27 mar 2020

House of Earth and Blood (Crescent City #1) - Sarah J. Maas

44778083
Tytuł: House of Earth and Blood
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo, rok wydania: Bloomsbury, 2020
Liczba stron: 804

Polskie wydanie
Uroboros, pierwsze półrocze



~~***~~


Dorobek autorek i autorów fantastyki zaczął dorastać wraz z czytelnikami. Pisarki i pisarze, którzy zasłynęli w literaturze młodzieżowej, teraz zwracają się ku nowym obszarom i starszym bohaterom. Wystarczy wymienić Leigh Bardugo i Ninth House, Veronicę Roth i Chosen Ones, Christophera Paoliniego i To Sleep in a Sea of Stars czy omawianą dzisiaj Sarah J. Maas i serię Crescent City, z pierwszym tomem serii zatytułowanym House of Earth and Blood.

Za sprawą nowej powieści trafiamy do Księżycowego Miasta (dosłownie Crescent City to Miasto Półksiężyca) na planecie Midgard, gdzie mieszka Bryce Quinlan, która jest pół Fae, pół człowiekiem. Rudowłosa Bryce w nocy garściami czerpie z rozrywek, które oferuje miasto, za dnia poświęcając się pracy w magicznym antykwariacie. Żyjąc w multikulturowym i multirasowym mieście, pełnym aniołów, demonów, wiedźm, syren, wilkołaków, Fae i stworzeń pomniejszych, Bryce na własnej skórze odczuwa nierówności społeczne i dyskryminację, która dotyka ludzi oraz ludzkich mieszańców ze strony nadnaturalnych istot zwanych Wanami. Choć w Księżycowym Mieście panuje spokój, do mieszkańców coraz częściej docierają zza oceanu doniesienia o zaostrzającej się wojnie między ludźmi i Wanami. Życie Bryce dramatycznie się zmienia, gdy jej najlepsza przyjaciółka, wilkołaczyca Danika Fendyr, zostaje brutalnie zamordowana. Choć rzekomy winny zostaje szybko aresztowany i skazany, po dwóch latach śledztwo zostaje wznowione i Bryce, jako najbliższa Danice osoba, staje się członkinią zespołu śledczego. Jej współpracownikiem zostaje upadły anioł i niewolnik, Hunt Athalar, który sieje postrach jako Anioł Śmierci. Razem próbują rozwiązać zagadkę śmierci Daniki i trafiają na trop intrygi, która zagraża całemu miastu.

House of Earth and Blood mogłoby być o niebo lepszą powieścią, gdyby tylko autorka z góry nie założyła sobie, że musi jej starczyć materiału na kolejne dwa opasłe tomy, bo tak to sobie rozpisała i nie może „zużyć” wszystkiego na pierwszą część. Maas jednocześnie ma pomysł i jej tego pomysłu zabrakło. Ujmę to tak: najgorsze jest pierwsze sześćdziesiąt rozdziałów, po około pięciuset stronach akcja zaczyna pędzić z górki. Nie wiem, jak to możliwe, by ¾ powieści osiągało pułap czterech gwiazdek, po czym w finale wybiło się do siedmiu - ośmiu gwiazdek. House of Earth and Blood to powieść, w której to, co dzieje się na stronie 500 powinno się wydarzyć… jakieś 300 stron wcześniej. Mamy do czynienia z 800 stronami rozwlekle opisanej historii, która w finale wrzuca szósty bieg. Między wstępem a zakończeniem jesteśmy skazani na pełne powtarzalności, statyczne sceny, w których bohaterowie głównie rozmawiają. I rozmawiają. I czasem na chwilę odwiedzą jakiś zakątek miasta, żeby odhaczyć punkt na mapie dołączonej do powieści. Naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatni raz czytałam pierwszy tom serii, który stanowiłby tak niemrawe wprowadzenie do świata przedstawionego i konfliktu. Śledztwo, które prowadzili Bryce i Hunt już chyba zaczęło rozwiązywać się samo z nudów, bo doszło do wniosku, że nie wytrzyma kolejnych stu stron przekomarzania się pary. Sposób, w jaki autorka skonstruowała śledztwo nie wystarcza na 800 stron powieści, nieważne, jak desperacko stara się je rozciągnąć. Kiedy piszę, że Maas ma pomysł na historię, myślę głównie o przebłyskach konstrukcji miasta, jego społeczności, relacjach między poszczególnymi klasami. Gdyby autorka skupiła się mniej na opisywaniu fizycznej idealności bohaterów i ich nieporadnego romansu, a bardziej na eksplorowaniu stworzonej przez nią rzeczywistości, gdyby skomplikowała śledztwo, dodając kolejne odnogi, które zabrałyby bohaterów w głąb najmroczniejszych zakamarków Księżycowego Miasta, gdyby postawiła na pogłębienie trudnych relacji między warstwami społecznymi… Wtedy byłoby idealnie, bo w powieści naprawdę nie brakuje materiału na interesującą, wciągającą opowieść. Rysujący się na horyzoncie konflikt między ludźmi a Wanami (nordycki Vanir), nad którymi unoszą się wszechmocni bogowie oraz rozterki między lojalnością rasową a ochroną słabszych to niezmierzona kopalnia pomysłów i w rzeczywistości oprócz śledztwa w sprawie morderstwa mogłoby w powieści wydarzyć się mnóstwo innych rzeczy. Pamiętajmy, że mamy do czynienia z powieścią, która ma blisko 800 stron (i nie, marginesy, interlinia i czcionka nie są „nadmuchane”, nie odstają od normy, objętość nie wynika z zabiegów technicznych). Właściwa intryga, która nabiera rumieńców bliżej finału, daje nadzieję na to, że kolejne tomy serii potraktują pierwszą część jako trampolinę i odbiją się od przeciętnego początku. autorka stworzyła nie tylko własne miasto czy kontynent, lecz także cały świat i marnotrawstwem byłoby kurczowe trzymanie się jednego miejsca. 

