26 lis 2019

Miasto dziewcząt - Elizabeth Gilbert

Tytuł: Miasto dziewcząt
Autor: Elizabeth Gilbert
Wydawnictwo, rok wydania: Rebis, 2019
Liczba stron: 512
Cena: 39,90 zł




~~~***~~~


Grzeczną dziewczyną będę kiedy indziej

„Już nigdy nie będzie takiego Nowego Jorku jak tamten. Oczywiście nie chcę przez to dyskredytować tych Nowych Jorków, które istniały przed rokiem 1940 albo później. One wszystkie są ważne. Ale to takie miasto, które rodzi się zawsze od nowa dla każdej młodej osoby przyjeżdżającej tu po raz pierwszy i patrzącej na nie świeżym okiem. Tak więc tamto miasto, tamto miejsce – od nowa zakwitające w moich oczach – już nigdy więcej nie zaistnieje. Zachowało się na zawsze w moich wspomnieniach jak orchidea zatopiona w szklanym przycisku do papieru.”*

„Miasto dziewcząt” to właśnie taka orchidea zatopiona w szkle, wiecznie piękna i niemal żywa, którą Elizabeth otrzymała od swojej bohaterki i wręczyła czytelnikom. Wspomnienia Vivian ożywają na kartach powieści, wprowadzając nas w barwną przeszłość, w której światła nowojorskiej rewii zderzają się z widmem zbliżającej się do Stanów wojny, i przedstawiając kolejne etapy z życia miasta oraz jego wyjątkowej mieszkanki. Latem 1940 roku dziewiętnastoletnia Vivian, po wyrzuceniu z college’u, trafia do Nowego Jorku pod opiekę ciotki Peg, właścicielki teatru. Kobieta i jej współpracownicy to zbiór osobistości, wśród których znajdują się piękne showgirls, aspirujące i utalentowane aktorki, przystojni amanci, autorzy niezbyt ambitnych sztuk, muzycy i wielbiciele artystycznego światka. Nastolatka z dobrego domu odurza się ofiarowaną jej wolnością, oblewa błędy szampanem i znajduje pasję, która wskazuje jej zupełnie nową drogę w życiu. A to dopiero początek opowieści, która obejmuje blisko siedemdziesiąt lat.

Elizabeth Gilbert korzysta z podobnej formuły jak Taylor Jenkins Reid w „Siedmiu mężach Evelyn Hugo”, zamieniając opowieść w jedną wielką retrospekcję. Vivian, podobnie jak Evelyn, opowiada kobiecie z młodszego pokolenia historię swojego jakże barwnego życia – podczas gdy Reid sięgnęła do blasku Hollywood, Gilbert umieściła swoją bohaterkę wśród świateł wiecznie zmieniającego się Nowego Jorku. Wracając wspomnieniami do lat młodości oraz tego, co nastąpiło później, Vivian i Evelyn stają się literackimi duchowymi siostrami, opowiadając o swoich wzlotach i upadkach, miłościach i rozczarowaniach oraz życiu wśród blasków i cieni show-biznesu. Musi kryć się w tym zamyśle na powieść jakaś iskra, która sprawia, że z żywym zainteresowaniem pochłaniamy historie obydwu kobiet. Może to fakt, że z przeszłości zostaje z nami to, co najważniejsze dla serca. W takim wypadku dla Vivian najważniejsi byli inni ludzie. „Miasto kobiet” to żywa, wartka opowieść, upleciona przede wszystkim z losów innych osób. Choć Vivian darzy Nowy Jork silnymi uczuciami, nawet on nie otrzymuje tyle uwagi, co postaci, których ścieżki skrzyżowały się z jej życiową drogą. Zaglądając za zamknięte drzwi teatru, poznajemy sekrety, grzeszki, radości, nadzieje, smutki i skomplikowane relacje artystów i pracowników. Kolejne etapy życia Vivian wprowadzają na scenę nowych bohaterów – każdy nie mniej interesujący od poprzedniego – z którymi wiąże się mnóstwo emocji i którzy mają różny wpływ na jej losy.

W każdym razie jest taki moment w życiu, kiedy kobieta ma dość wiecznego wstydzenia się za siebie.
A kiedy przestaje się wstydzić, może się stać tą osobą, którą jest naprawdę.**

Choć na portret Vivian składa się mozaika cudzych żyć, nie znaczy to, że nasza bohaterka „znika”, opowiadając o innych. Taki barwny, charakterny ptak nie mógłby zniknąć. Gdy świat przechodził burzliwe przemiany, na tle tych wydarzeń nie mniej burzliwe było dorastanie głównej bohaterki. Nieco zagubiona, naiwna nastolatka z małego miasta stała się młodą kobietą uwiedzioną przez teatr, co później wyznaczyło jej drogę jako kobiety. Opowieść Vivian to opowieść o dorastaniu do siebie samej, o stawaniu się, odkrywaniu, kreowaniu swojego „ja”, co bywa procesem ekscytującym, radosnym, ale i trudnym, miejscami żmudnym i obfitującym w bolesne konsekwencje. Gilbert stworzyła bohaterkę, która może niektórym wydać się kontrowersyjna, ale jej szczerość i poczucie humoru niemal natychmiast zjednują jej sympatię wszystkich. Błędy Vivian nie przekreślają jej osiągnięć, skazy na charakterze nie negują dobrych stron i sprawiają, że z zainteresowaniem słuchamy zadziornej narratorki. Tak jak i jej historia, Vivian ma własne cienie i blaski.

Widać, że wczesny okres nowojorski jest dla Vivian najważniejszy, bo to najobszerniejszy i najbardziej szczegółowo opisany etap jej losów. Później fabuła nieco przyśpiesza, skupiając się na coraz dłuższych okresach i opisując je raczej przez pryzmat wybranych, a nie wszystkich wydarzeń z życia. Nie psuje to znacząco przyjemności z lektury, bo na szczęście jest to daleka droga do streszczania, choć pisarka mogłaby jeszcze raz spojrzeć całościowo na historię Vivian i rozłożyć ciężar tak, by bardziej skoncentrować się również na jej późniejszej odsłonie życia. Być może uwaga poświęcona pierwszej połowie powieści nie była potrzebna aż w takiej mierze. Po przeczytaniu „Miasta dziewcząt” nietrudno wskazać, że kolejne rewolucje w życiu kobiety wywołał nie tylko teatr. Frywolna i lekka opowieść niejednokrotnie skręca w stronę cięższych tematów, owianych atmosferą smutku i nostalgii. Pod beztroską kryją się problemy i dramaty. Opowieść o przeszłości nierozerwalnie związana jest ze stratą, z refleksją na temat popełnionych błędów i doznanych krzywd. Z perspektywy czasu i życiowych doświadczeń Vivian opowiada o sednie miłości, moralności i wolności, o byciu kobietą wtedy i teraz, i o lekcjach znalezionych w kształtowaniu własnej tożsamości.

Zbudowane na wspomnieniach „Miasto dziewcząt” błyszczy i uwodzi, wciągając w samo serce historii, która uderza do głowy niczym szampańskie bąbelki. Zacytuję fragment recenzji jednego z przedstawień, który równie dobrze można odnieść do książki Elizabeth Gilbert: „żadną miarą nie brakuje jej wdzięku. Kwestie są prędkie i wyraziste, a obsada niemalże doskonała wedle powszechnie przyjętego kanonu”***.

_____________

Tytuł recenzji pochodzi z powieści „Miasto dziewcząt” E. Gilbert, str. 164, tłumaczenie Katarzyna Karłowska.
* Tamże, s. 31.
** Tamże, s. 423.
*** Tamże, s. 242.

14 paź 2019

Szeptacz - Alex North

Tytuł: Szeptacz
Autor: Alex North
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: [zapowiedź] 16.10.2019
Liczba stron: 480
Cena: 39,90 zł
Tłumacz: Paweł Wolak


~~***~~

Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Muza 


Alex North mógłby podać sobie rękę z C.J. Tudor. I nie mówię tutaj tylko o podobieństwie tytułów czy szat graficznych książek. Między dzielącymi ich różnicami możemy znaleźć podobne zainteresowanie mrokiem kryjącym się pod dziecięcą wyobraźnią, upiorną nostalgią, która powraca w dorosłym życiu, by prześladować bohaterów. „Szeptacz”, podobnie jak „Kredziarz”, poprzez niewinne symbole i wyliczanki zamienia potwory z szafy i spod łóżka w realne zagrożenie, a strachy z dzieciństwa rosną wraz ze swoją ofiarą. W przypadku Northa odczułam jednak większe zainteresowanie wielowątkowością, wielogłosowością wśród bohaterów i mocniejszy skręt w kierunku kryminału, w przeciwieństwie do Tudor, która czuje większe przywiązanie do głównego bohatera i „dreszczyku” grozy. Nie da się jednak ukryć, że Tudor rośnie konkurencja.

Na pewno trzeba oddać „Szeptaczowi” to, że jest sprawnie opowiedzianą, ciekawą historią, w której wątki kryminalne mieszkają się z paranormalnymi i obyczajowymi, z naciskiem na te rodzinne. Wręcz najmocniejszą stroną jest to, o czym opowiada autor – a nie jak to robi. Choć to przede wszystkim opowieść o zbrodniach, to można zauważyć, jak ważny dla Northa jest temat rodziny – przewija się on przez całą powieść, dotykając wszystkich postaci, stanowiąc spoiwo dla pozostałych płaszczyzn. Stworzył fabułę, którą uznaję za całkiem dobrą, mimo pewnego zarzutu pod jej adresem. Wpleciony w całokształt zamysł pokazuje wizję pisarza od wciągającego początku do niepokojącego końca. Możemy zauważyć, że „Szeptacz” to w gruncie rzeczy kilka przeplatających się ze sobą historii, z których każda ma potencjał do bycia tą pierwszoplanową. Każdy ma coś do powiedzenia, każdy ma swoje miejsce na pajęczynie tkanej przez mordercę. Obserwujemy sprawę Szeptacza z kilku perspektyw, które nie tylko się uzupełniają, ale i pozwalają Northowi, wzorem filmu „The Boy” Williama Brenta Bella, bawić się niejednoznacznością wydarzeń, przesuwając granice między realnością a zjawiskiem nadprzyrodzonym. Wiele wydarzeń można odczytać dwojako, w zależności od tego, kto jest ich świadkiem. Nic nie jest tak do końca oczywiste. Spodobało mi się to igranie z czytelnikiem, bo dzięki niemu sama zaczęłam wątpić, czy na pewno dobrze odczytałam niektóre sytuacje i dopowiadałam sobie pewne elementy. Rozkładając „Szeptacza” na części pierwsze, można jednak zauważyć, że są takie sytuacje, w których autor niemal zagonił się w ślepy róg i sięgnął po „boską interwencję”, rodzaj cudownego rozwiązania, które pozwoliło mu wybrnąć. Staje się to takim progiem zwalniającym w historii, która przecież powinna nabierać rozmachu. Na szczęście zdarza się to na tyle rzadko, by nie rzutować na odbiór całości, ale jednak pojawiają się takie małe rozczarowania, gdy intryga natrafia na rozwiązanie w stylu „bo tak” i idzie dalej. 

