31 sty 2018

Apetyt na więcej - Agnieszka Olejnik

Tytuł: Apetyt na więcej
Autor: Agnieszka Olejnik
Wydawnictwo, rok wydania: Czwarta Strona, 2017
Liczba stron: 343
Cena: 36,90 zł


~~***~~



Pochłaniając życie ze smakiem


„Apetyt na więcej” to finałowa odsłona losów bohaterów, których poznaliśmy w „Szczęściu na wagę” oraz „Miłości z nutą imbiru”. Pierwszy tom „Wszystkich smaków życia” był moim odkryciem, jeśli chodzi o polską literaturę obyczajową. Z lekkością traktował o trudnych, ale uniwersalnych tematach, miał w sobie ciepło i dużą dawkę codzienności – bez nadmiaru lukru. I co najważniejsze: sprawił, że zechciałam towarzyszyć bohaterom w dalszej drodze.


Finał trylogii mógłby zwiastować „i żyli długo, i szczęśliwie”, jednak wszystkich czeka jeszcze długa droga do happy endu. W ich życiu nie brakuje problemów i osobistych dramatów, które zdają się nie mieć rozwiązania. Problemy małżeńskie, rodzicielskie, partnerskie, poszukiwanie siebie i rozliczanie się z przeszłością stanowią filary, na których opiera się historia Ewy, jej córki Klaudii i ich bliskich. Część trzecia, podobnie jak drugi tom, podzielona jest bowiem między kilka rodzin, których losy przeplatają się właśnie za sprawą Ewy. Rozdarta między dwoma mężczyznami, próbuje zrozumieć własne uczucia, gdy na drodze do miłości staje poważna przeszkoda. Klaudia również zmaga się z problemami sercowymi, co nie ułatwia jej i tak już trudnego wejścia w dorosłość. Tymczasem ich bliscy mierzą się z własnymi wizjami na szczęśliwe zakończenia, gdy konsekwencje spełnionych marzeń rzucają przed nimi nowe wyzwania. Miłość, nienawiść, smutek i radość, którymi nasączono perypetie bohaterów, sprawiają, że trylogię można by z powodzeniem przenieść na mały ekran.

Dwa pierwsze tomy „Wszystkie smaków życia” przypadły mi do gustu, bo na tle polskich powieści obyczajowych wyróżniały się poruszanymi tematami, ale i swoim klimatem. Nie brakowało w nich słodyczy, ale nie była to „biała śmierć”, nie bolały od niej zęby, za to bardzo dobrze podkreślała codzienne, zwyczajne życie bohaterów. Również problemy, czyli ta nieodłączna gorycz życia utrzymywały się na realnym poziomie, czytelniczki mogły się z nimi utożsamić. Całość była raczej wyważona, z drobnymi odstępstwami na rzecz cukierkowatości albo dramatu, które podkreślały najważniejsze momenty. Za to właśnie w „Apetycie na więcej” w pewnym momencie poczułam przesyt goryczą. Przesyt tragedii, przesyt problemów. Wszyscy wiemy, że w życiu bywa różnie, człowiek może otrzymać od losu mnóstwo ciosów, ale tak samo jak lejący się litrami lukier, tak i nieustanne rzucanie kłód pod nogi jest niewiarygodne. Autorka skupia się na dość sporej ilości postaci – trzy rodziny plus krewni i znajomi – ale nawet w obrębie takiej grupy nagromadzenie tylu problemów w stosunkowo krótkim okresie jest zatrważające. I tak naprawdę nie wszystkie z nich były tej historii potrzebne. Z niektórych sytuacji można było zrezygnować, poprowadzić wątki inną drogą, wcześniej je zamknąć, albo z powodzeniem zbudować na części z nich osobną książkę (a bardzo chętnie przeczytałabym kolejną powieść obyczajową pani Olejnik). Oczywiście nie chcę tutaj umniejszać wagi poruszanych problemów, bo każdy z nich skupiał się na poważnym zagadnieniu, chodzi raczej o to, że powyżej pewnego pułapu dramatów przestajemy się utożsamiać z postaciami i zaczynamy obserwować ich perypetie jak jakieś egzotyczne zjawisko spod znaku „ile się jeszcze może wydarzyć?”. Do pewnego momentu możemy się utożsamiać z tym, co się dzieje, ale gdy skala problemów i ich powaga zaczyna w zastraszającym tempie rosnąć, trudno każdego z nich poddać refleksji, rozmyślać i wyciągnąć wnioski. Zamiast tego rzucamy się w pogoń za kolejnym dramatem. Z całego serca pochwalam poruszanie trudnych zagadnień, szczególnie w opowieściach o codziennym, zwyczajnym życiu, ale każdy problem ma swój kaliber, wymaga uwagi i czasu zarówno od czytelnika, jak i autora.

