29 kwi 2019

Mój piękny syn - David Sheff

Tytuł: Mój piękny syn
Autor: David Sheff
Wydawnictwo, rok wydania: Poradnia K., 2019
Liczba stron: 448
Cena: 39,99 zł


~~***~~




Z jasności w ciemność, czyli podróż ojca przez uzależnienie syna

Niedowierzanie.

Po skończonej lekturze „Mojego pięknego syna”, a jeszcze przed sięgnięciem po „Na głodzie”, wpisałam nazwisko Sheffów do wyszukiwarki. Musiałam sprawdzić, co wydarzyło się później, po zakończeniu memoiru Davida Sheffa. Oczekiwałam bolesnych upadków, spodziewałam się, że dalej na pewno wydarzy się coś złego, bo nie dowierzałam, że może być już tylko dobrze. Czy w ogóle po tym, co przeżyli Sheffowie, może istnieć jakiekolwiek „dobrze”? Czy można się pogodzić z taką przeszłością, żyjąc nieustannie w strachu przed przyszłością?

Jestem obecny, ale mnie nie ma. Zgodnie ze starym powiedzeniem rodzice mogą być tylko tak szczęśliwi, jak ich najbardziej nieszczęśliwe dziecko. Boję się, że to prawda. [s. 249]

„Mój piękny syn” to memoir pisarza i dziennikarza Davida Sheffa, który opisuje losy swojej rodziny przez pryzmat uzależnienia najstarszego syna. Gdy Nic jako nastolatek wpada w sidła narkotyków i alkoholu, piekło dotyka całej rodziny, wystawiając na poważną próbę łączące ich relacje. Cofając się do wczesnego dzieciństwa Nica, bystrego, rezolutnego i zdolnego chłopca, ojciec próbuje wyznaczyć punkt, w którym nieodwracalnie zmieniło się ich życie. David przygląda się narkomanii pod każdym kątem, próbując zrozumieć uzależnienie syna. Czy sięganie po narkotyki to moralny upadek? Wybór? Choroba psychiczna? Choroba mózgu? Skutek złego wychowania? Owoc rodzinnych problemów? Pochylając się nad wielopłaszczyznową naturą uzależnienia, przedstawia długie lata zmagań i wpisany w nie portret rodziny oraz nakreśla rzeczywistość, która umożliwia upadek na dno.

Mówimy sobie nawzajem „Wszystko”. To nasz sposób, żeby powiedzieć: kocham cię, tak bardzo będę za tobą tęsknić, tak mi przykro – mieszanina uczuć towarzyszących jego wyjazdom i powrotom. [s. 39]

„Mój piękny syn” budzi mnóstwo niepokoju w czytelniku, igrając z jego poczuciem bezpieczeństwa, z nadzieją, ze spokojem. Gdy myślimy, że oto dostaliśmy upragniony przełom czy szczęśliwe zakończenie, za zakrętem czyha kolejny cios. Gdy stwierdzamy, tak samo jak bohaterowie, że już dłużej nie damy rady, że to już musi być koniec, nawet jeśli miałby on być zły, bo mamy dość, nagle rozbłyska światełko w tunelu. Opisując kolejne lata walki z uzależnieniem syna, David Sheff ukazuje psychologiczną, emocjonalną huśtawkę, na której znajduje się cała rodzina – a wraz z nimi trafia tam czytelnik. Czytając zapiski Sheffa, wielokrotnie zastanawiałam się, ile może znieść człowiek, zanim całkowicie się załamie, czy nadzieja ma jakiś limit. Towarzyszymy autorowi w podróży, w której każdy wzlot jest okupiony bardzo bolesnym upadkiem, tak bolesnym, że można zwątpić w sens podnoszenia się po nim. To, co szczególnie dobrze udało się uchwycić autorowi, a co niezwykle zadziwia, to siła uczuć, które z taką samą siłą pomagają stanąć na nogi, jak i strącić na dno. W historii ojca i syna porusza miłość, która wprost wylewa się z kart książki, nawet w tych najmroczniejszych momentach. Porusza ogrom nadziei i gotowość do wybaczenia, które tkwią w Davidzie. Porusza cierpienie, które jednocześnie łączy i rozbija rodzinę. Te uczucia czasem są aż tak surowe i żarliwe, że aż ciężko o nich czytać.