Jeśli chodzi o wspomniane „jak” autor to robi, to przyznam, że miałam problem ze wciągnięciem się w klimat historii. Obiecane dreszcze zjawiały się w nielicznych momentach, a chwile grozy są właśnie tylko chwilami. Niestety. North zapowiada mrok, sięga do niego – i bardzo szybko się wycofuje. Nim zdążymy dobrze zanurzyć się w ponurą atmosferę, wyrywa nas na światło dnia. Nie do końca eksploruje ciemność tkwiącą w bohaterach i ich działaniach. Jest kilka takich scen, które udowadniają, że North, gdyby chciał, mógłby nieodwracalnie ściąć czytelnikom krew w żyłach. I nawet nie mówię tutaj o epatowaniu brutalnością, bo to przecież też nie gwarantuje odpowiedniej atmosfery. Mówię o odpowiednim dawkowaniu napięcia, kładzeniu nacisku na odpowiedniej elementy w odpowiedniej chwili, umiejętnym konstruowaniu scen. Odniosłam wrażenie, że autor równie „beznamiętnie”, rzeczowo opisuje policjantkę wykonującą mozolny research, jak i człowieka, który właśnie wkracza w sam środek koszmaru i za chwilę dokona przełomowego odkrycia. W tej materii autorowi naprawdę wiele nie brakuje – być może tak zaangażował się w tworzenie perspektywy każdego bohatera i rozwijanie intrygi, że nie dał sobie czasu na stopniowanie poczucia grozy. 

Debiut Aleksa Northa ukazuje kogoś, kto potrafi snuć opowieści, musi tylko jeszcze nauczyć się otaczać je odpowiednią atmosferą. Myślę, że z czasem autorowi uda się znaleźć ten złoty środek, dzięki czemu zło czyhające w ciemnościach jego powieści stanie się nie tylko realne, ale i upiorne. 

18 wrz 2019

Sadie - Courtney Summers

34810320. sy475
Tytuł: Sadie
Autor: Courtney Summers
Wydawnictwo, rok wydania: Wednesday Books, 2018
Liczba stron: 312

Polskie wydanie
sadie_300dpi
Wydawnictwo: Czwarta Strona/ We Need Ya
Data wydania: [zapowiedź] 16.10.2019
Cena: 36,90 zł
Liczba stron: ?
Tłumaczka: Anna Tomczyk


~~***~~


„Ta historia rozpoczyna się, jak wiele innych, od martwej dziewczyny”*.

Tuż przed polską premierą „Sadie” postanowiłam odświeżyć sobie historię sióstr Sadie i Mattie, którą poznałam już jakiś czas temu. Jakie było moje zdziwienie, gdy podczas ponownej lektury powieści zalały mnie równie silne emocje co za pierwszym razem i do tego z coraz szybciej bijącym sercem pochłaniałam kolejne rozdziały. To chyba udowadnia, że tematyka poruszona w powieści oraz to, w jaki sposób opisała ją Courtney Summers, niesie ze sobą ładunek emocjonalny, który zdaje się niewyczerpany.

Amerykański wydawca powieści, Wednesday Books, wydaje powieści z kategorii crossover, czyli przeznaczone dla starszych nastolatków i dorosłych. „Sadie” to w moim odczuciu najlepsza powieść z tej półki, z którą miałam do tej pory do czynienia, a i trzyma poziom w zestawieniu z thrillerami w ogóle. Summers napisała książkę, która mogłaby trafić na dorosłą półkę i to wcale nie byłaby pomyłka. Wychodząc ze słusznego założenia, że nastolatki żyją w tak samo brutalnym świecie jak dorośli, Summers nie owija w bawełnę, ukazując brzydotę rzeczywistości. Nie ma tutaj za grosz infantylizmu, a poruszane problemy nie mają daty ważności – dorośli z powodzeniem mogą zmierzyć się z kalibrem zagadnień opisanych w „Sadie” i odkryć, że ta „literatura młodzieżowa” wcale nie daje im taryfy ulgowej. 

„Zawsze jest więcej historii do opowiedzenia” zdaje się mówić Courtney Summers, dotykając źródła niepokoju i niepewności, z którego czerpią wszyscy twórcy true crime. W „Sadie” kapitalnie ujmuje to poczucie niewiedzy, które wisi nad każdym dokumentem tego typu, nieważne czy mówimy o Netfliksowych Schodach, Making a Murderer, The Keepers, Niewinnym człowieku, Evil Genius, Taśmach winy, Castingu na JonBenét, Amandzie Knox, Rozmowach z mordercą: Taśmach Teda Bundy'ego, Zaginięciu Madeleine McCann czy HBO i Sprawie przeciw Adnanowi Syedowi, Kto zabił Garretta Phillipsa? czy Kocham Cię, teraz umieraj czy kultowym już podcaście Serial. Nieważne, jak dużo wiemy na temat danej sprawy, zawsze istnieje taki obszar, który jest poza naszym zasięgiem. Czy to tożsamość sprawcy, jego motywy, przebieg zbrodni, to, co mogło się wydarzyć na długo przed nią i konsekwencje na długo po niej – chyba nikt nigdy nie może postawić kropki z poczuciem, że zna całą historię. I Summers rewelacyjnie przekuła to w fikcję, mówiąc nam wszystko i jednocześnie pozostawiając z poczuciem, że i tak wiemy za mało. Poza tym ta fikcja jest bardzo boleśnie prawdziwa. Taką historię można by opowiedzieć w dokumencie jako realną. Ta „prawdziwość” to cecha, do której wracamy w „Sadie” za sprawą formy podcastu The Girls, w którym prowadzący West McCray prowadzi dziennikarskie śledztwo kilka miesięcy po zniknięciu Sadie. Podczas gdy w teraźniejszości dziennikarz odtwarza kolejne kroki dziewczyny, w sąsiadującej z nim perspektywie Sadie poznajemy jej historię z pierwszej ręki. Niewiadoma z przeszłości zderza się z obecną niewiadomą, tworząc opowieść, której naprawdę nie da się odłożyć. W przypadku seriali mówi się o tzw. binge watching, czyli pochłanianiu bez przerwy kolejnych odcinków serialu, gdy historia jest tak dobra i wciągająca, że nie sposób się od niej oderwać. „Sadie” ma tą jakość. Kolejny rozdział to kolejny odcinek serialu, który musimy obejrzeć, kolejny odcinek podcastu, który musimy wysłuchać. 

Courtney Summers potrafi rewelacyjnie nakreślić bohaterów w zaledwie kilku zdaniach. Nieważne, czy mówimy o perspektywie Westa, gdzie poznajemy kolejne osoby poprzez ich wypowiedzi w podcaście, czy w perspektywie Sadie, która postrzega rzeczywistość poprzez swoje doświadczenia. Bliscy i świadkowie nabierają charakterystycznych cech; poprzez manierę wypowiedzi, zachowanie i usposobienie nadaje się im indywidualnego kolorytu. To składa się na galerię interesujących postaci. Skoro postacie drugoplanowe i epizodyczne są tak dobrze wykreowane, to nic dziwnego, że pierwszy plan jest taki świetny. Sadie to bohaterka kompletna, równie silna, co poturbowana przez los. Żarliwie poszukująca prawdy, odważna i zmuszająca czytelnika do współodczuwania. Jej psychika nosi ślady tego, co ją spotkało i kładzie się cieniem na tym, jak podejmuje decyzje. A West, choć raczej stoi w cieniu, dając głos innym, równocześnie zaznacza swoją obecność, prowadząc z Sadie dialog poprzez czas. Zdarzało się, że czułam się sfrustrowana i bezsilna, bo nie mogłam powiedzieć mu, gdzie ma szukać kolejnych śladów, w jakim kierunku patrzeć. 

Po lekturze byłam niespokojna i miałam problem z tym, by „przetrawić” to, czego byłam świadkiem. Tak chyba najlepiej określić lekturę „Sadie” – to nie to, co przeczytałam, ale czego byłam świadkiem. Towarzyszymy Sadie, towarzyszymy Westowi i ze ściśniętym gardłem zagłębiamy się w mrok, trzymając się nadziei, że wszystko będzie dobrze. A przynajmniej choć trochę lepiej, bo wątpię, że w życiu okaleczonych przez los bohaterów może kiedykolwiek być po prostu „dobrze”. To powieść drogi, historia dorastania i podróż przez małe amerykańskie miasteczka, skrywające wielkie sekrety. Autorka umiejętnie podejmuje trudną tematykę, przelewa na karty powieści mnóstwo emocji i do tego bez przerwy trzyma czytelnika w napięciu, co sprawia, że „Sadie” to powieść, która w takiej formie chyba nie mogłaby być lepsza. 

Równie dobre, jak najlepsze true crime od Netfliksa.


____________

*tłumaczenie własne, „Sadie” Courtney Summers, str. 1

16 wrz 2019

Listy zza grobu - Remigiusz Mróz

Tytuł: Listy zza grobu
Autor: Remigiusz Mróz
Wydawnictwo, rok wydania: Filia, 2019
Liczba stron: 464
Cena: 39,90 zł


~~***~~





Zmarli mają dużo do powiedzenia

Nowy tytuł tak popularnego autora, jakim jest Remigiusz Mróz, naturalnie budzi zaciekawienie, ale w przypadku „Listów zza grobu” moją uwagę przyciągnął też zamysł na powieść. W jednym z wątków, który stanowi wprowadzenie do intrygi, pobrzmiewają echa „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” Stiega Larssona. To drobne nawiązanie wystarczyło, by obudzić sentyment i bardzo dobre wspomnienia, co, nie da się ukryć, zamieniło się w dodatkową zachętę. Co prawda nie spodziewałam się powieści na miarę serii „Millennium”, bo niektóre rzeczy są nie do podrobienia, ale powieściowy haczyk zrobił swoje.

Listy zza grobu łączą przeszłość z teraźniejszością, od dwudziestu lat pojawiając się w życiu Kai Burzyńskiej. Co roku, tego samego dnia, kobieta otrzymuje wiadomości od zmarłego ojca, które mają być drogowskazami w codziennym życiu. Jednak czy na pewno to ich jedyna rola? Gdy Seweryn Zaorski wraca po ponad dwudziestu latach do rodzinnego miasteczka i rozpoczyna remont w zrujnowanym domu, niegdyś należącym do rodziny Kai, znajduje skrytkę z dyskietkami, które odsłaniają kolejne sekrety związane z tragiczną śmiercią sprzed lat. Kaja i Seweryn muszą wysłuchać zmarłego, jeśli chcą rozwiązać zagadkę i przetrwać w starciu z jej śmiertelnie niebezpiecznymi konsekwencjami.