Mimo tej goryczy w powieści nie brakuje też jaśniejszej strony, która z niej wypływa – i która jest zdecydowanie najlepszym elementem „Apetytu na więcej”. Autorka stara się wnieść wiele nadziei i otuchy, choć nie ukrywa również, że nic nie układa się samo, ot tak po prostu. Wiele powieści z tej półki ma tendencje do „magicznego” myślenia, przedstawiając świat, w którym wystarczy spotkać odpowiednią osobę, być w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie i dzięki życzliwości zbiegów okoliczności wszystko staje się takie, jak chcemy. W „Apetycie na więcej”, jak i „Wszystkich smakach życia”, dominuje przekonanie, że na dobre zakończenie musimy zapracować. Potwierdzają to relacje Ewy i Klaudii, Ewy i jej partnera, małżonków z poszczególnych rodzin, rodziców i dzieci czy nawet samych bohaterów, którzy muszą się zmierzyć z własnymi pragnieniami. Obserwujemy wiele sytuacji, które w oczach czytelniczek mogą być realne, „z życia wzięte” i otrzymujemy rady dotyczące relacji międzyludzkich, które można sobie wziąć do serca. Jest to o wiele osiągalne niż bajkowe scenariusze i w tym również tkwi siła trylogii.

Przywykliśmy do określania codzienności „szarą”, ale jak udowadnia Agnieszka Olejnik, nigdzie nie spotkamy tylu lekcji, smaków, dylematów, ile spotykamy w naszym codziennym życiu. Nie jest to perfekcyjna trylogia – tak jak i nieperfekcyjne jest życie – jednak ma w sobie tyle uroku, że z lekkim żalem rozstaję się ze „Wszystkimi smakami życia”. Zaprzyjaźniłam się z Ewą i jej córką Klaudią, ale już najwyższa pora, by się z nimi pożegnać. Ich historia została opowiedziana, teraz nadszedł czas, by wyruszyć w dalszą podróż w poszukiwaniu (czytelniczego) szczęścia.

20 sty 2018

The Chalk Man/Kredziarz - C.J. Tudor

Tytuł: The Chalk Man
Autor: C.J. Tudor
Wydawnictwo, rok wydania: Michael Joseph/Penguin Random House, 2018  
Liczba stron: 350

Polskie wydanie
Tytuł: Kredziarz 
Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: 28.02.2018
Liczba stron: 388
Cena: 34,99 zł


~~***~~



Od „TO” Stephena Kinga, przez Stranger Things, do „Meddling Kids” Edgara Cantero, na długo przed nimi i pewnie jeszcze długo po nich, popkultura wychowuje kolejne dzieciaki, które zaprzyjaźniają się, tworząc paczkę kumpli na całe życie i razem rozwiązują zagadki, mniej bądź bardziej mrożące krew w żyłach. Dorośli zazwyczaj z pobłażaniem podchodzą do dziecięcej fantazji, do potworów w szafie i pod łóżkiem, do kształtów czających się wśród drzew – ale te dzieciaki z paczki dorastają i stają się dorosłymi, którzy wiedzą, że nie wszystko da się zrzucić na karb fantazji, a czasem rzeczywistość w swym okrucieństwie przekracza najgorsze koszmary.

Rok 1986 na zawsze zapisał się w pamięci Eddiego i jego przyjaciół. Dzieciaki dzieliły czas między szkołę i zabawę w sennym angielskim miasteczku, prowadząc normalne życie. Do czasu. Świat dorosłych brutalnie upomniał się o nie, gdy Anderbury wstrząsnęła seria dramatycznych wydarzeń. Zło zalęgło się na ulicach miasteczka, obierając sobie za symbol niewinną dziecięcą zabawę – rysowanie ludzików kredą. Spirala przemocy doprowadziła do śmierci i pozostawiła mnóstwo pytań. Teraz, w roku 2016, dorosły już Eddie znów wraca myślami do tragedii sprzed lat, gdy otrzymuje wiadomość z kredowym ludzikiem – symbolem dawnego koszmaru. Początkowo wraz z przyjaciółmi traktuje to jako makabryczny żart. Jednak śmierć jednego z kumpli jest już jak najbardziej prawdziwa. Eddie musi rozwiązać zagadkę, która kryje się w przeszłości, inaczej może być następny…

„Kredziarz” już na wstępie sięga po dobrze nam znane elementy. Mamy grupę dobrych, dorosłych przyjaciół, będących w dzieciństwie świadkiem wydarzenia, które mocno na nich wpłynęło. Dziecięca fantazja zderzyła się z brutalnością dorosłego świata i musieli przyjąć do wiadomości coś, czego wtedy właściwie nie byli w stanie pojąć. Teraz, bogatsi w lata przeżyć i doświadczeń oraz inną perspektywę, na nowo zmagają się z konsekwencjami tamtych wydarzeń. Jako dzieci reprezentowali dość stereotypową paczkę: dziewczyna, która bardzo chciała być chłopczycą, głośny chłopak z nadwagą, dobry kumpel każdego, chłopak z aparatem na zębach i zwyczajny chłopak z sąsiedztwa, zazwyczaj główny bohater. Oczywiście nie zapominajmy o nemezis, czyli bandzie łobuzów, która skutecznie uprzykrzała życie naszej paczce. Jednak trzeba oddać C.J. Tudor to, że stara się wykorzystać te sylwetki na własny użytek. Co prawda ten sam efekt osiągnęłaby, gdyby bohaterowie mieli w sobie więcej oryginalności, ale pójdźmy inną drogą i załóżmy, że celowo sięgnęła po schemat, by nadać mu własny „twist”, coś podkreślić. Jeśli spojrzymy na to w ten sposób, możemy dojść do wniosku, że autorka chciała pokazać nam, co może się stać z tymi typowymi dzieciakami, gdy przydarzą im się rzeczy, które nigdy nikomu nie powinny się przydarzyć. Gdy przemocą odbierze im się niewinność i pozostawi blizny. Czy wtedy można żyć dalej jak gdyby nigdy nic, czy może ten uraz rzutuje na dalsze losy? Tudor skłania się ku przekonaniu, że ten ślad pozostaje, ale owocuje na różne sposoby, nie zawsze pozostawiając niezmienione sympatyczne, dzielne i dobre dzieciaki, jak to czasem przedstawiają inni autorzy.

Niestety, ale choć patrzymy w głąb ciemności, a z jej trzewi coś łypie na nas złowrogo, to wyjąwszy kilka scen, zło trzyma się raczej na bezpieczny dystans. W „Kredziarzu” nie brakuje scen, od których włos się jeży na głowie, ale zło jest głównie pokazane poprzez działania – nie ma głębszej warstwy psychologicznej (choć w przypadku głównego bohatera całkiem nieźle zaznaczono jego portret). Widzimy zachowania, ale nie zaglądamy do głów, przynajmniej nie w takim stopniu, który by mnie satysfakcjonował. Dzieją się straszne rzeczy, autorka nam je pokazuje dość obrazowo, ale nie obnaża psychiki osób, które do tego przykładają rękę. Wielka szkoda, bo właśnie to doskonale uzupełniałoby „Kredziarza”, określanego przecież thrillerem psychologicznym. A tak mamy wiele białych plam między zachowaniem bohaterów a ważnymi dla akcji wydarzeniami. To właśnie tam, między umysłami ofiar i oprawców tkwi odpowiedź na źródło zła, które nawiedziło miasteczko. Autorka mogłaby nieco dokładniej zbadać rzeczywistość, którą stworzyła.