„Mój piękny syn” kryje w sobie ładunek emocjonalny, który sprawia, że nie jest to łatwa lektura. Ciężar książki kryje się również w szczerości i refleksji autora, który tak samo opisuje miłość do syna, jak i cierpienie oraz własne decyzje, które, w jego odczuciu, mogły być kroplami przepełniającymi czarę. Czytelnik zaczyna doszukiwać się drugiego dna w wielu sytuacjach, ogląda niby pod mikroskopem każdy element życia ojca i syna – i David na to pozwala, ba, on sam to robi. W ustępach, które brzmią niczym spowiedź, autor sam zastanawia się, gdzie popełnił błąd. Nawet gdy przechodzi wraz z Nikiem przez kolejne etapy uzależnienia i leczenia, gdy zdobywa coraz większą wiedzę na ten temat, ciągle próbuje zrozumieć, dlaczego trafiło właśnie na nich i czy ma prawo, czy w ogóle jest w stanie sobie wybaczyć. Tragedia Sheffów obfituje w momenty niezdrowego egoizmu, bezmyślności, niedojrzałości, krótkowzroczności, ale czytający nie chce wykorzystywać tych problemów przeciwko rodzinie, raczej im współczuje, szczególnie biorąc pod uwagę to, jakie spadły na nich konsekwencje. Sheff szczerze opisuje potknięcia i trudne, bolesne wydarzenia z życia rodziny. Wiemy, że się zadręczał, ale nie zauważyłam, by miało w tym miejsce jakieś samobiczowanie, monopolizowanie uwagi przez narratora. Obnażenie się jest desperackim aktem zrozumienia, próbą oczyszczenia i ozdrowienia oraz przestrogą dla innych.

Jesteśmy związani z naszymi dziećmi, niezależnie od okoliczności. One są splecione z każdą komórką naszego ciała, z każdym neuronem. Nie można ich oddzielić. Zamieszkują naszą świadomość, mieszkają w każdej przestrzeni, każdej jamie, szczelinie naszego ciała, w naszych najbardziej pierwotnych instynktach, głębiej nawet niż nasza tożsamość. Głębiej niż nasze ja.

Mój syn. Jedynie moja śmierć mogłaby go wymazać. A może nawet nie starczyłoby nawet śmierci. [s. 321]

„Mój piękny syn” to intymny portret rodziny, ale również rozbudowany wstęp do pewnego rodzaju śledztwa, które Sheff kontynuuje w swojej kolejnej książce „Clean: Overcoming Addiction and Ending America's Greatest Tragedy”. Towarzysząc synowi, David dogłębnie poznaje naturę uzależnienia, ale i poznaje od środka biznes (sic!) leczenia uzależnień. Testując kolejne ośrodki, terapeutów, metody i leki, które pochłaniają dziesiątki, czasem nawet setki tysięcy dolarów, autor coraz krytyczniej ocenia wiele mechanizmów sterujących leczeniem uzależnień. Nie negując tytanicznej pracy wykonywanej przez ośrodki, jednocześnie zadaje pytania o szarą strefę, w której znajduje się wiele z nich, o kwalifikacje prowadzących, o praktycznie nieistniejące regulacje oraz, co najważniejsze, o stosunek rządu do finansowania badań, profilaktyki oraz prawidłowego leczenia, o liczbę skazanych będących uzależnionymi.

Choć to przejście między częścią czysto pamiętnikową, autobiograficzną a reportażową nie zawsze jest płynne, czasem obfituje w zgrzyty i nadmiar informacji zrzucany na czytelnika między ustępami, to jestem skłonna wybaczyć to autorowi, bo w zamian otrzymujemy szerszą perspektywę na to, jak wygląda sytuacja osób uzależnionych i ich bliskich. Nic jest jednostką, ale nie jest jedyny. Takich jednostek mogą być miliony. Osadzenie sytuacji Nica w konkretnej rzeczywistości pozwala zrozumieć jego zmagania. Sheff próbuje rozłożyć na czynniki pierwsze system, który choć powołany w dobrej wierze, może paradoksalnie napędzać zaklęty krąg uzależnienia. Bo niektóre rodzaje pomocy są złe i mogą wyrządzać krzywdę, a mimo to stosuje się je pod przykrywką terapii. Sięgając do badań naukowych, statystyk, rozmów ze specjalistami, innymi uzależnionymi i własnych przeżyć, kreuje przerażający obraz epidemii, w której na ropiejące rany nakleja się plaster i liczy na to, że samo przejdzie. Skalę problemu przedstawiali też w swoich książkach m.in. Sam Quinones („Dreamland”), Beth Macy („Dopesick: Dealers, Doctors, and the Drug Company that Addicted America”) i John Temple („American Pain: How a Young Felon and His Ring of Doctors Unleashed America's Deadliest Drug Epidemic”). Każde z nich podejmuje temat z innej perspektywy, ale niewątpliwie łączy ich próba ukazania dramatu, który gnębi Stany, oraz pytanie o to, dlaczego w walce z narkotykami największymi ofiarami stają się ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy.

Na szczęście jest mój piękny syn.

Na nieszczęście ma straszliwą chorobę.

Na szczęście jest miłość i radość.

Na nieszczęście jest ból i udręka.

