27 lis 2017

Artemis - Andy Weir


Tytuł: Artemis
Autor: Andy Weir
Wydawnictwo, rok wydania: Akurat, 2017
Ilość stron: 416
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Marsjanin ustawił poprzeczkę zbyt wysoko.

Nic dwa razy się nie zdarza i w tym przypadku nie zdarzył nam się drugi Mark Watney. Co prawda główna bohaterka Artemisa, Jazz, bardzo starała się oddać charakter Watneya i jego zamiłowanie do humorystycznych wstawek, ale trudno nazwać ją kobiecą wersją Marka – brakuje jej tej iskry, która sprawiła, że cały świat z zapartym tchem obserwował perypetie kosmicznego Robinsona Crusoe.

Pisząc, że nie zdarzył nam się drugi Mark Watney, nie zdradzam tutaj swoich oczekiwań, by otrzymać drugiego Marka. W końcu powtórka z rozrywki jest tylko powtórką z rozrywki. Oczekiwałam raczej niepowtarzalnego, równie nietuzinkowego bohatera i wciągającej historii. Chciałam drugiego Marsjanina pod kątem poziomu, nie pod kątem recyklingu pomysłów. Jazz mogłaby być kimś zupełnie innym, składać się z zupełnie innych cech, nawyków i zdolności, i nadal być interesującą postacią. Chodzi mi raczej o fakt, że najwyraźniej sam Weir próbował stworzyć kogoś na kształt swojego pierworodnego. Jazz jest piekielnie inteligentna, w mig przyswaja nowe informacje i eksperymentuje, niemal na poczekaniu wymyślając rozwiązania nierozwiązywalnych problemów. Wszyscy pamiętamy wykłady Marka dotyczące chemii, fizyki, biologii i mnóstwa innych dziedzin, które towarzyszyły jego karkołomnym planom w walce o przetrwanie. W przypadku Jazz, części naukowej jest nieco mniej, ale nadal poświęcamy sporo czasu na przyswojenie informacji dotyczących życia na Księżycu, funkcjonowaniu Artemisa i kosmicznych technologii, chemii, fizyki… Wszystko przydaje się w walce o fortunę. A potem o przetrwanie. I gdyby tylko ta wiedza i inteligencja łączyła Jazz z Markiem, to właściwie nawet nie byłoby problemu. Jednak jeśli dodamy do tego charakterystyczne rysy, zadziorność i poczucie humoru rodzące niewybredne komentarze, trudno oprzeć się wrażeniu, że Weir chciał powtórzyć sukces formułą na bohatera. Nie do końca mu się to udało, bo o ile Mark w pojedynkę dźwigał historię na swoich barkach, o tyle w wykonaniu Jazz nie robi to takiego wrażenia. Dziewczyna ma tupet i swój urok, jej głos raczej bezboleśnie przeprowadza nas przez historię, ale z jakiegoś powodu kompilacja podobieństw obudziła nieco inne odczucia, tworząc bohaterkę, która nie zapada w pamięć. Gdzie leży problem?

Przede wszystkim chciałabym zobaczyć, jak autor buduje nowego głównego bohatera, nowe spojrzenie, poprzez które poznamy historię. Być może chodzi też o fakt, że ten sam portret postaci sprawdza się zupełnie inaczej, gdy osadzimy go w dwóch różnych konstrukcjach opowieści. W Marsjaninie Mark miał dwa wyjścia – ze wszystkich sił utrzymać hart ducha albo załamać się i umrzeć. Humor stanowił rodzaj szalupy ratunkowej, Mark w większości mówił do siebie, a jego monolog objaśniał czytelnikowi kolejne działania oraz przedstawiał sposób myślenia bohatera. Jazz nie działa w pojedynkę, bo niemal cały czas ktoś jej towarzyszy i obserwujemy jej interakcje z innymi, co w połączeniu z jej usposobieniem wypada dość… dziwacznie. Jakby starała się za bardzo, przez co wszystko wydaje się takie wymuszone. To, o czym pomyślałby Mark, Jazz bez ogródek powiedziałaby do losowo wybranego bohatera. Ciekawe, że to, co sprawdziło się w wewnętrznym monologu, wypada dość drętwo w dialogu. Może zabrakło tego filtra między umysłem Marka a ustami Jazz?

Historia Jazz skupia się na podejrzanym planie mającym jej przynieść fortunę, a który zamienia się w kosmiczną intrygę z ofiarami śmiertelnymi na koncie. I to nie jest zła historia, a nawet powiedziałabym, że filmowcy już zacierają ręce. Ma wszystkie elementy, które składają się na dobrze naoliwioną maszynę. Mamy wyścig z czasem, karkołomne główkowanie, by skok się udał, dzielnych pomocników, starających się ubarwić akcję, interesujące, nietuzinkowe miejsce akcji i… sporo informacji na temat spawania. Weir jak zwykle nie zawodzi, jeśli chodzi o naukowo-techniczną stronę powieści. Niektórzy uważają, że tych informacji jest wręcz za dużo, mają przesyt, ale osobiście uważam je za wielki plus. Wszelkie szczegóły, niuanse, wiadomości dotyczące funkcjonowania na Księżycu budują wręcz namacalny świat, który działa według konkretnych zasad. Tym sposobem Weir podbił Marsa, a teraz Księżyc.

Niestety, ale widać spadek, jeśli chodzi o poziom trzymania czytelnika w napięciu. Nie przypominam sobie ani jednej chwili, w której moje serce zabiłoby mocniej albo w której drżałabym o los bohaterów. Choć nie brakuje groźnych sytuacji i śmierci wiszącej nad postaciami (na Księżycu, tak samo jak na Marsie, dużo rzeczy może pójść nie tak), to trudno o większy zastrzyk adrenaliny. Problem leży w tym, że my wiemy, że pewnym osobom nic się nie stanie, bo to Typowa Formuła Amerykańskiej Historii - zabili go i uciekł z największych opałów, uratował świat i nawet nie urwało mu ręki. Ani nogi. Mózgu na ścianie też nie było. Znając tak dobrze ten scenariusz, Weir nie musiałby urabiać się po łokcie, by wprowadzić jakiekolwiek zmiany, jednak zdecydował się podążyć znaną ścieżką. Nie znaczy to, że Artemis nie oferuje żadnej rozrywki – to poprawna powieść, która na pewno uprzyjemni kilka czytelniczych godzin. W trakcie lektury bawiłam się dobrze, ale nie wyśmienicie; sęk w tym, że w swojej poprawności Artemis nie wyróżnia się zbyt mocno. To książka, o której można powiedzieć, że jest ok, ma kilka świetnych momentów, ale wylądowała po ciemnej stronie, przyćmiona Marsjaninem. Trzyma się całkiem przyzwoicie na własnych nogach, tyle że my wiemy, że autora stać na więcej. Tytuł zmuszony do spełnienia oczekiwań narzuconych przez poprzednika, nie dał sobie rady w konfrontacji.

Trudno nie patrzeć na twórczość Weira przez pryzmat jego debiutu, trudno nie porównywać tych dwóch tytułów, szczególnie biorąc pod uwagę łączące je podobieństwa. Trudno nie odnosić się do Marsjanina, skoro autor tak bardzo postarał się, byśmy nie mogli opędzić się od skojarzeń. Artemis nie jest drugim Marsjaninem, szkoda tylko, że w dużej mierze zdecydował się różnić od niego wadami.

26 lis 2017

Obsesja - Katarzyna Berenika Miszczuk


Tytuł: Obsesja
Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
Wydawnictwo, rok wydania: W.A.B., 2017
Ilość stron: ?
Cena:36,99 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo W.A.B.
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać


A ty wziąłeś już swoje lekarstwo?

Zaniedbany, wielki szpital, ponure pomieszczenia i migoczące jarzeniówki to wymarzone miejsce dla thrillera. Albo jednego z licznych horrorów. Szczególnie bliskie ich sercu są oddziały psychiatryczne, które dostarczają opowieści o makabrycznych eksperymentach, szaleńcach, którzy chcą wszystkich wymordować i ogólnej walce o przetrwanie, jaka panuje pomiędzy personelem i pacjentami. Wyobraźnię postronnych obserwatorów karmią nie tylko filmowcy, ale także poszukiwacze wrażeń, którzy odwiedzają opuszczone budynki, szukają duchów dawnych pacjentów i opowiadają o okrucieństwach, które miały tam miejsce. Dzięki popkulturze w naszych myślach szpital często idzie pod rękę z grozą. Skojarzenia budowane na połączeniu miejsca i gatunku znajdują również swoje odzwierciedlenie w najnowszej powieści Katarzyny Bereniki Miszczuk „Obsesja”.

Doktor Joanna Skoczek odbywa rezydenturę na oddziale psychiatrii Szpitala Wschodniego. Niedawno rozwiedziona, za towarzysza ma tylko kota i swoje refleksje na temat życia miłosnego. Co prawda atrakcyjna pani doktor nie może narzekać na brak zainteresowania płci przeciwnej, ale zamiast tonąć w westchnieniach, tonie w szpitalnych papierzyskach. Szara codzienność Joanny wkracza na nowe tory, gdy kobieta zaczyna otrzymywać anonimowe wiadomości. Czyżby w jej życiu pojawił się cichy wielbiciel? Niestety, wkrótce lekarka przekona się, że prawda jest o wiele bardziej okrutna… Gdy w zakamarkach szpitala zostaje znalezione ciało zaginionej pacjentki, a na jaw wychodzi informacja, że może być to kolejna ofiara seryjnego mordercy, nowe liściki kierowane do Joanny zaczynają budzić grozę swoimi złowieszczymi słowami. Ten ktoś ją obserwuje. I jest blisko. Ostoja normalności staje o krok od szaleństwa.

„Obsesja” stanowi połączenie gatunków, klimatów i płaszczyzn, które czasem sąsiadują ze sobą na półce, ale w niektórych przypadkach należą do innych światów. O ile przeplatające się kryminał i thriller nie są niczym nadzwyczajnym, o tyle elementy komedii i powieści obyczajowej spod znaku tzw. literatury kobiecej dodane do tej mieszanki mogą budzić konsternację. Czy to w ogóle da się ze sobą pogodzić? Jak znaleźć punkt wspólny dla sercowych perypetii rozwódki spod znaku Bridget Jones i opowieści o serii brutalnych morderstw? Dla autorki takim pomostem stała się tytułowa obsesja – na początku są to niewinne anonimowe liściki, które rozpoczynają bezlitosną spiralę; każdy kolejny list staje się nowym stopniem w głąb mroku. Pisarka postawiła przed sobą niełatwe zadanie, ale całkiem nieźle z niego wybrnęła. Humorystyczne wstawki i miłosne dywagacje reprezentują normalność życia bohaterki, która jest ot, taką raczej zwyczajną kobietą i stanowią swoisty comic relief. Nawet początkowe anonimowe wiadomości można potraktować jako kolejny rozdział w romantycznych perypetiach Joanny. A później… Cóż, później robi się upiorniej. Nie jest to jednak upiorność, z którą może zmierzyć się jedynie czytelnik zaprawiony w kryminalno-thrillerowych bojach. Pod tym względem „Obsesja” jest raczej powieścią dla nowicjuszy niż koneserów gatunku.