Intryga w „Kredziarzu” jest poprowadzona poprawnie – są sceny, które niemal sięgają ideału, dzięki klimatycznym zwrotom akcji, ale są także wypełniacze, wątki mające potencjał, który porzucono gdzieś po drodze. Autorka chyba trochę się pogubiła, bo zaczynała budować klimat, potęgowała makabrę, coraz dynamiczniej przeplatała przeszłość z teraźniejszością i igrała z czytelnikiem (czy to wydarzyło się naprawdę? Czy to rzeczywistość a może zjawisko nadprzyrodzone?), po czym na pewien czas odwiesiła na haczyk wszystko to, co nie miało bezpośredniego związku z odkryciem tożsamości mordercy i przypomniała sobie o wątkach pobocznych w ostatniej chwili, starając się zmieścić wyjaśnienia w finałowych rozdziałach. Są one dość niedbałe, przez co można odnieść wrażenie, że nie mają zupełnie żadnego związku z opowiadaną historią. Bohaterom coś się przydarza, ale z tego nic nie wypływa, nie popycha akcji do przodu, po prostu jest. Nie wyprowadza w pole przy rozwiązywaniu zagadki, jest raczej przypadkowym elementem w kolażu. Takim łataniem fabuły autorka zdecydowanie nie wyświadczyła sobie przysługi i choć mają one klimat, stanowiąc migawki z miasteczka ogarniętego złem – chcę czegoś więcej niż luźno powiązane ze sobą sceny, nieważne jak świetne by one nie były w pojedynkę. To trzeba jeszcze raz powtórzyć: w „Kredziarzu” nie brakuje mroku. To wielki plus. Na dzieciństwie bohaterów nie pojawia się rysa - ono zostaje rozniesione w proch. Tudor udowodniła, że interesuje ją ta gorsza strona świata, złowieszcza, ohydna, budząca wstręt, ale jeszcze musi zbudować na tym zwartą historię.

Podejrzewam, że jest to bardzo subiektywne odczucie, ale im dłużej myślę o pewnych sytuacjach, w które wplątali się bohaterowie (bądź też zostali wplątani), tym bardziej uświadamiam sobie, jak straszne one były. Czuję się jak jeden z tych powieściowych dzieciaków, który zobaczył coś, sam do końca nie wie co, i dopiero z czasem zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, co to tak naprawdę było. Oczywiście są też wydarzenia, które przerażają od razu, ale zastanawiam się, w jakim stopniu było to celowe zagranie. Warto wspomnieć też o zakończeniu. Wisienka na torcie. Nawet jeśli sama powieść wzbudza letnie – w porywach do ciepłych – uczucia, to dla takich zakończeń warto poświęcić jej czas. Autorka zaskakuje podwójnie, oczywiście nie powiem jak, ale w moim odczuciu finał ratuje całość. Pani Tudor udało się przedłużyć żywotność książki poza czas lektury, co jest niewątpliwie dużym osiągnięciem. Nie jest to „TO” Kinga, ale i chyba nawet nie ma takich ambicji, by sięgnąć tego kalibru. Jest za to w moim odczuciu lepsza od Ruth Ware, a to już coś jak na debiutantkę.

Debiut C.J. Tudor okrzyknięto powieścią 2018 roku. W styczniu. To na pewno kapitalna reklama, ale i bardzo wysoko zawieszona poprzeczka. O ile „Kredziarz” w moich oczach nie jest tak niezwykłą powieścią, jak się ją prezentuje, potraktuję te zachwyty jako kredyt zaufania na przyszłość – może się okazać, że autorka swoją drugą powieścią przeskoczy poprzeczkę i spełni wszystkie pokładane w niej oczekiwania.

