego działania rozbiły jego rodzinę? Czy starszy, doświadczony, posiadający pozycję, prestiż i władzę mężczyzna nie wykorzystał przypadkiem tej młodej dziewczyny? A gdyby odwrócić sytuację: gdyby zamężna pani polityk wdała się w romans z młodym stażystą, jak mogłyby brzmieć opinie na ten temat? Oczywiście autorka nie twierdzi, że zdradę i romans należy pochwalać, że tylko jedna ze stron jest winna, a druga nie. Zastanawia się tylko nad tym, na jakiej podstawie obarczamy winą, gdy nie znamy wszystkich faktów, co nami kieruje przy wydawaniu opinii, jaką rolę odgrywa wiek, płeć i pozycja, i czy są one ważniejsze od prawdy. Podwójne standardy obejmują również konsekwencje czynu. Aviva od kilkunastu lat nie może zapomnieć o tym, co zrobiła i chociaż ułożyła sobie życie, to widmo tego błędu cały czas nad nią wisi i może jej zagrozić, o czym zresztą traktują „Wzloty i upadki…”. Za to kongresmen nie ma takich zmartwień. Dlaczego w jednym przypadku błąd już dawno się przedawnił, ale w drugim ciągle jest żywy, jakby to było wczoraj? Aviva i Aaron są inaczej traktowani, i znowu tutaj pojawiają się pytania o to, co ma na to wpływ; czy to jeden czynnik, czy jest ich wiele i czy któryś z nich dominuje. 

Historia Avivy to również historie kobiet, które stały się jej bliskie. Obserwujemy matkę Avivy, Rachel, jej córkę, Ruby, oraz żonę kongresmena, Embeth – każda z nich inaczej zmaga się z konsekwencjami romansu Avivy i Aarona, oferując nowe spojrzenie na problem. Przeżycia każdej z nich są również zamknięte w różnych sposobach narracji: oprócz klasycznego narratora pierwszo- i trzecioosobowego, pojawiają się rozdziały w całości ujęte w e-mailach czy ustępy w stylu „wybierz swoją drogę”, gdzie przy każdej ważnej decyzji pojawiają się różne wersje konsekwencji, uzależnione od wyboru. Ta różnorodność i skupienie się na kilku perspektywach wcale nie odciągają uwagi od samej Avivy, wręcz przeciwnie – podkreślają jej przeżycia i problemy, z którymi musiała się zmagać przez całe dorosłe życie. Udowadniają, że za twarzą z okładki brukowca kryje się ktoś, człowiek, który czuje. Aviva to również ambitna studentka, dziewczyna z marzeniami, kochająca córka, a w końcu młoda matka. Zevin pochyla się również nad tym, czy opinia publiczna postępuje słusznie, ciągle na nowo karząc za błąd, skazując w pewnym sensie na dożywocie upokorzeń. O ile Embeth, Rachel i Ruby stanowią dobre tło dla Avivy, o tyle jako jednostki, zdarza im się ginąć w historii. Niektóre poświęcone im wątki pozostawiono bez rozwiązania, w sferze domysłów, inne po prostu urwano, przez co powieść sprawia wrażenie niedopracowanej. Gdyby autorka zdecydowała się oddać im głos na nieco dłużej, „Wzloty i upadki…” nic by na tym nie straciły. Byłby to dzięki temu bogatszy portret kobiet stających w obliczu wyzwania, które jednocześnie może zamienić się w szansę, by zdefiniować siebie na nowo.

Bez moralizatorstwa, za to opierając się na aktualnych problemach, „Wzloty i upadki młodej Jane Young” zadają mnóstwo pytań i zmuszają do szukania odpowiedzi. „Żadna kobieta nie jest samotną wyspą”, zdaje się mówić Gabrielle Zevin. Matki, córki, siostry, znajome i nieznajome – każda z nas opowiada historie innych kobiet. Tylko od nas zależy, jakich słów będziemy do tego używać w świecie, który często bezrefleksyjnie ma już wyrobioną opinię na nasz temat.

