12 cze 2019

Więcej niż pocałunek - Helen Hoang

Tytuł: Więcej niż pocałunek
Autor: Helen Hoang
Tłumacz: Paweł Wolak
Wydawnictwo, rok wydania: Muza, 2019
Ilość stron: 480
Cena: 39,90 zł


~~***~~

Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Muza



Trzydziestoletnia Stella jest specjalistką od ekonometrii i ma zespół Aspergera. Znajdując się na spektrum autyzmu, świetnie radzi sobie w codziennym życiu, ale ma problem z nawiązywaniem intymnych relacji, w tym rozumieniem niuansów w relacjach damsko-męskich. To wyzwanie ma według jej analitycznego umysłu tylko jedno rozwiązanie – korepetycje z miłości. Stella postanawia wynająć zawodowca, by nauczył ją wszystkiego o związkach i bliskości. Przeglądając profile panów do towarzystwa, znajduje idealnego kandydata. Michael jest przystojnym żigolakiem, który rozpieszcza kobiety, chociaż jego życie zupełnie nie rozpieszczało. Gdy Stella składa mu propozycję, Michael jest zaskoczony i zaintrygowany. On miałby udzielać lekcji miłości, zamiast oferować jednonocne romanse? Biznesowy układ jest jasny i przejrzysty, składa się nawet z miłosnego planu lekcji, więc Michael i Stella są przekonani, że wszystko pójdzie zgodnie z (nomen omen) planem. Jednak czy można się nauczyć miłości… bez uczuć?

Helen Hoang głosami czytelników pokonała w konkursie Goodreads Choice Awards Colleen Hoover, która od trzech lat była w tym plebiscycie bezkonkurencyjna (najlepszy romans w latach 2015-2017, w 2018 zajęła drugie miejsce) czy E.L. James. To znaczące osiągnięcie dla debiutantki na półce romansów, bo raz, że musiała rywalizować z innymi debiutantkami, a dwa – musiała zmierzyć się z gigantkami, które mają za sobą wsparcie rzeszy wiernych czytelniczek. Dlaczego zdecydowały się one oddać swoje głosy właśnie na „Więcej niż pocałunek?”.

Autorka otwarcie napisała, że od dłuższego czasu myślała o stworzeniu nowej wersji Pretty Woman, tyle że z zamienionymi rolami. Biorąc pod uwagę to, że jej inspiracją jest film z 1990 roku, można zadać sobie pytanie, ile z atmosfery pierwowzoru przemycono na karty powieści? Tutaj ujawnia się pierwszy składnik z przepisu na sukces Hoang. Autorka nie tylko zaczerpnęła z komedii romantycznej, którą chyba można już określić mianem kultowej, ale i odświeżyła formułę, dodając do niej elementy bezpośrednio nawiązujące do obecnych trendów w opowiadaniu historii miłosnych. „Więcej niż pocałunek” to i komedia romantyczna, i erotyk, i powieść obyczajowa. Po słodkiej, uroczej scenie ekran się nie zaciemnia, by potem pokazać nam „dzień po”, sceny łóżkowe opisano bez pruderii. Autorka otwarcie sygnalizuje, że nie będzie stronić od erotyki, cielesności, zaczynając dość śmiało. Na dodatek położono nacisk na szacunek i zgodę na bliskość (ang. consent), co może się wydawać niewinnym drobiazgiem, ale pobrzmiewa w nim echo ciągle trwających dyskusji o seksie i seksualności. Taka mieszanka gatunkowo-tematyczna bez problemu zdobyła serca czytelniczek, bo autorka wzięła to, co najlepsze i sprawdzone z całego spektrum opowieści o miłości. Hoang w ogóle dobrze radzi sobie z odświeżaniem elementów, które można by określić mianem wyświechtanych. Wielokrotnie widzieliśmy już romanse przedstawiające relację kobieciarza, samca-alfa z trudną przeszłością i pracoholiczki-bizneswoman. Michael i Stella z pewnością wpisują się w te role, ale ich kreacje jednocześnie udowadniają, że obranie takiego punktu wyjścia nie musi skończyć się jednowymiarowym, sztywnym schematem. W przeciwieństwie do Pretty Woman, autorka nie trzyma się też kurczowo motywu Kopciuszka, co nadaje dodatkowego kolorytu portretom postaci. Główni bohaterowie nie są siłą wpychani do szufladek, które by ich ograniczały, za to płynnie łączą różne cechy, zazwyczaj przypisywane różnym rolom. Widzimy Stellę i Michaela na różnych etapach relacji, co jednocześnie odsłania kolejne obszary ich charakterów i zmieniającą się dynamikę w związku.

Relacja bohaterów nie jest jedynym tematem, wokół którego kręci się historia. Hoang eksploruje również życie bohaterów pod kątem niezwiązanym z romansem. Ważną rolę odgrywają rodziny bohaterów (rodzina Michaela jest absolutnie niezwykła!), ich osobiste historie, perypetie i problemy. Michaela i Stellę definiuje zdecydowanie więcej niż tylko ich relacja, a ich osobne przeżycia wzbogacają wspólną perspektywę. Wśród kreacji bohaterów jako jednostek pojawia się kolejna zaleta powieści. „Więcej niż pocałunek” to powieść wpisująca się w nurt own voices (własne głosy); są to historie, w których opisywane zagadnienia pochodzą wprost z życia autora, przedstawiają perspektywy często marginalizowanych osób. Hoang, która jako dorosła została zdiagnozowana z zespołem Aspergera, oczami głównej bohaterki przedstawia życie osoby znajdującej się na spektrum autyzmu. To nadaje powieści bardzo interesującą płaszczyznę, bo romanse rzadko decydują się na różnorodność, na przedstawienie osób, o których w takim kontekście nieczęsto się mówi, zupełnie jakby nie było dla nich miejsca w historiach miłosnych. Stella co prawda bardzo dobrze funkcjonuje w codziennym życiu, cierpiąc prawdopodobnie na łagodniejszą odmianę zespołu, ale biorąc pod uwagę to, że Hoang odzwierciedliła w powieści część własnych przeżyć, to trudno mieć do niej pretensje, że wykreowała właśnie taką bohaterkę.

„Więcej niż pocałunek”, mimo wielu pochwał, nie przeprowadzi rewolucji na półce romansów. Helen Hoang sprawnie porusza się po gatunku, wybierając i łącząc to, co najlepsze, ale nie wykracza znacząco poza te ramy. Oznacza to ni mniej, ni więcej tylko tyle, że w powieści obecna jest spora doza przewidywalności. Konstrukcja fabuły „Więcej niż pocałunek” jest znana, sprawdzona – i nie bójmy się tego słowa – schematyczna. Najważniejsze zwroty akcji rozgrywają się według formuły komedii romantycznej i byłby to o wiele poważniejszy zarzut, gdyby nie zakrywały go interesujące, pomniejsze wątki, sylwetki postaci i atmosfera powieści. Chociaż finał perypetii Stelli i Michaela nie zaskakuje, to dotarcie do niego stanowi jedną z najprzyjemniejszych ostatnio lektur.

„Więcej niż pocałunek” to solidna propozycja dla fanek gatunku, w niewymuszony sposób łącząca lekkość i urok komedii romantycznej z erotyczną pikanterią oraz interesującą parą w roli głównej. Popularność debiutu Helen Hoang nie dziwi, bo autorka wie, co robi – i jak widać, robi to całkiem dobrze. Podczas gdy Stella szuka wzoru na miłość, pisarka znalazła wzór na udaną powieść romansową.

18 maj 2019

Ty - Caroline Kepnes

Tytuł: Ty (tom I z IV)
Autor: Caroline Kepnes
Wydawnictwo, rok wydania: W.A.B., 2019
Liczba stron: 416
Cena: 39,99 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo W.A.B.


Joe Goldberg pracuje w księgarni, Guinevere Beck jest aspirującą pisarką. Gdy ich ścieżki krzyżują się, on zakochuje się po uszy, a ona z czasem jest coraz mocniej zauroczona facetem, który tak bardzo różni się od jej byłych. Joe jest niemal uszyty na miarę jej marzeń. Wprost są sobie pisani.

Cały problem z tym, że to Joe pisze ich historię.

I to wcale nie jest historia miłosna.

Książki takie jak „Ty” nie bez powodu nazywane są page-turnerami. Są to powieści, które czyta się błyskawicznie, zupełnie jakby wbrew ich objętości, i „Ty” zdecydowanie należy do tej kategorii. Ta historia przyszpila czytelnika i nie pozwala mu się oderwać – i co ciekawe, robi to w wielu formach. Według doniesień Netfliksa, w pierwszym miesiącu od premiery serial „Ty” obejrzało 40 milionów widzów. Historia Joego i Beck przyciągnęła gigantyczną publiczność, otwierając sobie drogę do drugiego sezonu. Jak to określono w jednym z artykułów „opowieść o obsesji stała się nową obsesją”. Wcale mnie to nie dziwi, bo jest coś uzależniającego w zagłębianiu się w pokręcone zakamarki zepsutych umysłów, nieważne, czy mówimy o true crime, czy o fikcji, a „Ty” to przede wszystkim widziana oczami psychopaty opowieść o obsesji i nieświadomym wpadaniu w zabójcze sidła. Caroline Kepnes zmusza nas do zagłębienia się w monolog wewnętrzny mężczyzny, który dla otoczenia jest normalnym, zwyczajnym facetem, niewyróżniającym się z tłumu, ale dla nas, zatopionych w toksycznym strumieniu jego świadomości, jest diabłem wcielonym. Towarzyszymy Joemu, który w imię miłości jest w stanie zrobić wszystko, a rozwój związku z Beck jednocześnie odsłania skalę jego zaburzeń. Balansując między dwoma drastycznie odmiennymi twarzami Joego, autorka kreuje fascynujący thriller psychologiczny, w którym właściwie sam czytelnik staje się bohaterem. Tak samo jak reszta jesteśmy osaczeni i manipulowani. Kepnes bardzo dobrze wykorzystała perspektywę Joego jako narratora niegodnego zaufania, bo poznając świat jego oczami, nie mamy pewności czy i jak oceniać inne postacie, sytuacje i zachowania. Perspektywa Joego, jego opinie i refleksje nie są z założenia negowane. Świat wokół niego nie jest kryształowy i on zdaje się to zauważać. Kepnes stworzyła bohatera, który, choć zły, jednocześnie może mieć rację w niektórych sprawach, może znaleźć z kimś wspólny język – i to budzi dyskomfort, który nie opuszcza nas ani na chwilę.