Na szczęście ta historia jeszcze się nie skończyła. [s. 382–283]

„Mój piękny syn” to poruszające świadectwo niesamowitej miłości ojca do syna oraz studium uzależnienia, które dla wielu osób staje się pułapką bez wyjścia. To historia ogromnej siły przeplatającej się z potworną bezsilnością oraz opowieść o systemie równie chorym, co osoby szukające w nim pomocy. Po odłożeniu książki na półkę pozostaje w czytelniku burza emocji oraz gorzka refleksja, że takich pięknych synów i córek jest mnóstwo, ale niewielu z nich zostanie tak dostrzeżonych jak Nic, bo prześlizgną się przez szczeliny w systemie i nie podążą za nimi piękni ojcowie i matki.

18 kwi 2019

Krwawa pomarańcza - Harriet Tyce

Tytuł: Krwawa pomarańcza
Autor: Harriet Tyce
Wydawnictwo, rok wydania: Świat Książki, 2019
Liczba stron: 288
Cena: 36,90 zł



~~***~~




Niekończąca się droga w dół

Mamy słabość do słabości, ulegamy pokusom i lubimy balansować na krawędzi. Przynajmniej jeśli chodzi o literaturę. Z bezpiecznej odległości podglądamy cudze życie, a literackie podglądactwo pozwala nam poznać całą paletę ludzkich słabości, pokus i emocji związanych z przekraczaniem granicy. Romans, podczas gdy w domu czekają partner z dziećmi. Jeden kieliszek, jedna kreska, choć na jednym nigdy się nie kończy. Powtarzanie błędów, bo nie możemy się powstrzymać, bo potrzebujemy tego zastrzyku adrenaliny, chwili zapomnienia, czegokolwiek, co zmieni tu i teraz.

Thrillery psychologiczne lubią ludzką słabość do różnie rozumianego zła. Bez tego nie zaistniałaby żadna z tych historii; dzięki temu pojawiają się tajemnice i desperackie próby zachowania sekretów, przesuwanie kolejnych granic i kolejne akty zła. Zdrady, uzależnienia, manipulacje i kłamstwa, a nawet zabójstwa – wszystko zaczyna się od jednego aktu słabości. A słabość ma jeszcze jedną, uwielbianą przez thrillery właściwość – sprawia, że przestajemy ufać sobie.

„Wiem, że to, co robię, jest złe. Ale nie umiem się powstrzymać”. Widniejący na okładce cytat to jednocześnie motto „Krwawej pomarańczy”, debiutu brytyjskiej adwokat Harriet Tyce. Debiutu, co warto dodać, na podstawie którego powstanie serial. Po części thriller psychologiczny, po części thriller prawniczy, ukazuje losy adwokatki, która otrzymuje pierwszą sprawę o morderstwo – kobieta z zimną krwią zamordowała męża. Alison musi rozwikłać zagadkę śmierci mężczyzny i poznać rodzinę, której życie zmieniło się w koszmar. Sama też wie coś o koszmarach, skrywa niejeden pod pozorami kruszącej się perfekcyjności. Alison ma śliczną córeczkę, piękny dom, przystojnego męża, a jej kariera się rozwija. Wielu oddałoby za to wszystko – Alison może za to wszystko stracić. Ktoś zna jej tajemnice i grzechy i chce, by za nie odpokutowała, a jej słabości oplątują ją niczym sznur i powoli ciągną w dół. Życie, w którym nie można by pragnąć niczego więcej, staje się wstępem do ryzykownej gry.

Perypetie Alison można zamknąć w porównaniu, które w różnych wariacjach jest stosowane przez anglojęzycznych autorów oraz czytelników opisujących tę powieść: „to jak wypadek samochodowy. Jest tak okropny, że nie możesz oderwać wzroku”. Czytelnik, niczym postronny świadek, obserwuje w zwolnionym tempie rozpisany na 288 stronach wypadek. Od początku wiadomo, że coś jest nie tak i że będzie tylko gorzej. Alison przestaje panować nad swoim życiem i wydaje się, że zderzenie z rzeczywistością jest jedynie kwestią czasu. Bohaterka nie ufa sobie, bo górę biorą jej słabości. I to zaufanie, albo jego brak, stanowi podstawę „Krwawej pomarańczy”. To dotyczy nie tylko bohaterów, lecz także czytelników. Autorka buduje intrygę, bazując na tym, jaka relacja łączy nas z fikcyjnymi osobami. Czy ich perspektywa i przedstawiane wersje wydarzeń są przekonujące? Komu uwierzymy? A komu nie? Od tego zależy, jaki ładunek będzie miało rozwiązanie intrygi dla każdego czytelnika.