Tempo, w jakim Remigiusz Mróz wydaje nowe książki, znajduje swoje odzwierciedlenie w tempie, w jakim czytelnik pożera każdy tytuł. Wspominałam już, że wiele z nich można potraktować jako ekwiwalent filmu o mocnym zabarwieniu kryminalno-sensacyjnym, który wybieramy jako rozrywkę na wieczór. Nie inaczej jest w przypadku „Listów zza grobu”. Naiwnie liczyłam, że spędzę trochę więcej czasu z niemal pięćsetstronicowym tomem, ale nauczona doświadczeniem, powinnam była wiedzieć, że książki Remigiusza Mroza to lektury błyskawiczne. Niezmiennie też widoczna jest fantazja autora, który wciąż wymyśla karkołomne intrygi i mnoży wieloetapowe zagadki budowane na rozmaitych dziedzinach, sprawiające, że po dotarciu do finału drapiemy się w głowę i zastanawiamy, jakim cudem po takim początku wylądowaliśmy w takim zakończeniu. Gdy wraz z patomorfologiem Sewerynem Zaorskim oraz Kają Burzyńską zagłębiamy się w morderczą intrygę, szukając prawdy pogrzebanej w cieniu tajemnic, zaczynamy zastanawiać się, co im się jeszcze może przytrafić. Na to pytanie jest tylko jedna odpowiedź: wszystko. Mróz kreuje rodzaj własnej alternatywnej rzeczywistości, w której na potrzeby historii nic nie jest niemożliwe. Nie da się ukryć, że perypetiom Zaorskiego i Burzyńskiej bliżej do teorii spiskowej na sterydach niż zdroworozsądkowego realizmu. Czy to jest jeszcze efektowne, czy już może efekciarskie? Zdania czytelników są podzielone i wiele tak naprawdę zależy od tego, jakie są nasze oczekiwania. Czy przede wszystkim chcemy się bawić i szukamy rozrywki, czystej frajdy, czy może zależy nam na historii, w którą można się „wgryźć”, będącej mroczniejszym odpryskiem naszej rzeczywistości. Nie jest to pierwsza powieść autora, w której zafundowano bohaterom i czytelnikowi taką jazdę bez trzymanki, więc nie byłam zaskoczona, w jakim kierunku podążyły „Listy zza grobu”, ale nawet to wyjaśnienie nie sprawiło, że rozwiązanie intrygi stało się w pełni satysfakcjonujące. Rozmach i kaliber problemów Zaorskiego oferuje rozrywkę, ale i budzi przesyt, będąc tak po hollywoodzku przesadzonym. Gdyby się nad tym zastanowić, to paradoksalnie im bardziej taka oderwana od rzeczywistości historia, tym trudniej zaskoczyć w finale, bo automatycznie jesteśmy nastawieni na coś mało prawdopodobnego. Oczekujemy nieoczekiwanego, w raczej negatywnym sensie, co również wpływa na atmosferę powieści i wzbudzane emocje.

Autor chętnie ukrywa w tekście różne smaczki, które bez trudu rozpoznają wierni fani, budując tym samym własne książkowe uniwersum. Czy to dzięki rzuconemu mimochodem nazwisku postaci z innej serii, spotkaniu bohaterów z różnych powieści, oglądaniu tego samego programu albo kanału informacyjnego, czy wzmiance o wydarzeniu, które miało miejsce w innej książce, czytelnicy powracają do świata, który znają i lubią. Nie inaczej jest w „Listach zza grobu”, stanowiących kolejną cegiełkę w „mrozowersum”. Osadzenie wielu serii w jednej rzeczywistości to niejedyne podobieństwo, jakie możemy znaleźć w trakcie lektury. Powielona zostaje znaczna część formuły, według której powstają niektóre tytuły. „Listom zza grobu” najbliżej będzie do serii o komisarzu Forście, którą otwiera tom „Ekspozycja”, więc skupię się na tym podobieństwie. Obydwie powieści opierają się między innymi na podobnej konstrukcji akcji oraz budowie głównej postaci, nie stronią również od takiego szczegółu, jakim jest komizm słowny o sarkastycznym zabarwieniu. Akcja w podobny sposób podzielona jest na ustępy pełne dynamizmu rodem z filmu akcji oraz na chwile wytchnienia, podczas których bohaterowie poświęcają uwagę mozolnemu przyswajaniu informacji związanych z kolejnymi elementami zagadki. Zaorski i Forst może nie są identyczni, ale są bardzo podobnie odbierani. To mężczyźni często zdani na siebie, samotne wilki (z jednym wyjątkiem, o czym za chwilę), niezłomnie dążący do rozwiązania zagadki, piekielnie inteligentni, zauważający tropy, których nikt inny zdaje się nie dostrzegać. Posiadają własne specyficzne nawyki, cechy i zachowania, które stanowią ich wyróżnik, choć mogą irytować albo przynajmniej wprawiać w zakłopotanie innych bohaterów. Zaorski sporo czerpie też z usposobienia bohaterki innej serii, Joanny Chyłki. Sprawdzona formuła zawiera również wątek romansowy, łączący głównego bohatera i jego pomocnicę w ten czy inny sposób uwikłaną w śledztwo, z którą ten pierwszy próbuje rozwiązać zawiłą zagadkę. Dramatyczne okoliczności zbliżają ich do siebie, a niebezpieczeństwo na zmianę grożące to jej, to jemu, zaostrza uczucia. Powtarzające się podobieństwa ocierają się niebezpiecznie o schematyczność, bo trudno zaskoczyć, gdy po raz kolejny podążamy ścieżką, która z każdym krokiem wygląda coraz bardziej znajomo.

Kolejna odsłona powieściowego uniwersum i jednocześnie początek zapowiadanej nowej serii wprowadzają do świata pełnego zagadek i niebezpieczeństw, tajemnic zza grobu i sekretów, które mogą do niego wpędzić. Choć ten tytuł nie zostanie okrzyknięty jednym z najlepszym w dorobku autora, to w „Listach zza grobu” mimo wszystko nie brakuje znaków firmowych, za które czytelnicy pokochali Remigiusza Mroza.

22 sie 2019

Pamiętnik księgarza - Shaun Bythell


Tytuł: Pamiętnik księgarza
Autor: Shaun Bythell
Wydawnictwo, rok wydania: Insignis, 2019
Liczba stron: 251
Cena: 39,99 zł
Tłumaczenie: Dorota Malina


~~***~~




Nie pamiętam tytułu, ale okładka była kolorowa

„Nie pamiętam tytułu, ale okładka była czerwona/ niebieska/ zielona/ żółta” to chyba najpopularniejszy żart w kręgach biblioteczno-księgarniano-antykwarycznych, zaraz obok źle zapamiętanych autorów i pomylonych tytułów. Biblioteka publiczna we Framingham w stanie Massachusetts podzieliła się zdjęciem specjalnej półki, na której pod szyldem „nie pamiętam tytułu, ale…” umieszczono książki wyłącznie z czerwoną okładką. W sieci można znaleźć mnóstwo fotografii z półkami, stołami i witrynami wypełnionymi tomami w jednym kolorze, co jest dowcipnym komentarzem na temat tego, z czym na co dzień zmagają się bibliotekarze i księgarze. Oczywiście znalezienie tego jedynego tytułu w oceanie pozycji to zaledwie wierzchołek góry lodowej i wstęp do rzeczywistości, która… w niczym nie ustępuje fikcji.

O tym, że życie wśród książek samo może stać się materiałem na książkę, dobrze świadczy „Pamiętnik księgarza”, obejmujący blisko rok z życia The Book Shop, największego antykwariatu w Szkocji, znajdującego się w miasteczku Wigtown. Właściciel Shaun Bythell dzień po dniu opisuje zmagania, którymi wypełnione jest życie księgarza: czy to przeciekający dach, przeraźliwy ziąb, pusta kasa, trudni klienci, długa podróż w celu obejrzenia księgozbioru, van, który zaraz wyzionie ducha, pomoc przy organizacji festiwalu książkowego czy próba zrozumienia nietuzinkowych pracowników. Shaun mierzy swoje życie książkami. Dokładnie to setką tysięcy egzemplarzy.

PIĄTEK, 30 MAJA

Zamówienie internetowe: 3
Zrealizowane zamówienia: 3
Nie wydarzyło się nic szczególnego. Przez większość dnia czytałem.1

Ze względu na format „Pamiętnika księgarza”, po przeczytaniu wpisów z kilku miesięcy wpadamy w rutynę życia w The Book Shop. Zapiski nie tylko odzwierciedlają wzloty i upadki w prowadzeniu antykwariatu, ale także monotonię, jaka się z tym wiąże. Obok barwnych opowieści z książkami w tle znajdują się chwile powtarzalnej, żmudnej pracy. Może przez to lektura nie jest porywająca w jednolitym stopniu, ale za to dobrze odzwierciedla księgarską codzienność. Myśląc o księgarni, antykwariacie czy bibliotece, często mamy dość romantyczne wyobrażenia na temat tego, jak wygląda taka praca. Cisza, spokój, obcowanie z niezliczonymi tytułami, rozmowy na temat ulubionych lektur, słowem: bajka. Jednak zapominamy, że to przede wszystkim biznesy, a tam, gdzie w grę wchodzą pieniądze, sytuacja rysuje się już mniej bajkowo. Tego nie brakuje również w „Pamiętniku księgarza”. Bythell pochyla się nad zagadnieniem, jakim jest prowadzenie własnego biznesu w dobie wojny rabatowej i rządów sieciówek, wyjątkowo pomstując na Amazona. W dyskusji wydawca–sprzedawca–klient Bythell oferuje spojrzenie księgarza na regulacje cenowe, związane z tym decyzje wydawców, i to, jak wygląda obecnie rynek książki, co może być szczególnie cenne dla zainteresowanych tematem moli książkowych.

O ile zwykło się mówić, że „klient nasz pan”, o tyle w The Book Shop rządzi zasada „to mój sklep i ja jestem panem”. Bythell nie owija w bawełnę, a szczerość i ironia idą ze sobą w parze w relacji z każdym, bez względu na to, czy jest to klient, pracownik czy znajomy. Świat postrzegany jego oczami jest chyba nieco barwniejszy i bardziej osobliwy niż zwykle. Z humorystyczną uszczypliwością notuje obserwacje dotyczące osób przekraczających próg antykwariatu, uwypuklając ich charakterystyczne cechy, nadając ich realności rys ekscentryczności, który sprawia, że równie dobrze mogliby stać się bohaterami powieści. Albo serialu, bo jak możemy przeczytać w zapowiedzi drugiego tomu pamiętnika Bythella, „Spowiedzi księgarza” (Confessions of a Bookseller), pozycja zostanie przeniesiona na mały ekran.