31 lip 2018

Nieodgadniony - Maureen Johnson

Tytuł: Nieodgadniony
Autor: Maureen Johnson
Wydawnictwo, rok wydania: Poradnia K
Liczbabstron: 480
Cena: 39,99 zł


~~***~~




Whodunit, czyli witajcie w Szkole Morderstw i Cieni Ellingham

Szkoły zdobywają rozgłos dzięki wykładowcom, drużynom sportowym, absolwentom.
Nie powinny jednak słynąć morderstwami.*

Nie było chyba lepszego okresu dla detektywów-amatorów. Netflix infekuje myśli kolejnymi serialami dokumentalnymi, fora tętnią od zbrodni rozłożonych na czynniki pierwsze, półki uginają się od tytułów poświęconych morderstwom, w sieci można znaleźć niemal wszystko i rozwiązać niejedną sprawę. Możesz brać udział w rozwiązywaniu zagadki, nie opuszczając zacisza swojego domu. Jak udowadniają działania grupy Bellingcat**, poważne śledztwa można prowadzić na drugim końcu globu, siedząc przed komputerem. Zdjęcia satelitarne, mapy, cyfrowe ślady – zbrodnie często są na wyciągnięcie ręki. Naśladując prawdziwe życie, popkultura rodzi nowe kryminały na ekranie i na papierze. Nic dziwnego, że nastolatki są zafascynowane zbrodnią nie mniej niż dorośli. „Kto zabił?” zadają sobie pytanie widzowie Riverdale, tak jak kilka lat wcześniej robili to fani Weroniki Mars. Do księgarni i na ekrany wraca nastoletnia detektyw Nancy Drew, a na jednej z najważniejszych amerykańskich list bestsellerów od 52 tygodni widnieje „Jedno z nas kłamie” Karen M. McManus. „Nieodgadniony” to kolejny tytuł, który pragnie udowodnić, że ciekawość bywa zabójcza.

Nastoletnia Stevie Bell należy do detektywów-amatorów i bardzo poważnie traktuje swoje powołanie. Od dyskusji na forach i słuchaniu podkastów, przez lektury gigantów kryminałów, aż do wertowanie prac z medycyny sądowej i psychokryminalistyki, Stevie jasno wytyczyła swój cel, jakim jest współpraca z FBI. Ćwicząc dedukcję i nieustannie gromadząc informację, dziewczyna interesuje się pewną nierozwiązaną sprawą, która rozpala wyobraźnię śledczych-amatorów. W 1936 roku uprowadzono żonę i córkę Alberta Ellinghama, bogatego przedsiębiorcy działającego w kilku dziedzinach oraz założyciela Akademii Ellinghama dla szczególnie utalentowanych nastolatków. Kobieta i dziewczynka zniknęły bez śladu, a jedynym tropem stał się zagadkowy list podpisany przez niejakiego Nieodgadnionego, wymieniający kolejno sposoby na morderstwo. Do tej pory nikt nie wie, co się z nimi stało, ani kto za tym stoi. Gdy Stevie otrzymuje zaproszenie do Akademii, ma nie tylko szansę na pasjonującą naukę, nawiązanie nowych przyjaźni z nietuzinkowymi uczniami, ale i na zbliżenie się do źródła sprawy, która wstrząsnęła Ameryką. Nie spodziewa się jednak, że w Akademii przeszłość jest żywa – i bardzo niebezpieczna…