Trudno też o sympatię dla kogokolwiek – irytacja, złość, niechęć to filary charakterów. W moim odczuciu dość przewidywalne jest to, jak w „Krwawej pomarańczy” kreowane są postaci, bo zamiast wątpliwości miałam raczej pewność, jak ocenić daną osobę i tego trzymałam się od początku powieści. Nauczona doświadczeniem przy poznawaniu innych popularnych ostatnio thrillerów psychologicznych, jestem powściągliwa, jeśli chodzi o ufanie bohaterom, a co za tym idzie – podążanie pierwszymi fałszywymi tropami, a poza tym podskórnie czułam, że nie powinnam była tego robić. Autorka podrzuca tropy, które w założeniu mają być fałszywe, ale raczej nietrudno je właściwie odczytać. Wpływa to również na odbiór historii, bo jeśli nie damy się zwieść bohaterom, nie damy się też zwieść całej reszcie. Spowodowało to spadek napięcia i zaskoczenia, ale częściowo wynagrodził mi to inny element powieści.

W „Krwawej pomarańczy” nie brakuje niepokojących, a nawet odstręczających scen. Nie są one najbardziej brutalne, ohydne czy przerażające, jakie można znaleźć w thrillerach, ale i tutaj złowieszcza atmosfera oblepia niczym brud. Uczucie, że coś jest nie w porządku, nie opuszcza ani na chwilę, a nawet niewinne sceny wydają się kryć coś mrocznego pod pozorami zwyczajności. Trudno się nie wzdrygnąć w trakcie czytania „Krwawej pomarańczy”, gdy kolejne sceny ukazują bohaterów w najgorszych z możliwych chwil, budząc negatywne odczucia, z których dyskomfort jest chyba najłagodniejszym. Uważam, że Tyce spisała się w tym względzie całkiem nieźle, bo nie była zachowawcza, potrafiła tak skonstruować sceny, by wywołać pożądane emocje. Gdyby to, o czym czytałam, pozostawiło mnie obojętną, znudziło lub w jakikolwiek sposób było „wygodne”, wtedy byłabym rozczarowana.

Brytyjski wydawca użył w swoim opisie książki określenia toxic i w tym słowie można zamknąć całą historię. Toksyczne relacje łączą osoby, które albo są toksyczne, albo są ich ofiarami. Nie ma niczego pomiędzy, co nie brzmi zbyt wiarygodnie, choć Tyce stara się osadzić powieść w rzeczywistości, korzystając ze swego wieloletniego doświadczenia w pracy adwokatki. Zagęszczenie wszelakiej „toksyczności” wynika ze skumulowania problemów, którymi obarczono niewielką grupę osób w krótkim czasie – jeśli rozłożymy „Krwawą pomarańczę” na cząstki, w każdej z nich będzie osobna historia i osobisty dramat bohatera. Można uznać to za nierealistyczne, ale też zastanowić się nad siecią powiązań i konsekwencjami aktu przemocy, które wykraczają daleko poza oprawcę i ofiarę. Każdego dotyka to w jakimś stopniu, bo – jak pokazuje Tyce – takie akty mogą tworzyć mechanizmy, według których myśli i działa wiele osób postronnych (np. obwinianie ofiar, usprawiedliwianie przemocy i umniejszanie jej znaczenia). „Krwawa pomarańcza” buduje napięcie poprzez skondensowanie dramatycznych sytuacji, może mało realistyczne w tym scenariuszu, jaki opisano, ale mające uświadomić skalę problemu – uzależnienia, przemoc psychiczna i fizyczna w pracy i w domu dotykają wielu osób.

„Krwawa pomarańcza” to opowieść o zgniliźnie, o dramacie wciągniętych w nią osób oraz o złu rozwijającym się na oczach wszystkich, którzy na nie przyzwalają. Opisując przesuwanie granic, upodlenie, poniżenie, zniewolenie przez słabości i zabójczą naturę zaufania, Harriet Tyce stworzyła powieść dla czytelników, którzy nie boją się spojrzeć w mrok ludzkiego umysłu poprzez jego najbardziej intymne, wstydliwe, dramatyczne i trudne chwile.

16 kwi 2019

Pod wodą - Catherine Steadman

Tytuł: Pod wodą
Autor: Catherine Steadman
Wydawnictwo, rok wydania: Burda, 2018
Liczba stron: 350
Cena: 39,90 zł


~~***~~




Czy zastanawiałeś się kiedyś, ile czasu zajmuje wykopanie grobu?*


Są takie pytania, które pobudzają wyobraźnię. Wymagają, by nie tylko znaleźć na nie odpowiedź, ale i pochylić się nad okolicznościami ich powstania. Dlaczego ktoś zadaje takie pytania? Co go do tego skłoniło? Rozmyślamy nad konsekwencjami udzielenia odpowiedzi, ale i nad przyczynami powstania pytania. Tak rodzi się cała historia. Bohaterka debiutanckiej powieści „Pod wodą” aktorki Catherine Steadman zadaje nam jedno z takich pytań już na początku swojej opowieści. „Czy zastanawiałeś się kiedyś, ile czasu zajmuje wykopanie grobu?” – zdanie otwierające „Pod wodą” to jednocześnie bomba, która eksploduje na pierwszej stronie, i obietnica trzymającej w napięciu opowieści. Czy obietnica zostanie dotrzymana?