Nie będąc złośliwym czy gburowatym (no, może troszeczkę…), Bythell to taki księgarski Grumpy Cat2, którego niezadowolenie bawi innych, głównie obserwatorów na Facebooku, stając się pewnego rodzaju marką. Z przymrużeniem oka można się nawet odwdzięczyć Bythellowi drobną złośliwością i wyrazić zdziwienie, że w stworzonym przez niego chaosie cokolwiek jeszcze funkcjonuje, biorąc pod uwagę piętrzące się problemy i chwile, w których pracownicy za bardzo się nimi (i swoim szefem) nie przejmują. Jednak gdy odsuniemy żarty na bok, zauważymy, że jest w tym również inny poziom szczerości, bo to nie tylko obserwacje, ale także symbol czasem tak po ludzku wyczerpującej się cierpliwości, gdy akurat nagromadziły się problemy różnej maści, a zachowanie klientów dokłada kolejnych siwych włosów na głowie. To świadectwo osoby z drugiej strony lady, opisującej relację klient–sprzedawca, która może zrealizować fantazję odpłacania pięknym za nadobne. Bythell otwarcie mówi o tym, że jako sprzedawca i właściciel biznesu ma ten luksus, że może być szczery – nikt mu nie powie, że za słabo się uśmiechał, obsługując najwredniejszego klienta na świecie. Poza tym, biorąc pod uwagę codzienne i wieloletnie zmagania w prowadzeniu sklepu, taki rodzaj humoru to chyba jedyny oręż w walce o zdrowie psychiczne.

Nigdy jednak nie bywam nieuprzejmy wobec kelnerów, kelnerek, personelu sprzątającego czy sprzedawców i mam nadzieję, że nigdy nie potraktowałem nikogo jak obywatela drugiej kategorii. Ja po prostu jestem obcesowy w stosunku do ludzi, którzy są obcesowi wobec mnie. Mogę być niegrzeczny dla klientów, to mój antykwariat, więc nikt mnie nie zwolni. Większość ludzi zatrudnionych w sklepach i knajpach nie ma takiego luksusu, a wykorzystywanie tego przez zupełny brak uprzejmości uważam za karygodne.3

Festiwal Książki w Wigtown, z pomocą Shauna i jego antykwariatu, powołał również do życia The Open Book4 – księgarnię do wynajęcia, w której każdy może zamieszkać przez tydzień albo dwa i wcielić się w rolę księgarza. Ponieważ The Open Book ma wszystkie terminy zajęte daleko w przyszłość, a w grę wchodzi jeszcze dłuższa lista oczekujących, „Pamiętnik księgarza” to bilet oferujący podróż do szkockiego miasteczka i spędzenie roku w towarzystwie książek, obsługi i klientów, którzy równie dobrze mogliby pochodzić z kart powieści.

_________

1 Shaun Bythell, Pamiętnik księgarza, przekł. Dorota Malina, str. 141.
2 Grumpy Cat – kotka, która osiągnęła popularność za sprawą pyszczka, przez który wyglądała na bardzo niezadowoloną (ang. grumpy – niezadowolony, zrzędliwy).
3 Shaun Bythell, dz. cyt., str. 278.
4 Dla zainteresowanych: 
https://edition.cnn.com/travel/article/wigtown-bookshop-vacation/index.html, https://www.airbnb.pl/rooms/7908227?source_impression_id=p3_1564995904_sIo46hd%2FG%2FdfSr0Q.

16 sie 2019

Niewyjaśnione. Prawdziwe historie, których nigdy nie udało się wyjaśnić - Richard MacLean Smith

Tytuł: Niewyjaśnione. Prawdziwe historie, których nigdy nie udało się wyjaśnić
Autor: Richard MacLean Smith
Wydawnictwo, rok wydania: Znak, 2019
Liczba stron: 352
Cena: 44,90 zł
Tłumaczenie: Aleksandra Żak


~~***~~


Internet to istna kopalnia niewyjaśnionych historii. Każda z nich owocuje niezliczoną ilością dyskusji, podcastów i filmików na YouTube, najczęściej budząc grozę i stawiając pytania o to, ile jeszcze nie wiemy. Opętanie Anneliese Michel, tajemnicza śmierć Elisy Lam w hotelu Cecil czy brutalny atak na Payton „Bellę” Leutner to tylko trzy przykłady w oceanie tajemniczych zjawisk i wydarzeń. Z biegiem lat różne hipotezy i opinie nakładają się w licznych warstwach na każdą historię, próbując wyjaśnić, co tak naprawdę się stało – i przez dążenie do prawdy, czasem jeszcze bardziej utrudniając dotarcie do niej. Od zjawisk nadprzyrodzonych po prawdziwe zbrodnie, nakręca się spirala strachu i niezrozumienia. I tutaj wkracza na scenę Richard MacLean Smith, autor podcastu „Unexplained” oraz książki o tym samym tytule. Zajmując się tajemnicami, które nigdy nie zostały wyjaśnione do końca, oferuje swoje spojrzenie na nie i stara się dotrzeć do źródeł.

„Niewyjaśnione” zaskoczyło mnie, bo w trakcie lektury nastąpiło zderzenie moich oczekiwań z zamysłem Smitha na książkę. Sięgając po ten tytuł, spodziewałam się przede wszystkim czegoś „z dreszczykiem”. Część wydarzeń przytoczonych w opisie już znałam, ale ciekawiło mnie, jak przedstawi je Smith. Wokół nich narosło mnóstwo mitów i hipotez, jedne straszniejsze od drugich, nakręcając spiralę grozy. Okazało się jednak, że „Niewyjaśnione” szybko przeszło od opowieści „z dreszczykiem” do opowieści „na serio”. Wszelkie miejskie legendy, creepypasty, niewyjaśnione wydarzenia i teorie spiskowe stanowią dla autora punkt wyjścia do rozważań na temat Internetu i technologii, filozofii i religii, astronomii i fizyki, psychologii, geografii, antropologii... Choć zjawiska są określane jako nadprzyrodzone czy tajemnicze i nauka nie potrafi jednoznacznie ich wyjaśnić, to jednocześnie autor próbuje za sprawą nauki jak najmocniej zbliżyć się do granicy, za którą kryje się niewyjaśnione. Pokazuje, jak daleko możemy sięgnąć rozumem i ten margines dalej, którego już nie obejmujemy. Przytacza pokrótce wyniki badań, fragmenty rozpraw naukowych, teorie, które z pełną powagą zestawia z frapującymi tajemnicami. Tłumaczy, co jego zdaniem prawdopodobnie może leżeć u źródła tych historii, dlaczego one w ogóle powstały i jak wpływają na ludzi, oraz dlaczego w większości przypadków nie możemy mieć stuprocentowej pewności co do ich prawdziwości. Oczywiście Smith porusza się trochę w obszarze „gdybania”, powtarzając jedno wielkie „być może”, więc nawet wspierając się tym, co sprawdzone i potwierdzone, „Niewyjaśnione” nie oferuje żadnych kategorycznych odpowiedzi. Ukazanie nieznanego przez pryzmat znanego jest na pewno ciekawym sposobem na ujęcie tematu, ale w wywodach autora podpartych nauką przechodzenie od zagadnienia do zagadnienia na zasadzie dygresji często kończy się wyrzucaniem z szybkością karabinu maszynowego kolejnych cytatów pochodzących z różnych źródeł i przytaczania suchych faktów, przez co dość trudno się przedrzeć. Nie chodzi tutaj o szczególne wyzwanie intelektualne, ale raczej o styl autora, który świetnie snuje opowieści, ale trochę gubi się, gdy przechodzi do własnych wywodów. Nadal próbuje opowiadać z werwą, przedstawiając analizy i wnioski wyciągnięte z researchu związanego z danym „strasznym” wydarzeniem, ale widać różnicę między jedną a drugą częścią każdego rozdziału. Opowieści niewyjaśnione czytałam ze sporym zainteresowaniem, mimo że sporą ich część już znałam i w przytaczanych przez autora rewelacjach nie znalazłam nic nowego.

Osoby zainteresowane tematem zauważą, że wśród poruszanych historii autor wziął na warsztat te, które są szczególnie popularne w sieci i najmocniej rozbudzają wyobraźnię, stanowiąc już „klasykę” wśród niewyjaśnionych. Każda z nich (m.in. UFO, opętanie, reinkarnacja, tajemnicze zgony w hotelu, duchy) to zaledwie wierzchołek góry lodowej w swojej kategorii i według Smitha stanowi dobrą reprezentację. Wystarczy zajrzeć na fora, podcasty czy portal YouTube, by znaleźć materiały od fachowców i amatorów, którzy opowiadają o danym przypadku, analizują dostępne dowody i przedstawiając swoją opinię na temat tego, co mogło się wydarzyć – a później w „zobacz także” znajdziemy dziesiątki podobnych historii, jedna mroczniejsza od drugiej. Smith, poza próbą wytłumaczenia istnienia każdej z kategorii, stara się też zbiorczo opisać, dlaczego racjonalne wyjaśnienia i rozwiązania zagadek nie są akceptowane przez wszystkich i dlaczego w wielu przypadkach zawsze coś nie daje nam spokoju. A to z kolei owocuje niekończącą się podróżą w głąb teorii spiskowych, miejskich legend, opowieści o duchach i tajemniczych spraw kryminalnych.

„Niewyjaśnione” nie jest może najstraszniejszą książką na świecie (parafrazując hasło z okładki), ale stanowi interesujące i niepozbawione dreszczyku wprowadzenie do zagadkowej części naszej rzeczywistości. W wielu momentach kreuje atmosferę niepewności i strachu, ale i sięga do nauki, próbując to nieznane choć trochę okiełznać. Próba uchwycenia fascynacji, która w dużej mierze wypływa z Internetu, mogła skończyć się fiaskiem, bo wiele takich prób szybko się dezaktualizuje, obraca w starocie, które trącą myszką. Smith zapobiegł temu, zamieniając niewyjaśnione w symbol, który próbował wytłumaczyć za sprawą nauki i własnego doświadczenia, podkreślając jego uniwersalność. Opowieść o Slender Manie i konsekwencjach wiary w niego można by w przyszłości zamienić na inną, a mimo to refleksje Smitha pewnie nie straciłyby na znaczeniu.

Choć niepozbawione potknięć, „Niewyjaśnione” stanowi zajmującą próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego nadprzyrodzone ciągle rywalizuje z racjonalnym i tak wiele tajemnic wymyka się rozumowi, choć zdawać by się mogło, że odpowiedzi są na wyciągnięcie ręki.