Dobra, akompaniująca akcji atmosfera czasem zbudowana jest z krótkich scen, ułamków sekund, w których groza osiąga szczyt. Niepokój czyha gdzieś na obrzeżach świadomości – niby nic się nie dzieje, ale i tak czujemy szybsze bicie serca; coś jest nie tak, choć jeszcze nie umiemy powiedzieć co. Autorzy z pozornie nieznaczących zdarzeń tkają sieć i zasiewają w naszym umyśle ziarna strachu, które kiełkują, oplatając nas, im bliżej rozwiązania zagadki jesteśmy. Ale jest i druga strona medalu. Czasem drobiazg może skutecznie zepsuć klimat, wytrącić z równowagi. Diabeł tkwi w szczegółach, o czym „Obsesja” dobitnie przekonała się na własnej skórze.

Gdzie na oddziale ukrywają się diabły? Według Joanny są nimi pacjenci. W pustkę trafiły ustępy poświęcone jej kontaktom z chorymi. Mogłoby być to miejsce na przedstawienie osób borykających się z problemami oraz tego, jak radzą sobie z chorobą, w końcu osoba chora psychicznie to nie jest jeden, sztywny wzór. Jest wiele chorób, wiele objawów, wiele reakcji, wiele metod na leczenie. Niestety, obserwując konsultacje bohaterki, można dojść do wniosku, że do każdego można przyłożyć taką samą miarę. Nawet jeśli są to prawdziwe osoby, to niestety, ale ich portrety przepuszczono przez jakąś soczewkę, która chyba miała za zadanie wzmocnić komizm postaci (?) i otrzymaliśmy zbiór osobistości, które tkwią na pograniczu stereotypu czy nastawionej na sensację historii rodem z taniej gazety. Nie pomaga zresztą stosunek naszej pani doktor do pacjentów. Ten drobiazg, jakim w ogólnym rozrachunku są konsultacje, uwypukla prawdziwego diabła - siedzącego w naszej bohaterce. Niestety nie jest to diabeł skrojony na miarę doktora House’a, którego kochamy wbrew jego zachowaniu. Kreacja Joanny jest zdecydowanie najsłabszym elementem powieści. Praca to dla niej przykry obowiązek, bardzo negatywnie postrzega chorych i trudno wyczuć od niej przynajmniej śladowe ilości empatii. Ocenia wszystkich pobieżnie, na pierwszy rzut oka i miesza z błotem. Jak na osobę, która zdecydowała się na taki zawód, bohaterka zadziwiająco mocno nie lubi ludzi. Joanna jest młodą psychiatrą, więc pozostaje pytanie – już straciła serce do pacjentów, czy nigdy go nie miała? Wielka szkoda, że zdecydowano się na taką a nie inną kreację bohaterki, bo poza tym przemycono kilka ciekawych, zakulisowych spostrzeżeń dotyczących życia lekarzy. Autorka pracuje jako lekarka, więc mamy do czynienia z informacjami z pierwszej ręki.

„Obsesja” zmienia swoje oblicze, przywdziewa i odrzuca maski, przedstawia bohaterów w nowym świetle. Uroczy doktor, przystojny amant, temperamentny funkcjonariusz, dobry przyjaciel czy toksyczny lowelas, bezlitosny morderca, wyrachowany zdrajca – to jedna osoba czy może kilka? Ile twarzy może mieć człowiek? Czy za zimną krwią i rozsądkiem może kryć się totalne szaleństwo? Rozgryzając, w jakim stopniu znamy osoby, które wchodzą w grono znajomych Joanny, uświadamiamy sobie, jak niewiele czasu mamy. Oddech mordercy na karku staje się coraz mocniejszy. Autorka próbuje wyprowadzić czytelnika na manowce, wskazując mu ślepe korytarze i podrzucając fałszywe wskazówki, budując intrygę, która co prawda nie jest pozbawiona wad, ale zdradza, że Katarzyna Berenika Miszczuk stara się myśleć nieszablonowo, pochylając się nad różnymi wariantami opowieści. Do pełni szczęścia brakuje tylko nieco więcej uwagi, którą można by poświęcić końcowym rozdziałom. Kto, dlaczego i jak zabijał oraz kto i dlaczego wysyłał Joannie anonimy to tematy, które można by jeszcze zgłębić. Choć, jeśli wzrok mnie nie myli, na horyzoncie już majaczy się furtka prowadząca do dalszych perypetii części bohaterów.

To jest tych, którzy nie wpadli w ramiona obsesji…

22 lis 2017

Czytaj PL: książki rozdaję, książki darmowe...


Już w listopadzie w całej Polsce pojawi się 7 tysięcy darmowych wypożyczalni e-booków. Znajdziemy je m.in. na przystankach autobusowych, w restauracjach i w szkołach. Czytaj PL – jedna z największych na świecie akcji promujących czytelnictwo i jedyna taka w Polsce opanuje blisko 500 miast i mniejszych miejscowości na terenie całego kraju. Swoim zasięgiem wielokrotnie przebije poprzednie edycje i po raz pierwszy na taką skalę wykroczy poza granice kraju. Do wypożyczenia dostępne będą same bestsellery m.in. „Sekretne życie drzew” oraz „Shantaram”.

Czytaj PL (www.czytajPL.pl) do tej pory było organizowane w niespotykanej w Polsce i na świecie skali, a w tym roku zasięg akcji będzie wielokrotnie większy. Akcja obejmie ponad 30 miast i dodatkowe 450, w których znajdują się szkoły biorące udział w akcji. Spośród 5000 zgłoszeń uczniów organizatorzy wyłonili 1000 Ambasadorów. Na ponad siedmiu tysiącach nośników pojawią się darmowe wypożyczalnie e-booków i audiobooków. Udostępnione zostaną kody QR do 12 bestsellerów, w tym 5 absolutnych nowości z 2017 roku. Po raz pierwszy w akcji weźmie udział 10 miast zagranicznych m.in.: Barcelona, Dublin, Lwów, Norwich, Nottingham, Praga i Reykjavik – Miasta Literatury UNESCO. Wszystko to będzie możliwe dzięki jednemu kodowi i jednej aplikacji. Zeszłoroczna edycja zachęciła do czytania tysiące osób. W tym roku przekona ich jeszcze więcej. Akcja organizowana jest już po raz piąty przez Krakowskie Biuro Festiwalowe, operatora programu Kraków Miasto Literatury UNESCO oraz platformę e-bookową Woblink.com.

Wśród bestsellerowych książek każdy znajdzie coś dla siebie. W kategorii kryminał do wirtualnej wypożyczalni trafi szwedzka „Księżniczka z lodu” Camilli Läckberg, której powieści przetłumaczone zostały na ponad 40 języków w 60 krajach. Miłośnicy książek przygodowych będą mieli okazję przeczytać m.in. głośną powieść „Shantaram” Gregory'ego Davida Robertsa, która przedstawia historię legendarnego zbiega ukrywającego się w Indiach. W lesie dzieją się zdumiewające rzeczy! Odkryje je przed czytelnikami Peter Wohlleben w „Sekretnym życiu drzew”. Do wypożyczenia będą również nagrodzone Nagrodą Zajdla „Czterdzieści i cztery” Krzysztofa Piskorskiego, „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” Filipa Springera, „#WstydźSię!” Jona Ronsona i „Korona śniegu i krwi” Elżbiety Cherezińskiej.

Do organizowanej z inicjatywy Instytutu Książki, pilotażowej odsłony akcji “Upoluj swoją książkę” zgłosiło się aż 1000 szkół ponadpodstawowych z całego kraju. Umożliwi ona wypożyczenie książki na 5 minutowej przerwie wprost z korytarza. Wystarczy smartfon i aplikacja. Na uczniów czekają również konkursy z atrakcyjnymi nagrodami. Ale to nie wszystko. W 200 restauracjach w ramach akcji „Czytaj PL na przystawkę” goście wypożyczą książki nie odchodząc od stolika, dzięki specjalnym nakładkom na menu.

Akcja Czytaj PL od początku jest organizowana w ramach programu Kraków Miasto Literatury UNESCO.

Aby skorzystać z darmowych wypożyczalni e-booków i audiobooków, należy pobrać aplikację Woblink ze sklepu App Store lub Google Play i przejść do zakładki Czytaj PL. Wystarczy jeden kod. Do całej kolekcji każdy może też zaprosić aż 5 znajomych. Czytaj PL trwa od 2 do 30 listopada. Lokalizator darmowych wypożyczalni e-booków można znaleźć na stronie www.czytajPL.pl


Lista dostępnych książek:
1. Wojciech Drewniak „Historia bez cenzury 2” - i lektury bez cenzury się znalazły :)
2. Krzysztof Piskorski „Czterdzieści i cztery” - a imię jego książka!
3. Gregory David Roberts „Shantaram” - podobno to czytelniczy Święty Graal.
4. Filip Springer „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” - Polska mniejszych miast też czyta. Wszyscy czytają.
5. Anna Kamińska „Wanda” - czytałabym, ale już mam wersję papierową; piekielnie ciekawi mnie portret tej niezwykłej kobiety
6. Jakub Małecki „Ślady” - w końcu będę miała wielką przyjemność poznać twórczość pana Małeckiego!
7. Dan Ariely „Szczera prawda o nieuczciwości” - szczera prawda jest taka, że trzeba czytać.
8. Elżbieta Cherezińska „Korona śniegu i krwi” - królowa polskiej powieści historycznej, polska Gra o Tron... Czego więcej trzeba?
9. Camilla Lackberg „Księżniczka z lodu” - mrozi krew w żyłach, dobra na zimę.
10. Peter Wohlleben „Sekretne życie drzew” - jest cudowne, ale to sekret, więc cii... Albo i nie, o takich sekretach trzeba mówić głośno i dużo :)
11. Jon Ronson „#WstydźSię!” - nie wstydź się, czytaj!
12. Marek Kamiński „Marek i czaszka jaguara” - jaguar pewnie nie czytał...

Organizatorzy Czytaj PL: Krakowskie Biuro Festiwalowe, Woblink
Partner strategiczny: Instytut Książki
Organizatorzy odsłony w szkołach (Upoluj swoją książkę): Instytut Książki, Krakowskie Biuro Festiwalowe, Woblink
Wydawcy: Znak Horyzont, Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Marginesy, Wydawnictwo Karakter, SQN, Smak Słowa, Zysk, Wydawnictwo Czarna Owca, Otwarte, Insignis Media, Znak Emotikon
Miasta partnerskie: Kraków, Poznań, Łódź, Wrocław, Gdańsk, Katowice, Lublin, Toruń, Częstochowa, Opole, Gdynia, Rzeszów
Pozostałe miasta biorące udział w akcji: Warszawa, Białystok, Bydgoszcz, Bytom, Chorzów, Mysłowice, Rybnik, Sosnowiec, Szczecin, Tychy
Miasta Literatury UNESCO biorące udział w akcji: Barcelona, Dublin, Dunedin, Edynburg, Lwów, Norwich, Nottingham, Praga, Reykjavik, Dundee
Patronat medialny: LubimyCzytać.pl, Niestatystyczny.pl
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa
Akcja objęta Patronatem Ministra Edukacji Narodowej

21 sie 2017

Miasteczko kłamców - Megan Miranda


Tytuł: Miasteczko kłamców
Autor: Megan Miranda
Wydawnictwo, rok wydania: Znak, 2017
Ilość stron: 400
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Znak


Kogo tak naprawdę wyzwala prawda?