Caroline Kepnes oddała głos potworowi i jestem pod naprawdę dużym wrażeniem, jak dobrze sobie z tym poradziła. Perspektywa Joego poraża; po skończeniu książki, nadal zastanawiam się, co ją inspirowało i jak była w stanie przemówić jako Goldberg. Można „Ty” trochę zarzucić, to powieść, która zmusza na przymknięcie oka na fabularne zbiegi okoliczności i nad wyraz dogodne dla historii rozwiązania, ale trudno zaprzeczyć, że Joe to piekielnie (w każdym znaczeniu tego słowa) wyrazisty bohater. Jego myślenie jednocześnie odstręcza i fascynuje; od szyderczych obserwacji przez wulgarność po gęste bagno zepsutych myśli, słuchamy go, wiedzeni chorą ciekawością, po czym kręcimy głową z niesmakiem. Jednocześnie Joe zaskakuje trafnymi refleksjami i potrafi rozbawić, co wzbogaca jego charakter. Istnieje jako postać nie tylko przez pryzmat bycia psychopatą. Poniekąd na to liczyłam, gdy sięgałam po „Okrutne pragnienie” Araminty Hall. Porównując te dwa tytuły w kontekście kreacji głównego bohatera oraz przedstawienia tego, jak postrzega świat, widać jak odmiennie podeszły do tego autorki, choć przecież czerpały z takich samych elementów. Joe jako psychopata na pewno lepiej radzi sobie z przywdziewaniem maski i wcielaniem się w rolę. Nie jest co prawda kameleonem rangi Teda Bundy’ego, ale ma w sobie ten pierwiastek charyzmy, za którym skrywa się potwór. Dobre skonstruowanie perspektywy bohatera-narratora ma w przypadku tej serii niebagatelne znaczenie, bo to ona dźwiga na swoich barkach ciężar całej powieści, a nawet potrafi zasłonić potknięcia na innych płaszczyznach. Joe powróci w trzech tomach - drugi, „Hidden Bodies”, miał już premierę w Stanach a autorka poinformowała, że pracuje nad trzecią i czwartą książką. Czy pokręcony, mroczny umysł Joego jeszcze czymś nas zaskoczy? Mam nadzieję, że tak, że autorka postanowi dalej eksplorować jego psychikę, zamiast powtarzać wyuczone mechanizmy. Wiemy już, do czego jest zdolny stalker Joe, więc czas na przesunięcie granicy w najmniej oczekiwaną stronę i ukazanie go w innej roli. 

„Ty”, tak samo jak psychika Joego, wpada ze skrajności w skrajność. Mamy do czynienia z niejednokrotnie zaskakującą, mroczną i wciągającą powieścią, ale na „Ty” trzeba czasem spojrzeć przez palce i… nie zadawać zbyt wielu pytań. Fabuła powieści w pewnej części żąda od nas, byśmy po prostu uwierzyli w to, co się dzieje, przyjęli wszystkie sytuacje takimi, jakimi są i może za mocno nie dociekali. Czy to psuje przyjemność z lektury? Szczerze mówiąc – nie. Postać Joego wiele wynagradza, ale nie można jednak pominąć milczeniem niektórych cudownych zbiegów okoliczności, przeoczeń innych na korzyść głównego bohatera i wyjaśnień, które trzymają się całości tylko za sprawą jednej cienkiej nitki. Kepnes czasem aż za bardzo ułatwia Joemu życie, wymyślając coś na poczekaniu. W założeniu główny bohater jest tym oczytanym, inteligentnym stalkerem, który chwyta ukochaną w tkaną z rozmysłem pajęczą sieć, ale część planu Joego to czysta przypadkowość pomieszana z naciąganymi rozwiązaniami. Zupełnie jakby na każdy świetny zwrot akcji musiał przypadać jeden przeciętny element. Zgadzam się, że działania głównego bohatera są przerażające, ale prawdziwa groza wyłania się z sytuacji, które rzeczywiście zostały zaplanowane przez zbrodniczy umysł. Wtedy mamy to poczucie sytuacji bez wyjścia, kompletnej władzy Joego nad życiem Beck. 

Historię Beck i Joego otrzymaliśmy w dwóch wariantach: książkowej oraz serialowej, dostępnej na Netfliksie; ponieważ wiele osób często zastanawia się, jak ma się ekranizacja do książki, warto zwrócić uwagę na pewne zagadnienia. Interesujące są podobieństwa i różnice wynikające również z użytego medium. Serial oferował wizualną ucieczkę od mroków umysłu Joego, dyskomfort łatwiejszy do zniesienia w szerokim kadrze. Chociaż patrzymy na świat z perspektywy głównego bohatera i narratora, to jednocześnie mamy szansę, by zrobić krok w tył. Nie jest nam tak ciasno w tym zepsuciu. Pierwowzór w postaci powieści to historia bez filtra i bez zahamowań. Zbliżenie. Klaustrofobiczna klatka, z której nie ma ucieczki. Książkowe „Ty” krępuje perspektywą Joego, zmuszając do wysłuchiwania monologu, który budzi gęsią skórkę. Tutaj nie możemy odetchnąć, zrobić kilku kroków w tył. O ile w serialu stoimy obok Joego, o tyle w książce jesteśmy nim. To chyba największa (i jedna z niewielu znaczących) różnica, która narzuca to, jak odbieramy różne wersje tej historii, w jaką atmosferę się zagłębiamy. 

Czy pod skórą idealnego partnera może wrzeć toksyczna mieszanka? Czy idealny związek może być wyreżyserowaną zbrodnią? Zaczynając od sceny, która równie dobrze mogłaby pochodzić z komedii romantycznej, Caroline Kepnes wypacza znaczenie każdego gestu, wyznania i decyzji, które łączą „zakochanych”. Przesuwając ciężar na najniższe instynkty, odkrywa kolejne kręgi piekła skrywające się pod normalnością – pierwszy z nich to media społecznościowe i codzienny live stream życia, podczas gdy po drugiej stronie ekranu stoi Joe i pragnie, by to wszystko było perfekcyjne. 

Perfekcyjne piekło w nieperfekcyjnym, ale diabelnie wciągających thrillerze ze świetnym głównym bohaterem.

29 kwi 2019

Mój piękny syn - David Sheff

Tytuł: Mój piękny syn
Autor: David Sheff
Wydawnictwo, rok wydania: Poradnia K., 2019
Liczba stron: 448
Cena: 39,99 zł


~~***~~




Z jasności w ciemność, czyli podróż ojca przez uzależnienie syna

Niedowierzanie.

Po skończonej lekturze „Mojego pięknego syna”, a jeszcze przed sięgnięciem po „Na głodzie”, wpisałam nazwisko Sheffów do wyszukiwarki. Musiałam sprawdzić, co wydarzyło się później, po zakończeniu memoiru Davida Sheffa. Oczekiwałam bolesnych upadków, spodziewałam się, że dalej na pewno wydarzy się coś złego, bo nie dowierzałam, że może być już tylko dobrze. Czy w ogóle po tym, co przeżyli Sheffowie, może istnieć jakiekolwiek „dobrze”? Czy można się pogodzić z taką przeszłością, żyjąc nieustannie w strachu przed przyszłością?

Jestem obecny, ale mnie nie ma. Zgodnie ze starym powiedzeniem rodzice mogą być tylko tak szczęśliwi, jak ich najbardziej nieszczęśliwe dziecko. Boję się, że to prawda. [s. 249]

„Mój piękny syn” to memoir pisarza i dziennikarza Davida Sheffa, który opisuje losy swojej rodziny przez pryzmat uzależnienia najstarszego syna. Gdy Nic jako nastolatek wpada w sidła narkotyków i alkoholu, piekło dotyka całej rodziny, wystawiając na poważną próbę łączące ich relacje. Cofając się do wczesnego dzieciństwa Nica, bystrego, rezolutnego i zdolnego chłopca, ojciec próbuje wyznaczyć punkt, w którym nieodwracalnie zmieniło się ich życie. David przygląda się narkomanii pod każdym kątem, próbując zrozumieć uzależnienie syna. Czy sięganie po narkotyki to moralny upadek? Wybór? Choroba psychiczna? Choroba mózgu? Skutek złego wychowania? Owoc rodzinnych problemów? Pochylając się nad wielopłaszczyznową naturą uzależnienia, przedstawia długie lata zmagań i wpisany w nie portret rodziny oraz nakreśla rzeczywistość, która umożliwia upadek na dno.