„Pod wodą” ukazuje losy narzeczeństwa, a później młodego małżeństwa, Erin i Marka. Ona jest dokumentalistką, on pracuje w bankowości. Kochają się, wspólnie cieszą ze wzlotów i wspierają przy upadkach. Podczas bajkowej podróży poślubnej para podejmuje pewną decyzję, której konsekwencje nieodwracalnie wpłyną na ich wspólną przyszłość. Po powrocie z miesiąca miodowego mieli wkroczyć na nową drogę życia, nie spodziewali się jednak, że oprócz węzła małżeńskiego połączy ich coś jeszcze… Coś złowieszczego, coś zabójczo niebezpiecznego…

Ile trzeba, by przeciętny człowiek przeszedł na ciemną stronę? Czy w każdym z nas tkwi ciemność, która potrzebuje jedynie okazji, by wyjść na światło dnia? Steadman w osobie bohaterów przedstawia sylwetki zwyczajnych osób, które nie budzą początkowo skojarzeń z hasłem „zło”. Normalne małżeństwo zmagające się, jak wielu, z kryzysem finansowym czy tym na rynku pracy, nieporozumieniami, własnymi ambicjami, wiecznym brakiem czasu, ale i kochające się, wspierające, ciągle próbujące się dotrzeć. W rutynie codzienności raczej nie poświęcałoby wiele czasu takim pojęciom, jak „dobro” i „zło”, gdyby nie nowy projekt Erin.

Bohaterka pracuje nad dokumentem poświęconym więźniom, którzy niedługo wyjdą na wolność i rozpoczną nowe życie. Gdy zatrzaskują się za nią kraty i patrzy skazanym w oczy, granice są jasne: dobro – zło, prawo – bezprawie, przykładna obywatelka – przestępca. Po rozmowie oni wracają do celi, a ona do ukochanego męża i przyjaciół. Gdy granice są jasne, jasne jest też, kiedy je przekraczamy. Ale czy na pewno? Zestawienie perypetii Erin z losami więźniów jest ciekawym zabiegiem i najmocniejszą stroną „Pod wodą”, razem z widniejącym na okładce cytatem z powieści („Nie jestem złym człowiekiem. A może jestem. Może to ty powinieneś zdecydować?”), stanowiąc dla autorki punkt wyjścia do przedstawienia tego, jak zwyczajne życie prowadzi do aktu zła i co się dzieje później. Steadman stawia przed bohaterami kolejne wyzwania, a to, jak sobie z nimi radzą i jakie decyzje podejmują, stopniowo odsłania ich prawdziwe twarze. Pozwala zaobserwować narodziny ciemności, która wpełza na ślubne zdjęcie Erin i Marka.

W „Pod wodą” bardzo łatwo można przewidzieć zwrot akcji, nawet jeśli ktoś nie jest wielbicielem thrillerów małżeńskich czy domestic noir. Odniosłam wrażenie, że nawet osoby stroniące od tego gatunku byłyby w stanie powiedzieć, dokąd zmierza większość wątków i jakie „niespodzianki” czekają na nas po drodze. Autorka, prawdopodobnie w dobrej wierze, podrzuca bowiem czytelnikom różne wskazówki, dlatego energia obecna na pierwszych stronach powieści nieco zanika.

Pod powierzchnią można ukryć wiele tajemnic i żyć tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Można też pod spokojnym lustrem wody natknąć się na pułapki i pójść na dno razem ze swoimi sekretami, prosto w stronę mroku. Literacki debiut brytyjskiej aktorki Catherine Steadman to kolejna próba opowiedzenia o meandrach małżeństwa i tajemnicach, które łączą aż po grób. Tylko najpierw trzeba go wykopać.

________
* Cytat z książki, s. 9.

15 kwi 2019

Zostań ze mną - K. A. Tucker

Tytuł: Zostań ze mną
Autor: K.A. Tucker
Wydawnictwo, rok wydania: Filia, 2019
Liczba stron: 440
Cena: 39,90 zł

~~***~~



W sercu Alaski

„Co takiego ma w sobie Alaska? Co sprawia, że jest dla nich miejscem wartym poświęcenia wszystkiego innego?”*