Maureen Johnson otwiera wrota Akademii Ellinghama jedną z najlepszych dedykacji, jaką ostatnio czytałam. „Nieodgadniony” już od progu pogrywa sobie z czytelnikami i zaprasza ich do wspólnego rozwiązywania zagadki tytułowej postaci. Trafiamy do szkoły, w której nastoletnie perypetie mieszają się z sekretami z przeszłości i morderczą tajemnicą czyhającą w ciemnych zakamarkach. Autorka porusza się między współczesnością, gdzie słuchanie podkastów, filmiki na Youtube i bycie gwiazdą sieci stanowi nieodłączne elementy życia nastolatków, a latami 1936-38, w których żywe jest wspomnienie prohibicji, anarchiści sieją terror, a bogacze organizują szalone przyjęcia w wielkich posiadłościach. To interesujące połączenie, kreujące atmosferę „Nieodgadnionego”, bo te dwie płaszczyzny dzieli nie tylko czas, ale i ogólny wydźwięk. Sprawa Ellinghamów to doroślejsza odsłona „Nieodgadnionego”, utrzymana w duchu klasycznego kryminału i można ją potraktować jako hołd dla idoli Stevie, wśród których znajduje się m.in. Agatha Christie czy Arthur Conan Doyle. Śledztwo Stevie wkracza za to na tereny bliższe powieściom młodzieżowym, dotykając zagadnień związanych z okresem dorastania: budowanie przyjaźni, pierwsze silniejsze zauroczenia, szukanie swojej drogi i znajdowanie swojego miejsca w grupie oraz nie zawsze łatwe relacje z rodzicami. Nieważne, jak bardzo barwni i ekscentryczni są uczniowie Akademii na czele, niektórych nastoletnich problemów i bolączek nie da się ominąć. Nawet jeśli jesteś młodocianym detektywem-geniuszem, co ciekawie ukazano w przypadku Stevie, dodatkowo zmagającą się z pewną przypadłością, która wzmacnia jej „kryminalne” fascynacje. Świat nastolatków staje na głowie, wymuszając na nich dorosłość, gdy sprawa Ellinghamów zaczyna przesączać się do współczesności, oczekując odnalezienia się w rzeczywistości, w której niebezpieczeństwo i konsekwencje są zabójczo poważne.

Nie wiem, w jakim stopniu to celowy zabieg, a w jakim siła skojarzeń (nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi ze strony autorki), ale Akademia Ellinghama odrobinę przypomina… Szkołę Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Na wstępie to uczucie mnie nie opuszczało, dopiero podczas dalszej lektury zaczęło się rozmywać. Umiejscowienie Akademii, która jest odcięta od świata, jej nietypowa konstrukcja pełna tuneli, łamigłówek, tajemniczych korytarzy i zakamarków, wygląd kampusu, a także barwna kadra pedagogiczna, nietradycyjny plan zajęć i przyjmowanie uczniów ze względu na niezwykłe zdolności sprawiają, że można potraktować to jako puszczenie oczka do wielbicieli Rowling. W końcu w Hogwarcie obok magii i czarodziejstwa też nie brakowało i morderstw, i cieni, w których czyhało nieznane. Jednak nietypowy wygląd Akademii Ellinghama można wytłumaczyć również inspiracją płynącą z prawdziwych „domów strachu” – upiornego hotelu Hermana Webstera Mudgetta, znanego także jako H. H. Holmes, czy nieukończonej rezydencji Sary Winchester. „Nieodgadniony” wpisuje się również szerzej w nurt powieści o szkołach z internatem, w których z dala od rodzicielskich oczu, dzieją się niezwykłe rzeczy, a uczniowie przeżywają rozmaite perypetie. Wystarczy wymienić „Wybranych” C.J. Daugherty, „Upadłych” Lauren Kate, „Szukając Alaski” Johna Greena, „Mroczny sekret” Libby Bray – a to dopiero początek listy.

Mając świadomość, że mamy do czynienia z serią, zastanawiałam się, na które rozwiązanie zdecyduje się autorka: czy poświęci każdy tom innej sprawie i połączy je postacią Stevie, czy może rozłoży intrygę na wszystkie części serii. Johnson wybrała drugą opcję, jednocześnie kończąc pierwszy tom koszmarnym cliffhangerem. Nie wiem, czy wybaczę autorce taki finał. Oczywiście natychmiast zapragnęłam sięgnąć po drugi tom (niestety, na premierę będziemy musieli poczekać), jednak zabrakło mi wskazania konkretnego kierunku, w którym będzie teraz zmierzać intryga. Otrzymujemy wskazówki i zagadki, błądzimy razem ze Stevie wśród śladów i nie docieramy do żadnego przełomu. Liczyłam na finał, który wywoła szok, zamykając jednocześnie pierwszy etap śledztwa – i choć rozwiązano jedną z zagadek, nadal nie odpowiedziano na większość pytań. Zakończenie zachęca do sięgnięcia po kontynuację, niestety po części dlatego, że nadal nic nie wiadomo. Żądam odpowiedzi! Inaczej umrę z ciekawości, jeśli Nieodgadniony nie dopadnie mnie pierwszy.