14 sie 2019

Zupełnie normalna rodzina - M.T. Edvardsson

Tytuł: Zupełnie normalna rodzina 
Autor: M.T. Edvardsson
Wydawnictwo, rok wydania: Znak, 2019
Liczba stron: 496
Cena: 44,90 zł
Tłumaczenie: Ewa Wojciechowska


~~***~~




Prawda śledztwa i prawda rodziny

Każdy człowiek jest zdolny do zabójstwa. Jeśli zrani się go wystarczająco głęboko, przestają dla niego istnieć jakiekolwiek granice.*
Określenie „zupełnie normalna rodzina” to mikroopowieść sama w sobie, często na tyle pojemna, że skrywa rozmiary życiowego dramatu. Ile razy w gorączkowych relacjach świadków czy w codziennych rozmowach prowadzonych przyciszonymi głosami używano określeń „zwyczajna”, „zwykła”, „normalna”, by opisać przeciętność rodziny, w której wydarzyło się coś niewyobrażalnego? Czasem wspomniana rodzina jest nawet „dobra” i „porządna”. Określenie „zupełnie normalna rodzina” to zapewnienie, że nijak nie można było przewidzieć tego, co się wydarzyło.
Nic nie wskazywało, że dojdzie do dramatu. Dla pastora Adama Sandella i jego żony, prawniczki Ulriki, takim dramatem jest aresztowanie ich nastoletniej córki Stelli. Dziewczyna zostaje oskarżona o morderstwo. Wszyscy zaczynają zadawać sobie pytania: jak zwyczajna nastolatka z dobrego domu, mająca plany na przyszłość, znalazła się w takiej sytuacji? Jak losy zupełnie normalnej rodziny mogą skończyć się na sali sądowej? Czy rzeczywiście to zrobiła? Co się stało? Co łączyło ją z ofiarą? Zarówno Sandellowie, jak i policja zagłębiają się w wir niedopowiedzeń. Podczas gdy funkcjonariusze próbują odtworzyć kolejne godziny i minuty prowadzące do tragedii, ojciec, matka i córka mierzą się z latami rodzinnego życia, próbując zrozumieć sytuację, w której się znaleźli, przez pryzmat tego, co przeżyli do tej pory.
Przestępstwo, śmierć, zbrodnia często stają się kluczami do opowiedzenia o rodzinnym dramacie zamkniętym w czterech ścianach. Wystarczy spojrzeć na Liane Moriarty i Bonnie Kistler czy szerzej: na całą półkę domestic noir oraz tytułów inspirowanych tym nurtem. Dla Edvardssona najważniejsza jest rodzina i więzi wystawione na próbę. Zagłębiając się w relacje między rodzicami i dziećmi oraz między małżonkami, zagląda głęboko w przeszłość, chcąc przekonać się, jak daleko sięga rysa, która pojawiła się na obrazie rodziny wraz z aresztowaniem Stelli. To, czy dziewczyna jest winna, czy nie, to jedna sprawa. Samo oskarżenie przyczynia się do konfrontacji z rodzinnymi tajemnicami, nieporozumieniami i trudnymi sytuacjami. Jak bowiem na powieść z elementami domestic noir przystało, Sandellowie są tylko pozornie idealną rodziną. Poprzez narrację Adama, Stelli i Ulriki poznajemy kolejne tajemnice, które przeplatają się, łącząc ich i zbliżając mocniej niż więzy krwi. Niejednokrotnie poznajemy te same sytuacje z różnych perspektyw, co uświadamia nam, jak odmiennie można je interpretować, co z kolei w dużej mierze buduje dynamikę relacji międzyludzkich i nakręca spiralę dylematów. Jedna decyzja to kostka domina przewracająca następną i następną… wszystkie pieczołowicie ustawione przez autora. Edvardsson zestawia zbrodnię z rodzinnym dramatem, co tworzy krąg wzajemnie uzupełniających się elementów.
W „Zupełnie normalnej rodzinie” nic nie dzieje się przypadkiem, co owocuje interesującą, choć rozwijającą się dość powoli historią. Autor dawkuje napięcie i bardziej niż szaleńczy bieg przez strony interesuje go przedzieranie się przez umysły i uczucia Adama, Stelli i Ulriki. Powracający temat rodziny zwraca uwagę na obszar zainteresowań autora, jednocześnie będąc najlepszym i najciekawszym elementem powieści. Przyznam, że zdarzało mi się w trakcie lektury odkładać na bok sprawę zabójstwa, bo w danym momencie bardziej pochłaniała mnie psychika danego bohatera-narratora.
Część należąca do nastoletniej Stelli to surowa w swej szczerości spowiedź, stanowiąca pomost między Adamem i Ulriką. Dziewczyna jest nie tylko owocem ich związku, ale także owocem ich decyzji i reakcji na pewne wydarzenia, które ją ukształtowały. Niepozbawieni własnych prywatnych problemów ojciec i matka reprezentują postawy moralne oparte na prawie i religii. Autor nieprzypadkowo wybrał im takie, a nie inne profesje – to symbole stanowiące najlepsze tło do dywagacji na temat moralnego kompasu i przekonań wystawionych na próbę. Z jednej strony mamy do czynienia z osobami, dla których sytuacja powinna być jasna: popełniono zbrodnię, teraz trzeba dotrzeć do prawdy i ukarać winnego. Ale czy na pewno? Czy to, co ma znaczenie dla prawniczki i pastora, będzie miało takie samo znaczenie dla matki i ojca?
Edvardsson bada, w jakim stopniu wspólne przejścia i instytucja rodziny, istniejącej na dobre i na złe, wymuszają niejako własne reguły i mechanizmy podejmowania decyzji, mniej bądź bardziej oczywiste dla reszty świata. Choć kwestię winy i niewinności Stelli skrywa wielki znak zapytania, to Adama i Ulrikę dręczy powracające: „ale co jeśli…?”. Chcemy wierzyć w jej niewinność, ale co jeśli to zrobiła? Podczas gdy oni szamocą się między wątpliwościami, chęcią chronienia córki oraz desperackimi próbami udowodnienia, że nie miała z tym nic wspólnego, Edvardsson próbuje wytłumaczyć mechanizmy stojące za zachowaniem rodziców, którzy stają w obliczu niewyobrażalnego. Rodziców wyciągających swoje dzieci z więzienia i chroniących je, wydając fortunę na kaucję i prawników, nie pytając o prawdę. Próbuje wytłumaczyć matki kochające swoje dzieci, nawet jeśli te popełniły straszliwe przestępstwa. Wina bądź jej brak to skomplikowane zagadnienie nie tylko w trudnych procesach, ale i w sercach rodzin.
„Zupełnie normalna rodzina” to studium rodziny brutalnie wyrwanej z domowego kręgu stworzonego z własnych błędów i trudnych decyzji z przeszłości, wrzuconej w jaskrawe światła pokoju przesłuchań i sali sądowej. Choć okładka głosi, że to „powieść o zbrodni”, to równie dobrze mogłoby widnieć tam hasło „powieść o rodzinie”. I to nie tylko rodzinie Sandellów – ale o każdej postawionej w trudnej sytuacji. Tytuł M.T. Edvardssona pozostawia z refleksją: czy są takie granice, których nie przekroczylibyśmy, by chronić swoich bliskich?
________
* M.T. Edvardsson, Zupełnie normalna rodzina, przekł. Ewa Wojciechowska, s. 313.

23 lip 2019

Czy już zasnęłaś - Kathleen Barber


Czy już zasnęłaś - Kathleen Barber | okładka
Tytuł: Czy już zasnęłaś
Autor: Kathleen Barber
Wydawnictwo, rok wydania: Znak, 2019
Liczba stron: 352
Cena: 39,90 zł


~~***~~





Po północy nie dzieje się nic dobrego

Choć fascynacja zbrodniami zdaje się nie mieć początku – i pewnie końca – to gdy w 2014 roku pojawił się w sieci podcast „Serial”, prowadzony przez dziennikarkę śledczą i producentkę Sarah Koenig, true crime zaczęło wspinać się na szczyty popularności, łącząc śledztwa i walkę o prawdę z… rozrywką. Cały świat (sezon pierwszy i drugi pobrano w sumie ponad 340 milionów razy, jeśli doliczymy sezon trzeci, ta liczba znacząco się zwiększy) z zapartym tchem wysłuchiwał opowieści o zbrodni. A to był dopiero początek. „Making a Murderer”, „The Keepers”, „Taśmy winy”, „Schody”, „Casting na JonBenét”, „Amanda Knox”, „Rozmowy z mordercą: Taśmy Teda Bundy'ego”, „Zaginięcie Madeleine McCann”, „Sprawa przeciw Adnanowi Syedowi”, „Niewinny człowiek”, „Evil Genius” – to też ledwie początek, nawet nie wierzchołek góry lodowej podcastów, książek, seriali i filmów dokumentalnych, które poruszają temat rozwiązanych i nierozwiązanych spraw. Zainteresowanie ciemnością nie maleje, stając się mentalną turystyką śmierci (ang. dark tourism). Nic dziwnego, że true crime przesączyło się również do fikcji, a autorzy i autorki sięgają po formę podcastu, zacierając granice – i każda zbrodnia staje się prawdziwa.

Kathleen Barber w swojej debiutanckiej powieści „Czy już zasnęłaś” obok tradycyjnej narracji sięga po formę podcastu, by opowiedzieć o zbrodni sprzed lat i prywatnym śledztwie dziennikarki, która usiłuje dotrzeć do prawdy i znaleźć odpowiedź na pytanie: czy mężczyzna skazany za morderstwo rzeczywiście je popełnił?

Nazywam się Poppy Parnell, a wy słuchacie podcastu „Ponowne spojrzenie. Morderstwo Chucka Buhrmana”. W ciągu kilku tygodni zamierzam poszukać odpowiedzi na powyższe pytania, a może także na inne, które nasuną mi się po drodze. Mój cel? Odważnie i wnikliwie przypatrzeć się skąpemu materiałowi dowodowemu, który mógł posłużyć jako podstawa do oskarżenia niewinnego człowieka, i być może odsłonić prawdę – albo położyć kres wszelkim wątpliwościom. Co się naprawdę stało tamtego brzemiennego w skutki październikowego wieczoru w 2002 roku? Mam nadzieję, że wybierzecie się ze mną w tę podróż.1

Dziennikarskie śledztwo Poppy budzi dawne koszmary Josie, od lat próbującej uwolnić się od wspomnienia nocy, w której życie jej rodziny legło w gruzach. Kobieta z trudem zaczęła od nowa, chcąc normalnie żyć, a gdy prawie jej się to udało, „tragiczna śmierć taty stała się tematem popkulturowego zjawiska, którym fascynował się cały kraj"2. Rozdział, który dla Josie był zamknięty, okazuje się zaledwie wstępem. Rozdarta między podcastem ekshumującym dawno pogrzebane sekrety a trudną historią swojej rodziny, Josie musi skonfrontować się z tragedią i prawdą na jej temat – która być może jest tylko jedną wersją obowiązującej historii.