Mówimy sobie nawzajem „Wszystko”. To nasz sposób, żeby powiedzieć: kocham cię, tak bardzo będę za tobą tęsknić, tak mi przykro – mieszanina uczuć towarzyszących jego wyjazdom i powrotom. [s. 39]

„Mój piękny syn” budzi mnóstwo niepokoju w czytelniku, igrając z jego poczuciem bezpieczeństwa, z nadzieją, ze spokojem. Gdy myślimy, że oto dostaliśmy upragniony przełom czy szczęśliwe zakończenie, za zakrętem czyha kolejny cios. Gdy stwierdzamy, tak samo jak bohaterowie, że już dłużej nie damy rady, że to już musi być koniec, nawet jeśli miałby on być zły, bo mamy dość, nagle rozbłyska światełko w tunelu. Opisując kolejne lata walki z uzależnieniem syna, David Sheff ukazuje psychologiczną, emocjonalną huśtawkę, na której znajduje się cała rodzina – a wraz z nimi trafia tam czytelnik. Czytając zapiski Sheffa, wielokrotnie zastanawiałam się, ile może znieść człowiek, zanim całkowicie się załamie, czy nadzieja ma jakiś limit. Towarzyszymy autorowi w podróży, w której każdy wzlot jest okupiony bardzo bolesnym upadkiem, tak bolesnym, że można zwątpić w sens podnoszenia się po nim. To, co szczególnie dobrze udało się uchwycić autorowi, a co niezwykle zadziwia, to siła uczuć, które z taką samą siłą pomagają stanąć na nogi, jak i strącić na dno. W historii ojca i syna porusza miłość, która wprost wylewa się z kart książki, nawet w tych najmroczniejszych momentach. Porusza ogrom nadziei i gotowość do wybaczenia, które tkwią w Davidzie. Porusza cierpienie, które jednocześnie łączy i rozbija rodzinę. Te uczucia czasem są aż tak surowe i żarliwe, że aż ciężko o nich czytać.

„Mój piękny syn” kryje w sobie ładunek emocjonalny, który sprawia, że nie jest to łatwa lektura. Ciężar książki kryje się również w szczerości i refleksji autora, który tak samo opisuje miłość do syna, jak i cierpienie oraz własne decyzje, które, w jego odczuciu, mogły być kroplami przepełniającymi czarę. Czytelnik zaczyna doszukiwać się drugiego dna w wielu sytuacjach, ogląda niby pod mikroskopem każdy element życia ojca i syna – i David na to pozwala, ba, on sam to robi. W ustępach, które brzmią niczym spowiedź, autor sam zastanawia się, gdzie popełnił błąd. Nawet gdy przechodzi wraz z Nikiem przez kolejne etapy uzależnienia i leczenia, gdy zdobywa coraz większą wiedzę na ten temat, ciągle próbuje zrozumieć, dlaczego trafiło właśnie na nich i czy ma prawo, czy w ogóle jest w stanie sobie wybaczyć. Tragedia Sheffów obfituje w momenty niezdrowego egoizmu, bezmyślności, niedojrzałości, krótkowzroczności, ale czytający nie chce wykorzystywać tych problemów przeciwko rodzinie, raczej im współczuje, szczególnie biorąc pod uwagę to, jakie spadły na nich konsekwencje. Sheff szczerze opisuje potknięcia i trudne, bolesne wydarzenia z życia rodziny. Wiemy, że się zadręczał, ale nie zauważyłam, by miało w tym miejsce jakieś samobiczowanie, monopolizowanie uwagi przez narratora. Obnażenie się jest desperackim aktem zrozumienia, próbą oczyszczenia i ozdrowienia oraz przestrogą dla innych.

Jesteśmy związani z naszymi dziećmi, niezależnie od okoliczności. One są splecione z każdą komórką naszego ciała, z każdym neuronem. Nie można ich oddzielić. Zamieszkują naszą świadomość, mieszkają w każdej przestrzeni, każdej jamie, szczelinie naszego ciała, w naszych najbardziej pierwotnych instynktach, głębiej nawet niż nasza tożsamość. Głębiej niż nasze ja.

Mój syn. Jedynie moja śmierć mogłaby go wymazać. A może nawet nie starczyłoby nawet śmierci. [s. 321]

„Mój piękny syn” to intymny portret rodziny, ale również rozbudowany wstęp do pewnego rodzaju śledztwa, które Sheff kontynuuje w swojej kolejnej książce „Clean: Overcoming Addiction and Ending America's Greatest Tragedy”. Towarzysząc synowi, David dogłębnie poznaje naturę uzależnienia, ale i poznaje od środka biznes (sic!) leczenia uzależnień. Testując kolejne ośrodki, terapeutów, metody i leki, które pochłaniają dziesiątki, czasem nawet setki tysięcy dolarów, autor coraz krytyczniej ocenia wiele mechanizmów sterujących leczeniem uzależnień. Nie negując tytanicznej pracy wykonywanej przez ośrodki, jednocześnie zadaje pytania o szarą strefę, w której znajduje się wiele z nich, o kwalifikacje prowadzących, o praktycznie nieistniejące regulacje oraz, co najważniejsze, o stosunek rządu do finansowania badań, profilaktyki oraz prawidłowego leczenia, o liczbę skazanych będących uzależnionymi.

Choć to przejście między częścią czysto pamiętnikową, autobiograficzną a reportażową nie zawsze jest płynne, czasem obfituje w zgrzyty i nadmiar informacji zrzucany na czytelnika między ustępami, to jestem skłonna wybaczyć to autorowi, bo w zamian otrzymujemy szerszą perspektywę na to, jak wygląda sytuacja osób uzależnionych i ich bliskich. Nic jest jednostką, ale nie jest jedyny. Takich jednostek mogą być miliony. Osadzenie sytuacji Nica w konkretnej rzeczywistości pozwala zrozumieć jego zmagania. Sheff próbuje rozłożyć na czynniki pierwsze system, który choć powołany w dobrej wierze, może paradoksalnie napędzać zaklęty krąg uzależnienia. Bo niektóre rodzaje pomocy są złe i mogą wyrządzać krzywdę, a mimo to stosuje się je pod przykrywką terapii. Sięgając do badań naukowych, statystyk, rozmów ze specjalistami, innymi uzależnionymi i własnych przeżyć, kreuje przerażający obraz epidemii, w której na ropiejące rany nakleja się plaster i liczy na to, że samo przejdzie. Skalę problemu przedstawiali też w swoich książkach m.in. Sam Quinones („Dreamland”), Beth Macy („Dopesick: Dealers, Doctors, and the Drug Company that Addicted America”) i John Temple („American Pain: How a Young Felon and His Ring of Doctors Unleashed America's Deadliest Drug Epidemic”). Każde z nich podejmuje temat z innej perspektywy, ale niewątpliwie łączy ich próba ukazania dramatu, który gnębi Stany, oraz pytanie o to, dlaczego w walce z narkotykami największymi ofiarami stają się ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy.

Na szczęście jest mój piękny syn.

Na nieszczęście ma straszliwą chorobę.

Na szczęście jest miłość i radość.

Na nieszczęście jest ból i udręka.

Na szczęście ta historia jeszcze się nie skończyła. [s. 382–283]

„Mój piękny syn” to poruszające świadectwo niesamowitej miłości ojca do syna oraz studium uzależnienia, które dla wielu osób staje się pułapką bez wyjścia. To historia ogromnej siły przeplatającej się z potworną bezsilnością oraz opowieść o systemie równie chorym, co osoby szukające w nim pomocy. Po odłożeniu książki na półkę pozostaje w czytelniku burza emocji oraz gorzka refleksja, że takich pięknych synów i córek jest mnóstwo, ale niewielu z nich zostanie tak dostrzeżonych jak Nic, bo prześlizgną się przez szczeliny w systemie i nie podążą za nimi piękni ojcowie i matki.

18 kwi 2019

Krwawa pomarańcza - Harriet Tyce

Tytuł: Krwawa pomarańcza
Autor: Harriet Tyce
Wydawnictwo, rok wydania: Świat Książki, 2019
Ilość stron: 288
Cena: 36,90 zł



~~***~~




Niekończąca się droga w dół

Mamy słabość do słabości, ulegamy pokusom i lubimy balansować na krawędzi. Przynajmniej jeśli chodzi o literaturę. Z bezpiecznej odległości podglądamy cudze życie, a literackie podglądactwo pozwala nam poznać całą paletę ludzkich słabości, pokus i emocji związanych z przekraczaniem granicy. Romans, podczas gdy w domu czekają partner z dziećmi. Jeden kieliszek, jedna kreska, choć na jednym nigdy się nie kończy. Powtarzanie błędów, bo nie możemy się powstrzymać, bo potrzebujemy tego zastrzyku adrenaliny, chwili zapomnienia, czegokolwiek, co zmieni tu i teraz.

Thrillery psychologiczne lubią ludzką słabość do różnie rozumianego zła. Bez tego nie zaistniałaby żadna z tych historii; dzięki temu pojawiają się tajemnice i desperackie próby zachowania sekretów, przesuwanie kolejnych granic i kolejne akty zła. Zdrady, uzależnienia, manipulacje i kłamstwa, a nawet zabójstwa – wszystko zaczyna się od jednego aktu słabości. A słabość ma jeszcze jedną, uwielbianą przez thrillery właściwość – sprawia, że przestajemy ufać sobie.

„Wiem, że to, co robię, jest złe. Ale nie umiem się powstrzymać”. Widniejący na okładce cytat to jednocześnie motto „Krwawej pomarańczy”, debiutu brytyjskiej adwokat Harriet Tyce. Debiutu, co warto dodać, na podstawie którego powstanie serial. Po części thriller psychologiczny, po części thriller prawniczy, ukazuje losy adwokatki, która otrzymuje pierwszą sprawę o morderstwo – kobieta z zimną krwią zamordowała męża. Alison musi rozwikłać zagadkę śmierci mężczyzny i poznać rodzinę, której życie zmieniło się w koszmar. Sama też wie coś o koszmarach, skrywa niejeden pod pozorami kruszącej się perfekcyjności. Alison ma śliczną córeczkę, piękny dom, przystojnego męża, a jej kariera się rozwija. Wielu oddałoby za to wszystko – Alison może za to wszystko stracić. Ktoś zna jej tajemnice i grzechy i chce, by za nie odpokutowała, a jej słabości oplątują ją niczym sznur i powoli ciągną w dół. Życie, w którym nie można by pragnąć niczego więcej, staje się wstępem do ryzykownej gry.