Najwyraźniej Maureen Johnson wyznaje zasadę, że ciekawość to pierwszy stopień do drugiego tomu.


___________

* ”Nieodgadniony” Maureen Johnson, tłum. Paweł Łopatka, str.24
** dla dociekliwych: https://www.tvn24.pl/magazyn-tvn24/internet-pelen-jest-dowodow-na-zbrodnie-trzeba-wiedziec-gdzie-ich-szukac,158,2754 

6 lip 2018

Sześć Cztery - Hideo Yokoyama

Tytuł: Sześć Cztery 
Autor: Hideo Yokoyama
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo Literackie, 2018
Liczba stron: 656
Cena: 49,90 zł

~~***~~



W niektórych sprawach należy zachować milczenie*

Oglądając rozmaite programy true crime, nietrudno dojść do wniosku, że niektóre przestępstwa uchodzą płazem, bo… przyczyniają się do tego same organy ścigania. Banalne sprawy zamieniają się w karkołomne zagadki, na które czas nakłada kolejne płaszczyzny. Winny jest „czynnik ludzki”, najczęściej ujawniający się w niedopełnionych obowiązkach, nieprawidłowym zabezpieczeniu miejsca przestępstwa, złym przechowywaniu dowodów i w efekcie doprowadzeniu do kontaminacji. Dodatkowo wszystko komplikuje strach przed konsekwencjami i kompromitacją, który prowadzi do tuszowania przewinień. Z każdym tygodniem zacierają się granice między dowodami i błędami, faktami i kłamstwami. Błąd, być może mały i nieznaczący, niespodziewanie rośnie do rangi niewybaczalnego, gdy może pogrzebać sprawiedliwość.

Powieść „Sześć Cztery” Hideo Yokoyamy stanowi między innymi zapis zmagań z konsekwencjami nierozwiązanej zbrodni sprzed lat. Pod kryptonimem Sześć Cztery kryje się sprawa porwania i morderstwa. W 1989 roku porywacz uprowadził siedmioletnią dziewczynkę, po czym skontaktował się z rodzicami dziecka, stawiając żądania. Rodzice spełniali polecenia, policja usiłowała wytropić przestępcę, przekazano okup… I jakiś czas później odnaleziono ciało dziewczynki. Mordercy nigdy nie udało się schwytać, a zrozpaczonym rodzicom pozostał tylko ból i mnóstwo niewyjaśnionych pytań. Tajemnica Sześć Cztery trwała przez kolejne lata, aż w 2002 roku dotknęła cierpienia zupełnie innych rodziców. Yoshinobu Mikami i jego żona Minako od trzech miesięcy żyją w najgorszym koszmarze – ich nastoletnia córka zaginęła bez śladu. Ayumi po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Bezsilność Mikamiego jest jak rana, którą dodatkowo rozdrapuje fakt, że sam jest policjantem. Kto, jeśli nie on i jego współpracownicy, może znaleźć zaginioną nastolatkę? A jeśli im się nie uda, jaka jest szansa, że dziewczyna wróci do domu? Uwaga wszystkich funkcjonariuszy kieruje się jednak w inną stronę, gdy komisarz generalny ogłasza nadchodzącą wizytę w związku ze sprawą Sześć Cztery. Nacisk położony na to przestępstwo sprawia, że Mikami po raz kolejny sięga do akt, wracając wspomnieniami do tamtych lat. Tymczasem zaostrzający się konflikt na linii komenda – media zaczyna zagrażać prowadzonym śledztwom. Natrafiając na mur milczenia, piętrzące się błędy oraz niepokojące tropy, Mikami uświadamia sobie, że niewyjaśniona zbrodnia może mieć drugie dno, a ktoś za wszelką cenę nie chce dopuścić do tego, by zostało ujawnione.