Maas czerpie z wierzeń chrześcijańskich, mitologii greckiej, rzymskiej, nordyckiej, legend arturiańskich, poza tym widać mocną inspirację autorki dorobkiem Patricii Briggs, Ilony Andrews, Nalini Singh i Karen Marie Moning. Autorka przetwarza i miesza inspiracje, biorąc też wiele z własnej dotychczasowej twórczości. Problemem House of Earth and Blood jest to, że próbuje odtworzyć formułę znaną z serii Dwór Cierni i Róż, tym razem w dekoracjach urban fantasy. Portrety bohaterów, ich usposobienia i relacje między nimi budzą skojarzenia z postaciami znanymi z Dworów, sporą część rozwiązań fabularnych również zaczerpnięto z tej serii. Zastanawiam się, na ile to powtórzenie jest celowe, by rozbudzić emocje i sympatie fanów Feyre – skoro działało to za pierwszym razem, to czemu by nie skorzystać z tego po raz drugi? Po raz kolejny sięga do tego, co zna i jest dla niej bezpieczne, choć skażone nutą infantylizmu i kiczu, co uwypukla się w tytule, który domyślnie ma być przeznaczony dla dorosłych czytelników. Jej bohaterowie mruczą i syczą aż do znudzenia, wielokrotnie opisywani są jako nieludzko piękni, umięśnieni, złotoskórzy, napinają sześciopaki i bicepsy (na dodatek w wersji anglojęzycznej słowo „male” pojawia się… piekielnie często), a my wywracamy oczami w trakcie czytania i zastanawiamy się, jaki wpływ na fabułę ma to, że obiekt westchnień bohaterki ma perfekcyjną twarz i rzeźbę, a ona sama ma perfekcyjny tyłek i równie perfekcyjny dekolt. Może żeby go było łatwiej na fanartach rysować? Maas poprzez określanie powieści „nowa seria dla dorosłych” chce zdobyć nowych czytelników, ale tak naprawdę stworzyła 800 stronicowy fanserwis. Bryce jest Mary Sue* pełną gębą, tyle że z bardzo nieudanym pseudofeministycznym zacięciem, co zamyka się w tym, że jest wyzwolona, nosi seksowne sukienki, obcisłe ciuchy i chadza na niebotycznie wysokich szpilkach. Nie daje się zdominować samcom alfa (co w dużej mierze polega na warczeniu na każdego faceta, bez względu na jego intencje i robienia czegoś z oślim uporem po swojemu, nawet jeśli nie ma to żadnego sensu). Jest też oczywiście przepiękna, krągła i każdy facet bez wyjątku ślini się na jej widok. Czy wspominałam już, że jest przepiękna? I seksowna? I wyjątkowa? Bryce walczy z uprzedmiotowianiem kobiet będąc uprzedmiotowianą przez autorkę, która ją stworzyła.

House of Earth and Blood szumnie określano mianem pierwszego tomu serii dla dorosłych czytelników. Tak naprawdę wspomnianej dorosłości jest niewiele więcej niż było jej w późniejszych tomach Dworów i przejawia się ona w przekleństwach oraz żartach o podtekstach seksualnych i nielicznych, dość łagodnych scenach erotycznych. Mam wrażenie, że Dwory (które tak naprawdę są pierwszą dorosłą/New Adult serią Maas) były momentami bardziej odważne niż House of Earth and Blood. O tym, jak wprowadzić dorosły kaliber do swojej twórczości, mogłaby powiedzieć kilka słów Leigh Bardugo, która sięgnęła po cięższą tematykę, mroczniejszy klimat i niejednoznaczną moralność, oferując coś rzeczywiście przeznaczonego dla starszego czytelnika. Nie byłam w pełni zachwycona Ninth House, ale po przeczytaniu House of Earth and Blood zdecydowanie bardziej doceniam to, co stworzyła Bardugo. Obydwie autorki piszą o uzależnieniach, wykorzystywaniu, nierównościach… ale tylko jedna z nich zrobiła to dość dobrze. I nie jest to Maas, która poruszane problemy ubiera w podstawowe, dość toporne dekoracje. 

Jest coś, co dźwiga na swoich ramionach ciężar całej powieści, co sprawia, że przebrnęłam przez dłużyzny, a i nawet łezka w oku się zakręciła. Otóż… mówię o przyjaźni. Jej siła, która pozwala się przekształcić w czystą, niezmąconą miłość, jest sercem House of Earth and Blood. Widać, że autorka świetnie czuje się w kreowaniu takich relacji, przede wszystkim między Bryce i Daniką, ale także pomiędzy innymi bohaterami, robi to bez wysiłku, a wypływające z nich emocje są niewymuszone. Jest to właściwie jedyny element będący w stanie wzbudzić jakieś silniejsze odczucia podczas lektury. Obserwowanie rozwoju tych więzi miejscami pochłania nawet bardziej niż rozwiązywanie kryminalnej zagadki. Przyjaźń przedstawiono o niebo lepiej niż wspomniany wcześniej wątek romansowy, który rozwija się jeszcze bardziej niemrawo niż wątek śledztwa. W zamyśle gorący, pełen seksualnego napięcia i chemii, w rzeczywistości sprawia, że ziewamy z nudów zanurzeni po uszy w jego sztampowości. Wydaje mi się, że, przewrotnie, gdyby Bryce i jej obiekt westchnień tylko się przyjaźnili, byłoby to bardziej elektryzujące niż ich obecny romans. 

House of Earth and Blood to przeciętny wstęp zbudowany na niewykorzystanym potencjale, który zwodzi pustą obietnicą nowego etapu w twórczości znanej autorki. To, co mogłoby być najlepsze, fantastyczne, barwne i wciągające, unosi się niejako nad powieścią, cierpliwie czekając, by dano mu szansę. Sarah J. Maas sygnalizuje, że ma w zanadrzu niejedną niespodziankę, szkoda tylko, że potrzebowała blisko 600 stron, by dać nam to do zrozumienia. Stworzyła interesujący świat i frapujący konflikt, po czym zepchnęła je na margines, by skupić się na opisywaniu urody coraz to nowych bohaterów i flircie głównej bohaterki z jej partnerem. Czy sięgnę po drugi tom? Chciałabym powiedzieć nie, ale… Ale mam głęboką nadzieję, że autorka „wypociła” już cały fanserwis i w końcu skupi się na rozwoju akcji, na dokładniejszym budowaniu świata przedstawionego, na ubarwianiu intrygi, czyli zrobi wszystko to, czego w House of Earth and Blood jako dorosłym fantasy zabrakło.

__________________

* Mary Sue − pejoratywne określenie wyidealizowanej postaci literackiej. Nie ma określonego wzorca, który pozwalałby z całą pewnością stwierdzić, jaką postać możemy nazwać Mary Sue. Najczęściej przyjmowany jest wzór pięknej femme fatale, która posiada niemalże wyłącznie same zalety i odnosi nieustanne sukcesy. Postać określona tym mianem może być nią jednak nawet wówczas, gdy wady posiada – jest ich jednak zbyt mało lub są zbyt nikłe czy tuszowane, aby można było uznać postać za rzeczywistą. [źródło: Wikipedia]
Sporo na temat Mary Sue, źródło anglojęzyczne: https://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/MarySue