19 sty 2018

Dzień Babci i Dziadka: podaruj książki zamiast kwiatka

Badania czytelnictwa Biblioteki Narodowej z 2012 roku pokazują, że odsetek osób sięgających po książki maleje wraz z rosnącym wiekiem badanych. W przypadku seniorów istnieje szereg barier, które ów dostęp realnie ograniczają. Na ratunek przychodzi Virtualo, które udostępnia książki w wersji cyfrowej. Duża czytelność, niewielka waga urządzenia, dostępność – tym właśnie kierują się eksperci Virtualo, którzy prowadzą e-czytelnicze kampanie edukacyjne dla seniorów i polecają e-booki oraz audiobooki jako świetny upominek na zbliżający się Dzień Babci i Dzień Dziadka. 


Wielu seniorów sceptycznie podchodzi do technologii, ale według danych Instytutu Badawczego ARC Rynek i Opinia, 20% czytelników zainteresowało się e-czytaniem po otrzymaniu czytnika w formie prezentu. Dla nich mała czcionka nie będzie już stanowić problemu – e-książki pozwalają na regulowanie wielkość liter i jasność wyświetlacza, a także zwiększać odstępy pomiędzy liniami tekstu. Jest to świetne udogodnienie dla osób mających problem ze wzrokiem. W razie większych problemów z widzeniem dobrym rozwiązaniem są audiobooki, które jednocześnie umożliwiają słuchanie książek przy każdej domowej czynności, np. gotowaniu obiadu, prasowaniu czy robieniu szalika na drutach dla wnuka.


Kolejną, ale bardzo znaczącą barierą dla osób starszych jest dostęp do nowości literackich – często zakup nowej książki ulubionego autora okupiony jest męczącą wyprawą do księgarni. Teraz każdy ma możliwość zakupienia nowego tytułu bez wychodzenia z domu – wystarczy odwiedzić stronę Virtualo, wybrać tytuł i wrzucić go do wirtualnego koszyka, a książka w mgnieniu oka dostępna będzie w naszej bibliotece, skąd możemy je pobrać lub wysłać na dowolne urządzenie – nawet w środku nocy. Jest to oszczędność czasu, sił i kręgosłupa – książki, jak wiadomo, mało nie ważą. 


W trakcie wyjścia na zakupy nie trzeba już przerywać lektury – audiobooków można słuchać z mobilnych urządzeń przez słuchawki w drodze na pocztę czy na spacerze z psem, a czytniki e-booków są na tyle małe i lekkie, że zmieszczą się w każdej torebce, a nawet kieszeni. Dodatkowo jeden czytnik pomieści nawet kilkaset tytułów – czyli problem braku miejsca na półkach jest rozwiązany. Co więcej, korzystanie z książek elektronicznych ma aspekt proekologiczny – ochrony środowiska i drzew. Nie trzeba się także martwić o baterię – czytniki wykorzystują energię tylko przy zmianie strony i korzystaniu z menu, jedno ładowanie pozwala na miesiąc czytania, a nawigacja jest niezwykle prosta.

Korzystanie z e-książek i audiobooków pozwala pokonać wiele barier, także fizycznych. Działania Virtualo wpierające e-czytelnictwo wśród seniorów to także szansa na wsparcia tej grupy odbiorców w sprawnym poruszaniu się w nowych technologiach.


3 sty 2018

Światło w cichą noc. Willa pod Kasztanem tom 1 - Krystyna Mirek

Tytuł: Światło w cichą noc. Willa pod Kasztanem tom 1
Autor: Krystyna Mirek
Wydawnictwo, rok wydania: Edipresse, 2017
Liczba stron: 376
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Edipresse