Jak rozwikłać sprawę przestępstwa, gdy prawda jest niewygodna dla wszystkich?

Powieść „Sześć Cztery” podzieliła czytelników. Jedni określają ją jako bogaty i wnikliwy portret japońskiej policji, skupiający się na niuansach relacji między przełożonymi i podwładnymi oraz między funkcjonariuszami i dziennikarzami, inni z kolei uważają, że tytuł można potraktować jako niezbyt fascynujący podręcznik czy instruktaż. Rzeczywiście, autor skupia się na szczegółach, jeśli chodzi o codzienne działania policji i nie omija niczego. Tutaj nie ma śledztwa „na szybkim podglądzie”, reprezentującego najciekawsze czy najmocniej szokujące chwile. „Sześć Cztery” to przede wszystkim wielopłaszczyznowa opowieść, która bada złożone relacje i zależności panujące w świecie prawa i mediów. Mikami staje się naszym przewodnikiem, gdy zanurzamy się w gąszczu procedur, imion, zależności, wpadamy na plac boju między policjantami i dziennikarzami, i kroczymy korytarzami komendy, obserwując ciemne zakamarki policyjnych działań. Z powieści Yokoyamy wyłania się nieciekawy świat, pełen brudnych zagrywek i narastających konfliktów. Świat, w którym na drodze sprawiedliwości stoi władza i biurokracja. I to właśnie ten świat – a nie, jak można by oczekiwać, sprawa kryminalna – jest najważniejszy. Widmo Sześć Cztery oczywiście unosi się nad całą historią, ale śledztwo zdaje się być głęboko pogrzebane pod kolejnymi dokumentami, porozumieniami z dziennikarzami, notatkami służbowymi, sprawozdaniami dla prasy – można by tak długo wymieniać. Mozolne poszukiwania oraz negocjacje z dziennikarzami mogłyby być zepchnięte gdzieś na margines, zamknięte w kilku ustępach, w których jeden z bohaterów mógłby relacjonować Mikamiemu ich przebieg. Yokoyama jednak tego nie zrobił, bo i najwyraźniej nie zależało mu na typowym pojedynku między śledczym a przestępcą oraz efektownych zwrotach akcji. Punkt jego zainteresowań leży gdzie indziej. Bazując na doświadczeniu i przeżyciach nabytych jako reporter kryminalny, poprzez umysł głównego bohatera autor pochyla się nad moralnością, sprawiedliwością, lojalnością i systemem, który ma je chronić, ale często pozwala, by pożarła je biurokracja. System, w którym zderzają się sprzeczne interesy, tajemnice, błędy, wykorzystuje śledztwa do wewnętrznych rozgrywek. Systemem, w którym jednostka zderza się z organizacją. Jednak Mikami to nie tylko narzędzie w rękach Yokoyamy – to również, a może przede wszystkim, człowiek. Człowiek targany wątpliwościami, mężczyzna pogrążony w rodzinnych problemach, policjant z poczuciem misji zderzający się ze ścianą milczenia. Jego demony nie są wyjątkowo mroczne, autor nie kreuje go na twardą glinę, który widział niewyobrażalne. W wywiadzie przeprowadzonym przez Emilię Padoł, Yokoyama powiedział: „Zostałem pisarzem, bo chciałem opisywać prawdę ludzkich uczuć. (…) Dokładam starań, żeby pierwowzorem moich bohaterów był człowiek o „zwyczajnej wrażliwości".”** – i w tych słowach zamyka się postać Mikamiego.