Perypetie Alison można zamknąć w porównaniu, które w różnych wariacjach jest stosowane przez anglojęzycznych autorów oraz czytelników opisujących tę powieść: „to jak wypadek samochodowy. Jest tak okropny, że nie możesz oderwać wzroku”. Czytelnik, niczym postronny świadek, obserwuje w zwolnionym tempie rozpisany na 288 stronach wypadek. Od początku wiadomo, że coś jest nie tak i że będzie tylko gorzej. Alison przestaje panować nad swoim życiem i wydaje się, że zderzenie z rzeczywistością jest jedynie kwestią czasu. Bohaterka nie ufa sobie, bo górę biorą jej słabości. I to zaufanie, albo jego brak, stanowi podstawę „Krwawej pomarańczy”. To dotyczy nie tylko bohaterów, lecz także czytelników. Autorka buduje intrygę, bazując na tym, jaka relacja łączy nas z fikcyjnymi osobami. Czy ich perspektywa i przedstawiane wersje wydarzeń są przekonujące? Komu uwierzymy? A komu nie? Od tego zależy, jaki ładunek będzie miało rozwiązanie intrygi dla każdego czytelnika.

Trudno też o sympatię dla kogokolwiek – irytacja, złość, niechęć to filary charakterów. W moim odczuciu dość przewidywalne jest to, jak w „Krwawej pomarańczy” kreowane są postaci, bo zamiast wątpliwości miałam raczej pewność, jak ocenić daną osobę i tego trzymałam się od początku powieści. Nauczona doświadczeniem przy poznawaniu innych popularnych ostatnio thrillerów psychologicznych, jestem powściągliwa, jeśli chodzi o ufanie bohaterom, a co za tym idzie – podążanie pierwszymi fałszywymi tropami, a poza tym podskórnie czułam, że nie powinnam była tego robić. Autorka podrzuca tropy, które w założeniu mają być fałszywe, ale raczej nietrudno je właściwie odczytać. Wpływa to również na odbiór historii, bo jeśli nie damy się zwieść bohaterom, nie damy się też zwieść całej reszcie. Spowodowało to spadek napięcia i zaskoczenia, ale częściowo wynagrodził mi to inny element powieści.

W „Krwawej pomarańczy” nie brakuje niepokojących, a nawet odstręczających scen. Nie są one najbardziej brutalne, ohydne czy przerażające, jakie można znaleźć w thrillerach, ale i tutaj złowieszcza atmosfera oblepia niczym brud. Uczucie, że coś jest nie w porządku, nie opuszcza ani na chwilę, a nawet niewinne sceny wydają się kryć coś mrocznego pod pozorami zwyczajności. Trudno się nie wzdrygnąć w trakcie czytania „Krwawej pomarańczy”, gdy kolejne sceny ukazują bohaterów w najgorszych z możliwych chwil, budząc negatywne odczucia, z których dyskomfort jest chyba najłagodniejszym. Uważam, że Tyce spisała się w tym względzie całkiem nieźle, bo nie była zachowawcza, potrafiła tak skonstruować sceny, by wywołać pożądane emocje. Gdyby to, o czym czytałam, pozostawiło mnie obojętną, znudziło lub w jakikolwiek sposób było „wygodne”, wtedy byłabym rozczarowana.

Brytyjski wydawca użył w swoim opisie książki określenia toxic i w tym słowie można zamknąć całą historię. Toksyczne relacje łączą osoby, które albo są toksyczne, albo są ich ofiarami. Nie ma niczego pomiędzy, co nie brzmi zbyt wiarygodnie, choć Tyce stara się osadzić powieść w rzeczywistości, korzystając ze swego wieloletniego doświadczenia w pracy adwokatki. Zagęszczenie wszelakiej „toksyczności” wynika ze skumulowania problemów, którymi obarczono niewielką grupę osób w krótkim czasie – jeśli rozłożymy „Krwawą pomarańczę” na cząstki, w każdej z nich będzie osobna historia i osobisty dramat bohatera. Można uznać to za nierealistyczne, ale też zastanowić się nad siecią powiązań i konsekwencjami aktu przemocy, które wykraczają daleko poza oprawcę i ofiarę. Każdego dotyka to w jakimś stopniu, bo – jak pokazuje Tyce – takie akty mogą tworzyć mechanizmy, według których myśli i działa wiele osób postronnych (np. obwinianie ofiar, usprawiedliwianie przemocy i umniejszanie jej znaczenia). „Krwawa pomarańcza” buduje napięcie poprzez skondensowanie dramatycznych sytuacji, może mało realistyczne w tym scenariuszu, jaki opisano, ale mające uświadomić skalę problemu – uzależnienia, przemoc psychiczna i fizyczna w pracy i w domu dotykają wielu osób.

„Krwawa pomarańcza” to opowieść o zgniliźnie, o dramacie wciągniętych w nią osób oraz o złu rozwijającym się na oczach wszystkich, którzy na nie przyzwalają. Opisując przesuwanie granic, upodlenie, poniżenie, zniewolenie przez słabości i zabójczą naturę zaufania, Harriet Tyce stworzyła powieść dla czytelników, którzy nie boją się spojrzeć w mrok ludzkiego umysłu poprzez jego najbardziej intymne, wstydliwe, dramatyczne i trudne chwile.

16 kwi 2019

Pod wodą - Catherine Steadman

Tytuł: Pod wodą
Autor: Catherine Steadman
Wydawnictwo, rok wydania: Burda, 2018
Ilość stron: 350
Cena: 39,90 zł


~~***~~




Czy zastanawiałeś się kiedyś, ile czasu zajmuje wykopanie grobu?*

Są takie pytania, które pobudzają wyobraźnię. Wymagają, by nie tylko znaleźć na nie odpowiedź, ale i pochylić się nad okolicznościami ich powstania. Dlaczego ktoś zadaje takie pytania? Co go do tego skłoniło? Rozmyślamy nad konsekwencjami udzielenia odpowiedzi, ale i nad przyczynami powstania pytania. Tak rodzi się cała historia. Bohaterka debiutanckiej powieści „Pod wodą” aktorki Catherine Steadman zadaje nam jedno z takich pytań już na początku swojej opowieści. „Czy zastanawiałeś się kiedyś, ile czasu zajmuje wykopanie grobu?” – zdanie otwierające „Pod wodą” to jednocześnie bomba, która eksploduje na pierwszej stronie, i obietnica trzymającej w napięciu opowieści. Czy obietnica zostanie dotrzymana?

„Pod wodą” ukazuje losy narzeczeństwa, a później młodego małżeństwa, Erin i Marka. Ona jest dokumentalistką, on pracuje w bankowości. Kochają się, wspólnie cieszą ze wzlotów i wspierają przy upadkach. Podczas bajkowej podróży poślubnej para podejmuje pewną decyzję, której konsekwencje nieodwracalnie wpłyną na ich wspólną przyszłość. Po powrocie z miesiąca miodowego mieli wkroczyć na nową drogę życia, nie spodziewali się jednak, że oprócz węzła małżeńskiego połączy ich coś jeszcze… Coś złowieszczego, coś zabójczo niebezpiecznego…

Ile trzeba, by przeciętny człowiek przeszedł na ciemną stronę? Czy w każdym z nas tkwi ciemność, która potrzebuje jedynie okazji, by wyjść na światło dnia? Steadman w osobie bohaterów przedstawia sylwetki zwyczajnych osób, które nie budzą początkowo skojarzeń z hasłem „zło”. Normalne małżeństwo zmagające się, jak wielu, z kryzysem finansowym czy tym na rynku pracy, nieporozumieniami, własnymi ambicjami, wiecznym brakiem czasu, ale i kochające się, wspierające, ciągle próbujące się dotrzeć. W rutynie codzienności raczej nie poświęcałoby wiele czasu takim pojęciom, jak „dobro” i „zło”, gdyby nie nowy projekt Erin.

Bohaterka pracuje nad dokumentem poświęconym więźniom, którzy niedługo wyjdą na wolność i rozpoczną nowe życie. Gdy zatrzaskują się za nią kraty i patrzy skazanym w oczy, granice są jasne: dobro – zło, prawo – bezprawie, przykładna obywatelka – przestępca. Po rozmowie oni wracają do celi, a ona do ukochanego męża i przyjaciół. Gdy granice są jasne, jasne jest też, kiedy je przekraczamy. Ale czy na pewno? Zestawienie perypetii Erin z losami więźniów jest ciekawym zabiegiem i najmocniejszą stroną „Pod wodą”, razem z widniejącym na okładce cytatem z powieści („Nie jestem złym człowiekiem. A może jestem. Może to ty powinieneś zdecydować?”), stanowiąc dla autorki punkt wyjścia do przedstawienia tego, jak zwyczajne życie prowadzi do aktu zła i co się dzieje później. Steadman stawia przed bohaterami kolejne wyzwania, a to, jak sobie z nimi radzą i jakie decyzje podejmują, stopniowo odsłania ich prawdziwe twarze. Pozwala zaobserwować narodziny ciemności, która wpełza na ślubne zdjęcie Erin i Marka.

W „Pod wodą” bardzo łatwo można przewidzieć zwrot akcji, nawet jeśli ktoś nie jest wielbicielem thrillerów małżeńskich czy domestic noir. Odniosłam wrażenie, że nawet osoby stroniące od tego gatunku byłyby w stanie powiedzieć, dokąd zmierza większość wątków i jakie „niespodzianki” czekają na nas po drodze. Autorka, prawdopodobnie w dobrej wierze, podrzuca bowiem czytelnikom różne wskazówki, dlatego energia obecna na pierwszych stronach powieści nieco zanika.

Pod powierzchnią można ukryć wiele tajemnic i żyć tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Można też pod spokojnym lustrem wody natknąć się na pułapki i pójść na dno razem ze swoimi sekretami, prosto w stronę mroku. Literacki debiut brytyjskiej aktorki Catherine Steadman to kolejna próba opowiedzenia o meandrach małżeństwa i tajemnicach, które łączą aż po grób. Tylko najpierw trzeba go wykopać.