Zwyczajny cud świątecznego dnia

Wigilijne wspomnienia niosą ze sobą zazwyczaj rodzinne ciepło, radość i bliskość. Jednak Magda Łaniewska zachowała w pamięci zupełnie inne chwile. Odkąd jako dziecko straciła rodziców w wypadku w wigilijny dzień, razem z braćmi każde święta Bożego Narodzenia spędza na egzotycznych wakacjach. Choinka, dekoracje, śnieg są dla niej symbolami najgorszego wieczoru w życiu. Jednak w tym roku wszystko ma się zmienić: Magda planuje kolację wigilijną dla rodziny swojego narzeczonego, Konstantego. Chce raz na zawsze odczarować ten dzień, by móc zrealizować marzenia o własnej kochającej rodzinie. Z pomocą braci rzuca się w wir przygotowań, korzystając z doświadczenia swojej sąsiadki, babci Kaliny. Tymczasem w życiu Kaliny pojawia się nieoczekiwany gość – dorosły już wnuk, Antek Milewski, wskutek prywatnych zawirowań musi rozpocząć swoje życie na nowo, jednak nie może tego zrobić, dopóki nie rozwiąże dręczącej go tajemnicy związanej z ojcem. Szukając odpowiedzi, przekonuje się, jak wiele niedopowiedzeń tkwi w przeszłości jego rodziny. Atmosferę świąt czuć również u Mirskich, gdzie nad domowym ogniskiem czuwa mama Konstantego, Dorota. Piękny dom, piękna rodzina i piękne Święta są jej dumą, od lat budząc podziw otoczenia. Nie mogłaby pragnąć niczego więcej… prawda? Tej Wigilii wszyscy przekonają się, że świąteczne cuda miewają różne oblicza.

Spoglądając na okładkę powieści, a dokładniej na jej tytuł, nie można mieć chyba bardziej świątecznego skojarzenia niż to związane z kolędą „Cicha noc”. I takie też jest całe „Światło w cichą noc” – oparte na dobrych skojarzeniach związanych z Bożym Narodzeniem, na melodiach, które znamy i lubimy. Zaśnieżone ulice, migotanie choinkowych lampek, gotowanie świątecznych potraw, wyszukiwanie prezentów dla najbliższych. I rodzinne tradycje, wspólne wieczory. Bo „Światło w cichą noc” to przede wszystkim uwaga poświęcona rodzinie – bliskiej i tej dalekiej, utraconej, nieobecnej, tej, którą próbujemy stworzyć, której się uczymy, którą znajdujemy w najmniej oczekiwanych osobach, tej perfekcyjnej, wymarzonej, zwyczajnej. Krystyna Mirek pochyla się nad kilkoma rodzinami, których losy przeplatają się, poprzez troski i problemy dążąc do szczęścia. W końcu nie da się opowiedzieć o świętach Bożego Narodzenia, w ten czy inny sposób nie poruszając tematu rodziny i w „Świetle w cichą noc” to właśnie te rodzinne wątki, czy to poświęcone Dorocie, przyszłej teściowej Magdy, czy zmarłemu ojcu Antka, są najciekawsze. One próbują odpowiedzieć na pytanie, co tak naprawdę stanowi sedno rodziny, szczęśliwej rodziny, nawet gdy rodzice i dzieci postrzegają to szczęście inaczej. I czy tam, gdzie rodzice ponieśli porażki, ich dzieci będą w stanie zbudować coś trwałego i pewnego? Na szczególną uwagę zasługuje wspomniana już postać Doroty Mirskiej, za której sprawą autorka porusza dość trudny, ale ważny temat. Raczej nie spodziewalibyśmy się go w świątecznej opowieści, która z założenia ma opowiadać o cudach i podnosić na duchu. Dla wielu z nas rodzina jest cenna, żeby nie powiedzieć – najcenniejsza i nie wyobrażamy sobie Świąt spędzonych inaczej, niż tylko w gronie najbliższych. Cenimy sobie ciepło rodzinnego domu bądź nawet sami je kreujemy. Ale czy mamy pewność, że każdy członek rodziny czuje to szczęście i ciepło? A może to tylko pozory? Być może po „Światło w cichą noc” sięgnie wiele kobiet, takich jak Dorota, które nie tylko utożsamią się z bohaterką, ale i uświadomią sobie, że ich sytuacja nie jest sytuacją bez wyjścia – nawet jeśli prowadzi do niego metoda małych kroków. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby autorka położyła większy nacisk na wątek Doroty. Opowieści o dziewczynach takich jak Magda jest wiele, a dla sporej grupy czytelniczek, ich mam, babć, koleżanek, sióstr, ciotek i reszty kobiecego grona być może to właśnie Dorota stanie się tą najważniejszą bohaterką. Melodie, które znamy i lubimy, pojawiają się za to w warstwie fabularnej – szczególnie znają je czytelniczki polskich lekkich powieści obyczajowych. Nie brakuje książek poświęconych powrotom do domów i rodzinnym tajemnicom ukrytym w ich ścianach, drugim szansom i miłości, która spada na bohaterów jak grom z jasnego nieba (choć my od początku wiemy, między kim zaiskrzy). Tych rozwiązań nie brakuje również w „Świetle w cichą noc”. Rzeczywiście jest to powieść mocno polegająca na sprawdzonych schematach, jednak tak naprawdę trudno mieć o to pretensje, bo historie, które określa się mianem „ogrzewających serca” czy „rozgrzewających niczym herbata” rządzą się swoimi zasadami, już na wstępie sygnalizując, z czym będziemy mieli do czynienia. Są jak melodie, które lubimy, bo znamy, parafrazując znane powiedzenie.