Choć nie można nie docenić drobiazgowości w kreowaniu całego mikroświata komendy, w pewnych momentach ogrom szczegółów w połączeniu z wolnym tempem akcji sprawiają, że lektura zaczyna przytłaczać. Na wewnętrznej stronie okładki umieszczono schemat, który pokazuje powiązania między bohaterami oraz krótko opisuje każdego, dodatkowo przydzielając go do jednej z trzech grup: „klub prasowy kontra biuro prasowe”, „sprawy administracyjne kontra dochodzenie kryminalne” oraz „biurokrata kontra śledczy”. Każda z tych osób odgrywa jakąś rolę, każdy ma swoje miejsce w jednym z wielu konfliktów – tyle że niektóre z nich można by rozwiązać wcześniej. Gdy jeden z dziennikarzy mówi „Sądziłem, że ten etap mamy już za sobą…”***, czytelnik kiwa głową na potwierdzenie, bo już dawno dotarł do niego ogrom problemów, z którymi zmaga się biuro prasowe. Policjanci i dziennikarze przeciągają linę zdecydowanie za długo, a powtórzenia zaczynają irytować. Ten czas można by poświęcić na ukazanie innych, licznych wątków, a i nie zaszkodziłoby wprowadzenie większego napięcia do śledztwa Mikamiego. Dopiero tuż przed finałem napięcie rośnie a tempo zdecydowanie przyśpiesza, jednak jak na 750 stronicową powieść, to zdecydowanie za późno. Nie można jednak zarzucić Yokoyamie, że nie miał pomysłu na historię, bo właśnie finał sprawy Sześć Cztery udowadnia, że od początku cierpliwie tkał intrygę, która zaskakuje i wynagradza godziny spędzone na mozolnych poszukiwaniach. Czyżby był to rodzaj nagrody za cierpliwość okazaną przez kilkaset wcześniejszych stron?

Milion egzemplarzy sprzedanych w ciągu 6 dni. „Sześć Cztery” podbił Japonię i wziął we władanie wyobraźnię czytelników, podczas gdy Sześć Cztery uwięził funkcjonariuszy w pułapce własnej zbrodni. Każda z grup, i ta fikcyjna, i ta realna, musi przejść przez piekło śledztwa nim dotrze do sprawiedliwości – jednak ona, tak samo jak dochodzenie, przynosi zupełnie nieoczekiwane konsekwencje.

___________
*”Sześć Cztery” Hideo Yokoyama, tłum. Łukasz Małecki, str. 592
**Nie ma gwałtowniejszej burzy niż ta w szklance wody: https://kultura.onet.pl/ksiazki/hideo-yokoyama-nie-ma-gwaltowniejszej-burzy-niz-ta-w-szklance-wody-wywiad-wywiad/0jp1016
***tamże, str. 635

18 cze 2018

Moje serce w dwóch światach - Jojo Moyes

Tytuł: Moje serce w dwóch światach
Autor: Jojo Moyes
Wydawnictwo, rok wydania: Znak, 2018
Liczba stron: 512
Cena: 39,90 zł


~~***~~




Idąc za głosem serca, by odnaleźć siebie

Nowy Jork. Miasto-legenda, miasto, gdzie spełniają się marzenia, wszystko jest możliwe i możesz być kim tylko chcesz. Kolejne osoby przybywają do betonowej dżungli, odkrywają cały świat w jednym miejscu i poddając się magii Miasta, Które Nigdy Nie Śpi, liczą na spełnienie najgłębszych pragnień. Czy może istnieć lepsze miejsce dla marzycielki o wielkim sercu i zamiłowaniu do nietuzinkowych strojów, która ciągle szuka swojej drogi?