________
* Cytat z książki, s. 9.

15 kwi 2019

Zostań ze mną - K. A. Tucker

Tytuł: Zostań ze mną
Autor: K.A. Tucker
Wydawnictwo, rok wydania: Filia, 2019
Ilość stron: 440
Cena: 39,90 zł

~~***~~



W sercu Alaski

„Co takiego ma w sobie Alaska? Co sprawia, że jest dla nich miejscem wartym poświęcenia wszystkiego innego?”*

Dziewczyna z wielkiego miasta, rozkochana w luksusach i imprezach, trafia niemal na koniec świata, by poznać swojego ojca, który znacznie podupadł na zdrowiu. Gdy dzika Alaska staje się dla Calli domem, przynajmniej na pewien czas, musi ona zmierzyć się z nieujarzmioną naturą, kruchą więzią z chorym Wrenem oraz… pewnym przystojnym pilotem, Jonahem, którzy w przestworzach czuje się lepiej niż na ziemi. Nauczona doświadczeniem, jakim była historia jej rodziców, Calla twardo postanawia, że nigdy nie odda serca mężczyźnie, który swoje serce oddał Alasce. „Ale serce nie sługa, prawda?” zdaje się pytać K.A. Tucker w swojej najnowszej powieści, łącząc romans z dużą dawką obyczajowości. „Zostań ze mną” zebrało dużo pochwał, zarówno od takich koleżanek autorki po piórze, jak Colleen Hoover czy Samantha Young, jak i od czytelniczek. Znając poprzednie tytuły Tucker, miałam nadzieję, że się nie zawiodę, ale i nie spodziewałam się, że „Zostań ze mną” wypadnie aż tak dobrze!

Na pierwszy plan w tej książce wysuwa się relacja bohaterki z ojcem, co jest jednocześnie kluczem otwierającym kolejne wątki powieści. Calla wkracza na nieznany sobie teren zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Ojciec jest dla niej właściwie obcą osobą, a poznając go, kobieta poznaje także osoby, które stały się jego rodziną z wyboru, oraz Alaskę, którą pokochał całym sercem, a przy tym… poznaje również siebie. Muszę przyznać, że jestem zaskoczona tym, jak duży nacisk położyła autorka na relację ojciec – córka. Spodziewałam się, że miłość odegra tu najważniejszą rolę, nie spodziewałam się jednak, że będzie to między innymi miłość rodzicielska. To pozytywne zaskoczenie, bo jak się okazuje, opisanie wielu rodzajów miłości, nie tylko romantycznej, znacznie ubarwiło historię. Począwszy od Calli i Wrena, różne płaszczyzny tworzą pełną emocji opowieść, przy której nietrudno się wzruszyć. Śledząc losy Calli, jej rodziny oraz mieszkańców Alaski, zarówno drugoplanowych, jak i epizodycznych, których na swojej drodze spotyka Calla, jesteśmy świadkami miłości rodzicielskiej, siostrzanej, romantycznej, nieodwzajemnionej, miłości sprzed lat, miłości szczęśliwej i nieszczęśliwej, miłości do osoby, miejsca, własnego życia… Czasem zamknięto ją w jednej scenie, ale to wystarczy. K.A. Tucker opowiada historie o miłości, ale nie zawsze musi być ona na pierwszym planie.

Sięgając po powieść „Zostań ze mną”, byłam przekonana, że najważniejszy w niej będzie burzliwy romans Calli i Jonaha, prowadzący do finałowego dylematu: zostać czy odejść? Pomijając niespodziankę w postaci ukazania również innych perspektyw, romans także odgrywa ważną rolę w powieści. Wątek romansowy wypada bardzo dobrze, bo jest niewymuszony, tworzy się naturalnie, jakby przy okazji. Wspomniane wcześniej rozmaite oblicza miłości stają się tłem dla uczuć Calli i Jonaha. „Zostań ze mną” ma urok sprawiający, że nawet po części znany scenariusz jest przyjmowany z uśmiechem. Wielbicielki gatunku bez trudu domyślą się, w jakim kierunku zmierza relacja Calli i Jonaha, ale obserwowanie rozwoju tego związku wciąż daje dużo przyjemności. W rękach K.A. Tucker nawet znane klisze potrafią zainteresować i przynieść mnóstwo emocji, bo autorka potrafi je wykorzystać w opowiadanej historii. W trakcie lektury oczywistości nie drażnią i nie rzucają się mocno w oczy. Przysłużyło się temu również tempo, jakie nadała opowiadanej historii autorka. Slow burn, czyli uczucie rodzące się powoli, pozwala budować relację nieśpiesznie, w oparciu o pozornie nic nieznaczące gesty i rozmowy, które jednak krok po kroku zbliżają bohaterów do siebie. Sprawia to również, że wątek romansowy nie zagarnia dla siebie całej uwagi, nie zamienia rodzinnej historii Calli w pretekst do opisania ognistego romansu. Poza tym, biorąc pod uwagę klimat „Zostań ze mną”, slow burn idealnie wpasowuje się w tę historię.

Dużym plusem „Zostań ze mną” jest brak dość częstego w romansach przerysowania, które sprawia, że postacie kobiece i męskie stanowią powielenie pewnego gotowego zestawu cech. Calla jest śliczną, bogatą i rozpieszczoną dziewczyną z wielkiego miasta, aspirującą instagramową influencerką, Jonah to pilot z Alaski, którego wspomniana influencerka mogłaby określić mianem „drwaloseksualnego” samca alfa (gdyby tylko jego wygląd wynikał z mody, a nie był skutkiem życia w surowej krainie) i nietrudno sobie wyobrazić, jak mogłoby wyglądać ich zachowanie. Autorce na szczęście udało się uniknąć grubych krech w portretach bohaterów, karykatur, bo ich najważniejszą cechą jest zwyczajność. Nie jakieś przerysowanie, nie poza, którą mogliby przybrać, nie łatki, które można by im przykleić, ale właśnie normalne problemy, pragnienia, zachowania. Calla z dala od zgiełku wielkiego miasta może wsłuchać się w swój wewnętrzny głos, co pomaga jej uporządkować priorytety i wiele trapiących ją spraw. Obserwujemy metamorfozę bohaterki, która nie jest drastyczna ani niewiarygodna, bo wypływa z cech, które Calla już posiadała – potrzebowała tylko odpowiednich okoliczności, by pozwolić im rozkwitnąć. Jonah również mógłby być definiowany jako macho, ale nie jest, nie jest również wyłącznie przystojnym obiektem westchnień, istniejącym tylko po to, by główna bohaterka miała do kogo wzdychać. Taki sposób na kreowanie postaci widać również wśród innych, nieważne, o którym planie mówimy. Bohaterowie stanowią serce tej powieści, zjednując sobie sympatię czytelniczki.

K.A. Tucker miesza słodycz, smutek, radość, nostalgię, nadzieję, strach, powoli rodzącą się miłość, rodzinne więzi i piękno Alaski w powieści, której właściwie nie chce się kończyć. Co więcej, chętnie zostałabym w tej historii na dłużej. Oczywiście musiałam pogodzić się z końcem, gdy przewróciłam ostatnią stronę, ale powtórzę tutaj pojawiający się zarzut: finał nie do końca spełnia pokładane oczekiwania. Przede wszystkim sprawia wrażenie pośpiesznego, naprędce dopowiedzianego, co zupełnie nie pasuje do wykreowanej wcześniej atmosfery. Część wydarzeń zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi, bo to wpisywałoby się lepiej w dotychczasową dynamikę rozwoju wydarzeń. Mimo tego potknięcia „Zostań ze mną” to rewelacyjna propozycja z półki romansowo-obyczajowej, która zadowoli zarówno czytelniczki szukające interesującej historii miłosnej, jak i te, dla których ważne są perypetie bohaterów w oderwaniu od samego romansu. Czy to pisząc o zakochanych, czy o relacjach rodziców z ich dorosłymi dziećmi, K.A. Tucker opowiada historię różnych odcieni miłości, obierając za tło piękno dzikiej natury.

Uwaga: może budzić przemożną chęć podróży na Alaskę!

____
* Cytat ze s. 192.

9 kwi 2019

Okrutne pragnienie - Araminta Hall

Tytuł: Okrutne pragnienie
Autor: Araminta Hall
Wydawnictwo, rok wydania: W.A.B., 2019
Ilość stron: 352
Cena: 39,99 zł


~~***~~

Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo W.A.B.


Kiedy myślę o żonie… zawsze myślę o jej głowie. Wyobrażam sobie, że rozbijam jej śliczną czaszkę, prostuję zwoje mózgu, usiłując uzyskać odpowiedzi. Zasadnicze w każdym małżeństwie pytania. „O czym myślisz? Jak się czujesz? Co my sobie nawzajem zrobiliśmy?”
Nick Dunne w scenie otwierającej film Zaginiona dziewczyna

Skojarzenia z powieścią Gillian Flynn oraz ekranizacją Davida Finchera nie wzięły się tylko z polecenia, które widnieje na okładce Okrutnego pragnienia. Araminta Hall uderza w swojej powieści w znajome tony, w których pobrzmiewają echa relacji Nicka i Amy oraz zacięcie Flynn do przemycania na stronicach swoich książek komentarzy społecznych. Jednak powieść „w duchu Flynn” nie oznacza, że Hall kopiuje koleżankę, bo takim stwierdzeniem wyrządziłabym jej krzywdę. Ona raczej wpisuje się w pewien nurt klimatem, konstrukcją historii i bohaterów. Jednak, co warto zaznaczyć, w tym przypadku uczeń nie przerósł mistrza – choć i nie poległ zupełnie na placu boju. 

Araminta Hall z perspektywy głównego bohatera i jednocześnie narratora Mike’a snuje opowieść o żarliwym uczuciu łączącym mężczyznę z piękną Verity. Mike wspomina czasy, gdy jako kochankowie zatracali się w łączącym ich uczuciu, prowadząc grę, która dodatkowo podnosiła temperaturę w ich związku. Dla takiego pożądania i pragnień można było stracić głowę. Mike był przekonany, że są sobie z Verity pisani na wieczność. Nadal jest o tym przekonany, mimo że Verity odeszła i planuje ślub z innym. Dla Mike’a to tylko nowy etap ich związku, nowy etap gry, w której stawka stała się wyższa. 

Obsesyjna „miłość” i toksyczne relacje ciągle pozostają w obszarze zainteresowań twórców. Wystarczy chociażby przytoczyć serialowy hit Netflixa, TY (You), oparty na dylogii autorstwa Caroline Kepnes. Księgarz Joe Goldberg jest równie kontrowersyjny co fascynujący na swój toksyczny sposób i tymi śladami podąża Mike. Obserwując bohatera, zastanawiamy się, co motywuje jego działania – wyrachowanie? Czyste zło? Upośledzona inteligencja emocjonalna oraz inne zaburzenia psychiczne? A może jest trybikiem w machinie manipulacji? Hall stara się budować historię na niejednoznaczności, co dotyczy zarówno intrygi, jak i samych bohaterów. Podobał mi się ten zamysł, by prowadzić grę nie tylko wśród bohaterów, ale i z samym czytelnikiem. Choć mamy wgląd w relację Mike’a i Verity, to nadal pozostajemy tylko postronnym obserwatorem, który wyrabia swoją opinię na podstawie zeznań osób niegodnych zaufania. Okrutne pragnienie można z pewnością określić mianem page-turnera. W trakcie lektury przewracałam kolejne strony, pochłonięta opowieścią Mike’a. Jakiekolwiek zarzuty można mieć wobec tej powieści, to chyba nie da się zaprzeczyć, że jest ona w stanie wciągnąć (i nie puścić, tak do końca). Co było dla mnie dość zaskakującym odkryciem, to fakt, że Okrutne pragnienie jest dość… grzeczne. Jak na powieść, która rozgrywa się wokół erotycznej gry. Spodziewałam się bardziej gęstej atmosfery, zagłębiania się w kolejne warstwy związku, rosnącego napięcia, bo cała historia aż prosi się o pogłębiony mrok, zapuszczenie się w ciemniejsze zakamarki psychiki bohaterów. Choć napięcie jest obecne, to nie przypominam sobie chwili, w której sięgnęłoby ono zenitu. Akcja toczy się raczej nieśpiesznie, a zwroty akcji raczej nie szokują. Jest w niej dużo takiej zwyczajności. Autorka konfrontuje się z naszymi oczekiwaniami, jakby chciała udowodnić, że otoczkę powieści tworzymy sami, dorabiając ideologię do historii Mike’a i Verity, doszukując się drugiego dna tam, gdzie go nie ma. Słysząc o tej historii, liczyłam na mrok, ale może tak naprawdę w takich historiach nie kryje się nic więcej i kolorytu dodają im teorie komentujących, artykuły w brukowcach, szczegóły podkoloryzowane przez innych. Może sami chcemy, by kryło się tam większe zło niż w rzeczywistości? I taki komentarz Hall do tego, przez jaki pryzmat postrzegamy i komentujemy medialne, kontrowersyjne sprawy mógłby się udać, gdyby nie to, że sama trzyma kilka srok za ogon. Pogrzebała sporo potencjału w ostatniej części powieści – a może nie tyle pogrzebała, co poświęciła jedno kosztem drugiego. Jak możemy przeczytać w posłowiu, które odsłania kulisy powstania powieści, autorka bardzo chciała przekazać pewną obserwację w historii Mike’a i Verity, pochylić się nad bliskimi jej prawdami, skomentować zjawiska społeczne. Można odczuć w trakcie czytania finału, że to właśnie ta myśl przyświecała jej najmocniej. Autorka ma pełne prawo do poruszania wybranych zagadnień, ale w tym przypadku ta chęć do przekazania czegoś, stała się silniejsza niż skupienie na intrydze. Oczywiście jedno z drugim da się jak najbardziej połączyć, ale u Hall wyszło z tego lekkie moralizatorstwo połączone z rozwiązaniem intrygi, które tylko częściowo udźwignęło spoczywający na nim ciężar. Finał w założeniu miał namieszać w głowie czytelnika, pozostawić go z uczuciem niepokoju i gorzką refleksją, i robi to, oferując jednocześnie ogromny niedosyt. Z tej intrygi można by „wycisnąć” zdecydowanie więcej, bo ta finałowa niejednoznaczność jest jednak bardziej oczywista, niż powinna być, taka toporna, a autorka narzuca nam swoją perspektywę. Okrutne pragnienie nie udźwignęło wszystkich płaszczyzn, które mu narzucono.

Pochwałę Gillian Flynn potraktuję jako błogosławieństwo na przyszłość.

„Musimy pracować nad prawdą i ją naginać. Inni mogą widzieć to inaczej, ale, kochanie, okrucieństwo w naszym wydaniu to miłość, tylko inaczej nazwana.”*
___________
*Okrutne pragnienie, Araminta Hall, tłum. Katarzyna Rosłan, str. 352

22 mar 2019

VOX - Christina Dalcher

Tytuł: VOX
Autor: Christina Dalcher
Wydawnictwo, rok wydania: Muza, 2019
Tłumacz: Radosław Madejski
Ilość stron: 416
Cena: 44,90 zł


~~***~~


Tytuł do recenzji udostępniło Wydawnictwo Muza


Czytanie wiadomości ostatnimi czasy budzi poczucie, że już żyjemy w dystopijnej powieści. Włochy: Gwałciciele zostali uniewinnieni, bo zeznali, że ofiara wcale im się nie podobała i była zbyt męska, a więc niby jak mogli ją zgwałcić? Dziewczyna została zaszczuta i wyjechała z kraju*. Arabia Saudyjska: aplikacja teoretycznie stworzona po to, by móc załatwiać sprawy urzędowe bez wychodzenia z domu, w rzeczywistości pozwala kontrolować kobiety. Wszystko w świetle prawa, w którym kobiety są całkowicie zależne od mężczyzn, co wśród wielu przypadków potwierdza historia Rahaf al-Qunun, która uciekła z Arabii Saudyjskiej i szukała azylu. Powrót mógłby oznaczać dla niej śmierć.** Czeczenia: według doniesień, mniejszości seksualne są torturowane i zamykane w obozach koncentracyjnych.*** A skoro dzieją się takie rzeczy, to dlaczego nie miałoby wydarzyć się coś innego? Na przykład uciszanie poprzez narzucenie limitu 100 słów dziennie i surowe egzekwowanie posłuszeństwa? Takie pytania zadała sobie Christina Dalcher, z wykształcenia lingwistka. Świat VOX (j. łaciński: głos) opiera się o zdecydowanie więcej zasad, ale nadrzędną jest zasada 100 słów. Zarówno dorosłe kobiety, jak i małe dziewczynki otrzymują opaski na nadgarstek, które posiadają liczniki wypowiadanych słów. Po przekroczeniu tego limitu są dotkliwie karane. Głos sprzeciwu oficjalnie przestał istnieć. Surowe zasady moralne wypływające z przekonań religijnych stały się prawem, a ich naruszenie owocuje zesłaniem do obozu. W takim świecie żyje Jean McClellan, niegdyś doktor, która prowadziła zaawansowane badania z dziedziny neurolingwistyki. Teraz w milczeniu zajmuje się domem, szukając nawet najmniejszej okazji do buntu. Gdy rząd zaostrza kolejne zakazy i nakazy, Jean niespodziewanie zyskuje szansę na to, by przemówić. Jej wiedza i umiejętności stają się kluczem do (ograniczonej) wolności, ale i w tym tkwi haczyk – ma niewiele czasu, by ją wykorzystać, nim straci ją bezpowrotnie. Jean w imieniu wszystkich kobiet rozpoczyna desperacki wyścig, by wygrać z terrorem. Cenne dni i cenne słowa mogą na zawsze zmienić ich los.

VOX jest obliczone na wywoływanie silnych emocji, bardzo silnych i doskonale się w tym realizuje. Wściekłość, biała gorączka, złość, irytacja, frustracja – Christina Dalcher robi wszystko, by wywołać reakcję czytelnika. Mamy do czynienia z powieścią, która traktuje o obojętności i bierności, a podczas lektury nie sposób pozostać obojętnym. Wydaje mi się, że to jest nadrzędny cel VOX, by czytelnik coś poczuł, zaangażował się. Sięgając do refleksji na temat tego, jak wielką wagę ma nawet jeden głos, autorka zagłębia się w mroczną rzeczywistość, w której pobrzmiewają (dalekie? Bliskie?) echa naszej codzienności. VOX to powieść zaangażowana, oprócz oczywistej płaszczyzny feministycznej pochylając się nad zjawiskiem kształtowania podstawowych postaw obywatelskich. Autorka sięga do mentalności, o której słyszał chyba każdy z nas, a którą można zobrazować chociażby w stwierdzeniu „nie idę na wybory, bo mój głos się nie liczy” – oczywiście nie chodzi tylko o głosowanie, ale też obronę swoich przekonań, działanie w jakiejś sprawie, przeciwieństwo bezczynności i bierności. Dalcher wbija szpilkę, pytając o zaangażowanie każdego z nas i ukazuje, co może się stać, gdy tego zaangażowania zabraknie, jakby mówiła: „jeśli tobie jest wszystko jedno, to ktoś inny może zacząć sterować twoim życiem. Bo jemu nie będzie wszystko jedno. Jeden głos nieoddany w głosowaniu to nigdy nie jest tylko jeden głos; nieufnych wobec polityków, nieprzekonanych, biernych zawsze jest więcej”. Dalcher nakreśla mechanizm, w którym zwyczajne, codzienne życie jest brane za pewnik, a zrodzony z tego komfort i przekonanie o jego niezmienności i niezbywalności rodzi bierność, którą wykorzystują inni, bardziej zdeterminowani. 