Dziewczyna z wielkiego miasta, rozkochana w luksusach i imprezach, trafia niemal na koniec świata, by poznać swojego ojca, który znacznie podupadł na zdrowiu. Gdy dzika Alaska staje się dla Calli domem, przynajmniej na pewien czas, musi ona zmierzyć się z nieujarzmioną naturą, kruchą więzią z chorym Wrenem oraz… pewnym przystojnym pilotem, Jonahem, którzy w przestworzach czuje się lepiej niż na ziemi. Nauczona doświadczeniem, jakim była historia jej rodziców, Calla twardo postanawia, że nigdy nie odda serca mężczyźnie, który swoje serce oddał Alasce. „Ale serce nie sługa, prawda?” zdaje się pytać K.A. Tucker w swojej najnowszej powieści, łącząc romans z dużą dawką obyczajowości. „Zostań ze mną” zebrało dużo pochwał, zarówno od takich koleżanek autorki po piórze, jak Colleen Hoover czy Samantha Young, jak i od czytelniczek. Znając poprzednie tytuły Tucker, miałam nadzieję, że się nie zawiodę, ale i nie spodziewałam się, że „Zostań ze mną” wypadnie aż tak dobrze!

Na pierwszy plan w tej książce wysuwa się relacja bohaterki z ojcem, co jest jednocześnie kluczem otwierającym kolejne wątki powieści. Calla wkracza na nieznany sobie teren zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Ojciec jest dla niej właściwie obcą osobą, a poznając go, kobieta poznaje także osoby, które stały się jego rodziną z wyboru, oraz Alaskę, którą pokochał całym sercem, a przy tym… poznaje również siebie. Muszę przyznać, że jestem zaskoczona tym, jak duży nacisk położyła autorka na relację ojciec – córka. Spodziewałam się, że miłość odegra tu najważniejszą rolę, nie spodziewałam się jednak, że będzie to między innymi miłość rodzicielska. To pozytywne zaskoczenie, bo jak się okazuje, opisanie wielu rodzajów miłości, nie tylko romantycznej, znacznie ubarwiło historię. Począwszy od Calli i Wrena, różne płaszczyzny tworzą pełną emocji opowieść, przy której nietrudno się wzruszyć. Śledząc losy Calli, jej rodziny oraz mieszkańców Alaski, zarówno drugoplanowych, jak i epizodycznych, których na swojej drodze spotyka Calla, jesteśmy świadkami miłości rodzicielskiej, siostrzanej, romantycznej, nieodwzajemnionej, miłości sprzed lat, miłości szczęśliwej i nieszczęśliwej, miłości do osoby, miejsca, własnego życia… Czasem zamknięto ją w jednej scenie, ale to wystarczy. K.A. Tucker opowiada historie o miłości, ale nie zawsze musi być ona na pierwszym planie.

Sięgając po powieść „Zostań ze mną”, byłam przekonana, że najważniejszy w niej będzie burzliwy romans Calli i Jonaha, prowadzący do finałowego dylematu: zostać czy odejść? Pomijając niespodziankę w postaci ukazania również innych perspektyw, romans także odgrywa ważną rolę w powieści. Wątek romansowy wypada bardzo dobrze, bo jest niewymuszony, tworzy się naturalnie, jakby przy okazji. Wspomniane wcześniej rozmaite oblicza miłości stają się tłem dla uczuć Calli i Jonaha. „Zostań ze mną” ma urok sprawiający, że nawet po części znany scenariusz jest przyjmowany z uśmiechem. Wielbicielki gatunku bez trudu domyślą się, w jakim kierunku zmierza relacja Calli i Jonaha, ale obserwowanie rozwoju tego związku wciąż daje dużo przyjemności. W rękach K.A. Tucker nawet znane klisze potrafią zainteresować i przynieść mnóstwo emocji, bo autorka potrafi je wykorzystać w opowiadanej historii. W trakcie lektury oczywistości nie drażnią i nie rzucają się mocno w oczy. Przysłużyło się temu również tempo, jakie nadała opowiadanej historii autorka. Slow burn, czyli uczucie rodzące się powoli, pozwala budować relację nieśpiesznie, w oparciu o pozornie nic nieznaczące gesty i rozmowy, które jednak krok po kroku zbliżają bohaterów do siebie. Sprawia to również, że wątek romansowy nie zagarnia dla siebie całej uwagi, nie zamienia rodzinnej historii Calli w pretekst do opisania ognistego romansu. Poza tym, biorąc pod uwagę klimat „Zostań ze mną”, slow burn idealnie wpasowuje się w tę historię.

Dużym plusem „Zostań ze mną” jest brak dość częstego w romansach przerysowania, które sprawia, że postacie kobiece i męskie stanowią powielenie pewnego gotowego zestawu cech. Calla jest śliczną, bogatą i rozpieszczoną dziewczyną z wielkiego miasta, aspirującą instagramową influencerką, Jonah to pilot z Alaski, którego wspomniana influencerka mogłaby określić mianem „drwaloseksualnego” samca alfa (gdyby tylko jego wygląd wynikał z mody, a nie był skutkiem życia w surowej krainie) i nietrudno sobie wyobrazić, jak mogłoby wyglądać ich zachowanie. Autorce na szczęście udało się uniknąć grubych krech w portretach bohaterów, karykatur, bo ich najważniejszą cechą jest zwyczajność. Nie jakieś przerysowanie, nie poza, którą mogliby przybrać, nie łatki, które można by im przykleić, ale właśnie normalne problemy, pragnienia, zachowania. Calla z dala od zgiełku wielkiego miasta może wsłuchać się w swój wewnętrzny głos, co pomaga jej uporządkować priorytety i wiele trapiących ją spraw. Obserwujemy metamorfozę bohaterki, która nie jest drastyczna ani niewiarygodna, bo wypływa z cech, które Calla już posiadała – potrzebowała tylko odpowiednich okoliczności, by pozwolić im rozkwitnąć. Jonah również mógłby być definiowany jako macho, ale nie jest, nie jest również wyłącznie przystojnym obiektem westchnień, istniejącym tylko po to, by główna bohaterka miała do kogo wzdychać. Taki sposób na kreowanie postaci widać również wśród innych, nieważne, o którym planie mówimy. Bohaterowie stanowią serce tej powieści, zjednując sobie sympatię czytelniczki.

K.A. Tucker miesza słodycz, smutek, radość, nostalgię, nadzieję, strach, powoli rodzącą się miłość, rodzinne więzi i piękno Alaski w powieści, której właściwie nie chce się kończyć. Co więcej, chętnie zostałabym w tej historii na dłużej. Oczywiście musiałam pogodzić się z końcem, gdy przewróciłam ostatnią stronę, ale powtórzę tutaj pojawiający się zarzut: finał nie do końca spełnia pokładane oczekiwania. Przede wszystkim sprawia wrażenie pośpiesznego, naprędce dopowiedzianego, co zupełnie nie pasuje do wykreowanej wcześniej atmosfery. Część wydarzeń zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi, bo to wpisywałoby się lepiej w dotychczasową dynamikę rozwoju wydarzeń. Mimo tego potknięcia „Zostań ze mną” to rewelacyjna propozycja z półki romansowo-obyczajowej, która zadowoli zarówno czytelniczki szukające interesującej historii miłosnej, jak i te, dla których ważne są perypetie bohaterów w oderwaniu od samego romansu. Czy to pisząc o zakochanych, czy o relacjach rodziców z ich dorosłymi dziećmi, K.A. Tucker opowiada historię różnych odcieni miłości, obierając za tło piękno dzikiej natury.

Uwaga: może budzić przemożną chęć podróży na Alaskę!

____
* Cytat ze s. 192.

9 kwi 2019

Okrutne pragnienie - Araminta Hall

Tytuł: Okrutne pragnienie
Autor: Araminta Hall
Wydawnictwo, rok wydania: W.A.B., 2019
Liczba stron: 352
Cena: 39,99 zł


~~***~~

Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo W.A.B.


Kiedy myślę o żonie… zawsze myślę o jej głowie. Wyobrażam sobie, że rozbijam jej śliczną czaszkę, prostuję zwoje mózgu, usiłując uzyskać odpowiedzi. Zasadnicze w każdym małżeństwie pytania. „O czym myślisz? Jak się czujesz? Co my sobie nawzajem zrobiliśmy?”
Nick Dunne w scenie otwierającej film Zaginiona dziewczyna

Skojarzenia z powieścią Gillian Flynn oraz ekranizacją Davida Finchera nie wzięły się tylko z polecenia, które widnieje na okładce Okrutnego pragnienia. Araminta Hall uderza w swojej powieści w znajome tony, w których pobrzmiewają echa relacji Nicka i Amy oraz zacięcie Flynn do przemycania na stronicach swoich książek komentarzy społecznych. Jednak powieść „w duchu Flynn” nie oznacza, że Hall kopiuje koleżankę, bo takim stwierdzeniem wyrządziłabym jej krzywdę. Ona raczej wpisuje się w pewien nurt klimatem, konstrukcją historii i bohaterów. Jednak, co warto zaznaczyć, w tym przypadku uczeń nie przerósł mistrza – choć i nie poległ zupełnie na placu boju. 

Araminta Hall z perspektywy głównego bohatera i jednocześnie narratora Mike’a snuje opowieść o żarliwym uczuciu łączącym mężczyznę z piękną Verity. Mike wspomina czasy, gdy jako kochankowie zatracali się w łączącym ich uczuciu, prowadząc grę, która dodatkowo podnosiła temperaturę w ich związku. Dla takiego pożądania i pragnień można było stracić głowę. Mike był przekonany, że są sobie z Verity pisani na wieczność. Nadal jest o tym przekonany, mimo że Verity odeszła i planuje ślub z innym. Dla Mike’a to tylko nowy etap ich związku, nowy etap gry, w której stawka stała się wyższa. 

Obsesyjna „miłość” i toksyczne relacje ciągle pozostają w obszarze zainteresowań twórców. Wystarczy chociażby przytoczyć serialowy hit Netflixa, TY (You), oparty na dylogii autorstwa Caroline Kepnes. Księgarz Joe Goldberg jest równie kontrowersyjny co fascynujący na swój toksyczny sposób i tymi śladami podąża Mike. Obserwując bohatera, zastanawiamy się, co motywuje jego działania – wyrachowanie? Czyste zło? Upośledzona inteligencja emocjonalna oraz inne zaburzenia psychiczne? A może jest trybikiem w machinie manipulacji? Hall stara się budować historię na niejednoznaczności, co dotyczy zarówno intrygi, jak i samych bohaterów. Podobał mi się ten zamysł, by prowadzić grę nie tylko wśród bohaterów, ale i z samym czytelnikiem. Choć mamy wgląd w relację Mike’a i Verity, to nadal pozostajemy tylko postronnym obserwatorem, który wyrabia swoją opinię na podstawie zeznań osób niegodnych zaufania. Okrutne pragnienie można z pewnością określić mianem page-turnera. W trakcie lektury przewracałam kolejne strony, pochłonięta opowieścią Mike’a. Jakiekolwiek zarzuty można mieć wobec tej powieści, to chyba nie da się zaprzeczyć, że jest ona w stanie wciągnąć (i nie puścić, tak do końca). Co było dla mnie dość zaskakującym odkryciem, to fakt, że Okrutne pragnienie jest dość… grzeczne. Jak na powieść, która rozgrywa się wokół erotycznej gry. Spodziewałam się bardziej gęstej atmosfery, zagłębiania się w kolejne warstwy związku, rosnącego napięcia, bo cała historia aż prosi się o pogłębiony mrok, zapuszczenie się w ciemniejsze zakamarki psychiki bohaterów. Choć napięcie jest obecne, to nie przypominam sobie chwili, w której sięgnęłoby ono zenitu. Akcja toczy się raczej nieśpiesznie, a zwroty akcji raczej nie szokują. Jest w niej dużo takiej zwyczajności. Autorka konfrontuje się z naszymi oczekiwaniami, jakby chciała udowodnić, że otoczkę powieści tworzymy sami, dorabiając ideologię do historii Mike’a i Verity, doszukując się drugiego dna tam, gdzie go nie ma. Słysząc o tej historii, liczyłam na mrok, ale może tak naprawdę w takich historiach nie kryje się nic więcej i kolorytu dodają im teorie komentujących, artykuły w brukowcach, szczegóły podkoloryzowane przez innych. Może sami chcemy, by kryło się tam większe zło niż w rzeczywistości? I taki komentarz Hall do tego, przez jaki pryzmat postrzegamy i komentujemy medialne, kontrowersyjne sprawy mógłby się udać, gdyby nie to, że sama trzyma kilka srok za ogon. Pogrzebała sporo potencjału w ostatniej części powieści – a może nie tyle pogrzebała, co poświęciła jedno kosztem drugiego. Jak możemy przeczytać w posłowiu, które odsłania kulisy powstania powieści, autorka bardzo chciała przekazać pewną obserwację w historii Mike’a i Verity, pochylić się nad bliskimi jej prawdami, skomentować zjawiska społeczne. Można odczuć w trakcie czytania finału, że to właśnie ta myśl przyświecała jej najmocniej. Autorka ma pełne prawo do poruszania wybranych zagadnień, ale w tym przypadku ta chęć do przekazania czegoś, stała się silniejsza niż skupienie na intrydze. Oczywiście jedno z drugim da się jak najbardziej połączyć, ale u Hall wyszło z tego lekkie moralizatorstwo połączone z rozwiązaniem intrygi, które tylko częściowo udźwignęło spoczywający na nim ciężar. Finał w założeniu miał namieszać w głowie czytelnika, pozostawić go z uczuciem niepokoju i gorzką refleksją, i robi to, oferując jednocześnie ogromny niedosyt. Z tej intrygi można by „wycisnąć” zdecydowanie więcej, bo ta finałowa niejednoznaczność jest jednak bardziej oczywista, niż powinna być, taka toporna, a autorka narzuca nam swoją perspektywę. Okrutne pragnienie nie udźwignęło wszystkich płaszczyzn, które mu narzucono.

Pochwałę Gillian Flynn potraktuję jako błogosławieństwo na przyszłość.

„Musimy pracować nad prawdą i ją naginać. Inni mogą widzieć to inaczej, ale, kochanie, okrucieństwo w naszym wydaniu to miłość, tylko inaczej nazwana.”*
___________
*Okrutne pragnienie, Araminta Hall, tłum. Katarzyna Rosłan, str. 352