Śledztwo Poppy i przeżycia Josie stają się elementami układanki, które razem tworzą pełny obraz zbrodni i jej skutków. Barber zdecydowała się na przedstawienie perspektywy rodziny ofiary, jednocześnie zachowując pryzmat dziennikarskiego śledztwa, które niemal w czasie rzeczywistym wpływa na losy Josie i jej bliskich. Gdy słuchaczy rozgrzewa do czerwoności kolejny odcinek „Ponownego spojrzenia”, a sieć zalewają dyskusje i hipotezy, rodzina zamordowanego Chucka Buhrmana na nowo przeżywa tragedię i mierzy się z jej konsekwencjami. Myślę, że jest to interesująca perspektywa, szczególnie w kontekście prawdziwych podcastów, bo w przypadku śledztw kwestionujących zebrane dowody i podważających wyrok, rodziny ofiar najczęściej odmawiają komentarza. Barber próbuje zrozumieć, co mogą czuć te osoby i jak może wyglądać ich życie, gdy osobista tragedia staje się czymś, co można określić mianem rozrywki na wieczór. Przechodząc od morderstwa jako tragedii w gronie rodziny ofiary do popkulturowego fenomenu, który ogarnia kraj czy nawet świat, autorka przygląda się rodzinnym więziom, raz po raz wystawianym na próbę. Konfrontuje przeszłość Buhrmanów z ich teraźniejszością, głównie opierając się na relacji matka–córki oraz relacji sióstr. Bez względu na to, jakie były zamierzenia autorki, „Czy już zasnęłaś” bardziej niż pełnokrwistym thrillerem stała się opowieścią o rozpadającej się rodzinie.

„Czy już zasnęłaś” zdecydowanie zyskuje przez dodanie formatu podcastu, który ubarwia historię. Ta właściwie nieskomplikowana sprawa nabiera wyrazistości dzięki temu, że mimowolnie stajemy się słuchaczami. Zagadka morderstwa Chucka Buhrmana jest dość przewidywalna i prosta – nietrudno ułożyć wszystkie elementy w całość na długo zanim zrobią to bohaterowie, ale i tak pochłaniamy kolejny odcinek „Ponownego spojrzenia” w oczekiwaniu na rozwiązanie. I nieważne, że my już wiemy. Motywuje nas nie tyle ciekawość, ile potrzeba potwierdzenia, że naprawdę mieliśmy rację. Zabrakło mi podczas lektury emocji, większego trzymania w napięciu i dawek niepokoju, które owszem, pojawiają się, ale zdecydowanie trudno mówić tu o zastrzyku adrenaliny. Oczywiście wolałabym, żeby ciekawej konstrukcji akompaniowała równie zaskakująca intryga, ale trzeba przyznać, że Barber przynajmniej miała pomysł na formę, w jakiej chciała ukazać historię, potrafiła wykorzystać naturę podcastu. O tym, jak dobrze połączyć ciemność z rodzinną opowieścią i morderczą intrygą, może poświadczyć chociażby „Sadie” Courtney Summers czy „Mroczny zakątek” Gillian Flynn. Promocyjny opis odwołuje się do innej książki autorki – do „Ostrych przedmiotów” – ale w moim odczuciu ten ostatni tytuł lepiej sprawdza się w ramach punktu odniesienia. Barber sięga do podobnych założeń: konfrontacja przeszłości z teraźniejszością, skazanie stojące po latach pod znakiem zapytania, rodzinne sekrety, nowe śledztwo i osoby postronne zafascynowane zbrodnią – porównując obydwie powieści, można zauważyć, jak te same elementy można wykorzystać inaczej, w przypadku Flynn lepiej. U Barber zagadka jest prostsza, mroku jest zdecydowanie mniej, tło jest zaznaczone, ale nie do końca wyeksploatowane (u Flynn zawsze pojawia się komentarz kulturowo-społeczny, Barber „nadgryza” temat podcastów i true crime jako popkulturowego fenomenu, ale jest to raczej narzędzie do opowiedzenia historii Josie niż element funkcjonujący na własnych zasadach).

Debiut Kathleen Barber to fikcyjne ujęcie naszej rzeczywistości, zdradzające, że mamy do czynienia z autorką, która chce rozwikłać sekret zbrodni doskonałej, wie, gdzie szukać dowodów, ale na razie skupia się głównie na zrozumieniu relacji osób dotkniętych tragedią. Być może w kolejnej powieści znajdzie upragniony złoty środek.

Hasło przewodnie podcastu Koenig to „Serial tells one story – a true story” („Serial przedstawia tylko jedną historię – prawdę”). Wtóruje mu „Czy już zasnęłaś”, zastanawiając się, czy w plątaninie dowodów, hipotez, niedomówień, ślepych uliczek i błędów można jeszcze dotrzeć do prawdy, czy może po czasie jesteśmy skazani na niewiedzę i wiarę w to, co nam wydaje się najbardziej prawdopodobne.

– Prawda jest skomplikowana.
– I tu się mylisz, Jo. Prawda nigdy nie jest skomplikowana. To po prostu prawda. Okoliczności mogą być skomplikowane, ale prawda jest zawsze jednoznaczna.3

_________
1 „Czy już zasnęłaś”, K. Barber, s. 8., 2 Tamże, s. 114., 3 Tamże, s. 169.

12 cze 2019

Więcej niż pocałunek - Helen Hoang

Tytuł: Więcej niż pocałunek
Autor: Helen Hoang
Tłumacz: Paweł Wolak
Wydawnictwo, rok wydania: Muza, 2019
Liczba stron: 480
Cena: 39,90 zł


~~***~~

Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Muza



Trzydziestoletnia Stella jest specjalistką od ekonometrii i ma zespół Aspergera. Znajdując się na spektrum autyzmu, świetnie radzi sobie w codziennym życiu, ale ma problem z nawiązywaniem intymnych relacji, w tym rozumieniem niuansów w relacjach damsko-męskich. To wyzwanie ma według jej analitycznego umysłu tylko jedno rozwiązanie – korepetycje z miłości. Stella postanawia wynająć zawodowca, by nauczył ją wszystkiego o związkach i bliskości. Przeglądając profile panów do towarzystwa, znajduje idealnego kandydata. Michael jest przystojnym żigolakiem, który rozpieszcza kobiety, chociaż jego życie zupełnie nie rozpieszczało. Gdy Stella składa mu propozycję, Michael jest zaskoczony i zaintrygowany. On miałby udzielać lekcji miłości, zamiast oferować jednonocne romanse? Biznesowy układ jest jasny i przejrzysty, składa się nawet z miłosnego planu lekcji, więc Michael i Stella są przekonani, że wszystko pójdzie zgodnie z (nomen omen) planem. Jednak czy można się nauczyć miłości… bez uczuć?

Helen Hoang głosami czytelników pokonała w konkursie Goodreads Choice Awards Colleen Hoover, która od trzech lat była w tym plebiscycie bezkonkurencyjna (najlepszy romans w latach 2015-2017, w 2018 zajęła drugie miejsce) czy E.L. James. To znaczące osiągnięcie dla debiutantki na półce romansów, bo raz, że musiała rywalizować z innymi debiutantkami, a dwa – musiała zmierzyć się z gigantkami, które mają za sobą wsparcie rzeszy wiernych czytelniczek. Dlaczego zdecydowały się one oddać swoje głosy właśnie na „Więcej niż pocałunek?”.

Autorka otwarcie napisała, że od dłuższego czasu myślała o stworzeniu nowej wersji Pretty Woman, tyle że z zamienionymi rolami. Biorąc pod uwagę to, że jej inspiracją jest film z 1990 roku, można zadać sobie pytanie, ile z atmosfery pierwowzoru przemycono na karty powieści? Tutaj ujawnia się pierwszy składnik z przepisu na sukces Hoang. Autorka nie tylko zaczerpnęła z komedii romantycznej, którą chyba można już określić mianem kultowej, ale i odświeżyła formułę, dodając do niej elementy bezpośrednio nawiązujące do obecnych trendów w opowiadaniu historii miłosnych. „Więcej niż pocałunek” to i komedia romantyczna, i erotyk, i powieść obyczajowa. Po słodkiej, uroczej scenie ekran się nie zaciemnia, by potem pokazać nam „dzień po”, sceny łóżkowe opisano bez pruderii. Autorka otwarcie sygnalizuje, że nie będzie stronić od erotyki, cielesności, zaczynając dość śmiało. Na dodatek położono nacisk na szacunek i zgodę na bliskość (ang. consent), co może się wydawać niewinnym drobiazgiem, ale pobrzmiewa w nim echo ciągle trwających dyskusji o seksie i seksualności. Taka mieszanka gatunkowo-tematyczna bez problemu zdobyła serca czytelniczek, bo autorka wzięła to, co najlepsze i sprawdzone z całego spektrum opowieści o miłości. Hoang w ogóle dobrze radzi sobie z odświeżaniem elementów, które można by określić mianem wyświechtanych. Wielokrotnie widzieliśmy już romanse przedstawiające relację kobieciarza, samca-alfa z trudną przeszłością i pracoholiczki-bizneswoman. Michael i Stella z pewnością wpisują się w te role, ale ich kreacje jednocześnie udowadniają, że obranie takiego punktu wyjścia nie musi skończyć się jednowymiarowym, sztywnym schematem. W przeciwieństwie do Pretty Woman, autorka nie trzyma się też kurczowo motywu Kopciuszka, co nadaje dodatkowego kolorytu portretom postaci. Główni bohaterowie nie są siłą wpychani do szufladek, które by ich ograniczały, za to płynnie łączą różne cechy, zazwyczaj przypisywane różnym rolom. Widzimy Stellę i Michaela na różnych etapach relacji, co jednocześnie odsłania kolejne obszary ich charakterów i zmieniającą się dynamikę w związku.