Jeśli masz coś na sumieniu, prawda prędzej cię zniewoli niż wyzwoli, że tak pozwolę sobie przełożyć ten biblijny zwrot… na zbrodnicze występki. Kajdanki zatrzasną się na twoich nadgarstkach, być może bliscy się od ciebie odwrócą, na długie lata trafisz do więzienia. W łagodniejszej wersji pozostaje zawiedzione zaufanie i plany, które wymknęły ci się z rąk. Niewiele w tym wolności, prawda? Niby to kłamstwo nas więzi, dusi, buduje klatkę i nie pozwala być wolnym, jednak jeśli dobrze się nad tym zastanowić, to co jest gorsze: fizyczne zniewolenie i utrata wszystkiego, czy może życie w klatce wyrzutów sumienia w zakątku własnej głowy?

W miasteczku Cooley Ridge to prawda jest wyzwalana. Z mozołem, z uporem, wykuwana ze skał drobina po drobinie, wykopywana z głębi jaskiń, zdzierania z drzew. Są osoby, które próbują poznać prawdę, ale są też kłamcy, którzy zacierają ślady z takim zawzięciem, jakby od tego zależało ich życie. Bo zależy.

Nicolette wyjechała z Cooley Ridge dziesięć lat temu, gdy zaginęła jej przyjaciółka. Poza duchem nieobecnej Corinne pozostawiła w miasteczku również ojca, brata, chłopaka i przyjaciela. Oraz pewną dziewczynę, Annaleise, przypadkową osobę w swoim życiu, ale nieprzypadkową zjawę z przeszłości. Teraz Nico wróciła, by na nowo zmierzyć się z Cooley Ridge – a właściwie to Cooley Ridge chce zmierzyć się z nią. Gdy za sprawą ojca Nico ożywa wspomnienie Corinne, Annaleise niespodziewanie znika. Otwierają się stare rany miasteczka, z których zaczynają sączyć się plotki, pogłoski, poszlaki, historie wypływają gęstym strumieniem, oblepiając myśli tych, którzy chcieliby o nich zapomnieć.

Dlaczego dziewczyny znikają?

Gdy dziewczyny wracają - wracają do miasteczek, do przeszłości, do opuszczonych osób, które z jakiegoś powodu pozostawiły za sobą, zazwyczaj nie wynika z tego nic dobrego. Ani FaNelli w „Najszczęśliwszej dziewczynie na świecie” wróciła, Camille Preaker z „Ostrych przedmiotów” wróciła, Jules z „Zapisane w wodzie” wróciła, nawet Amy Dunne z „Zaginionej dziewczyny”… pozostawiła coś, do czego warto wracać. Nico wraca do dziewczyn, które znikają. Tak rozpoczyna się opowieść utkana z sekretów, kłamstw i rozbitego czasu.

Megan Miranda nie wybrała dla siebie prostej drogi. W dobie mody (która zaczyna skłaniać się ku przesytowi) na dziewczyny w thrillerach, historia młodej kobiety, wracającej do rodzinnego miasteczka, z którym wiąże ją tajemnica z przeszłości, brzmi jak do bólu typowa przedstawicielka nurtu. Nawet oryginalny tytuł, który można przełożyć jako „Wszystkie zaginione dziewczyny”, zdaje się puszczać do nas oczko – więcej dziewczyn nie będzie, już wszystkie zaginęły. A jednak Mirandzie udało się przebić. Gdzie tkwi jej recepta na sukces? W kłamstwach rozsypanych jak puzzle, dwóch brakujących dziewczynach i ramce, do której nie wszystkie wspomnienia chcą się dopasować.

W „Miasteczku kłamców” teraźniejszość to przeszłość rozbita na pół. Dawne wydarzenia nie odstępują bohaterów ani na krok, są niczym filtr, który nakłada się na ich rzeczywistość. Konsekwencje drobnych decyzji oraz tych poważniejszych unoszą się nad ich losami, zazębiając się, ujawniając nowe szczegóły wspomnień, którym nie powinniśmy ufać. Powieść już na wstępie oferuje szybki wgląd w bardzo niepokojące wydarzenie, które zwiastuje koniec, po czym dzień po dniu cofa się do punktu zero – chwili, od której wszystko się zaczęło – by później wrócić do teraźniejszości. Można zacząć zastanawiać się, czy taka konstrukcja historii nie zabije napięcia i nie wprowadzi nudy, bo co może być fascynującego w tym, że od razu stajemy się świadkami makabry, a potem jedynie docieramy do decyzji, która za nią stoi? Co może wyniknąć z historii, którą poznajemy od tyłu, poza dezorientacją? Okazuje się jednak, że napięcie wcale nie maleje, a rośnie. Do końca nie jesteśmy pewni, co stoi za zniknięciami i jak zinterpretować sytuacje, które zdają się dość oczywiste, ale jak udowadniają kolejne przeszłe dni – wcale takie nie są. Pisarka podzieliła informacje i z rozmysłem dawkuje je, budując łańcuch konsekwencji. Umiejętnie podtrzymuje nasze zainteresowanie, udowadniając, że historia, która nosiła wszelkie znamiona schematu, potrafi ten schemat obrócić na swoją korzyść. Gdy myślę o procesie twórczym i pracą nad „Miasteczkiem kłamców”, do głowy przychodzi mi konkretna scena z kryminału. Ilekroć mamy do czynienia ze zbrodnią i trudnymi poszukiwaniami, śledczy tworzą na tablicy sieć powiązań, umieszczając dowody wszelkiej maści, prowadzą linie od zdjęcia A do notatki B, próbując ustalić powiązania i chronologię wydarzeń. W końcu z chaosu wskazówek i ślepych uliczek wyłania się dramatyczna historia ofiary i oprawcy - a czasem również tych, którzy stanowią pomost pomiędzy nimi. Perspektywa Nico skupia się przede wszystkim na innych, nieustannie zestawiając ich przeszłe ja z tym, kim są obecnie. Kobieta próbuje zrozumieć, co wydarzyło się wtedy, gdy zniknęła Corinne oraz gdy zniknęła Annaliese. Obserwuje miasteczko i otaczający je las, a niepokój towarzyszy jej na każdym kroku. Układa wskazówki i coraz mocniej wplątuje się w sieć, która uwięziła niejedną osobę. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że w powieściach spod znaku „dziewczyn”, eksploruje się psychikę postaci, a jej procesy myślowe i motywacje są bardzo ważne, nierozerwalnie związane z działaniem. To, co dzieje się w głowie (przynajmniej teoretycznie) stanowi niebagatelne uzupełnienie intrygi. U Mirandy uzupełnieniem intrygi jest poszatkowana chronologia, a portrety psychologiczne… Tutaj na pewno mogłoby być lepiej. Na tle wszystkich bohaterów Nico wypada nieźle, również wyłaniająca się ze wspomnień Corinne jest interesującą postacią, ale to nie wystarcza. Ich tajemnice, trupy rozpaczliwie upychane do szafy, nie są w stanie odwrócić uwagi od pozostałych. Zbyt mało o nich wiemy, biorąc pod uwagę role, jakie odgrywają. Każdą osobą coś kieruje, każda miała bądź ma wpływ na to, co się dzieje i jak słusznie podkreśla to polski tytuł – mamy do czynienia z miasteczkiem kłamców. Bohaterowie zdradzają interesujące cechy, a my zadajemy sobie pytanie, kim tak naprawdę są, dotykając zaledwie powierzchni, pod którą bulgocze ich prawdziwe ja. Choć poznajemy historię z perspektywy Nico, to jednak opowieść dotyczy grupy ludzi i właśnie tego zaznaczenia ich indywidualnych ról najbardziej mi brakowało.

Zaburzona chronologia i przeskoki między płaszczyznami czasowymi zaowocowały pewną wadą: zrodziły pytania, na które nie otrzymujemy odpowiedzi. Gdy opada kryminalny kurz, zaczynamy dostrzegać niedociągnięcia, których nie zdołała ukryć pomysłowa konstrukcja. Niedopowiedzenia, będące skutkiem niedopracowania, a nie zamierzonym zabiegiem, ślepe uliczki, urwane ścieżki, które miały prowadzić do czegoś znaczącego - to wszystko kryje się pod dobrym pierwszym wrażeniem. Niektóre pytania dotyczą szczegółów, które co prawda nie odgrywają bardzo ważnej roli, ale pozostawiają tą uporczywą, powracającą myśl, że czegoś brakuje, że intrygę zbudowano na podwalinach, które w kilku miejscach trochę się kruszą. Mamy pomysł, mamy interesującą, oryginalną konstrukcję, ale mamy też ten słynny niewykorzystany potencjał. Po skończonej lekturze zaczynamy dostrzegać braki, które odwracają uwagę od tego, co dobre – a tego, co dobre, jest przecież sporo. W pewnym sensie Megan Miranda przypomina mi Ruth Ware, inną pisarkę, która również zyskała dużą popularność trudniąc się thrillerami – obydwie autorki ukrywają w swoich książkach elementy, które udowadniają, że nieprzypadkowo trafiły one na listy bestsellerów i półki czytelników, ale jednocześnie zdarzają im się potknięcia, które wyrównują ich poziom do „jest dobrze, ale…”. Ale nie perfekcyjnie, czegoś brak.

„Miasteczko kłamców” to upiorne miejsce, ale i interesujące, można nawet zaryzykować stwierdzeniem, że mieszka tam więcej trupów w szafach niż samych mieszkańców. Granice miasteczka wyznaczają granice kłamstw, a kłamcy są przekonani, że prawda ich wyzwoli – jeśli tylko prawdą będzie kłamstwo wypowiedziane przez wiele osób.  

5 lip 2017

Koma - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, Wojciech Chmielarz


Tytuł: Koma
Autor: Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, Wojciech Chmielarz
Wydawnictwo, rok wydania: Filia, 2017
Ilość stron: 350
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Filia


O miłości mojego (nie)życia

Ona nieprzytomna.

On nieobecny.

Oni nie przestają mówić, a słowa, słowa, słowa unoszą się nad jej głową, rozbijają o ściany i resztkami sił podrygują na podłodze, dopóki ktoś ich nie zadepcze. Może to będzie policjant albo policjantka? Pielęgniarka? Lekarz? Mąż? Przyjaciele? Obcy, ale ciekawscy? Niektórzy słowom udaje się przetrwać – ktoś podnosi je, otrzepuje i zatrzymuje. Niektóre z nich są ważniejsze niż reszta. Niektóre z nich ułożą się w historię, w którą ona nie uwierzy, a on nie będzie mógł jej wysłuchać.

Po nieudanej próbie samobójczej pani burmistrz zapada w śpiączkę, a miasteczko budzi się i zaczyna plotkować; dlaczego zdecydowała się na taki krok? Mieszkańcy snują domysły i rozpoczyna się licytacja na słowa: kto usłyszał więcej, kto powie więcej. Mąż nic nie wiedział? Co działo się za zamkniętymi drzwiami pięknej posiadłości? Tajemnice zawsze budzą ekscytację, a gdy są to tajemnice osób ze świecznika - stawka rośnie. Gdy w samochodzie kobiety zostaje znaleziona krew, atmosfera zaczyna się zagęszczać. A może to sekrety nieomal ją zabiły? Może były to wyrzuty sumienia? A może ktoś próbował pozbyć się niewygodnego świadka? Tymczasem na komisariacie matka zgłasza zaginięcie nastolatka. Maturzysta rozpłynął się w powietrzu; podobno dziwnie się zachowywał, gdy był widziany po raz ostatni. Co się z nim stało? Rozpoczęte śledztwo szybko prowadzi do refleksji, że to miasto jest zbyt małe, by mógł w nim rządzić przypadek. Nad głową nieprzytomnej Ewy krzyżują się głosy. Zarówno bliscy, jak i policjanci próbują ułożyć elementy układanki, ale jeśli ktoś ze wszystkich sił chroni swoje sekrety, to jak możesz mu je wydrzeć?

Zwany w j. angielskim „retelling” to próba opowiedzenia na nowo znanej historii. Najczęściej dotyczy baśni i klasyki literatury, które inspirują twórców do własnej interpretacji, brania garściami z różnych wątków, bądź skupieniu się na aspektach, które co prawda pojawiały się w oryginalnym dziele, ale być może nie poświęcono im wiele uwagi, albo też nie eksplorowano wszystkich związanych z nimi scenariuszy. Retellingi przekraczają granice gatunków i zdarza się, że znacznie oddalają się od tekstu źródłowego albo ukrywają go głęboko w swojej konstrukcji. „Koma” może być potraktowana jako retelling Romea i Julii, z tym, że jest to wersja… bardzo nietypowa. Powiedziałabym, że jedna z ciekawszych, z jaką miałam ostatnio do czynienia. Gdy myślimy o historii Romea i Julii, mamy przed oczami jej nieodłączne elementy: szaleńczo w sobie zakochani młodzi ludzie, zwaśnione rody i rozdarte przez nie miasteczko, scena balkonowa, los, który zadrwił z kochanków… I takim też torem toczy się większość retellingów: on i ona ukrywają swoje uczucie przed rodzinami, które ze wszystkich sił chcą ich rozdzielić. Dekoracje bywają różne – świat ogarnięty wojną z wampirami, współczesne liceum, kosmos, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Zyskowska-Ignaciak i Chmielarz w interesujący sposób odwołują się do elementów klasyka i przerabiają je na swoją modłę. Ich interpretacja historii Romea i Julii nie stroni od goryczy, od grzechów naszych codziennych, od przywar, od namiętności przesiąkniętych polską codziennością małego miasteczka. Koma to powieść po części poetycka, po części surowa, bardzo przyziemna. Daje bohaterom skrzydła, po czym je podcina. Język w niektórych miejscach ociera się o liryczność, jednocześnie odbijając się echem od odrapanych ścian bloków, w których zamknięto przekleństwa domowych kłótni. Dużo w niej goryczy, szarości, apatii, rutyny codzienności, która zamiast poczucia bezpieczeństwa oferuje truciznę. Obserwujemy bohaterów, którzy nie potrafią ze sobą rozmawiać i obracają się do siebie plecami, by nie pokazać swojego cierpienia – jednocześnie nie dostrzegając cierpienia drugiej osoby. W Komie dominuje obyczajowość lekko przyprawiona kryminałem, który próbuje przedrzeć się przez senną, leniwą narrację. Choć nie ma tutaj Kapuletich i Montekich, a o zwaśnionych rodach nie mówi się wprost, to nie sposób nie zwrócić uwagi na podziały, które obserwujemy w powieści. Lepsza i gorsza strona miasta, pragnienia i powinności, kłamstwo i prawda, maski przybierane dla świata i dramaty rozgrywające się za nimi; zawsze są jakieś dwie strony, które walczą ze sobą, nieświadome nadciągającej tragedii. Dwa głosy snują opowieść, którą uzupełniają inni, postronni. Ona i on, wielcy nieobecni, próbują uporać się z tym, co się wydarzyło, choć zdają sobie sprawę z tego, że jest już za późno na rachunek sumienia. Pomimo raczej nieśpiesznego tempa, z zainteresowaniem zagłębiałam się w historię Ewy, odkrywając kolejne tajemnice, które rzucają nowe światło na znane wydarzenia. Wracając myślami do niektórych sytuacji, można przekonać się, jak niespodziewane konsekwencje przynoszą niegdyś podjęte decyzje. Małe błędy, słowa, które powinny być wypowiedziane oraz te, których nie powinno się wypowiadać, wprawiają w ruch spiralę wydarzeń, nad którą sprawnie panuje pisarski dwugłos.

Odczuwam lekki niedosyt po lekturze, bo brakuje pogłębienia wątków, które pojawiły się w „Komie”. Na pewno jest to historia, w którą można by się mocniej wgryźć, zajrzeć pod podszewkę problemów, które złożyły się na losy bohaterów. Ścieżki miasteczka tworzą sieć powiązań, często niechcianych, co dobrze widać na przykładzie Ewy. Znane z wiadomości polityczne układy, podziały, rodzinne i małżeńskie problemy, wstydliwe sekrety, presja, która potrafi zrujnować człowieka – otrzymujemy jedynie odpryski, pobieżne streszczenie tego, co mogłoby stanowić pełnokrwistą opowieść. Przecież nie tylko Ewa tkwiła w śpiączce, koma dotknęła wielu bohaterów, których spotkaliśmy na kartach powieści. Z jednej strony można pochwalić autorów za dobre uchwycenie polskiej codzienności, ale z drugiej nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie jest to ujęcie w pełni wielowymiarowe, a nawet w niektórych momentach ociera się nieco o stereotypowość. Szersze spojrzenie stworzyłoby świetne tło historii, która w obecnej formie została zdominowana przez tragiczną miłość Romea i Julii. Rozwiązanie zagadki może wzbudzić różnorakie emocje. Otrzymane odpowiedzi może nie zadowalają w pełni, ale za to jestem usatysfakcjonowana finałem prywatnej historii „sennych” Romea i Julii. Autorzy wybrali dla nich dość niespodziewaną drogę – przynajmniej w tej chwili nie potrafię przypomnieć sobie opowieści, która podążyłaby w podobnym kierunku. Jednocześnie jest to w moim odczuciu najbardziej realne rozwiązanie, najmocniej osadzone w rzeczywistości. Może dlatego inne opowieści stronią od niego? Może jest ono zbyt prawdziwe, zbyt gorzkie? Finał zaskakuje tym bardziej, że niezbyt pokrywa się z tym, co obiecuje nam opis powieści. Może jest to celowy zabieg, by zaskoczyć czytelnika nieoczekiwanym, bo o Komie można powiedzieć wiele, ale piękno raczej nie jest jednym z określeń, które przychodzą do głowy – przynajmniej nie od razu.

Koma to nie tylko uśpione ciało. To nie tylko umysł pogrążony w marzeniach sennych, zagubiony pomiędzy jawą a ciemnością. Koma to stan wegetacji z otwartymi oczyma, to życie na marginesie własnego życia, mechanicznie powtarzając czynności, które pozwalają przetrwać. To przeciwieństwo marzeń, pragnień, nadziei i radości. Niektórzy godzą się z tym stanem, szukają w nim ukojenia, a inni walczą, szukając życia w tym nie-życiu. „Koma” to interesujący owoc pisarskiego duetu, który udowadnia, że historia miłosna może być nieoczywista i realizować się na różne sposoby, nie tylko jako zbiór wyświechtanych elementów.

22 cze 2017

Bad Mommy. Zła mama - Tarryn Fisher

Tytuł: Bad Mommy. Zła mama
Autor: Tarryn Fisher
Wydawnictwo, rok wydania: SQN, 2017
Ilość stron: 320
Cena: 34,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo SQN
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać


Mogłabym być lepszą tobą

W sam środek myśli ktoś wsadził odbezpieczony granat. Teraz mogę jedynie zeskrobywać ich resztki ze ścian i próbować ułożyć je w całość. Potykam się przy tym o inne osoby, które w tej bezkształtnej masie szukają urwanych zdań, słów z końca języka i niedopowiedzeń.

Jestem Fig. Jestem Jolene. Jestem Darius.

Przyjaźń, miłość i zaufanie wybuchły mi prosto w twarz.

Fig Coxbury pragnie idealnego życia, córeczki, pięknego domu, przystojnego męża. Jak sama mówi, pragnie cudzych pragnień. Gdy więc znajduje kogoś, kto jest ucieleśnieniem wszystkich tych pragnień, postanawia się do niego zbliżyć. Młode małżeństwo, Jolene i Darius Avery, wspólnie wychowuje kilkuletnią Mercy i na pierwszy rzut oka tworzą razem perfekcyjną rodzinę. Są młodzi i piękni, mają śliczną córeczkę, idealny dom – to określenia, których Fig w odniesieniu do swojego życia dawno nie słyszała. Gdy Jolene z otwartymi ramionami zaprasza Fig do swojej codzienności, kobieta staje się przyjaciółką rodziny, powierniczką, a nawet opiekunką. Gdy jej życie zaczyna coraz mocniej splatać się z losami Jolene i Dariusa, każde z nich przekonuje się, że piękna fasada opowiada jedynie część historii, która w pełni wybrzmiewa dopiero za zamkniętymi drzwiami…

Źle ulokowane uczucia, zaufanie zbudowane na zdradzie, przyjaźń, w której większe i mniejsze zło dają prawdziwy popis to kwintesencja „Bad Mommy”. Gdybyśmy mieli zamknąć sedno tej historii w jednym słowie, to byłoby to słowo „chcę”; chcę ciebie, chcę twojej uwagi, chcę twojej przyjaźni, chcę twojej miłości, chcę twojego ciała, chcę twojego czasu, chcę twojego domu, chcę ci pomóc, chcę tego, czego ty chcesz, nieważne, co to jest, ważne, że czujesz taką potrzebę. Chcę chcieć. Pragnę pragnąć. To gubi bohaterów, bo nawet jeśli chcą czegoś w dobrej wierze, to szybko zostają ukarani za swoje dobre uczynki. Wystarczy, że po drugiej stronie tej dobrej wiary i dobrego uczynku stoi ktoś, kto pragnie czegoś zupełnie innego. Chcę ci pomóc, ale jak wykorzystasz moją pomoc? Chcę twojej miłości, ale co z nią zrobię? Nic dziwnego, że jeden z rozdziałów nosi nazwę „Chcę, chcę, chcę”. Fisher doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co kieruje ludźmi – nasze pragnienia. Trzy części powieści to zapis szamotaniny z własnymi i cudzymi pragnieniami oraz konsekwencjami niewinnych z pozoru decyzji, które mogą nieodwracalnie wpłynąć na całe życie. Można by określić „Bad Mommy” jako opowieść o stalkerce, która próbuje przejąć życie swojej ofiary, ale tak naprawdę byłoby to jedynie opisanie jednego elementu tej historii. Gdy niezrównoważona Fig wkracza do życia Averych, wkracza też do cudzych tajemnic i problemów. Nie bez powodu każdy z bohaterów ma szansę przedstawić swój punkt widzenia na temat wydarzeń, które mają miejsce, tym samym odsłaniając kolejny element układanki.

Co otrzymamy, gdy dodamy romans do thrillera psychologicznego? Ulubiony koktajl Tarryn Fisher. W „Bad Mommy” autorka po raz kolejny skupia się na emocjonalnym trójkącie, wzorem trylogii „Mimo moich win” oraz „F*ck Love”. Nie mamy tutaj do czynienia z typowym trójkątem, w którym dwie kobiety walczą o serce mężczyzny. Owszem, jest to punkt wyjścia, ale Fisher nie byłaby sobą, gdyby nie nałożyła na niego ciemnego filtra, który uwypukla zepsucie, zło, grzechy i grzeszki. Więzi łączące bohaterów są poplątane i noszą ślady wszystkich odcieni szarości. W tych relacjach nic nie jest czarno-białe. Kochają się i równie żarliwie nienawidzą, budują liche domki z kłamstw i trzymają się ich kurczowo, nazywając je życiem. Ba, można nawet powiedzieć, że kochają się tak bardzo, że aż chcą się nawzajem krzywdzić. Tutaj nic nie jest proste i łatwe, szczególnie gdy serce podpowiada jedno, rozum drugie, rozsądek trzecie, a wszystko podlane jest sprzecznymi emocjami.

Pisarka nie wybiera łatwiej drogi, obdarzając głosem bohaterów, którzy są niegodni zaufania, niezrównoważeni, zepsuci i po prostu nie dają się lubić. Jest za to coś fascynującego w mrocznych zakamarkach ich umysłów, w problemach, z którymi się zmagają, w toksyczności, która ich otacza. To, co dzieje się w ich głowach, napędza akcję, a my z dreszczykiem emocji poznajemy kolejne sekrety. Choć historię opowiedziano na trzy głosy, to nietrudno zauważyć, że Fig dominuje w tej opowieści, za nią stoi Jolene i dopiero na końcu znajduje się Darius. Myślę, że małżonkowie mogliby otrzymać nieco więcej czasu, by w pełni zaznaczyć swoją obecność. Autorka w takim stopniu skoncentrowała się na trójce bohaterów, że zapomniała o reszcie świata, co w znaczący sposób wpłynęło na kreacje bohaterów drugoplanowych. Są oni czymś na kształt dekoracji, pionkami, które Fig, Jolene i Darius przesuwają z miejsca na miejsce w swojej chorej grze. To przedstawienie trzech aktorów, na które reszta może tylko popatrzeć i domyślać się, co dzieje się za kulisami. W tej klaustrofobicznej, niepokojącej atmosferze skupienie się na niewielkiej ilości postaci nie jest dużym grzechem, choć zabrakło mi rozwinięcia roli jednego, ważnego w moim mniemaniu bohatera. Jego wkład w historię i spojrzenie na jedną z kobiet byłby nieoceniony, dlatego żałuję, że Fisher zepchnęła go na margines.

„Bad Mommy” miesza w głowie czytelnika, zostawiając go z nieoczekiwanym finałem, który wręcz prosi się o dalsze poszukiwania, o zadawanie pytań, o szukanie informacji… O stalking. Fikcja zacierająca granice rzeczywistości zaprasza do domu, w którym normalność należy zostawić na progu, a wszelkie brudy są mile widziane. Autorka po raz kolejny udowodniła, że najlepiej czuje się w tym, co nieoczywiste, niejednoznaczne, niełatwe i niepokojące, oferując zapiski o obsesji przenoszonej poprzez umysł.

Powieść Tarryn Fisher można podsumować słowami: „wszyscy mamy źle w głowach”.

Trzeba wiedzieć tylko, kto ma gorzej od nas.

Jeśli tego nie wiesz, być może chodzi o ciebie.

23 kwi 2017

Chata - William P. Young


Tytuł: Chata
Autor: William P. Young 
Wydawnictwo, rok wydania: Nowa Proza, 2017 (I wydanie - 2011)
Ilość stron: 300
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Nowa Proza


Chata jest jednym z takich tytułów, z którym pewnie bym się nie spotkała, gdyby nie ekranizacja oraz oszałamiający sukces książkowego pierwowzoru, który mnie zaintrygował. Powieść znikąd, którą, jak pisze sam autor, odrzuciło dwudziestu sześciu wydawców. To ciekawe, ale ta miara „ilu wydawców odrzuciło powieść” jest nowym, dodatkowym gwarantem atrakcyjności. Jeśli książka przemówi do czytelników, to mimochodem wspomnienie o tym, ile wydawnictw wcześniej ją odrzuciło, urasta poziomem do rangi tytułów, które kupiono za niewyobrażalne sumy poprzez aukcje. Najwyraźniej wywołuje to pożądany efekt, bo ile razy spotkaliście się ze słowami „J.K.Rowling odrzuciło tyle i tyle wydawnictw, Stephen King nie mógł znaleźć wydawcy, ten autor wydał powieść na własną rękę, tamten podbił świat, choć nikt mu nie wróżył wielkiej kariery!”. O jedne tytuły najpierw biją się wydawcy, o inne – czytelnicy. Chata zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.

Chata wpisuję się w nurt takich tytułów jak Nostalgia anioła, Między piekłem a niebem czy Niebo istnieje... naprawdę, które splatają realizm z duchowością, pochylając się nad życiem po śmierci, eksplorują możliwość istnienia czegoś więcej poza doczesnością. Często punktem wyjścia dla opowieści jest dramatyczne wydarzenie, które dodatkowo stawia pytania o naturę dobra i zła, Boga czy sens życia. Bohaterowie cierpią po stracie bliskich bądź też sami pośmiertnie obserwują ich dalsze życie. W przypadku Chaty mamy do czynienia z rodziną, którą dotyka niewyobrażalna tragedia: kilkuletnia dziewczynka zostaje uprowadzona i bestialsko zamordowana. Utrata ukochanej siostry i córki jest gigantycznym ciosem, który odbiera im radość, spokój i poczucie sensu życia. Pogrążony w żałobie ojciec dziewczynki, Mack, ma ogromny żal do Boga i jednocześnie przygniata go poczucie winy. Pewnego zimowego dnia, mężczyzna niespodziewanie otrzymuje list… od Boga, który chce spotkać się z nim w chacie, w której wydarzyła się tragedia. Mack otrzymuje szansę, by znaleźć sens w tym, co odebrało jego życiu znaczenie.

Chata jest próbą – tak, jak wiele osób próbuje wytłumaczyć sobie i zrozumieć – okiełznania trudnych pytań dotyczących wiary, religijności, duchowości, czy natury samego Boga. Czy jest to próba udana? Szukając informacji na temat powieści, znalazłam mnóstwo dyskusji: wśród nich są te wypełnione zachwytem oraz te oskarżające o herezje i niezgodność z Pismem. Według niektórych autor za mocno odszedł od podstaw wiary, a inni z kolei podkreślają, że jest to jedynie niekonwencjonalna próba przedstawienia trudnych zagadnień, zachowująca rdzeń wierzeń. Najwyraźniej (i najbezpieczniej) przyjąć, że mamy do czynienia z fikcją literacką, nie zaś z nieomylną wykładnią i że warto zweryfikować poruszane w niej kwestie, szczególnie jeśli są one dla kogoś podstawą wiary. Nie wierzmy na ślepo, o czym zdaje się mówić sam Young – tylko może nie spodziewał się, że to przesłanie pojawi się i w takim kontekście. Pomijając kontrowersję, Chata jest próbą interesującą, ale nie do końca udaną. Jak już wcześniej wspomniałam, autor starał się podejść do tematu w sposób nieszablonowy, działający na wyobraźnię, ale w przypadku powieści, która podejmuje się wyjaśnienia tak trudnego i złożonego zagadnienia, oczekuję czegoś więcej niż tylko fantazji. Właśnie na tym etapie zaczynają się problemy. Im mocniej bohater angażuje się w rozmowę z Bogiem, tym więcej rozumie, ale tego samego nie można powiedzieć o czytelniku, który siedzi z boku, obserwując wymianę zdań. Mack szybko daje się przekonać, ale ja pozostałam nieprzekonana. Nie byłam sceptycznie nastawiona do lektury, podeszłam do niej z maksymalną otwartością, ale i tak nie mogłam nie zauważyć szeregu poważnych niedociągnięć. Young przedstawia rozmaite prawdy poprzez dialogi, próbuje rozpisać zagadnienia na prostą wymianę zdań, ale w ogólnym rozrachunku wypada to dość… siermiężnie. Mack dyskutuje z Trójcą w dość nietypowych okolicznościach – podczas prac w ogrodzie, podczas gotowania, przy stole w trakcie wspólnego obiadu czy na ganku, popijając zimną lemoniadę. Nie ma poczucia dystansu, onieśmielającej hierarchii, jest za to celebracja bliskości i porozumienia. Rodzinna atmosfera i niezobowiązujące pogawędki kontrastują z przedmiotem rozmów. Śmierć, cierpienie, krzywda zadawana innym, wolna wola, przebaczenie zostają wplecione w dialogi, które w znakomitej większości wypadają sztucznie, jakby niedoświadczeni aktorzy odczytywali kwestie, nie pojmując ich znaczenia. Gdy zaczynamy zagłębiać się w dyskusję i zaglądać pod podszewkę słów, możemy zauważyć, że większość konwersacji zamyka się w kręgu „tak się dzieje – bo tak się dzieje”. Dlaczego? Dlatego. Elektryzująca zapowiedź powieści gaśnie w obliczu zbytniego moralizatorstwa i niewyczerpujących odpowiedzi, a nawet… cukierkowości. Główne wyjaśnienie, które otrzymuje Mack jest takie, że człowiek nie jest w stanie pojąć umysłu Boga i jego planu, i że nic nie dzieje się bez przyczyny. Po prostu trzeba w to uwierzyć. Jasne, to nie są złe argumenty, bo w kwestii wiary często trzeba po prostu… uwierzyć, jednak powieść obiecuje nam coś więcej. Powieść obiecuje nam mężczyznę, którego córeczka została bestialsko zamordowana i który otrzymuje niezwykłą szansę: może porozmawiać z Bogiem o tym, co mu się przydarzyło. Gdzie był Bóg, gdy niewinna dziewczynka cierpiała? Gdzie jest Bóg, gdy dzieje się tyle zła i niesprawiedliwości, dlaczego na to pozwala, jaki sens ma cierpienie? Dlaczego dobrym ludziom przydarzają się potwornie złe rzeczy? Czy to kara? Trzeba przyznać, że są to pytania, które pobudzają wyobraźnię i chyba każdy rozmyślał nad nimi na jakimś etapie życia. Trudno przejść obojętnie obok nich i myślę, że to jest ten haczyk, który masowo przyciągnął czytelników do powieści. Jednak ci, którzy liczyli na religijno-filozoficzne rozważania w Chacie, mogą się srodze zawieść, bo autor z rozbrajającą szczerością oznajmia, że: jaki sens ma cierpienie? Cierpienie ma sens. Po prostu musisz w to uwierzyć. (Ale odpowiedzi na pytanie, po co wierzyć i jak uwierzyć, już nie znajdziemy). Istne „bo tak”. Można odnieść wrażenie, że autor już na wstępie założył, iż Mack będzie tym przekonanym i nawróconym, więc nie czuł przymusu przekonywania go. Raczej potwierdził już to, w co mężczyzna i tak wierzył. Mamy chyba bardziej do czynienia z nawracaniem wierzącego niż wskazywaniem drogi wątpiącemu. To jest ten problem Chaty, który każdy czytelnik rozpatrzy indywidualnie, ale w moim odczuciu Young zbyt pobieżnie podszedł do tematu, który miał być najmocniejszą stroną Chaty. Otrzymaliśmy takie pop-kaznodziejstwo, religię w wydaniu pop, modlitwę w wersji instant zamiast literackiej terapii. Bohater podążył z góry założonym scenariuszem, do którego naprędce dorobiono argumenty. Young założył, co ma się wydarzyć i przesunął bohatera niczym pionek od punktu do punktu. To zrodziło problem w postaci zachowania Macka, które próbuje dopasować się do sytuacji i zmienia się, choć tak naprawdę nie otrzymuje żadnego szczególnego bodźca. Chociaż na wstępie czujemy cierpienie mężczyzny, to dość szybko przechodzimy do uroczego obrazka, w którym pojednanie, radość i godzenie się z losem odgrywają główne role. Wiemy, że przed wyprawą do chaty Mack strasznie cierpiał, jego rodzina również i możemy wyobrazić sobie, jak wielka tragedia ich spotkała. Ale gdy bohater trafia do chaty? W mgnieniu oka wszystko zaczyna się układać. Wieloletnie cierpienie, żal i gorycz znikają… cudem. Rozumiem, że autor nie chciał bawić się w nieskończone przeciąganie liny między Bogiem a Mackiem, ale stawanie na nogi i godzenie się z losem to proces, nie pstryknięcie palcami. Ozdrowienie po wieloletniej krzywdzie również zabiera trochę czasu. Dręczy mnie też jedno pytanie: czemu Bóg nie przyszedł do Macka w zrujnowanej, zasypanej śniegiem chacie, czemu razem nie pochylili się nad cierpieniem, obserwując świat, który nie zawsze jest piękny, a bywa szorstki i pełny goryczy, tylko zafundowano nam ułomne, ludzkie postrzeganie raju? Olśniewająca chata i ogród mają być metaforą – ale czy naprawdę jest ona potrzebna? To staje się takie cukierkowe, bajkowe, disneyowskie wręcz, jakby za wszelką cenę pięknem dało się osłodzić ból. Z jednej strony mamy niewyobrażalne cierpienie, a z drugiej infantylne obrazki, które odwracają uwagę od tego, co najważniejsze. Mack niesie swój krzyż, ale począwszy od atmosfery powieści, poprzez pobieżne odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, a na braku emocji skończywszy, opowieść jest gładka i zupełnie nie odzwierciedla wątpliwości i uczuć, które targają cierpiącym człowiekiem. Jednak trzeba też Chatę pochwalić, bo kryje się w niej sporo trafnych spostrzeżeń, które może nie dotykają najważniejszego pytania, ale również skłaniają do refleksji. Czy Bóg może przestać kochać człowieka? Czym tak naprawdę jest przebaczenie? Autor też nie wyczerpuje tych tematów do końca, ale zasiewa ziarna, które mogą wykiełkować jako rozmyślania. Może gdyby Young nie próbował tak mocno podkreślać morału powieści, okraszając go litrami lukru, przesłanie wypływające z pomniejszych wątków mogłoby przebić się na powierzchnię.

Chata to powieść, którą każdy czytelnik odczyta inaczej. Nie, nie wydaje mi się, by w tym stwierdzeniu była przesada. Poruszane w niej zagadnienia odwołują się do naszych przeżyć i przekonań, do uczuć i emocji, a nawet wiedzy. Skrajne opinie wskazują, że jest to lektura, która nieprzekonanych raczej nie przekona, a wierzących może podzielić swoim ujęciem wiary. Young podjął się opisania trudnego, ambitnego tematu i temu zadaniu nie podołał, tworząc coś na wzór bajki dla dorosłych. Myślę, że taką historię można by opisać o wiele lepiej, wnikliwiej, naprawdę zastanawiając się nad głębią poruszanych zagadnień, bo w obecnej formie Chata nie głosi niczego niezwykłego i nie oferuje wyczerpującej odpowiedzi na pytanie, które sama przed sobą postawiła.

20 lut 2017

„W ciemnym, mrocznym lesie” - Ruth Ware


Tytuł: W ciemnym, mrocznym lesie
Autor: Ruth Ware
Wydawnictwo, rok wydania: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 376
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Prószyński i S-ka



O romansie ze strzelbą Czechowa

Stało się coś strasznego, ale nic nie pamiętam…

Takimi słowami mogłaby rozpocząć się opowieść Rachel z „Dziewczyny z pociągu” Pauli Hawkins. Historia alkoholiczki próbującej na własną rękę rozwiązać zagadkę pewnej tragicznej nocy odbiła się echem zarówno wśród czytelników, jak i widzów. Kilka miesięcy później, licząc od daty pierwszego wydania, Rachel postanowiła zawtórować Nora, bohaterka debiutanckiej powieści Ruth Ware „W ciemnym, mrocznym lesie”. Nieprzeniknione ciemności, desperackie próby odgrzebania ostatnich tragicznych chwil i cofanie się po własnych krokach w głąb przeszłości stanowią szkielet ich historii, który otula niepokój przenikający aż do szpiku kości i dotykający każdego nerwu. Nie pamiętają dokładnie, co się stało – nie muszą, bo ich zadaniem jest to odkryć razem z czytelnikiem. Resztki adrenaliny nadal krążą w ich żyłach, a być może na dłoniach, wśród otarć, pozostała zakrzepnięta krew. Na ustach czują ślady urwanego krzyku, gdy osunęły się w niepamięć. Niewiedza jest tak nieznośna i tak mocno doskwiera, że są gotowe zrobić wszystko, by odzyskać wspomnienia. Na szali kładą ciężar świadomości tego, co im się przydarzyło, a sprawiedliwość dokłada ciężar konsekwencji.

…a większości trupów lepiej nie odkopywać.

Nora o tym wie, bo zakopuje i odkopuje trupy zawodowo. Jako autorka poczytnych kryminałów ma na sumieniu niejedną zbrodnię, którą skonstruowała w zaciszu swojego domu. Preferując życie w pojedynkę i niechętnie opuszczając mieszkanie, pisarka skupia się na tworzeniu kolejnych kryminalnych intryg. Gdy niespodziewanie trafia do niej mail z zaproszeniem na wieczór panieński dawnej przyjaciółki, Nora początkowo zamierza odmówić. Nie dość, że ostatni raz widziały się dziesięć lat temu, to na dodatek w przeszłości Nora pogrzebała pewne tajemnice, do których wolałaby nie wracać. Jednak stare sympatie w końcu wygrywają i pisarka trafia do wiejskiej posiadłości, gdzie ma świętować przez cały weekend. Przyszła panna młoda i jej goście zamierzają się dobrze bawić, a wieczór panieński dostarcza im naprawdę silnych emocji, można by rzec… w zabójczej dawce. Gdy Nora budzi się później w szpitalu, wspomnienie weekendu na wsi jest zasnute gęstą mgłą zapomnienia. Wie tylko jedno - stało się coś strasznego i ona może zapłacić za to wysoką cenę. Do tej pory pisarka tworzyła zbrodnicze intrygi we własnej głowie. Teraz musi zmierzyć się z zagadką, która przeniosła się do prawdziwego życia.

„W ciemnym, mrocznym lesie” wzięło swój tytuł od otwierającej powieść upiornej wyliczanki, w której wszystko jest ciemne i mroczne, aż docieramy do wielkiego finału – czyli do trupa. Martwe ciało przemycono nawet na okładkę, która grozi, że „kogoś czeka śmierć”. Jeśli zaczynamy z takim przytupem, to co będzie dalej?

Ciemny, mroczny debiut Ruth Ware wpisuje się w nurt, który poznaliśmy dzięki Gillian Flynn, Pauli Hawkins, Fionie Barton, S.J. Watsonowi czy nawet Jessice Knoll. To tylko nieliczne z nazwisk, które znalazły swoje miejsce w nowej fali między kryminałem a thrillerem. Chociaż domestic noir i marriage thriller nie są niczym nowym, to zmasowany atak przypuszczony na księgarskie półki i domowe biblioteczki stworzył nowy trend. W 2014 roku Rosamund Urwin użyła w stosunku do niego określenia „chick noir”* (tak, to chick z chick-litu), a zawtórowała jej pisząca dla „Guardiana” Charlotte Jones**, upatrując w tym rozwoju nowej gałęzi literatury kobiecej, która wykonała gwałtowny skręt, nasiąkając thrillerami i teraz przygląda się tej mroczniejszej stronie związków międzyludzkich. Bo czy tak naprawdę znamy bliskie nam osoby? Co można zrobić ze zdobytym zaufaniem, jeśli jest się wystarczająco cierpliwym? Johanna Thomas-Corr w swoim artykule dla „Evening Standard” trafnie określiła kategorię słowami „zamiast obawiać się anonimowego seryjnego mordercy, teraz [twórcy] sprawiają, że najbardziej niepokoi nas osoba siedząca obok na kanapie”***. I coś w tym jest. Przyjaciółki już nie popijają razem kolorowych drinków, plotkując o łóżkowych podbojach. Teraz w drinku może tkwić trucizna, a flirt z przystojnym nieznajomym może być elementem zemsty rzekomej przyjaciółki. Przyjaciele, małżonkowie, ukochani, całe rodziny tworzą ciasny krąg powiązań, który może kogoś w końcu udusić. Dosłownie – albo i nie. Sęk w tym, że poprzeczka popularności podnosi się coraz wyżej z każdym tytułem i kolejna powieść chcąca popłynąć na tej fali, musi mieć w sobie to coś, co pozwoli jej wyróżnić się i zawojować świat. Sporo tytułów odniosło sukces, ale jeszcze więcej utknęło na półkach. Powrót do typowego „jeśli coś stało się żonie, to najczęściej winny jest mąż” i „trzymaj swoich przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej”, inspiruje autorów, popychając ich w stronę skomplikowanych relacji i zwrotów akcji.

Ware zdecydowała się na klasyczny zabieg, przeplatając rozdziały z przeszłości i teraźniejszości. Obserwujemy główną bohaterkę, która rozpaczliwie próbuje przypomnieć sobie wydarzenia prowadzące do tragedii, a jej próby przenoszą nas do kolejnych dni – a później godzin i minut przed punktem zero. Śledztwo przeplata się z wieczorem panieńskim i właściwie niełatwo wskazać, które z nich jest bardziej osobliwe. Zbieranina dawnych i obecnych przyjaciół zamienia świętowanie w drętwe „zabierzcie-mnie-stąd-jak-najszybciej” próby przetrwania weekendu. Nic nie rozluźnia atmosfery – nawet pijackie gry, które z założenia mają zintegrować gości panny młodej, prowadzą do kolejnych nieporozumień. Na jaw wychodzą sekrety, spirala złośliwości i uszczypliwości zatacza coraz szersze kręgi. Wiemy, że coś złowrogiego wisi w powietrzu i to właśnie ta atmosfera jest najmocniejszą stroną „W ciemnym, mrocznym lesie”. Przeczucie potęguje budynek, w którym autorka „uwięziła” bohaterów. Zasypane śniegiem odludzie otoczone lasem, a pośrodku dom z wielkimi oknami, które zamieniają każde pomieszczenie w scenę. Gdzie jest widownia? Ukryta pośród śniegu i drzew, ukryta za stronicami powieści. Z jednej strony tkwimy razem z bohaterami w klaustrofobicznej klatce, bez możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym, a z drugiej nie ma takiego kąta, w którym czulibyśmy się bezpiecznie, ze względu na wrażenie otwartej przestrzeni. Obserwujemy i jesteśmy obserwowani. Wystawieni na ostrzał spojrzeń, zmuszani do konfrontacji pod płaszczykiem uprzejmych uśmiechów, bohaterowie przechodzą z dyskomfortu i niepokoju przez zdenerwowanie do paraliżującej paranoi i paniki. Trawią ich złość i strach, które wpływają na ich relacje z innymi i na samego czytelnika. Chcielibyśmy jak najszybciej wyjść z tego przedślubnego przyjęcia, bo mamy świadomość, że nieznośne napięcie doprowadzi do czegoś złego, a my niekoniecznie chcemy być tego świadkiem. Rozsądek podpowiada jedno, ale ciekawość… Jak to ciekawość, stanowi pierwszy stopień do piekła, do którego droga jest wybrukowana kolejnymi rozdziałami.

Żałuję, że autorka nie zdecydowała się na wykorzystanie zawodu i wyobraźni Nory w większym stopniu. Pisarka żyjąca z tworzenia kryminalnych intryg nagle trafia w sam środek zbrodniczej zagadki? To powinno dać pole do popisu, jeśli mówimy o igraniu z czytelnikiem, o zacieraniu granicy pomiędzy fantazją a rzeczywistością. Czy to, o czym opowiada nam Nora, jest prawdziwe, czy może to produkt jej wyobraźni? Zainspirowana zaproszeniem od dawno niewidzianej przyjaciółki tworzy nową historię, czy faktycznie została w coś wplątana? Snuje swoją opowieść równolegle do rozwoju akcji? Niestety, nie odczułam tego igrania w trakcie lektury. Bohaterka desperacko dąży do przypomnienia, do prawdy i nie ma tutaj miejsca na nic innego. Jej spostrzeżenia przyjmujemy bez zwątpienia, bo są to jedynie obserwacje, w które ona nie ingeruje. Nie ma tego poczucia, że jest narratorką niegodną zaufania, że trzeba się jej strzec, bo być może nas oszukuje. Dodanie „W ciemnym, mrocznym lesie” kolejnej płaszczyzny na pewno przysłużyłoby się powieści, bo sama utrata pamięci to zaledwie punkt wyjścia.

Ware sporo brakuje do Gillian Flynn i przez porównanie wypada nieco gorzej niż Paula Hawkins, głównie dlatego, że trzyma w rękawie najmniej asów. Zdecydowanie jej największym błędem jest zbyt nachalne przekonywanie czytelnika, że to osoba X czy Y odpowiada za zbrodnię, zamiast pozwolić mu wysnuć wniosku samemu. Właśnie przez takie zachowanie typowałam własnych podejrzanych i nawet nie brałam pod uwagę tych bohaterów, do których tak usilnie próbowała przekonać mnie autorka. Czytelnika trzeba wodzić na nos z finezją, tak samo, jak robią to magicy z publicznością. Ale, jak już przy magikach jesteśmy, to trzeba przyznać, że Ware udało się odwrócić uwagę czytelnika od innej kwestii, również związanej z intrygą – bo przyglądanie się podejrzanym to jedno, ale pozostaje jeszcze znalezienie motywu… A tutaj, można by rzec, dopiero zaczyna się zabawa. Każdy trup ma swoją historię i nie inaczej jest w powieści Ware. Można by się spierać, czy w intrydze ułożonej przez autorkę nie ma za dużo przypadkowości, ale z pewnością należy pochwalić opowieść, którą ukryła za tym konkretnym trupem. Upiorna kwintesencja gatunku w świetnym wydaniu! Muszę przyznać, że ona zafascynowała mnie bardziej niż samo śledztwo Nory, stanowiąc niezły materiał na osobną powieść. Autorka wie, gdzie szukać ciemności i demonów, ale musi jeszcze przemyśleć, jak konstruować historię i na które wątki kłaść nacisk, by wydobyć z nich to, co najlepsze. Chociaż wykorzystuje schematy i opowiada historię, która brzmi dość znajomo, to jednak absorbuje czytelnika – a to też sztuka. Z pewnością nie wprowadza rewolucji, ale czerpiąc zarówno z małżeńskiego dreszczowca, jak i z domestic noir, stworzyła powieść, z którą nie chciałam się rozstać przed końcem lektury. Powiem więcej, zaciekawiła mnie na tyle, że mam ochotę rozejrzeć się za jej kolejnymi książkami.

Wieczór panieński symbolizuje pożegnanie z pewnym etapem życia i radosne przywitanie nowej drogi, na którą niedługo wkroczy się z ukochaną osobą. Według Ruth Ware wieczór panieński stanowi pożegnanie ze starym życiem… tyle że dla niektórych jest ono śmiertelnie poważne i ostateczne. Po wydarzeniach w domu na wsi, niektórzy rzeczywiście wkroczą na nową drogę życia, a innym pozostanie tylko śmierć. Czyja droga urwie się w ciemnym, mrocznym lesie?


----------


Źródła:
* Rosamund Urwin ”Move over Fifty Shades, there’s a brand new genre whipping the publishing world into a murderous frenzy” [dostęp 04.02.2017]: http://www.standard.co.uk/lifestyle/london-life/move-over-fifty-shades-there-s-a-brand-new-genre-whipping-the-publishing-world-into-a-murderous-9034128.html
**Charlotte Jones „Chick noir: a thoroughly modern Victorian marriage thriller” [dostęp 04.02.2017]: https://www.theguardian.com/books/booksblog/2014/jan/24/chick-noir-modern-victorian-marriage-thriller
*** Johanna Thomas-Corr „The rise of the paranoid marriage thriller” [dostęp 04.02.2017]: http://www.standard.co.uk/lifestyle/london-life/darker-side-of-domestic-bliss-why-were-all-hooked-on-paranoid-marriage-thrillers-like-the-affair

1 lut 2017

„Jeszcze jeden oddech" - Paul Kalanithi

Tytuł: Jeszcze jeden oddech
Autor: Paul Kalanithi
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo Literackie, 2016
Ilość stron: 240
Cena: 34,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Literackie


Widzisz, jak oddech w powietrze się zmienia

Po lekturze „Jeszcze jednego oddechu” długo zastanawiałam się, czy powinnam w ogóle recenzować ten tytuł. Jest we mnie jakaś niechęć do komentowania i oceniania tytułów skupiających się na cudzym życiu w takim stopniu, jak ma to miejsce w „Jeszcze jednym oddechu”. Bo niby jak w ilości gwiazdek zamknąć cudze przeżycia, emocje i dylematy? 

O czym tak naprawdę traktuje „Jeszcze jeden oddech” – jaki ładunek kryje się w tej bądź co bądź niepozornej książce?

Dla mnie jest to poruszająca historia poświęcenia, siły i przede wszystkim – miłości. 

Paul kochał naukę, kochał żonę Lucy i córkę Cady, przyjaciół, życie i swoją pracę. Był erudytą, który wciąż zdobywał wiedzę. Na równi pasjonowała go medycyna i literatura, choć to tej pierwszej oddał serce. Była to na pewno odwzajemniona miłość, bo jak możemy przeczytać w notce biograficznej o neurochirurgu: studiował na Uniwersytecie Stanforda, gdzie uzyskał tytuł magistra literatury angielskiej i licencjat z biologii człowieka. Ukończył studia magisterskie z historii i filozofii oraz medycyny na Uniwersytecie Cambridge, a także, z wyróżnieniem medycynę w Yale School of Medicine, gdzie został przyjęty do krajowego stowarzyszenia medycznego najlepszych absolwentów. Następnie wrócił do Stanford i zdobył specjalizację z neurochirurgii. Pracując w ramach stypendium podoktorskiego z zakresu neuronauki, otrzymał za swoje badania najwyższą nagrodę Amerykańskiej Akademii Chirurgii Neurologicznej. Niech mi ktoś powie, że to nie jest imponujące.

W trakcie swojej kariery Paul wielokrotnie spotykał się z osobami ciężko chorymi i nierzadko przekazywał im diagnozy, które zwiastowały żmudne i trudne leczenie, nie zawsze zakończone sukcesem. Leczył pacjentów cierpiących na zaawansowanego raka, ratował ofiary wypadków, cierpienie i śmierć towarzyszyły mu niemal każdego dnia. Na szpitalnym korytarzu rozpacz mieszała się z nadzieją i radością, gdy ktoś otrzymał drugą szansę na życie. 

To również historia lekarza, który stał się pacjentem, gdy w wieku 36 lat zdiagnozowano u niego IV stadium raka płuc.