Zgodnie z myślą „jeśli poradzisz sobie w Nowym Jorku – poradzisz sobie wszędzie”, Lou Clark trafia do Wielkiego Jabłka, stając się jedną z tych nowoprzybyłych, którzy próbują znaleźć rytm kroków wśród śpieszących się mieszkańców. Po zawirowaniach, jakie zaoferowały jej tomy pierwszy i drugi, w końcu ma szansę wprowadzić w życie dewizę, w którą wyposażył ją Will. Jednak podążanie za słowami, które mają być dla niej drogowskazem, wcale nie jest takie proste. Szczególnie gdy wiąże się z tym przyjęcie pracy na drugim końcu świata i rozstanie z rodziną oraz ukochanym Samem. Lou zostawia swoje serce w Londynie i rusza w głąb świateł Nowego Jorku. Posada asystentki nowojorskiej bogaczki otwiera przed nią świat śmietanki towarzyskiej, w którym co prawda nie brakuje pieniędzy, ale w parze z nimi idą również tajemnice oraz problemy. Kłopoty pojawiają się także po drugiej stronie oceanu, gdzie nieporozumienia oddalają bliskich bardziej niż kilometry. Gdy na drodze Lou los stawia Josha, który do złudzenia przypomina Willa, dziewczyna uświadamia sobie, że być może jej serce wcale nie pozostało w Londynie, a szczęście zaczyna nabierać nowego kształtu…


„Moje serce w dwóch światach” to historia, która ma w sobie dużą dawkę uroku. Jak główna bohaterka, jest urocza, barwna, może czasem zbyt naiwna, ale przede wszystkim cechuje ją optymizm. Choć, podobnie jak we wcześniejszych odsłonach serii, nie brakuje problemów, chwil smutku i zwątpienia, to jednocześnie jest to najbardziej radosna część. Zaryzykuję stwierdzeniem, że to powieść szyta na miarę Lou – i należy wyłącznie do niej. Mogłoby się wydawać, że ciężar powieści zostanie oparty na relacjach Lou – Sam oraz Lou – Josh, a rozdarcie bohaterki między dwoma światami zamknie się w obrębie wątku romantycznego, jednak (na szczęście!) w tym przypadku Moyes uniknęła banału, w centrum stawiając samą Lou. „Moje serce w dwóch światach” jest przede wszystkim historią o wewnętrznej metamorfozie, o odnajdywaniu własnej drogi, a wszystko to, co przydarza się Lou, stanowi cegiełki, z których buduje poczucie własnej wartości. Obserwując dziewczynę na przestrzeni trzech tomów, widzimy, że dorośleje, rozkwita i powoli rozwija skrzydła, choć oczywiście robi to w swoim stylu, niewiele tracąc ze swojej ekscentryczności. Uwaga skupiona na Lou nie oznacza, że doskwiera jej samotność. Do bohaterów z pierwszego i drugiego tomu dołączyły nowe osoby, które dostarczając Lou wrażeń i mniej bądź bardziej świadomie pomagają jej znaleźć odpowiedź na pytanie „kim tak naprawdę jest Lou Clark?”. Tytułowe dwa światy przenikają się w życiu każdej postaci, nieważne czy mówimy o Lou, jej bogatych pracodawcach, jej londyńskiej rodzinie, czy napotkanych nowojorczykach. Jojo Moyes dobrze radzi sobie z okiełznaniem mnogości wątków i splataniem historii, dzięki czemu bez większego wysiłku płyniemy przez lekturę, przechodząc od postaci do postaci, które – co najważniejsze – nie zlewają się w bezkształtną masę.

Jojo Moyes podjęła się bardzo trudnego zadania, gdy postanowiła rozbudować historię Lou Clark, najpierw o tom „Kiedy odszedłeś”, a potem o „Moje serce w dwóch światach”. Nie da się ukryć, że „Zanim się pojawiłeś” w umyśle wielu czytelników było – i nadal jest – powieścią jednotomową. Uważają, że poprowadzenie historii, relacja bohaterów i finał, który przesądził o ich losach, wybrzmiewa najlepiej w pojedynkę. Na pewno nie da się ukryć, że zarówno „Kiedy odszedłeś”, jak i „Moje serce w dwóch światach”, choć są w stanie poruszyć czułe struny, nie kryją w sobie tak dużego ładunku jaki miało „Zanim się pojawiłeś”. Można powiedzieć, że pierwszy tom jest niepowtarzalny, to tytuł, do którego porównuje się inne książki, za to w przypadku „Kiedy odszedłeś” i „Mojego serca w dwóch światach” nietrudno o skojarzenia w stylu: O, to jest podobne do „Był sobie chłopiec” czy: Przypomina odrobinę „Nianię w Nowym Jorku”. W tym rozumieniu nie są to tytuły, które oszałamiałyby oryginalnością, sięgając po nieoczywiste rozwiązania, czy prowokując do dyskusji na trudny temat. Z pewnością nie zaszkodziłoby, gdyby niesztampowość pierwszego tomu znalazła odzwierciedlenie w późniejszych częściach trylogii. One jednak sięgnęły po bardziej wyświechtane elementy tej półki gatunkowej. W kontekście powstania drugiego tomu, Jojo Moyes napisała: Nie planowałam kontynuacji „Zanim się pojawiłeś”. Jednak praca nad scenariuszem filmu i codzienna lektura wszystkich tweetów i maili od czytelników, którzy pytali o dalsze losy Lou sprawiła, że bohaterowie nigdy mnie nie opuścili. Z wielką przyjemnością odwiedziłam Lou, jej rodzinę, Traynorów i pozwoliłam im się zmierzyć z zupełnie nowymi problemami*. Po lekturze drugiego oraz finałowego tomu doszłam do wniosku, że kontynuowanie losów Lou, choć początkowo nieplanowane, jest być może bardziej naturalnym następstwem pierwszej części, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nawet taki drobiazg jak oryginalne tytuły, kładzie nacisk na fakt, że to zawsze była historia Lou, a każdy tom obejmuje nowy etap w jej życiu. „Me Before You” to dosłownie „ja przed tobą”, czyli podobnie jak w polskim tytule - ja, zanim się pojawiłeś. „After You” to „po tobie”, moje życie, kiedy odszedłeś, „Still Me” to „ciągle ja”, mimo wszystkich zmian i wewnętrznej metamorfozy. Historia Lou nie skończyła się „Zanim się pojawiłeś” – ona właściwie dopiero się zaczęła. Jej relacja z Willem stanowi pewien etap, zwrotny etap w jej życiu, które wskoczyło na nowe tory. Wiemy, kim była przed spotkaniem z nim, ale o wiele ważniejsze są konsekwencje ich relacji. Jeśli spojrzymy na kontynuację pod tym kątem, uświadamiamy sobie, że przecież coś musiała zrobić z tymi przeżyciami i nabytym bagażem doświadczeń. A Moyes postanowiła o tym opowiedzieć. Seria o Lou Clark jest takim dość ciekawym zjawiskiem, bo choć z jednej strony w każdym tomie przedstawia historię tej samej bohaterki i jej bliskich, to z drugiej każdy z nich sprawia wrażenie innej zamkniętej opowieści, zmieniają się problemy, klimat, melodramat miesza się z komedią, romans ustępuje miejsca dorastaniu i szukaniu swojej drogi. Zupełnie jakby bohaterka wyrwała się z powieści i zaczęła wskakiwać do innych tytułów, bo jeden tom stał się dla niej zbyt ciasny. Cóż, biorąc pod uwagę usposobienie Lou, nic dziwnego, że nie pogodziła się z byciem bohaterką jednego hitu.


„Moje serce w dwóch światach”, jak na powieść feel-good przystało, kryje w sobie sporo ciepła i niezachwianą wiarę w to, że bez względu na kaliber problemu, z którym przyjdzie nam się zmierzyć, wszystko będzie dobrze. Jojo Moyes ofiarowała prezent wiernym czytelniczkom, ale przede wszystkim swojej bohaterce. Will Traynor chyba nie mógłby życzyć Lou lepszego zakończenia.


__________
*oryginalny, pełny post dostępny na stronie https://www.jojomoyes.com/2015/02/26/new-book-announcement-after-you-the-sequel-to-me-before-you-coming-this-autumn/