Relacja bohaterów nie jest jedynym tematem, wokół którego kręci się historia. Hoang eksploruje również życie bohaterów pod kątem niezwiązanym z romansem. Ważną rolę odgrywają rodziny bohaterów (rodzina Michaela jest absolutnie niezwykła!), ich osobiste historie, perypetie i problemy. Michaela i Stellę definiuje zdecydowanie więcej niż tylko ich relacja, a ich osobne przeżycia wzbogacają wspólną perspektywę. Wśród kreacji bohaterów jako jednostek pojawia się kolejna zaleta powieści. „Więcej niż pocałunek” to powieść wpisująca się w nurt own voices (własne głosy); są to historie, w których opisywane zagadnienia pochodzą wprost z życia autora, przedstawiają perspektywy często marginalizowanych osób. Hoang, która jako dorosła została zdiagnozowana z zespołem Aspergera, oczami głównej bohaterki przedstawia życie osoby znajdującej się na spektrum autyzmu. To nadaje powieści bardzo interesującą płaszczyznę, bo romanse rzadko decydują się na różnorodność, na przedstawienie osób, o których w takim kontekście nieczęsto się mówi, zupełnie jakby nie było dla nich miejsca w historiach miłosnych. Stella co prawda bardzo dobrze funkcjonuje w codziennym życiu, cierpiąc prawdopodobnie na łagodniejszą odmianę zespołu, ale biorąc pod uwagę to, że Hoang odzwierciedliła w powieści część własnych przeżyć, to trudno mieć do niej pretensje, że wykreowała właśnie taką bohaterkę.

„Więcej niż pocałunek”, mimo wielu pochwał, nie przeprowadzi rewolucji na półce romansów. Helen Hoang sprawnie porusza się po gatunku, wybierając i łącząc to, co najlepsze, ale nie wykracza znacząco poza te ramy. Oznacza to ni mniej, ni więcej tylko tyle, że w powieści obecna jest spora doza przewidywalności. Konstrukcja fabuły „Więcej niż pocałunek” jest znana, sprawdzona – i nie bójmy się tego słowa – schematyczna. Najważniejsze zwroty akcji rozgrywają się według formuły komedii romantycznej i byłby to o wiele poważniejszy zarzut, gdyby nie zakrywały go interesujące, pomniejsze wątki, sylwetki postaci i atmosfera powieści. Chociaż finał perypetii Stelli i Michaela nie zaskakuje, to dotarcie do niego stanowi jedną z najprzyjemniejszych ostatnio lektur.

„Więcej niż pocałunek” to solidna propozycja dla fanek gatunku, w niewymuszony sposób łącząca lekkość i urok komedii romantycznej z erotyczną pikanterią oraz interesującą parą w roli głównej. Popularność debiutu Helen Hoang nie dziwi, bo autorka wie, co robi – i jak widać, robi to całkiem dobrze. Podczas gdy Stella szuka wzoru na miłość, pisarka znalazła wzór na udaną powieść romansową.

18 maj 2019

Ty - Caroline Kepnes

Tytuł: Ty (tom I z IV)
Autor: Caroline Kepnes
Wydawnictwo, rok wydania: W.A.B., 2019
Liczba stron: 416
Cena: 39,99 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo W.A.B.


Joe Goldberg pracuje w księgarni, Guinevere Beck jest aspirującą pisarką. Gdy ich ścieżki krzyżują się, on zakochuje się po uszy, a ona z czasem jest coraz mocniej zauroczona facetem, który tak bardzo różni się od jej byłych. Joe jest niemal uszyty na miarę jej marzeń. Wprost są sobie pisani.

Cały problem z tym, że to Joe pisze ich historię.

I to wcale nie jest historia miłosna.

Książki takie jak „Ty” nie bez powodu nazywane są page-turnerami. Są to powieści, które czyta się błyskawicznie, zupełnie jakby wbrew ich objętości, i „Ty” zdecydowanie należy do tej kategorii. Ta historia przyszpila czytelnika i nie pozwala mu się oderwać – i co ciekawe, robi to w wielu formach. Według doniesień Netfliksa, w pierwszym miesiącu od premiery serial „Ty” obejrzało 40 milionów widzów. Historia Joego i Beck przyciągnęła gigantyczną publiczność, otwierając sobie drogę do drugiego sezonu. Jak to określono w jednym z artykułów „opowieść o obsesji stała się nową obsesją”. Wcale mnie to nie dziwi, bo jest coś uzależniającego w zagłębianiu się w pokręcone zakamarki zepsutych umysłów, nieważne, czy mówimy o true crime, czy o fikcji, a „Ty” to przede wszystkim widziana oczami psychopaty opowieść o obsesji i nieświadomym wpadaniu w zabójcze sidła. Caroline Kepnes zmusza nas do zagłębienia się w monolog wewnętrzny mężczyzny, który dla otoczenia jest normalnym, zwyczajnym facetem, niewyróżniającym się z tłumu, ale dla nas, zatopionych w toksycznym strumieniu jego świadomości, jest diabłem wcielonym. Towarzyszymy Joemu, który w imię miłości jest w stanie zrobić wszystko, a rozwój związku z Beck jednocześnie odsłania skalę jego zaburzeń. Balansując między dwoma drastycznie odmiennymi twarzami Joego, autorka kreuje fascynujący thriller psychologiczny, w którym właściwie sam czytelnik staje się bohaterem. Tak samo jak reszta jesteśmy osaczeni i manipulowani. Kepnes bardzo dobrze wykorzystała perspektywę Joego jako narratora niegodnego zaufania, bo poznając świat jego oczami, nie mamy pewności czy i jak oceniać inne postacie, sytuacje i zachowania. Perspektywa Joego, jego opinie i refleksje nie są z założenia negowane. Świat wokół niego nie jest kryształowy i on zdaje się to zauważać. Kepnes stworzyła bohatera, który, choć zły, jednocześnie może mieć rację w niektórych sprawach, może znaleźć z kimś wspólny język – i to budzi dyskomfort, który nie opuszcza nas ani na chwilę.

Caroline Kepnes oddała głos potworowi i jestem pod naprawdę dużym wrażeniem, jak dobrze sobie z tym poradziła. Perspektywa Joego poraża; po skończeniu książki, nadal zastanawiam się, co ją inspirowało i jak była w stanie przemówić jako Goldberg. Można „Ty” trochę zarzucić, to powieść, która zmusza na przymknięcie oka na fabularne zbiegi okoliczności i nad wyraz dogodne dla historii rozwiązania, ale trudno zaprzeczyć, że Joe to piekielnie (w każdym znaczeniu tego słowa) wyrazisty bohater. Jego myślenie jednocześnie odstręcza i fascynuje; od szyderczych obserwacji przez wulgarność po gęste bagno zepsutych myśli, słuchamy go, wiedzeni chorą ciekawością, po czym kręcimy głową z niesmakiem. Jednocześnie Joe zaskakuje trafnymi refleksjami i potrafi rozbawić, co wzbogaca jego charakter. Istnieje jako postać nie tylko przez pryzmat bycia psychopatą. Poniekąd na to liczyłam, gdy sięgałam po „Okrutne pragnienie” Araminty Hall. Porównując te dwa tytuły w kontekście kreacji głównego bohatera oraz przedstawienia tego, jak postrzega świat, widać jak odmiennie podeszły do tego autorki, choć przecież czerpały z takich samych elementów. Joe jako psychopata na pewno lepiej radzi sobie z przywdziewaniem maski i wcielaniem się w rolę. Nie jest co prawda kameleonem rangi Teda Bundy’ego, ale ma w sobie ten pierwiastek charyzmy, za którym skrywa się potwór. Dobre skonstruowanie perspektywy bohatera-narratora ma w przypadku tej serii niebagatelne znaczenie, bo to ona dźwiga na swoich barkach ciężar całej powieści, a nawet potrafi zasłonić potknięcia na innych płaszczyznach. Joe powróci w trzech tomach - drugi, „Hidden Bodies”, miał już premierę w Stanach a autorka poinformowała, że pracuje nad trzecią i czwartą książką. Czy pokręcony, mroczny umysł Joego jeszcze czymś nas zaskoczy? Mam nadzieję, że tak, że autorka postanowi dalej eksplorować jego psychikę, zamiast powtarzać wyuczone mechanizmy. Wiemy już, do czego jest zdolny stalker Joe, więc czas na przesunięcie granicy w najmniej oczekiwaną stronę i ukazanie go w innej roli. 

„Ty”, tak samo jak psychika Joego, wpada ze skrajności w skrajność. Mamy do czynienia z niejednokrotnie zaskakującą, mroczną i wciągającą powieścią, ale na „Ty” trzeba czasem spojrzeć przez palce i… nie zadawać zbyt wielu pytań. Fabuła powieści w pewnej części żąda od nas, byśmy po prostu uwierzyli w to, co się dzieje, przyjęli wszystkie sytuacje takimi, jakimi są i może za mocno nie dociekali. Czy to psuje przyjemność z lektury? Szczerze mówiąc – nie. Postać Joego wiele wynagradza, ale nie można jednak pominąć milczeniem niektórych cudownych zbiegów okoliczności, przeoczeń innych na korzyść głównego bohatera i wyjaśnień, które trzymają się całości tylko za sprawą jednej cienkiej nitki. Kepnes czasem aż za bardzo ułatwia Joemu życie, wymyślając coś na poczekaniu. W założeniu główny bohater jest tym oczytanym, inteligentnym stalkerem, który chwyta ukochaną w tkaną z rozmysłem pajęczą sieć, ale część planu Joego to czysta przypadkowość pomieszana z naciąganymi rozwiązaniami. Zupełnie jakby na każdy świetny zwrot akcji musiał przypadać jeden przeciętny element. Zgadzam się, że działania głównego bohatera są przerażające, ale prawdziwa groza wyłania się z sytuacji, które rzeczywiście zostały zaplanowane przez zbrodniczy umysł. Wtedy mamy to poczucie sytuacji bez wyjścia, kompletnej władzy Joego nad życiem Beck. 

Historię Beck i Joego otrzymaliśmy w dwóch wariantach: książkowej oraz serialowej, dostępnej na Netfliksie; ponieważ wiele osób często zastanawia się, jak ma się ekranizacja do książki, warto zwrócić uwagę na pewne zagadnienia. Interesujące są podobieństwa i różnice wynikające również z użytego medium. Serial oferował wizualną ucieczkę od mroków umysłu Joego, dyskomfort łatwiejszy do zniesienia w szerokim kadrze. Chociaż patrzymy na świat z perspektywy głównego bohatera i narratora, to jednocześnie mamy szansę, by zrobić krok w tył. Nie jest nam tak ciasno w tym zepsuciu. Pierwowzór w postaci powieści to historia bez filtra i bez zahamowań. Zbliżenie. Klaustrofobiczna klatka, z której nie ma ucieczki. Książkowe „Ty” krępuje perspektywą Joego, zmuszając do wysłuchiwania monologu, który budzi gęsią skórkę. Tutaj nie możemy odetchnąć, zrobić kilku kroków w tył. O ile w serialu stoimy obok Joego, o tyle w książce jesteśmy nim. To chyba największa (i jedna z niewielu znaczących) różnica, która narzuca to, jak odbieramy różne wersje tej historii, w jaką atmosferę się zagłębiamy. 