Od wspomnień dzieciństwa, poprzez studia, do początku i rozkwitu kariery, aż do jego śmierci towarzyszymy autorowi (a później jego żonie), który w obliczu ciężkiej choroby i świadomości nierównej walki, próbuje odnaleźć ukojenie w pisaniu. Nauka spotyka się z poetyckim zacięciem, gdy przelewa na papier opowieści ze swojego życia oraz z sal operacyjnych. Patrzy na chorobę i chorego zarówno z perspektywy lekarza, jak i pacjenta, opisuje życie rodzinne, przyjaźnie oraz swoją pasję do literatury. Poddaje refleksji życie, śmierć, pasję i powołanie, obserwuje świat i szuka sensu w istnieniu – oraz w przemijaniu. Stara się mądrze celebrować życie i jednocześnie przygotować do śmierci, a pomagają mu w tym jego dotychczasowe przeżycia, spotkania z pacjentami i wewnętrzna wrażliwość. 

Paul z godnością przeżył dany mu czas i z godnością odszedł, jednak to pogodzenie się z losem nie było błyskawiczne. Miał plany i marzenia, kochającą rodzinę, z którą chciał zostać jak najdłużej i wspaniałą karierę – ostatnie, czego moglibyśmy się spodziewać po spełnionym człowieku, to poddanie się bez walki. Był czas na szok, zaprzeczenie, żal, smutek i dojrzewanie do zaakceptowania sytuacji. On też musiał nauczyć się tej akceptacji. Ktoś mógłby pomyśleć, że Paul zmierzy się z chorobą… inaczej. W końcu mówimy o osobie, przed którą medycyna nie miała zbyt wielu tajemnic. Może istnieć w nas takie naiwne przekonanie, że wyróżniany doktor Kalanithi zmierzy się z chorobą inaczej niż ten przysłowiowy Kowalski. Jednak świadectwo Paula uświadamia, że stopień wykształcenia, zasobność portfela, uprawiany zawód, tysiąc innych elementów ma tak naprawdę niewiele do powiedzenia, gdy w grę wchodzi stanie twarzą w twarz ze śmiercią. Tak samo cierpimy, tak samo boimy się, targają nami podobne uczucia. Ciężko chorujący lekarz staje się pacjentem, który przekonuje się, że o swojej chorobie tak naprawdę wie niewiele. Jakkolwiek wyświechtany może być to frazes, to chyba liczy się tylko jeden element – drugi człowiek. Czy w tych trudnych chwilach mamy przy sobie kogoś, kto potrzyma nas za rękę. Głównie dlatego tak duży ładunek emocjonalny kryje w sobie posłowie od Lucy. Małżeństwo również miało kłopoty, kryzysy i stało przed poważnymi dylematami, które zrodziła dramatyczna sytuacja. Lucy i Paul musieli przewartościować swoje życie i zrobili to mimo przeszkód – razem. „Miłość – ale banał!”, mógłby ktoś powiedzieć, jednak miłość jest tak często przytaczana nie dlatego, że jest banalnym frazesem, ale dlatego, że jest to po prostu prawda.

„Jeszcze jeden oddech” to książka, którą w dużej mierze ocenia się przez pryzmat własnych refleksji i emocji. Patrząc trzeźwym okiem, mogłabym napisać, że chciałabym przeczytać coś więcej na temat tej kwestii czy tamtego zagadnienia. Jednak za każdym razem, gdy przychodziła mi do głowy ta myśl, że czegoś było za mało, od razu wyobrażałam sobie ciężko chorego autora, który nie miał ani siły, ani czasu, by cyzelować każdy rozdział. Głównie z tego powodu przyjmuję „Jeszcze jeden oddech” takim, jakim jest – pewnie Paul chciałby coś dopisać, coś poprawić, może przemyśleć, ale nie było mu to dane. Jednak to „nieskończenie” budzi mnóstwo emocji, jest jak wypowiedź przerwana w pół słowa. Wzrusza, ale i niesie pocieszenie, bo Paul pokazał, że każdy czas można dobrze wykorzystać i znaleźć ukojenie tam, gdzie wcześniej była rozpacz. 

„Jeszcze jeden oddech” to książka o wielkiej sile i jeszcze większej godności. O odchodzeniu w zgodzie ze sobą i ze światem. To świadectwo życia w cieniu śmierci i opowieść o miłości, która pozwala nie tylko przetrwać, ale po prostu żyć – nawet jeśli to życie stopniowo liczone jest w latach, potem w miesiącach, aż wreszcie w tygodniach i dniach… 

29 sty 2017

„Saga Ognia i Wody: Pomyślne Wiatry" - Jennifer Donnelly

Tytuł: Saga Ognia i Wody. Pomyślne Wiatry
Autor: Jennifer Donnelly
Wydawnictwo, rok wydania: Zielona Sowa, 2016
Ilość stron: 352 
Cena: 34,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Zielona Sowa
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać

Najpotężniejszą magią na świecie jest miłość

Podobno znamy tylko niewielką część podwodnego świata. Głębiny mórz i oceanów ciągle pozostają dla nas nieprzeniknioną tajemnicą, która rozbudza wyobraźnię. Gdy stajemy nad brzegiem, między nami a horyzontem rozciąga się droga do świata, który tętni życiem, nawet jeśli tafla zdaje się nieporuszona.

A gdybyśmy tak popuścili wodzę fantazji i bez skrępowania zaczęli snuć opowieści o ciemnej głębi – co się w niej kryje, o czym nigdy się nie dowiemy? Pisarka Jennifer Donnelly dzięki swojej wyobraźni udała się w głąb wodnego świata i odkryła świat, o którym nam się nawet nie śniło. Zanurzyła się wśród historii i morskiej mitologii, wśród wraków i nieodkrytych gatunków, wśród zatopionych skarbów i niezbadanych jaskiń. Znalazła tam historie uplecione z morskich alg, sznurów pereł i wodnego nurtu. Tak powstała „Saga Ognia i Wody”, opowieść o syrenim królestwie, morskich legendach, politycznych intrygach i miłości w samym sercu wojny.

„Pomyślne Wiatry” to czwarty, ostatni tom „Sagi Ognia i Wody”. Jak na finał przystało, bohaterowie przygotowują się do ostatecznego starcia z wrogiem. Mają przed sobą niełatwe zadanie, bo przyjdzie im się zmierzyć z dwoma potężnymi przeciwnikami. Uzurpator, który po licznych trupach dąży po koronę wodnego cesarstwa oraz mityczny mag, gotowy do zrujnowania każdego świata, by zdobyć to, czego pragnie, jawią się syrenom niczym postacie z najgorszych koszmarów. Czy można wygrać z kimś, kto nie cofnie się przed niczym i nawet dobro w innych potrafi zetrzeć na proch? Serafina, Neela, Ling, Ava, Becca i Astrid mają świadomość, że oto wypełnia się ich przeznaczenie. Obarczone niełatwą misją, rozproszone pośród różnych wód, muszą znaleźć w sobie siłę. Stawką jest nie tylko los królestwa, ale i los naszego, ludzkiego świata.

Tomy stanowiące zwieńczenie serii często stanowią dla autorów spore wyzwanie. Czytelnicy liczą na satysfakcjonujące zakończenie, zamknięcie wątków oraz pożegnanie z bohaterami i wykreowanym światem. Na tej płaszczyźnie Jennifer Donnelly zasługuje na pochwałę. „Pomyślne Wiatry” będą satysfakcjonującą lekturą dla młodych czytelników, którzy zaangażowali się w losy sześciu syren. Podejmując historię po zakończeniu „Mrocznego Przypływu”, są one godnym następcą oraz dobrym zakończeniem sagi. Nie brakuje tego, do czego przyzwyczaiła nas autorka, czyli potyczek dobra ze złem, rozmaitych intryg, dylematów miłosnych i zwrotów akcji, a wszystko dodatkowo podszyto magią. Również doświadczone przez los bohaterki zmieniają się i dorastają, stając się, jak na powieść młodzieżową przystało, prawdziwymi symbolami ruchu oporu. „Pomyślne Wiatry” to ostatni etap ich przemiany. Przewodząc żołnierzom i mając pod opieką niewinne ofiary wojny, nie są tymi beztroskimi syrenami, którymi niegdyś były. Szczególnie Serafina, okradziona z korony królowa, stanowi świetne zobrazowanie dobrej władczyni – a raczej władczyni, która uczy się, jaką cenę trzeba zapłacić za dobro królestwa. Choć bohaterek takich jak ona nie brakuje w literaturze młodzieżowej, to jednak nieczęsto poświęca się uwagę rozterkom, gdy na szali muszą położyć nie tylko własne życie.

Na kartach całej sagi baśniowość miesza się z powieścią młodzieżową, tworząc fascynujący i różnorodny świat. Jennifer Donnelly wykazała się dużą pomysłowością – oprócz syren poznajemy mnóstwo innych gatunków magicznych i niemagicznych stworzeń, odwiedzamy różne zakątki królestw, trafiając do mórz, oceanów, a nawet rzek i wysłuchujemy niezwykłych podań. Choć to już czwarty tom, to nadal jest to świat, który ciekawi i odsłania nowe, do tej pory nieznane tajemnice. Chcemy go poznawać i choć dla niektórych to stwierdzenie może być przesadzone, to odniosłam wrażenie, że autorka miała mnóstwo frajdy z tworzenia tej historii. Widać dużą lekkość w prowadzonej opowieści oraz pomysły na zagospodarowanie kolejnych białych plam na mapie – a każde z tych miejsc ma swoich mieszkańców i związane z nimi podania.

Pisarka konsekwentnie skupia się na wartościach, które dla bohaterów są o wiele ważniejsze niż wszystkie morskie skarby. Przyjaźń, miłość, lojalność, wolność, poświęcenie, dobro i sprawiedliwość stają się szczególnie ważne na progu wojny. Bohaterki wytrwale chronią i pielęgnują wartości w swoich sercach, jednocześnie kładąc nacisk na współpracę i pomaganie słabszym, dając dobry przykład młodszym nastolatkom, do których kierowana jest seria. Choć powieść traktuje o walce dobra ze złem i wielkiej bitwie z siłami ciemności, to, tak samo jak w przypadku poprzedniego tomu, nie ma tutaj mowy o epatowaniu przemocą i rozlewem krwi. Autorka pokazuje zło i nie stroni od okropieństw, które ono ze sobą niesie, ukazuje również trudne próby, którym poddawane jest dobro, jednak służy to wyłącznie ukazaniu uniwersalnych prawd, ważnych nie tylko w magicznym świecie syren. Tematyka jest wyważona i dostosowana do odbiorcy, a do tego umieszczono ją w atrakcyjnych, fantastycznych dekoracjach.

„Pomyślne Wiatry” na pewno nie zawiodą fanów sagi. Uniwersalna walka dobra ze złem zyskuje ciekawy wymiar w świecie morskich stworzeń, oferując młodemu czytelnikowi niezapomnianą przygodę. Barwny świat i równie barwna opowieść stanowią razem iście magiczną mieszankę, która z pewnością potrafi zauroczyć. Biorąc pod uwagę zainteresowanie, z jakim Jennifer Donnelly eksploruje wodne królestwa, wypadałoby tylko życzyć autorce, żeby złapała wiatr w żagle i dalej odkrywała morskie cuda, nawet jeśli już pożegnała się z Serafiną, Neelą, Ling, Avą, Beccą i Astrid.