„Światło w cichą noc” jest pierwszym tomem serii „Willa pod Kasztanem”, więc nie dziwi to, że autorka potraktowała poszczególne wątki niczym otwarte furtki, przez które jeszcze raz (i pewnie nie ostatni) przejdą bohaterowie. Jednak nawet mając „Światło o poranku” na horyzoncie, nie można zignorować tego, że powieści brakuje pewnego… konkretu. Opisana weń historia stanowi wprowadzenie do losów bohaterów i z tym pozostawia czytelnika; nie otrzymujemy żadnego rozstrzygnięcia i gdyby nie narzucona akcji świąteczna rama, która poniekąd wymusza finał w wigilijny czas, powieść nie miałaby żadnego własnego „naturalnego” zakończenia. Nie jest to cliffhanger, który trzyma w niepewności i wprost zmusza do sięgnięcia po kontynuację – jest to raczej przerwanie historii w takim a nie innym punkcie ze względu na świąteczną konwencję, a co za tym idzie, nie wzięto pod uwagę tego, co się wydarzyło, co właśnie trwało, a do czego w ogóle nie doszło. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wiele ważnych decyzji (szczególnie związanych z rodziną narzeczonego Magdy) rozegrało się gdzieś za kulisami, gdzie zepchnęły je elementy, które nie powinny być aż tak znaczące (jak kreacja postaci Bartka, którą świetnie można by zaznaczyć bez poświęcania jej aż tyle uwagi). „Światłu w cichą noc” brakuje takiego zwieńczenia, punktu, który z jednej strony zamknąłby stary rozdział w życiu bohaterów, ale z drugiej otworzył nowy etap. Autorka zatrzymała ich właśnie przed tym punktem, nie stawiając kropki nad „i”. Mam wrażenie, że bohaterowie wejdą w Nowy Rok ze starymi problemami, ale za to „Światło o poranku” dobitniej zaznaczy zmiany zachodzące w ich życiu.

Powieść Krystyny Mirek wpisuje się w trend świątecznych opowieści, które mają wprowadzić nas w odpowiedni nastrój, jednocześnie oferując chwilę wytchnienia w tym pracowitym okresie. Jak na opowieść bożonarodzeniową przystało, nie brakuje w niej cudów zwykłego dnia, miłości, bliskości ciepła, a także mnóstwa dobrego jedzenia, którymi okraszono nie zawsze łatwe perypetie mieszkańców Willi pod Kasztanem. Jednak nie jest to lektura tylko na Święta czy tylko na zimę – życiowe problemy i rozterki nie poddają się przecież zmianom pór roku, a drzwi do domu babci Kaliny stoją otworem przez cały rok.