Czy pod skórą idealnego partnera może wrzeć toksyczna mieszanka? Czy idealny związek może być wyreżyserowaną zbrodnią? Zaczynając od sceny, która równie dobrze mogłaby pochodzić z komedii romantycznej, Caroline Kepnes wypacza znaczenie każdego gestu, wyznania i decyzji, które łączą „zakochanych”. Przesuwając ciężar na najniższe instynkty, odkrywa kolejne kręgi piekła skrywające się pod normalnością – pierwszy z nich to media społecznościowe i codzienny live stream życia, podczas gdy po drugiej stronie ekranu stoi Joe i pragnie, by to wszystko było perfekcyjne. 

Perfekcyjne piekło w nieperfekcyjnym, ale diabelnie wciągających thrillerze ze świetnym głównym bohaterem.

29 kwi 2019

Mój piękny syn - David Sheff

Tytuł: Mój piękny syn
Autor: David Sheff
Wydawnictwo, rok wydania: Poradnia K., 2019
Liczba stron: 448
Cena: 39,99 zł


~~***~~




Z jasności w ciemność, czyli podróż ojca przez uzależnienie syna

Niedowierzanie.

Po skończonej lekturze „Mojego pięknego syna”, a jeszcze przed sięgnięciem po „Na głodzie”, wpisałam nazwisko Sheffów do wyszukiwarki. Musiałam sprawdzić, co wydarzyło się później, po zakończeniu memoiru Davida Sheffa. Oczekiwałam bolesnych upadków, spodziewałam się, że dalej na pewno wydarzy się coś złego, bo nie dowierzałam, że może być już tylko dobrze. Czy w ogóle po tym, co przeżyli Sheffowie, może istnieć jakiekolwiek „dobrze”? Czy można się pogodzić z taką przeszłością, żyjąc nieustannie w strachu przed przyszłością?

Jestem obecny, ale mnie nie ma. Zgodnie ze starym powiedzeniem rodzice mogą być tylko tak szczęśliwi, jak ich najbardziej nieszczęśliwe dziecko. Boję się, że to prawda. [s. 249]

„Mój piękny syn” to memoir pisarza i dziennikarza Davida Sheffa, który opisuje losy swojej rodziny przez pryzmat uzależnienia najstarszego syna. Gdy Nic jako nastolatek wpada w sidła narkotyków i alkoholu, piekło dotyka całej rodziny, wystawiając na poważną próbę łączące ich relacje. Cofając się do wczesnego dzieciństwa Nica, bystrego, rezolutnego i zdolnego chłopca, ojciec próbuje wyznaczyć punkt, w którym nieodwracalnie zmieniło się ich życie. David przygląda się narkomanii pod każdym kątem, próbując zrozumieć uzależnienie syna. Czy sięganie po narkotyki to moralny upadek? Wybór? Choroba psychiczna? Choroba mózgu? Skutek złego wychowania? Owoc rodzinnych problemów? Pochylając się nad wielopłaszczyznową naturą uzależnienia, przedstawia długie lata zmagań i wpisany w nie portret rodziny oraz nakreśla rzeczywistość, która umożliwia upadek na dno.

Mówimy sobie nawzajem „Wszystko”. To nasz sposób, żeby powiedzieć: kocham cię, tak bardzo będę za tobą tęsknić, tak mi przykro – mieszanina uczuć towarzyszących jego wyjazdom i powrotom. [s. 39]

„Mój piękny syn” budzi mnóstwo niepokoju w czytelniku, igrając z jego poczuciem bezpieczeństwa, z nadzieją, ze spokojem. Gdy myślimy, że oto dostaliśmy upragniony przełom czy szczęśliwe zakończenie, za zakrętem czyha kolejny cios. Gdy stwierdzamy, tak samo jak bohaterowie, że już dłużej nie damy rady, że to już musi być koniec, nawet jeśli miałby on być zły, bo mamy dość, nagle rozbłyska światełko w tunelu. Opisując kolejne lata walki z uzależnieniem syna, David Sheff ukazuje psychologiczną, emocjonalną huśtawkę, na której znajduje się cała rodzina – a wraz z nimi trafia tam czytelnik. Czytając zapiski Sheffa, wielokrotnie zastanawiałam się, ile może znieść człowiek, zanim całkowicie się załamie, czy nadzieja ma jakiś limit. Towarzyszymy autorowi w podróży, w której każdy wzlot jest okupiony bardzo bolesnym upadkiem, tak bolesnym, że można zwątpić w sens podnoszenia się po nim. To, co szczególnie dobrze udało się uchwycić autorowi, a co niezwykle zadziwia, to siła uczuć, które z taką samą siłą pomagają stanąć na nogi, jak i strącić na dno. W historii ojca i syna porusza miłość, która wprost wylewa się z kart książki, nawet w tych najmroczniejszych momentach. Porusza ogrom nadziei i gotowość do wybaczenia, które tkwią w Davidzie. Porusza cierpienie, które jednocześnie łączy i rozbija rodzinę. Te uczucia czasem są aż tak surowe i żarliwe, że aż ciężko o nich czytać.

„Mój piękny syn” kryje w sobie ładunek emocjonalny, który sprawia, że nie jest to łatwa lektura. Ciężar książki kryje się również w szczerości i refleksji autora, który tak samo opisuje miłość do syna, jak i cierpienie oraz własne decyzje, które, w jego odczuciu, mogły być kroplami przepełniającymi czarę. Czytelnik zaczyna doszukiwać się drugiego dna w wielu sytuacjach, ogląda niby pod mikroskopem każdy element życia ojca i syna – i David na to pozwala, ba, on sam to robi. W ustępach, które brzmią niczym spowiedź, autor sam zastanawia się, gdzie popełnił błąd. Nawet gdy przechodzi wraz z Nikiem przez kolejne etapy uzależnienia i leczenia, gdy zdobywa coraz większą wiedzę na ten temat, ciągle próbuje zrozumieć, dlaczego trafiło właśnie na nich i czy ma prawo, czy w ogóle jest w stanie sobie wybaczyć. Tragedia Sheffów obfituje w momenty niezdrowego egoizmu, bezmyślności, niedojrzałości, krótkowzroczności, ale czytający nie chce wykorzystywać tych problemów przeciwko rodzinie, raczej im współczuje, szczególnie biorąc pod uwagę to, jakie spadły na nich konsekwencje. Sheff szczerze opisuje potknięcia i trudne, bolesne wydarzenia z życia rodziny. Wiemy, że się zadręczał, ale nie zauważyłam, by miało w tym miejsce jakieś samobiczowanie, monopolizowanie uwagi przez narratora. Obnażenie się jest desperackim aktem zrozumienia, próbą oczyszczenia i ozdrowienia oraz przestrogą dla innych.

Jesteśmy związani z naszymi dziećmi, niezależnie od okoliczności. One są splecione z każdą komórką naszego ciała, z każdym neuronem. Nie można ich oddzielić. Zamieszkują naszą świadomość, mieszkają w każdej przestrzeni, każdej jamie, szczelinie naszego ciała, w naszych najbardziej pierwotnych instynktach, głębiej nawet niż nasza tożsamość. Głębiej niż nasze ja.

Mój syn. Jedynie moja śmierć mogłaby go wymazać. A może nawet nie starczyłoby nawet śmierci. [s. 321]

„Mój piękny syn” to intymny portret rodziny, ale również rozbudowany wstęp do pewnego rodzaju śledztwa, które Sheff kontynuuje w swojej kolejnej książce „Clean: Overcoming Addiction and Ending America's Greatest Tragedy”. Towarzysząc synowi, David dogłębnie poznaje naturę uzależnienia, ale i poznaje od środka biznes (sic!) leczenia uzależnień. Testując kolejne ośrodki, terapeutów, metody i leki, które pochłaniają dziesiątki, czasem nawet setki tysięcy dolarów, autor coraz krytyczniej ocenia wiele mechanizmów sterujących leczeniem uzależnień. Nie negując tytanicznej pracy wykonywanej przez ośrodki, jednocześnie zadaje pytania o szarą strefę, w której znajduje się wiele z nich, o kwalifikacje prowadzących, o praktycznie nieistniejące regulacje oraz, co najważniejsze, o stosunek rządu do finansowania badań, profilaktyki oraz prawidłowego leczenia, o liczbę skazanych będących uzależnionymi.

Choć to przejście między częścią czysto pamiętnikową, autobiograficzną a reportażową nie zawsze jest płynne, czasem obfituje w zgrzyty i nadmiar informacji zrzucany na czytelnika między ustępami, to jestem skłonna wybaczyć to autorowi, bo w zamian otrzymujemy szerszą perspektywę na to, jak wygląda sytuacja osób uzależnionych i ich bliskich. Nic jest jednostką, ale nie jest jedyny. Takich jednostek mogą być miliony. Osadzenie sytuacji Nica w konkretnej rzeczywistości pozwala zrozumieć jego zmagania. Sheff próbuje rozłożyć na czynniki pierwsze system, który choć powołany w dobrej wierze, może paradoksalnie napędzać zaklęty krąg uzależnienia. Bo niektóre rodzaje pomocy są złe i mogą wyrządzać krzywdę, a mimo to stosuje się je pod przykrywką terapii. Sięgając do badań naukowych, statystyk, rozmów ze specjalistami, innymi uzależnionymi i własnych przeżyć, kreuje przerażający obraz epidemii, w której na ropiejące rany nakleja się plaster i liczy na to, że samo przejdzie. Skalę problemu przedstawiali też w swoich książkach m.in. Sam Quinones („Dreamland”), Beth Macy („Dopesick: Dealers, Doctors, and the Drug Company that Addicted America”) i John Temple („American Pain: How a Young Felon and His Ring of Doctors Unleashed America's Deadliest Drug Epidemic”). Każde z nich podejmuje temat z innej perspektywy, ale niewątpliwie łączy ich próba ukazania dramatu, który gnębi Stany, oraz pytanie o to, dlaczego w walce z narkotykami największymi ofiarami stają się ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy.

Na szczęście jest mój piękny syn.

Na nieszczęście ma straszliwą chorobę.

Na szczęście jest miłość i radość.

Na nieszczęście jest ból i udręka.

Na szczęście ta historia jeszcze się nie skończyła. [s. 382–283]

„Mój piękny syn” to poruszające świadectwo niesamowitej miłości ojca do syna oraz studium uzależnienia, które dla wielu osób staje się pułapką bez wyjścia. To historia ogromnej siły przeplatającej się z potworną bezsilnością oraz opowieść o systemie równie chorym, co osoby szukające w nim pomocy. Po odłożeniu książki na półkę pozostaje w czytelniku burza emocji oraz gorzka refleksja, że takich pięknych synów i córek jest mnóstwo, ale niewielu z nich zostanie tak dostrzeżonych jak Nic, bo prześlizgną się przez szczeliny w systemie i nie podążą za nimi piękni ojcowie i matki.