Rzeczywistość VOX czerpie z Opowieści podręcznej, tego nie da się ukryć; Dalcher przenosi powieściowo-serialowy koloryt na karty swojej książki, a nawet powiela niektóre zjawiska i elementy. Rdzeniem historii jest fanatyzm religijny, obowiązujące zasady oraz kary wyglądają podobnie. W tej materii VOX nie jest szczególnie oryginalny i można by sobie życzyć, by autorka wymyśliła coś własnego, zamiast budować intrygę na czymś, co brzmi znajomo. A intryga, choć może nie jest idealnie poprowadzona, to muszę przyznać, że zamysł na nią jest nader udany. VOX nie tylko pochyla się nad prawami kobiet (również tymi, które należą do mniejszości), ale i wprowadza elementy medycznej zagadki, która ubarwia historię, nadając jej dodatkowy wymiar i podnosząc obecne już napięcie. Jednak VOX jest taką powieścią, w której ten sam element można pochwalić, jednocześnie dodając „ale”. Wtrącenia medyczne, wynikające z wykształcenia autorki, na pewno stanowią ciekawą podwalinę intrygi, z tym że nadal rozpatrujemy je jako dodatek, bo tym właśnie powinny być. Dodatkiem, ugruntowaniem pozycji bohaterki. Problem zaczyna się wtedy, gdy wywody medyczne przysłaniają resztę świata przedstawionego. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego bohaterka postrzega wszystko przez pryzmat swojej profesji, ale widzę też, jak nierówno rozłożono ciężar uwagi – po lekturze nadal mam wiele pytań związanych z funkcjonowaniem rzeczywistości VOX, zdecydowanie za mało ukazano świata poza domem i laboratorium Jean. Jeśli to miało uświadomić nam, jak mały stał się jej świat, to tylko połowicznie spełniło swoją funkcję – bo wiemy, że jej świat stał się mały, ale mamy mgliste pojęcie o tym, jak wygląda rzeczywistość, która na niego wpłynęła. Interesują mnie w tym kontekście konsekwencje dziennego limitu słów oraz niejako wymuszenie na kobietach, by pozostały w domach. Wyobraźmy sobie, że z rynku pracy nagle znikają wszystkie kobiety, dla których głos (albo szerzej – posługiwanie się słowem mówionym i pisanym) jest narzędziem pracy. Coś takiego nie może pozostać bez konsekwencji, nawet jeśli zastąpili je mężczyźni. Ciągle przecież pozostaje kwestia badań będących „w trakcie”, poziom wiedzy i doświadczenia, którego nie da się natychmiast wyrównać. 

VOX przygląda się zmieniającej się dynamice relacji damsko-męskich w obliczu rosnącej nierówności – głównie obserwujemy te relacje za sprawą rodziny Jean, ale udaje nam się też zajrzeć do innych rodzin. Każda z nich zdaje się inaczej radzić sobie z życiem w nowej rzeczywistości. Indoktrynacja wpływa na dorosłych i dzieci, więc zmiany w relacjach dotyczą nie tylko mężów i żony, ale i rodziców i ich pociechy. Autorka zadaje pytania o to, jak w takim świecie wychowywać synów i córki oraz czy bezwarunkowa miłość jest w stanie naprawdę wytrzymać wszystko – i jak w ogóle w takim świecie miłość może znaleźć swoje miejsce? W obrębie tego zagadnienia pojawiają się ciekawe obserwacje (jak relacja Jean z córką i synem) oraz takie, które są niezbyt satysfakcjonujące (jak pewien wątek miłosny). Dalcher mogłaby jeszcze raz przemyśleć to, co mają reprezentować poszczególne związki i na pewno część z nich dałoby się pogłębić. Odniosłam wrażenie, że na niektóre z nich zabrakło autorce czasu albo pomysłu, a szkoda, bo widać, że zamierzała w każdym z nich ukryć jakąś refleksję. 

Jeden głos nigdy nie jest tylko jednym głosem, bo wśród milczących kryje się ich zdecydowanie więcej. Christina Dalcher szuka rewolucji zarówno w głosie, jak i milczeniu każdego z nas, kreując wciągającą opowieść, która może wielu czytelników i czytelniczek doprowadzić do szewskiej pasji. Bo choć VOX nie jest perfekcyjne, to perfekcyjnie gra na emocjach. 

______
*https://edition.cnn.com/2019/03/13/europe/italy-rape-case-ancona-collapses-judges-rule-victim-masculine-intl/index.html
**https://play.google.com/store/apps/details?id=sa.gov.moi&hl=en_US
http://time.com/5532221/absher-saudi-arabia-what-to-know/
https://www.bbc.com/news/world-middle-east-46790542
https://www.thisisinsider.com/absher-saudi-website-men-control-women-stop-escape-2019-1
***https://en.wikipedia.org/wiki/Anti-gay_purges_in_Chechnya
https://www.theguardian.com/world/2018/apr/06/we-must-get-justice-for-gay-and-bisexual-men-murdered-in-chechnya
http://www.eatg.org/news/chechnya-opens-worlds-first-concentration-camp-for-homosexuals-since-hitlers-in-the-1930s/

14 sty 2019

Głód - Alma Katsu

Tytuł: Głód
Autor: Alma Katsu
Tłumacz: Danuta Górska
Wydawnictwo, rok wydania: Albatros, 2018
Ilość stron: 416
Cena: 37,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Albatros



Na krwawym szlaku

W amerykańskiej historii nie brakuje tajemniczych, często szokujących wydarzeń i nierozwiązanych spraw, które od stuleci zaprzątają zarówno umysły badaczy, jak i amatorów mrocznych zjawisk z przeszłości. Choć upływający czas zaciera ślady mogące pomóc w rozwikłaniu zagadek, to dzięki rozwojowi nauki mamy nowe metody pozwalające sięgnąć w głąb historii. Wśród frapujących spraw można wymienić chociażby Zaginioną Kolonię z Roanoke, pierwszą angielską osadę na terenie Ameryki Północnej, której mieszkańcy zniknęli w niewyjaśnionych okolicznościach przed 1590 rokiem, pozostawiając po sobie tylko jedno słowo wyryte na drzewie: CROATOAN. Choć nie brakuje debat, badań i opracowań, do tej pory nie uzyskano jednoznacznej odpowiedzi na temat tego, co stało się z Roanoke; istnieją tylko domysły i hipotezy – a to z kolei inspiruje twórców. Zaginiona Kolonia stała się gwiazdą serialu „American Horror Story”, w którym przedstawiono mrożącą krew w żyłach fikcyjną wersję wydarzeń. Nie jest to odosobniony przypadek, gdy wyobraźnia w poszukiwaniu odpowiedzi sięga do horroru.

W 1846 roku z miejscowości Independence w stanie Missouri wyruszyła wyprawa Donnera, grupa 87 osób, wśród których znajdowali się mężczyźni, kobiety i dzieci. Pionierzy pragnęli przedostać się do Kalifornii, która była dla nich czymś na kształt ziemi obiecanej. Taka podróż zazwyczaj zajmowała około sześciu miesięcy, a szlak prowadził przez dzikie ostępy, z dala od cywilizacji. Podróżnicy musieli stawiać czoło rozmaitym zagrożeniom, zarówno ze strony natury, jak i drugiego człowieka. Nikt jednak nie spodziewał się, że w poszukiwaniu lepszego życia spotka ich taki koszmar.

Z wyprawy Donnera ocalało 48 osób i uznano ją za jeden z najtragiczniejszych epizodów w amerykańskiej historii. To, co wydarzyło się na szlaku, jest z jednej strony dobrze udokumentowane, a z drugiej owiane tajemnicą. Choć nie brakuje zeznań świadków i ocalałych, listów, pamiętników, dokumentów, listy podróżników i trasy, artykułów, rekonstrukcji i opracowań, choć właściwie znane są odpowiedzi na większość pytań, to najtragiczniejsze tygodnie wyprawy i chwile największej grozy nadal budzą wątpliwości i domysły.

Postanowiła wykorzystać to Alma Katsu, autorka znana m.in. z powieści „Wieczni”. Ubarwiając fikcją źródła historyczne, autorka na kartach powieści ożywia rzeczywistych pionierów, wybierając z podróżującej grupy członków rodziny Donnerów, Reedów, Gravesów, Murphych oraz Charlesa Stantona, Edwina Bryanta, Lewisa Keseberga i Williama Russella. Część bohaterów patrzy przed siebie, licząc na życie lepsze niż to, które pozostawiają za sobą. Inni z kolei nie mogą przestać oglądać się za siebie, upewniając się, czy pogrzebane tajemnice przypadkiem nie podążają za nimi. Mamy do czynienia z ludźmi sam na sam, gdy do głosu dochodzi pierwotna dzikość, z dala od cywilizacji, od jej nakazów i zakazów, od konsekwencji, za to w obliczu dramatycznych wyborów.

„Głód” pokonuje kolejne granice, zarówno te na mapie, jak i w ludzkiej psychice. Powieść wprowadza w klimat niepokoju, atmosfera się zagęszcza, z czasem stając się coraz bardziej klaustrofobiczna, mimo nieokiełznanej przestrzeni. Zdarzało się, że w trakcie lektury „Głodu” wstrzymywałam oddech, czekając na to, co się za chwilę wydarzy, żyjąc w napięciu wraz z bohaterami, dostrzegając przebłyski tego, co może nadejść. Czy padnie cios, czy granica zostanie nieodwracalnie przesunięta, czy zostanie ujawniony sekret, czy człowieczeństwo zostanie ocalone – choć na chwilę.

„Głód” ukazuje perypetie grupy ludzi, którzy muszą się zmierzyć z naturą, otaczającym ich mrokiem oraz ciemnością, którą noszą w sobie. Dopóki zło jest nieuchwytne, przemyka jak cień, dopóki coś nienazwanego ściga wyprawę, napięcie rośnie. Zastanawiamy się wtedy, w jakim stopniu prawdą jest to, że coś tropi pionierów, a w jakim pogrążamy się wraz z nimi w szaleństwie. Może ten „potwór” to tylko wymówka, usprawiedliwienie chorego umysłu? Boimy się ruszyć z nimi w podróż, w nieznane, serce bije szybciej w trakcie lektury. To niedomówienie staje się tłem zachowań bohaterów, którzy powoli ujawniają swoje tajemnice – i swoją prawdziwą naturę. Katalizatorem są przeżycia na szlaku, ale wtedy ta linia realne – paranormalne nie jest jeszcze wyraźnie zaznaczona, świetnie kreując atmosferę tajemnicy. Mogłabym to porównać do „Czarownicy: bajki ludowej z Nowej Anglii”, w której atmosfera była jednym z ważniejszych budulców historii.

Największym problemem „Głodu” są elementy paranormalne. Coś, co w założeniu miało potęgować grozę, być clou historii, jest nijakie, chaotyczne i chyba nawet – zaryzykuję stwierdzenie – niepotrzebne. Niestety, gdy zło zostaje nazwane i pokazane, gdy ciężar przesuwa się z bohaterów na wątek nadnaturalny, „Głód” staje się przeciętny, mało klimatyczny. Nadnaturalne, nawet jeśli zakorzenione w rzeczywistości, nie wytrzymuje konkurencji z prawdziwym mrokiem czającym się w ludziach. Na styku szaleństwa i przekleństwa obydwie płaszczyzny powinny ze sobą współpracować: może ukazywać inne spojrzenie na mrok, zło, zepsucie, ludzką naturę, może zmieniać klimat i igrać z czytelnikiem, ale przede wszystkim powinny zachowywać podobny poziom, inaczej czeka nas szybka droga w dół, w ślad za niewykorzystanym potencjałem.

Niedopowiedzenie buduje napięcie tylko do pewnego momentu, potem je traci i tam, gdzie powinno ono sięgać zenitu, nie odczuwamy już żadnych emocji. Budzące grozę, pobudzające wyobraźnię sceny otrzymujemy dość szybko, co zaostrza apetyt, bo skoro będziemy zbliżać się do jądra ciemności, będzie już tylko straszniej i straszniej, ale nic takiego nie ma miejsca. Katsu zdecydowała się na horror, ale tak naprawdę bardziej przerażająca od samej powieści jest prawda. Oryginalna historia wyprawy Donnera jest wstrząsająca i mrozi krew w żyłach nawet bez ubarwiania. Ludzie odcięci od świata, popchnięci do ostateczności, trapieni przez wewnętrzne demony – tu jest wszystko, czego Katsu potrzebowała.

Według podań Abraham Lincoln, będący wówczas na początku swej politycznej kariery, był bliski wzięcia udziału w przeklętej wyprawie. Cokolwiek podążało w ślad za uczestnikami, czy to fatum, czy nawet głód, miało apetyt na zmianę biegu historii. Dreszcz przebiega po plecach na myśl o tym, że bez względu na to, czy myślimy o fikcyjnej wersji, jak w „Głodzie”, czy o tym, co wydarzyło się naprawdę, losy pionierów były przesądzone na długo przed tym, zanim pierwszy wóz wyruszył na szlak.

7 sty 2019

Pani od obiadów. Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Historia życia - Marta Sztokfisz

Tytuł: Pani od obiadów. Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Historia życia
Autor: Marta Sztokfisz
Wydawnictwo: Wydawnitwo Literackie
Data wydania: listopad 2018
Ilość stron: 384
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Literackie


„Pani od obiadów” to biografia Lucyny Ćwierczakiewiczowej, określanej mianem polskiej Julii Child. Prawdziwa gwiazda kuchni i salonów XIX-wiecznej Warszawy, odniosła oszałamiający sukces, choć nie był to łatwy czas dla kobiet. Po opublikowaniu „365 obiadów za pięć złotych” wywołała rewolucję w polskich domach – a to był dopiero początek. 

Konstrukcja „Pani od obiadów” przypomina potrawę, która mogłaby pochodzić z „365 obiadów za 5 złotych”. Sięgając po rozmaite składniki, takie jak teksty źródłowe (ogłoszenia, ustępy z książek, artykułów i kronik, akt kościelnych i urzędowych), ilustracje i zdjęcia, przepisy samej Ćwierczakiewiczowej, fabularyzowane ustępy opowiadające o życiu Pani od obiadów, a nawet kilka własnych refleksji, Marta Sztokfisz miesza fakty z kilkoma kroplami fikcji, opowiadając o Lucynie Ćwierczakiewiczowej z różnych perspektyw. Stara się odpowiedzieć na pytania, kim była sama Lucyna, jak wyglądała jej codzienność i jak postrzegało ją otoczenie, w którym się obracała. Ważnym elementem jest również spojrzenie na to, czy i jaki wpływ na współczesność mają jej osiągnięcia. Jak udowadnia autorka, wiele przepisów i porad Ćwierczakiewiczowej jest ponadczasowych, nie tracąc nic na wartości, jakby na przekór przemijającym trendom i pojawiającym się nowinkom. 

„Pani od obiadów” to również spojrzenie na obyczaje i przemiany zachodzące w polskim społeczeństwie u schyłku XIX wieku. „365 obiadów…”, „Kolęda dla gospodyń” oraz inne tytuły autorstwa Ćwierczakiewiczowej to nie tylko owoce wieloletnich obserwacji i doświadczenia w kuchni i prowadzeniu domu, ale także ukryte między wierszami wyzwania i zwyczaje, składające się na ówczesną codzienność. Działalność Lucyny była odpowiedzią na potrzeby, ale w jej wykonaniu książka kucharska nie jest wyłącznie książką kucharską, a poradnik prowadzenia domu – poradnikiem. Dla Ćwierczakiewiczowej to iskry rewolucji, nie tylko domowej. Jak pisze Marta Sztokfisz „Ćwierczakiewiczowa […] odkurza rodakom mieszkania i głowy”*, ale na tym się nie kończy. W duchu pracy u podstaw, Lucyna pomagała i propagowała wiedzę na temat higieny, zdrowia, żywienia i zarabiania. Przedłużeniem tej pracy była również jej działalność patriotyczna oraz opieka nad ubogimi i potrzebującymi, interesowało ją też kształcenie i emancypacja kobiet. Ćwierczakiewiczowa nie tylko bywała na salonach (a o tym można pomyśleć, gdy ktoś określa ją mianem „celebrytki”), ale i nawet takie bywanie wykorzystywała do swoich celów. Prawdziwa bizneswoman. 

Pomimo pochwał i dużej fascynacji bohaterką, „Pani od obiadów” nie jest pomnikiem z brązu. Autorka nie pomija wad i przywar Ćwierczakiewiczowej, opisując zarówno zabawne anegdoty, jak i skandale, które kładły się cieniem na jej karierze i reputacji, tworząc możliwie pełny portret kobiety, która przysłużyła się innym, jednocześnie nie mając kryształowego charakteru. Lucyna Ćwierczakiewiczowa jest interesującą osobą również po części ze względu na czasy, w jakich żyła i środowisko, w którym się obracała. Warto wspomnieć, że w jej biografii pojawiają się takie nazwiska jak Bolesław Prus czy Eliza Orzeszkowa, otwierając kulturalno-towarzyską panoramę. Lucyna znała zarówno miejskie salony, ulice Warszawy czy Paryża, jak i chłopskie chaty i wiejskie dworki. Życie Ćwierczakiewiczowej aż prosi się o utrwalenie go nie tylko w biografii, ale i powieści. Mając do dyspozycji dobrze udokumentowane tło historyczne i społeczno-obyczajowe oraz fakt, że Lucyna była nad wyraz barwną, charyzmatyczną postacią, która utrwaliła swój głos w książkach i licznych artykułach, powołanie jej do życia z większą dawką wyobraźni mogłoby być bardzo dobrym pomysłem. W trakcie lektury „Pani od obiadów” można odczuć, że o ile nie brakuje opisów dużych i znaczących osiągnięć Lucyny, o tyle jej codzienne życie upstrzone jest białymi plamami, które autorka próbuje wypełnić częściowo zaburzoną chronologią i powracaniem do pewnych etapów z życia Lucyny. Wypełnienie tych plam przypuszczeniami oraz wejrzenie w umysł Lucyny dołożyłoby warstwę emocjonalną do biograficznej, tworząc sylwetkę z krwi i kości. 

Każda próba ocalenia od zapomnienia zasługuje na uwagę. „Pani od obiadów” przybliża sylwetkę kobiety, która miała talent kulinarny, zmysł pedagogiczny i zdolności marketingowe, tupet równie wielki jak charyzmę, była wyrazista i przebojowa; czas jednak zatarł wspomnienie o autorce. Chyba nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że Lucyna Ćwierczakiewiczowa świetnie odnalazłaby się w naszych czasach, stając się najsłynniejszą polską kucharką. Jej usposobienie, kiedyś rodzące problemy, teraz pewnie przysporzyłoby jej jeszcze większej sławy. Czy jej książki stałyby dziś obok książek Jamiego Olivera i Nigelli Lawson? Prowadziłaby swój program jak Gordon Ramsay i Magda Gessler? Byłaby jurorką w programie Masterchef? 

Pewnie tak. 

__________
* ”Pani od obiadów. Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Historia życia” Marta Sztokfisz, str. 279