27 lis 2017

Artemis - Andy Weir


Tytuł: Artemis
Autor: Andy Weir
Wydawnictwo, rok wydania: Akurat, 2017
Ilość stron: 416
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Marsjanin ustawił poprzeczkę zbyt wysoko.

Nic dwa razy się nie zdarza i w tym przypadku nie zdarzył nam się drugi Mark Watney. Co prawda główna bohaterka Artemisa, Jazz, bardzo starała się oddać charakter Watneya i jego zamiłowanie do humorystycznych wstawek, ale trudno nazwać ją kobiecą wersją Marka – brakuje jej tej iskry, która sprawiła, że cały świat z zapartym tchem obserwował perypetie kosmicznego Robinsona Crusoe.

Pisząc, że nie zdarzył nam się drugi Mark Watney, nie zdradzam tutaj swoich oczekiwań, by otrzymać drugiego Marka. W końcu powtórka z rozrywki jest tylko powtórką z rozrywki. Oczekiwałam raczej niepowtarzalnego, równie nietuzinkowego bohatera i wciągającej historii. Chciałam drugiego Marsjanina pod kątem poziomu, nie pod kątem recyklingu pomysłów. Jazz mogłaby być kimś zupełnie innym, składać się z zupełnie innych cech, nawyków i zdolności, i nadal być interesującą postacią. Chodzi mi raczej o fakt, że najwyraźniej sam Weir próbował stworzyć kogoś na kształt swojego pierworodnego. Jazz jest piekielnie inteligentna, w mig przyswaja nowe informacje i eksperymentuje, niemal na poczekaniu wymyślając rozwiązania nierozwiązywalnych problemów. Wszyscy pamiętamy wykłady Marka dotyczące chemii, fizyki, biologii i mnóstwa innych dziedzin, które towarzyszyły jego karkołomnym planom w walce o przetrwanie. W przypadku Jazz, części naukowej jest nieco mniej, ale nadal poświęcamy sporo czasu na przyswojenie informacji dotyczących życia na Księżycu, funkcjonowaniu Artemisa i kosmicznych technologii, chemii, fizyki… Wszystko przydaje się w walce o fortunę. A potem o przetrwanie. I gdyby tylko ta wiedza i inteligencja łączyła Jazz z Markiem, to właściwie nawet nie byłoby problemu. Jednak jeśli dodamy do tego charakterystyczne rysy, zadziorność i poczucie humoru rodzące niewybredne komentarze, trudno oprzeć się wrażeniu, że Weir chciał powtórzyć sukces formułą na bohatera. Nie do końca mu się to udało, bo o ile Mark w pojedynkę dźwigał historię na swoich barkach, o tyle w wykonaniu Jazz nie robi to takiego wrażenia. Dziewczyna ma tupet i swój urok, jej głos raczej bezboleśnie przeprowadza nas przez historię, ale z jakiegoś powodu kompilacja podobieństw obudziła nieco inne odczucia, tworząc bohaterkę, która nie zapada w pamięć. Gdzie leży problem?

Przede wszystkim chciałabym zobaczyć, jak autor buduje nowego głównego bohatera, nowe spojrzenie, poprzez które poznamy historię. Być może chodzi też o fakt, że ten sam portret postaci sprawdza się zupełnie inaczej, gdy osadzimy go w dwóch różnych konstrukcjach opowieści. W Marsjaninie Mark miał dwa wyjścia – ze wszystkich sił utrzymać hart ducha albo załamać się i umrzeć. Humor stanowił rodzaj szalupy ratunkowej, Mark w większości mówił do siebie, a jego monolog objaśniał czytelnikowi kolejne działania oraz przedstawiał sposób myślenia bohatera. Jazz nie działa w pojedynkę, bo niemal cały czas ktoś jej towarzyszy i obserwujemy jej interakcje z innymi, co w połączeniu z jej usposobieniem wypada dość… dziwacznie. Jakby starała się za bardzo, przez co wszystko wydaje się takie wymuszone. To, o czym pomyślałby Mark, Jazz bez ogródek powiedziałaby do losowo wybranego bohatera. Ciekawe, że to, co sprawdziło się w wewnętrznym monologu, wypada dość drętwo w dialogu. Może zabrakło tego filtra między umysłem Marka a ustami Jazz?

Historia Jazz skupia się na podejrzanym planie mającym jej przynieść fortunę, a który zamienia się w kosmiczną intrygę z ofiarami śmiertelnymi na koncie. I to nie jest zła historia, a nawet powiedziałabym, że filmowcy już zacierają ręce. Ma wszystkie elementy, które składają się na dobrze naoliwioną maszynę. Mamy wyścig z czasem, karkołomne główkowanie, by skok się udał, dzielnych pomocników, starających się ubarwić akcję, interesujące, nietuzinkowe miejsce akcji i… sporo informacji na temat spawania. Weir jak zwykle nie zawodzi, jeśli chodzi o naukowo-techniczną stronę powieści. Niektórzy uważają, że tych informacji jest wręcz za dużo, mają przesyt, ale osobiście uważam je za wielki plus. Wszelkie szczegóły, niuanse, wiadomości dotyczące funkcjonowania na Księżycu budują wręcz namacalny świat, który działa według konkretnych zasad. Tym sposobem Weir podbił Marsa, a teraz Księżyc.

Niestety, ale widać spadek, jeśli chodzi o poziom trzymania czytelnika w napięciu. Nie przypominam sobie ani jednej chwili, w której moje serce zabiłoby mocniej albo w której drżałabym o los bohaterów. Choć nie brakuje groźnych sytuacji i śmierci wiszącej nad postaciami (na Księżycu, tak samo jak na Marsie, dużo rzeczy może pójść nie tak), to trudno o większy zastrzyk adrenaliny. Problem leży w tym, że my wiemy, że pewnym osobom nic się nie stanie, bo to Typowa Formuła Amerykańskiej Historii - zabili go i uciekł z największych opałów, uratował świat i nawet nie urwało mu ręki. Ani nogi. Mózgu na ścianie też nie było. Znając tak dobrze ten scenariusz, Weir nie musiałby urabiać się po łokcie, by wprowadzić jakiekolwiek zmiany, jednak zdecydował się podążyć znaną ścieżką. Nie znaczy to, że Artemis nie oferuje żadnej rozrywki – to poprawna powieść, która na pewno uprzyjemni kilka czytelniczych godzin. W trakcie lektury bawiłam się dobrze, ale nie wyśmienicie; sęk w tym, że w swojej poprawności Artemis nie wyróżnia się zbyt mocno. To książka, o której można powiedzieć, że jest ok, ma kilka świetnych momentów, ale wylądowała po ciemnej stronie, przyćmiona Marsjaninem. Trzyma się całkiem przyzwoicie na własnych nogach, tyle że my wiemy, że autora stać na więcej. Tytuł zmuszony do spełnienia oczekiwań narzuconych przez poprzednika, nie dał sobie rady w konfrontacji.

Trudno nie patrzeć na twórczość Weira przez pryzmat jego debiutu, trudno nie porównywać tych dwóch tytułów, szczególnie biorąc pod uwagę łączące je podobieństwa. Trudno nie odnosić się do Marsjanina, skoro autor tak bardzo postarał się, byśmy nie mogli opędzić się od skojarzeń. Artemis nie jest drugim Marsjaninem, szkoda tylko, że w dużej mierze zdecydował się różnić od niego wadami.

7 komentarzy:

  1. Na dniach planuję zacząć i po takich słowach mam pewne obawy. Nie oczekuję drugiego Watneya, ale utrzymany poziom literacki byłby mile widziany. :/

    OdpowiedzUsuń
  2. ''Marsjanina'' jeszcze nie przeczytałam, ale mam w planach. Może po przeczytaniu sięgnę również po tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytałam jeszcze tej ksiązki :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiedziałam, że autor napisał nową książkę! W pierwszym momencie poczułam mega podekscytowanie, ale po przeczytaniu Twojej recenzji mój zapał nie jest już taki duży... Szkoda, ze to nie ten sam poziom co w "Marsjaninie"

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak mam być szczera, to w ogóle nie ciągnie mnie do tej książki... "Marsjanina" oglądałam, książkę niedawno zamówiłam i na pewno przeczytam, ale "Artemis" jakoś mnie nie zachęca... Szkoda, że są widoczne podobieństwa, a sama powieść okazała się odrobinę gorsza od debiutu...

    OdpowiedzUsuń
  6. Głównie martwi mnie ten brak napięcia, a cieszy strona naukowo-techniczna, która wyjątkowo przypadła mi do gustu w "Marsjaninie" więc zapewne tu będzie podobnie - przynajmniej mam taką nadzieję. Mimo małych obaw, pewnie i tak kiedyś ją przeczytam.
    Pozdrawiam :)
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja jeszcze "Marsjanina" nie przeczytałam, ale mam w swoich planach, podobnie zresztą jak i najnowszą książkę, tylko tak się zastanawiam czy sięgać na początku po "Marsjanina", potem też będę miała jakieś oczekiwania, a tak gdybym na początku sięgnęła po "Artemis", żeby nie oceniać książki przez pryzmat debiutu ;)

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń