29 sie 2015

„Cudze jabłka” - Agnieszka Krakowiak-Kondracka


Tytuł: Cudze jabłka
Autor: Agnieszka Krakowiak-Kondracka
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo Literackie, 2015
Ilość stron: 296
Cena: 34,90 zł


~~***~~


Książkę udostępniło do recenzji Wydawnictwo Literackie



W razie zgryzot – zwróć się do natury? Można dojść do takiego wniosku, czytając powieści obyczajowe. Historie osób, które decydują się na przeprowadzkę do małego miasteczka czy na wieś, są bardzo popularne i nietrudno zauważyć zależność: życie bliżej natury zmienia się na lepsze, zaś wielkie miasta sprzyjają pośpiechowi i unieszczęśliwiają bohaterów. Czyżby dystans mierzony w kilometrach pozwalał również nabrać dystansu do własnego życia? Nie inaczej jest w „Cudzych jabłkach”, choć dla Ewy i jej rodziny zmiana otoczenia nie od razu jest lekiem na całe zło. Ba, traktują przeprowadzkę jako kolejny gwóźdź do trumny i powód do kłótni. Marek, mąż Ewy i Pola, jej córka, ciągle mocno związani z miastem, czują się na wsi jak na wygnaniu, tymczasem Ewa… Zaczyna wsłuchiwać się w głos, który niegdyś został zagłuszony przez wielkomiejski zgiełk i szum pieniędzy.

Wszystko zaczęło się od sielanki. Duży dom w modnej dzielnicy, najlepsza, prywatna szkoła w mieście dla córki, przesiadywanie w eleganckich restauracjach, zagraniczne wakacje dla całej rodziny, drogie ubrania i kosmetyki oraz zero zmartwień czy starczy „do pierwszego”. Życie Dragonów było godne pozazdroszczenia. Było, bo gdy nowa inwestycja Marka nie wypaliła, a o długi upomniał się komornik, z bogactwa nic nie pozostało. Odeszła kolorowa codzienność. Pogarszająca się jakoś życia, stres i kłopoty finansowe sprawiają, że małżeństwo Ewy i Marka zostaje wystawione na próbę. Czy w tym nieszczęściu zdołają odnaleźć choćby okruch szczęścia?

„Cudze jabłka” mają potencjał, by być o wiele lepszą książką; lepszą, nie tylko dobrą obyczajówką – to w gruncie rzeczy komplement, bo historia kryje w sobie wiele interesujących zagadnień, które zdecydowanie powinny być pogłębione i rozbudowane. W obecnej formie budzą niedosyt i wrażenie, że niektóre elementy zostały pobieżnie opisane. W pozornie lekką, łatwą i przyjemną powieść wpleciono wątki dotykające konsumpcjonizmu oraz szaleńczej pogoni za pieniądzem. Autorka zastanawia się, czy i kiedy człowiek przekracza granicę, która oddziela spełnianie marzeń i potrzebę godnego życia od wyścigu szczurów i chorobliwej potrzeby gromadzenia. Bohaterowie twierdzą, że zarobią „jeszcze trochę” i już będzie dobrze; sęk w tym, że zawsze można zrobić coś więcej, kupić coś droższego, zaimponować nowej osobie. Przekładają rodzinny czas na później, bo są przekonani, że jeszcze zdążą na miłość i przyjaźń. Szczęście staje się metą w niekończącym się wyścigu. Gdy w tym maratonie tracą wszystko i muszą zaczynać od nowa, mają poczucie, że świat im się zawalił. Bo co pozostaje w życiu, gdy znikają pieniądze, zaś cała reszta była odkładana „na potem”? Dla Ewy i Marka przewartościowanie zostaje wymuszone przez bolesne zderzenie z rzeczywistością – nowa perspektywa może być inspirująca, albo może wszystko zrujnować. Bezsprzecznie pomysł na historię jest rewelacyjny i daje do myślenia, choć wiele refleksji czytelnik musi sam dołożyć do lektury. Warto by wyeksponować rozmaite przekonania, które tylko zasygnalizowano w wielu miejscach. W końcu jedni wierzą, że można być biednym i szczęśliwym, dla innych liczy się przede wszystkim zdrowie, są też tacy, który wierzą w biznes, a nie w miłość… Istnieje wiele poglądów opartych na różnych wartościach.


Pomimo problemów, z którymi borykają się bohaterowie, powieść ma w sobie mnóstwo optymizmu i oferuje garść zdrowego rozsądku, dotykając aktualnego i przecież niezbyt wesołego zagadnienia. Nie ma w sobie bajkowości, która zadziwiająco często cechuje powieści obyczajowe, ale z drugiej strony nie pogrąża się w czarnej rozpaczy. Choć powiedzenie zawsze może być gorzej" kojarzy się raczej ze śmiechem przez łzy, równie może stanowić ono punkt wyjścia do dostrzeżenia, co już mamy w życiu dobrego. Ewa może wam powiedzieć coś o zmianie perspektywy - niegdyś miejsce, w którym się znalazła, kojarzyło jej się z najgorszym scenariuszem. Później okazało się, że... akurat tego scenariusza nie doczytała do końca, bo na kolejnych stronach czekało coś dobrego. 

Doświadczenie scenarzystki uwidacznia się w zręcznym splataniu ludzkich losów. Co prawda, nie mamy tutaj serialowego przeskakiwania w obrębie jednego odcinka pomiędzy rodzinami, które z różnych względów są ze sobą połączone, bo cały czas trzymamy się postaci Ewy, ale poprzez perspektywę kobiety uwzględniono namiastkę tej sieci powiązań. Dawni przyjaciele, nowi współpracownicy i osoby napotkane po drodze stają się zalążkiem nowych historii. Autorka „ma oko” do obserwacji ludzi, ich zachowań i nawyków, dzięki czemu postacie są zróżnicowane i realistyczne. Ich perypetie mogą być naszymi perypetiami. Powiedziałabym nawet, że bohaterowie drugoplanowi w „Cudzych jabłkach” zasługują na to, by obszerniej opisać ich losy oraz zachodzące pomiędzy nimi interakcje, szczególnie myślę tutaj o przyjaciółkach Ewy. Każda z nich ma swoje sekrety i odmienny stosunek do pieniądza i miłości, a ten pojedynek rozumu z sercem mógłby dołożyć ważną cegiełkę do opisywanego tematu. Jeśli jesteśmy już przy losach postaci, to warto wspomnieć o tym, że wątek związku Ewy i Marka rozpoczął się świetnie. Krótkie wspomnienia z młodości z powodzeniem mogłyby stanowić kanwę osobnej powieści dla młodych dorosłych. Mamy szkolną miłość, dylematy związane z przyjaźnią, tragedię, plany na przyszłość oraz pierwsze kroki w rodzicielstwie. Brakowało mi za to uważniejszego wejrzenia w relację doświadczonego już małżeństwa. Ich relacja jest niejako podporą powieści, dlatego chętnie poznałabym więcej wspomnień, więcej refleksji odnośnie samego związku. Ponieważ autorka skupia się przede wszystkim na Ewie, postać Marka, jakże ważna, nie otrzymuje odpowiedniej dawki uwagi. Mężczyzna przemyka przez karty powieści, nie zdradza swoich myśli ani motywacji i przez cały czas pozostaje zagadką dla czytelnika. Jak na dwie strony związku, to niestety miał bardzo mało do powiedzenia. Myślę, że dobrym rozwiązaniem dla tej powieści byłoby wprowadzenie dwóch płaszczyzn czasowych w przeplatających się rozdziałach. Wymienne opisywanie przeszłości i teraźniejszości jest dość wyświechtanym zabiegiem, ale to wcale nie znaczy, że nie można z niego zrobić użytku. Zestawienie młodej pary, borykającej się z poważnymi problemami oraz tych samych osób, bogatych w przeżyte lata i doświadczenia, mogłoby świetnie podkreślić nie tylko metamorfozę bohaterów, ale i łączącego ich uczucia.

Historie z cyklu „od pucybuta do milionera” często kryją w sobie przesłanie, że to w pieniądzach kryje się szczęście. „Cudze jabłka” postanowiły pójść pod prąd i sprawdzić, co pozostaje z życia, gdy zostaje ono oddarte z materialnego bogactwa. Czy da się znaleźć złoty środek bez posiadania złotej biżuterii? W swojej najnowszej powieści, Agnieszka Krakowiak-Kondracka zastanawia się, czy można wyznaczyć granicę pomiędzy pragnieniami a chciwością i czy żądając zbyt wiele, można stracić w życiu rzeczy najcenniejsze. „Cudze jabłka” to interesująca powieść obyczajowa, która zawiera w sobie spory ładunek optymizmu i przede wszystkim skłania do refleksji.

Tak na koniec - powieść zainspirowała się cytatem utrzymanym w klimacie „Fight Clubu”*, co zaowocowało ciekawym zderzeniem dwóch podejść do tematu materializmu. Filozofia Tylera Durdena wygrywa z miażdżącą przewagą, ale i tak doceniam włożony wysiłek.

___________
*napisałam „utrzymanym w klimacie” zamiast „pochodzącym z”, bo sam cytat ma kilka, odrobinę różniących się wersji i każda z nich przypisywana jest do innego nazwiska (Rogers, Ramsey, Hamilton, Slezak).

25 sie 2015

„Ekspozycja” - Remigiusz Mróz


Tytuł: Ekspozycja
Autor: Remigiusz Mróz 
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo Filia, 2015
Ilość stron: 480
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Filia



Zbrodnia i kara to dwie strony tej samej monety

Zabrońcie czegoś zrobić Wiktorowi Forstowi, a na pewno właśnie to zrobi. Przy wtórze wystrzałów, wyciu silników i obcojęzycznych przekleństw. Jeśli ktoś każe mu pójść do diabła, to z pewnością pójdzie. Po czym wróci - i to z pamiątkami. Ktoś tak dociekliwy i nieustępliwy wydaje się być idealnym materiałem na stróża prawa, który musi rozwiązać zagadkę makabrycznego morderstwa. Nagi mężczyzna powieszony na krzyżu na Giewoncie umarł w straszliwych męczarniach – w okolicznościach jego śmierci zaszyfrowano wiadomość, która może pomóc w rozwiązaniu sprawy. Jedna nieprzemyślana wypowiedź owocuje odsunięciem Forsta od śledztwa. Zaskakująca, ostra decyzja przełożonych i tajemnicze wskazówki pozostawione przez mordercę sprawiają, że komisarz na własną rękę podejmuje się rozwiązania kryminalnej intrygi. Otrzymując nieoczekiwane wsparcie od dziennikarki, Olgi Szrebskiej, i razem ruszają w mroki historii, gdzie pogrzebano odpowiedzi na nurtujące ich pytania.

W „Ekspozycji” dużo się dzieje – tak dużo, że zaczęłam zastanawiać się, kiedy intryga zawali się pod własnym ciężarem. Bohaterowie zmagają się z agentami służb bezpieczeństwa, rozwiązują historyczną zagadkę, poznają smak politycznych rozgrywek, są ścigani, bici, więzieni. W poszukiwaniu odpowiedzi przeskakują z kraju do kraju (a nawet z kontynentu na kontynent) i przeżywają przygody, których nie powstydziliby się Robert Langdon i John McClane. Pod względem pomysłowości, historyczno-kryminalna intryga broni się dzielnie. Jest ciekawa, oryginalna i stanowi najlepszy element powieści. Dotyka dwóch, zupełnie odmiennych zjawisk i znajduje pomiędzy nimi powiązania, które na pierwszy rzut oka nie są oczywiste. Aż chciałoby się zapytać: jak autor na to wpadł? Co prawda, pozostało trochę niedopowiedzeń i sporo pytań, ale na podstawie przebiegu akcji można dojść do wniosku, że ta intryga jeszcze się nie wyczerpała.

Tempo akcji w „Ekspozycji” jest zawrotne, a jedyne chwile wytchnienia pojawiają się za sprawą referowanych materiałów związanych ze śledztwem. W trakcie literackiego sprintu byłam zatrzymywana, wysłuchiwałam kilku długich ustępów naszpikowanych historycznymi informacjami, po czym musiałam pędzić dalej. Nie miałam czasu, żeby przyswoić wszystkie wiadomości i uporządkować wskazówki. I tutaj jest pies pogrzebany – a przynajmniej jego część, bo „zawrotne” w wielu miejscach styka się ze „zbyt szybko”. Równowaga pomiędzy liczbą pomysłów a rytmem opowieści często była zaburzana, przez co miałam wrażenie, że niektóre z wątków potraktowano po łebkach, kolokwialnie mówiąc. Nie bez powodu najczęściej stosunkowo prosta intryga idzie w parze z akcją błyskawiczną, bądź też przy skomplikowanej i rozbudowanej zagadce tempo zdecydowanie zwalnia, by autor mógł dokładnie opisać każde zagadnienie. Okiełznanie obydwu przypadków nie jest takie łatwe; można za mocno nasiąknąć efekciarstwem albo przesadnie zwolnić i pełznąć niczym ślimak. Przypadek, w którym łączy się błyskawiczność z dokładnością, jest trudny, żeby nie powiedzieć – niemalże niemożliwy. „Ekspozycja” zmierzyła się z tym i nie tyle połączyła te skrajności, co przeskakiwała z jednej do drugiej, żadnej nie poświęcając odpowiednio dużo uwagi. Pomysłowe wątki historyczne zasługują na dokładniejszą eksplorację, nie tylko w formie „podkładki” pod zbrodnię. Nie przeczę, powieść niesamowicie wciąga i ani się spostrzegłam, a już musiałam żegnać się z bohaterami, jednak wciągałaby tak samo, gdyby niektóre wydarzenia, choć efektowne, przerzucono do kolejnych tomów albo całkowicie wyeliminowano.

Humor powieści jest niejako przedłużeniem tego, co znamy z innej książki autora - „Kasacji”: czasem niewybredne żarty, trochę wulgaryzmów i uszczypliwe komentarze, przy których nie sposób nie parsknąć śmiechem – oczywiście jeśli ktoś preferuje taki komizm słowny. Mnie to odpowiada i w gruncie rzeczy pasuje do takiej kreacji postaci. Komisarz Forst z powodzeniem odnalazłby się jako bohater kina akcji. Wychodzi obronną ręką z najgorszych opresji, choć po wszystkim szwy, siniaki, złamania i braki w uzębieniu nie są mu obce. Czytelnik może tylko z politowaniem pokręcić głową nad jego żałosnymi metodami podrywu i wątpliwym urokiem osobistym, które jednak zjednują Forstowi-amantowi sympatię kobiet. Najwyraźniej nie tylko łączy siłę z błyskotliwością, ale jest również piekielnie przystojny, bądź też posiada asy w rękawie, o których czytelnicy jeszcze nie wiedzą.

Z pewnością niejednego asa w rękawie posiada zbrodniarz, którym jest… sam autor. Panie Mróz, nie godzi się czytelnika poddawać takim katuszom, szczególnie, gdy nie wiadomo, jak długo trzeba będzie czekać na drugi tom. Gdybym miała zobrazować swoją reakcję na finał „Ekspozycji” to wskazałabym scenę z filmu „Poradnik pozytywnego myślenia”, w której główny bohater (w tej roli Bradley Cooper) kończy lekturę powieści „Pożegnanie z bronią” Ernesta Hemingwaya. Podpowiem, że w grę wchodzą okrzyki oburzenia, dźwięk tłuczonego szkła i książka, która w cudowny sposób nauczyła się latać. Jak daleko sięgnie sprawa poruszona w „Ekspozycji”? Biorąc pod uwagę nieskrępowaną wyobraźnię autora i mnogość pomysłów, czytelnicy mogą liczyć na to, że zostaną wielokrotnie zaskoczeni. Ja, pomimo wspomnianego niedociągnięcia, nie mogłam oderwać się od książki i teraz niecierpliwie oczekuję na dalsze perypetie komisarza Forsta.

„Ekspozycja” to pełen dynamizmu kryminał, który garściami czerpie z sensacji. Morderca, poza trupami, pozostawia karkołomne zagadki, których źródła sięgają daleko w przeszłość, niezauważony przemyka przez każdą granicę i zawsze jest o krok przed, zawsze może więcej niż jego przeciwnicy. Potyczki, pościgi i strzelaniny wciągają bohaterów w morderczą spiralę, zapewniając czytelnikom kilka godzin emocjonującej lektury.

W końcu nic nie mrozi krwi w żyłach tak, jak zbrodnia
.

21 sie 2015

Książki i portale społecznościowe z Fleur Noir, czyli Social Media Book Tag

żródło

Dziś kolejna porcja blogowych pytań i odpowiedzi znanych także jako „tag”. Nominację otrzymałam od Fleur Noir z bloga [W królestwie słów/Carpe Books], za co bardzo dziękuję. Potrzebowałam chwili, żeby „wgryźć się” w ten tag, ale potem było już z górki :)

Social Media Book Tag 


1. Twitter - twoja ulubiona krótka książka


Zazwyczaj sięgam po opasłe tomy, więc znalezienie krótkiej książki nie jest takie łatwe. Zdecydowałam się na „Przekleństwa niewinności” Jeffreya Eugenidesa. Wiem, że blisko 240 stron to nie jest znowu tak mało, ale powieść jest kapitalna i był to pierwszy tytuł, który przyszedł mi do głowy, gdy pomyślałam o „twitterowym” pytaniu. W [RECENZJI] możecie przeczytać, jak wielkie wrażenie na mnie zrobiła.

2. Facebook - książka, którą każdy przeczytał i poczułaś presję, aby ją przeczytać

Ostatnio miałam tak z „Girl on the Train”, czyli „Dziewczyną z pociągu”. O moich wrażeniach możecie przeczytać [TUTAJ]. Książka za granicą jest wielkim hitem, szykuje się ekranizacja i naprawdę miałam wrażenie, że już każdy ją przeczytał.

3. Tumblr - książka, którą przeczytałaś zanim to było popularne

Hmm… „A Court of Thorns and Roses” Maas, „All the Bright Places” Niven, „Oddam ci słońce” Nelson, po które sięgnęłam zaraz po premierze anglojęzycznego wydania. Warto było, bo wszystkie są świetne.

4. Myspace - książka, która nie pamiętasz czy ci się podobała czy nie

Przeglądałam swoją wirtualną półkę „przeczytane” i w oko wpadł mi tytuł „Supersmutna i prawdziwa historia miłosna” Gary’ego Shteyngarta. Oceniłam go nieźle, pamiętam bardzo ogólny zarys fabuły, ale w gruncie rzeczy nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej.

5. Instagram - książka tak ładna, że musiałaś zrobić jej zdjęcie

Piękne/interesujące okładki to temat-rzeka. Poniżej zamieszczę kilka grafik z grupy tych, które w ostatnim czasie skradły moje serce, mam nadzieję, że wam też się spodobają :) Niektóre są po prostu ładne, a inne… upiorne.










6. Youtube - książka, której chciałabyś zobaczyć ekranizacje

Mam kilka takich tytułów. Wiadomo, ekranizacje nie zawsze spełniają pokładane w nich oczekiwania, ale gdyby była pewność, że ekipa filmowa się spisze, to chętnie obejrzałabym następujące filmy: „A Court of Thorns and Roses” Sarah J. Maas, „Confess” Colleen Hoover, trylogię „Przegląd Końca Świata” Miry Grant, serial kryminalno-paranormalny w oparciu o serię „Dora Wilk” Anety Jadowskiej, „Las zębów i rąk” Carrie Ryan, „Szczygła” Donny Tartt...

…wiem, wiem, że miałam wybrać jeden tytuł. Wybaczcie :)

7. Goodreads/Lubimyczytać - książka, którą polecasz wszystkim

To zależy, czego szuka dany czytelnik :) Jeśli ktoś poda ulubiony gatunek czy ulubionego autora, to wtedy mogę coś polecić z tej puli. Właściwie nie mam jednej książki dla każdego.

17 sie 2015

„Collide” - Gail McHugh


Tytuł: Collide
Autor: Gail McHugh
Wydawnictwo, rok wydania: Akurat, 2015
Ilość stron: 368
Cena: 34,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Akurat
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać 



Wierząc w kłamstwa, wątpiąc w prawdę

„Collide” to grająca na emocjach, typowo kobieca lektura, opowiadająca o życiu w trójkącie miłosnym i toksycznych relacjach. Jest to niemalże klasyczna historia dziewczyny rozdartej pomiędzy dwoma mężczyznami. Młodzi, przystojni, bogaci – różni ich jedno: jeden jest zraniony, drugi jest potworem. Wybór powinien być prosty, prawda? Nie dla Emily. Jej związek z Dillonem przetrwał niejedną burzę i teraz, rozpoczynając nowy etap życia, jest przekonana, że nadal może liczyć na wsparcie ukochanego. Dillon jest jej wielką miłością, jej przyszłością… Do czasu. Gdy Emily spotyka Gavina, współpracownika i znajomego Dillona, stara się robić wszystko, by stłamsić pożądanie, które zaczyna odczuwać w stosunku do tajemniczego mężczyzny. Przecież jest w szczęśliwym związku i ceni sobie wierność ponad wszystko. Jednak czy wytrwa u boku Dillona, gdy los powoli zacznie wydzierać szczęście z jej rąk? Ucieczka w ramiona Gavina jest kuszącą wizją, ale nie rozwiąże problemów. Jak wysłuchać głosu serca, gdy jest ono rozdarte?

Nie ukrywam, trójkąt miłosny nie jest moim ulubionym powieściowym motywem, ale za to uwielbiają go autorki. Nieważne, czy mówimy o rozkwicie New Adult, erotykach czy książkach młodzieżowych, od obyczajowych po dystopie – trójkąty wydają się być ich nieodłącznym elementem. Niektórym wychodzą one lepiej, innym gorzej. Jak na tym tle wypada „Collide”? Początkowo jest naprawdę nieźle; wychodząc od konfliktu pomiędzy pożądaniem a przywiązaniem, McHugh kreuje opowieść o granicach wierności i lojalności w związku, który staje się więzieniem. W przeciwieństwie do wielu innych romansów, tutaj toksyczna relacja nie jest przedstawiona w romantycznej otoczce, nie jest upiększana. Autorka nazywa rzeczy po imieniu, a czytelnik, jako obserwator, nie ma żadnych wątpliwości co do natury więzi łączącej Emily i Dillona. McHugh nieźle poradziła sobie z odwzorowaniem i wpleceniem w romans elementów, które stanową nieodłączną część wszystkich historii opowiadających o przemocy w związku. Niestety, interesujący początek nie maskuje niedociągnięć, które spotykamy w trakcie dalszej lektury.

Główna bohaterka, Emily, jest miłą dziewczyną, ale wyjątkowo trudno się z nią zżyć, głównie przez wzgląd na jej usposobienie. Em jest typowym przykładem kobiety uwięzionej w toksycznym związku. W jej przypadku łańcuchem jest poczucie lojalności i chorobliwe przywiązanie, ale równie dobrze można by zamienić to na dzieci, czyli poświęcanie się dla cudzego dobra, niemożność życia w pojedynkę ze względów zdrowotnych bądź finansowych, przyzwyczajenie, strach czy przekonanie, że wybranek kocha i się zmieni. Wiele kobiet żyje w przeświadczeniu, że ich ofiara nie pójdzie na marne – niektóre z nich jeszcze kochają, inne już straciły nadzieję. Czasem przez lata tkwią w takim więzieniu i dopiero tragedia potrafi otworzyć im oczy. Włos się jeży na głowie, gdy obserwujemy brnięcie Emily w niezdrową relację, bo zdajemy sobie sprawę z tego, co wydarzy się później i pozostaje nam tylko nerwowe oczekiwanie. Jest jednak coś, co sprawia, że nie jestem do końca przekonana do kreacji bohaterki. Przede wszystkim chodzi o wprost porażającą naiwność i ślepotę związaną z zachowaniem Dillona. Im gorzej postępuje, tym mocniej Em trzyma się go, naprawiając i wygładzając problemy. Energia, którą powinna włożyć w ucieczkę, ona wkłada w upiększanie chorego związku. Desperacja zupełnie nie pasuje do ogólnego obrazu, bo jeśli już ktoś jest zdesperowany, wiele obiecuje i robi wszystko, by zatrzymać tę drugą osobę – to jest to osoba raniąca, a nie raniona. Wspomniana wcześniej, źle pojmowana lojalność nie tłumaczy nielogicznych decyzji, które podejmowała bohaterka. Czasem miałam wrażenie, że Emily nie ma w sobie za grosz rozsądku i nie potrafi odróżnić dobrego postępowania od złego; mało tego, ona w ogóle nie umie dostrzec czegoś takiego, jak postępowanie. Czym innym jest świadomość swojej sytuacji i tkwienie w niej nadal (on źle zrobił, ale ja go kocham!), a czym innym jest zachowywanie się, jakby żyło się w zupełnie innej rzeczywistości (ja go kocham! On… on źle się zachowuje? On w ogóle coś zrobił, jak to?). Jest jeszcze coś, co nie przemawia na korzyść Em – jest kobietą, która nie potrafi być sama. Gavin i Dillon wyrywają ją sobie nawzajem, rzucając jak bezwolną laleczką. Emily odczuwa przymus związku, przez co wiecznie jest w czyichś ramionach i nie potrafi stanąć na własnych nogach. Ktoś, kto ma tak duże problemy w trzeźwej ocenie prawidłowych relacji międzyludzkich, powinien pobyć sam i nabrać dystansu do związków, zanim zdecyduje się na jeden z nich. Idealnym finałem tej historii miłosnej byłoby stwierdzenie Em, że zaczęła szanować i pokochała siebie samą. Partnerujący Emily Dillon i Gavin są wykreowani przeciętnie, nie wybijają się na tle innych romansowych obiektów westchnień. Przede wszystkim brakuje im głębi, są jakby wygenerowani z gotowego zestawu. Gavin to mieszanka „o czym marzą kobiety”, czyli oprócz drogiego garnituru i pokaźnej sumy na koncie, posiada również miłą dla oka aparycję i łączy w sobie samca alfa z romantykiem. Dillon skupia w sobie cechy wspólne wszystkich mężczyzn, którzy znęcają się nad partnerkami - jest jak model pokazowy do filmiku instruktażowego.

Jedną z największych bolączek powieści jest strona językowa. Autorka zdecydowanie powinna popracować nad stylem. Używa prostych słów, co samo w sobie nie byłoby zbrodnią, ale dodatkowo topi je w dużych ilościach egzaltacji oraz nieudanych porównań i metafor, co osiąga szczyt w trakcie scen erotycznych. Gdy przeczytałam o pewnej intymnej części ciała zaciskającej się niczym imadło, to zmysłowy nastrój prysł jak bańka mydlana. Są rzeczy, które nie powinny iść ze sobą w parze, a wnoszenie do sypialni narzędzi ślusarskich, nawet metaforyczne, jest jedną z nich.

Nie jest to tytuł, którzy przekona do gatunku zatwardziałych przeciwników, bo na pewno zirytuje ich schematyczność, ale za to ma duże szanse podbić serca czytelniczek, które łakną romansu z wyraźnym erotycznym zabarwieniem. To kolejny tytuł do ich kolekcji – wciąga, oferuje huśtawkę nastrojów i niepewność o los bohaterki. W „Collide” Gail McHugh udowodniła, że nie zamierza zbyt szybko uraczyć bohaterów szczęśliwym zakończeniem. Wir nieporozumień i burza uczuć w życiu Emily, Dillona i Gavina trwają w najlepsze, doprowadzają do coraz ostrzejszych konfliktów. Czy „Pulse” przyniesie spokój czytelnikom i bohaterom? Pewnie tak, ale zanim dotrą do szczęśliwego zakończenia, w ich losach może się sporo zmienić.

10 sie 2015

„The Girl on the Train/Dziewczyna z pociągu" - Paula Hawkins

Powiedzieć, że niecierpliwie czekałam na „Dziewczynę z pociągu” i pokładałam w niej wielkie nadzieje – to za mało. Pod względem zainteresowania, śmiało mogę powiedzieć, że jest to moja książka roku. Żaden inny tytuł nie rozbudził aż takiej ciekawości… i obaw. Obawiałam się, bo przy wielkim zamieszaniu wokół tego tytułu i nakręcającej się machinie reklamowej (Tyle sprzedanych egzemplarzy! Tyle tygodni jako numer jeden na listach bestsellerów! Tyle pozytywnych recenzji!), zaczęłam sobie wyobrażać, że mam do czynienia z literackim, popkulturowym objawieniem – a stąd prosta droga do rozczarowania. Zdecydowanie lepiej podejść do książki bez żadnych oczekiwań, ale w tym przypadku nie da się tego zrobić.

Czy wygórowane oczekiwania zostały zmiażdżone przez rzeczywistość, czy może faktycznie mamy do czynienia z objawieniem?



Tytuł: The Girl on the Train
Autor: Paula Hawkins 
Wydawnictwo, rok wydania: Doubleday
Ilość stron: 320


Polskie wydanie


Tytuł: Dziewczyna z pociągu
Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania [zapowiedź]: 21.10.2015
Ilość stron: 328
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Twarze przemykające za oknem, twarze mijane na ulicy, ludzie śpieszący się gdzieś – być może widzisz ich pierwszy i ostatni raz w życiu. Czekając na przystanku, siedząc na ławce w parku, przestępując z nogi na nogę w kolejce, zajmując miejsce w autobusie, jesteś otaczany przez morze bezimiennych twarzy. Czasem, z nudów, zaczynasz fantazjować: kim jest ten mężczyzna w garniturze i dokąd idzie? O czym myśli ta kobieta zapatrzona w jeden punkt? Kim są w swoich życiach? Kim są ich bliscy? W ramach rozrywki zaczynasz układać im nowe tożsamości, nowe historie; spisujesz w myślach opowieści, które znikną wraz z twoim powrotem do codziennych spraw. A co by się stało, gdybyś podążył za głosem tych historii i stał się kolejnym bohaterem w losach ludzi, którzy nie mają pojęcia o tobie i o rolach, jakie im przydzieliłeś? Jednak najpierw musisz stać się czujnym obserwatorem. Codziennie obserwować te same osoby, przybliżając się do własnych wyobrażeń. Może nadal będzie was dzielić okno w pociągu, którym jeździsz do pracy, ale już zaczniesz zostawiać na nim ślady swoich dłoni i oddechów, gdy zawsze w tym samym momencie, będziesz przybliżał się do szyby, by lepiej widzieć swoich bohaterów. Im dłużej na nich patrzysz, tym dłużej trwa historia. Aż w końcu oni, nieświadomi tego, jak czujnie są obserwowani, zrobią coś, co sprawi, że cała historia zostanie przestawiona na nowe tory. Niewinne fantazje przeistoczą się w obsesję.

Rachel codziennie, o tej samej godzinie, podróżuje pociągiem do Londynu. Na trasie mija osiedle domów jednorodzinnych i szczególną uwagę poświęca parze mieszkającej w jednym z nich. Jess i Jason – bo takie imiona noszą w jej wersji tej historii, mają wszystko, o czym marzy Rachel. Są młodzi, piękni, zakochani, realizują swoje pasje i posiadają wspaniały dom. Nawet nie wiedzą, jakie mają szczęście. Nie mogą tego wiedzieć. Fantazjując na temat cudzych losów, Rachel próbuje zapomnieć o własnym, nieudanym życiu. Topi smutki w alkoholu i nie ma żadnych planów na przyszłość. Pomimo bolesnego rozwodu, nadal kocha byłego męża i robi wszystko, by go odzyskać. Przynajmniej tak sądzi ktoś, kto obserwuje z boku jej poczynania i również ma własną wersję tej historii. Kłamstwa i złudzenia, fantazje i półprawdy zderzają się, gdy pewnego dnia Rachel dostrzega coś, co nie jest przeznaczone dla jej oczu. To wydarzenie może zamienić jej życie w koszmar… A może to Rachel stworzy koszmar na własne życzenie?

Gdybym miała krótko opisać „Dziewczynę z pociągu” to powiedziałabym, że jest to duża zagadka składająca się z szeregu małych łamigłówek. Kluczem do każdej z nich jest prawda, tyle że w świecie kłamców patologicznych oraz kłamców nieświadomych, znalezienie odpowiedzi jest bardzo trudnym zadaniem. Oddzielanie fikcji od faktów jest zresztą jednym z najciekawszych elementów powieści. Hawkins miesza to, co wiemy, z tym, co nam się wydaje i dorzuca do tego okruchy prawdy. W trakcie lektury to wyobrażenia zdają się być pewniejsze niż wiedza, która to ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Autorka buduje historię wokół dość prostego założenia: konfrontacji tego, co wiemy na temat danej osoby, z tym, co jest prawdziwe. Czasem brak jednej, pozornie nieważnej informacji może sprawić, że błędnie kogoś postrzegamy. Bywa też tak, że błędnie postrzegamy własną rolę w jakiejś sytuacji, bo zawodzą nas wspomnienia. Problemy zaczynają się wtedy, gdy musimy dotrzeć do prawdy, która jest pogrzebana głęboko pod siatką konfrontacji kolejnych bohaterów ze sobą i z innymi. Każdy wie coś o sobie i obraca się w roli narzuconej mu przez innych. Każdy wie coś o innych i obraca się w roli, którą sobie narzucił. „Dziewczyna z pociągu” opiera się na powtarzalności miejsc i wspomnień – nie nagminnej, ale niezbędnej do tego, by rozwijać intrygę. Każda wskazówka rzuca nowe światło na sprawę, dzięki czemu znane i oczywiste w swej wymowie wydarzenie, staje się zagadką samą w sobie. Opowieść cechuje kameralność, która w pewnym momencie zamienia się w klaustrofobię. Niewielu bohaterów i jeszcze mniej lokacji zagęszcza atmosferę – kątem oka widzimy przemykający cień, słowa plątają się na końcu języka, pojawiają się myśli, których nie potrafimy uchwycić.

Zachowanie Rachel może niektórych doprowadzić do białej gorączki, więc jeśli jesteście czytelnikami, dla których wartość lektury mierzona jest sympatią do bohaterów – to jeszcze raz rozważcie sięganie po „Dziewczynę z pociągu”. Rachel, jak i każda partnerująca jej postać, mają swój wkład w festiwal charakterów antypatycznych. Każdy jest jakoś poturbowany przez los, każdy postępuje tak, jak mu się podoba, nie zaś tak, jakby sobie tego życzył czytelnik. Mają własne motywy i zasady, które odpowiadają… nikomu. Na pewnym etapie lektury zaczęłam odczuwać przyjemność z tego, że z każdą kolejną stroną autorka karmiła moją niechęć do bohaterów. Kochałam ich nienawidzić i to, że tak bardzo mnie drażnili. Przechodząc do konkretów, mogę powiedzieć, że Rachel jest alkoholiczką, w życiu której pewne jest tylko jedno – upijanie się do nieprzytomności i rozpaczliwe próby przypomnienia sobie wydarzeń sprzed urwanego filmu. Otoczenie określa ją mianem niezrównoważonej. Czy ona jest najgorszą z postaci czy może najlepszą? Dobre pytanie. Biorąc pod uwagę fakt, że żaden z narratorów nie jest wiarygodny, trzeba być ostrożnym z osądem. W pewnym momencie to może zacząć irytować, bo niemożność wyrobienia sobie opinii o danym bohaterze pozostawia czytelnika w zawieszeniu, zupełnie jakby postacie nie mogły istnieć, dopóki ktoś nie ma zdania na ich temat. Patrząc na sylwetki z perspektywy ukończonej lektury, nie można nie zauważyć, że niektórzy niebezpiecznie graniczą z jednowymiarowością. Stanowiąc zbiór pewnych cech, są przedstawiani przez pryzmat jednego pragnienia, które nimi kieruje – zupełnie, jakby nic poza nim nie istniało w ich życiu. Jeśli mamy do czynienia z matką niemowlęcia, to przez całą powieści spełnia ona tylko jedną rolę: chroni dziecko. Jeśli ktoś lubi flirt, to wyłącznie będzie romansować. Cóż, może takie nijakie tło było potrzebne, by rewelacyjna Rachel mogła jeszcze mocniej zabłysnąć?

Mówiąc o „Dziewczynie z pociągu”, nie da się nie wspomnieć o „Zaginionej dziewczynie” Gillian Flynn. To jedno z najczęstszych porównań, chyba nawet użyto go w kampanii reklamowej. O ile takie hasła często są pustymi chwytami, mającymi wzbudzić zainteresowanie, o tyle w tym przypadku kryje się w nim sporo prawdy. Obydwie pisarki dzielą zamiłowanie do mrocznej, niespokojnej i ciężkiej atmosfery. Króluje spleen i aż chciałoby się sparafrazować „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy rozpoczynacie lekturę”. Przyglądają się kondycji małżeństw i rodzin, zdzierają maski, eksplorują psychikę i niejednoznaczne zachowania, zawsze kierując się w stronę mroku. Uwielbiają toksyczne więzi. Badając relacje międzyludzkie, żadna z nich nie wystawia dobrze rokującej diagnozy. Łączy je również podejście do kreowania bohaterek, które zawsze noszą w sobie jakieś skazy – są uzależnione, mściwe, noszą w sobie ciemność i nie potrafią zaufać drugiemu człowiekowi, miotają się, rozkochując i porzucając. Wiele z nich żyje na dnie i tylko niektóre potrafią to ukryć. Przynoszą zgubę sobie i innym. Najczęściej, do tej pory, przedstawiano w ten sposób mężczyzn. Ilu znacie literackich samotnych i zmęczonych życiem alkoholików, którzy są niezdolni do zaangażowania w stały związek, bo najczęściej prześladują ich demony przeszłości? To stały zestaw cech dla powieściowych policjantów chociażby. I choć taka sylwetka nie jest nowością, to teraz wzbudza zainteresowanie, bo przydzielono ją płci, którą do tej pory kojarzono albo z paniami domu, albo z uwodzicielkami – zawsze pięknymi, zawsze partnerującymi wspomnianemu policjantowi. Czytelnicy, pisarze i filmowcy ukochali sobie postacie, które czerpiąc z mrocznych rysów femme fatale, jednocześnie wpadają we własne, fatalne sidła. Występująca w drugim sezonie serialu „True Detective”, detektyw Ani Bezzerides jest absolutnie kapitalną bohaterką, wpisującą się w tę odwróconą rolę, którą obecnie promuje się w thrillerach – spełnia wszystkie klasyczne cechy, ale intryguje, bo jest kobietą (to wręcz prosi się o nawiązanie do serialowej sceny terapii w kręgu, w której Ani jest jedyną kobietą w gronie facetów – prześmiewczy komentarz Pizzolatto znalazłby uznanie u Flynn). Kontynuując, obydwie autorki nawet problem mają z tym samym. W moim odczuciu nie radzą sobie z utrzymywaniem tempa opowiadanej historii, często przesadnie meandrują, rozwlekają, krążą zamiast przejść do sedna. Najwyraźniej wkładają całą energię w tworzenie portretów psychologicznych, potem w intrygę i na koniec nic im już nie zostaje. Hawkins w „Dziewczynie z pociągu” kreuje jednostajny rytm, przerywany pomniejszymi zwrotami akcji – to może działać usypiająco, niczym stukot kół pociągu. Brakowało mi w tym silniejszych emocji, bo obserwowałam perypetie bohaterów ze spokojem, zaś przydarzające się im okropieństwa nie wzbudzały u mnie szybszego bicia serca. Cudownie mroczna atmosfera oraz w różnym stopniu zepsuci bohaterowie niestety nie przełożyli się na trzymanie czytelnika w napięciu. Co zdecydowanie odróżnia Flynn od Hawkins to fakt, że pierwsza autorka kreuje bogatsze historie, garściami sięgając do tła społeczno-kulturowego, często ostro komentując czy wyśmiewając niektóre zjawiska. Osadza perypetie bohaterów w konkretnej rzeczywistości, której poświęca sporo uwagi. U Hawkins mamy tylko intrygę, która mogłaby się rozgrywać wszędzie, bo świat przedstawiony to jedynie makieta. Pod tym względem Flynn ma gigantyczną przewagę.

Powieść wciąga, temu nie zaprzeczę. Chciałam wiedzieć, jak potoczy się historia i jaki będzie jej finał; myślę jednak, że duży wkład w rozbudzenie mojej ciekawości miał ten gigantyczny szum wokół książki. Miałam spore oczekiwania względem intrygi oraz jej rozwiązania, a świadomość tej rzekomej niezwykłości działała dopingująco. Rozplątywałam kolejne wątki, wyłuskiwałam spomiędzy nich fragmenty prawdy na temat dziewczyny z pociągu i w gruncie rzeczy, Hawkins udało się przekonać mnie do tej opowieści. Popularność pomogła na starcie, dalej obroniła się sama. O zakończeniu mogę powiedzieć tyle, że nie szokuje, niespecjalnie zachwyca pomysłowością i łatwo je zauważyć z odległości kilku wcześniejszych rozdziałów. Wpisuje się w ogólny zamysł powieści i może nie tyle pozostawia niedosyt, co przemyka przez te kilka stron, nie akcentując rozgrywających się wydarzeń.

„Dziewczyna z pociągu” jest interesującą powieścią, ale wydaje mi się, że szkodzi jej to zamieszanie – w trakcie lektury czytelnik siedzi jak na szpilkach w oczekiwaniu „To już? To już? Ta niezwykłość, to już? Jeszcze nie? To kiedy będzie?”, a przecież nie o to chodzi. „Dziewczyna z pociągu” nie ma nic wspólnego ze spektakularnością czy z rozmachem. To nie jest książka, w którą będziecie się wczepiać tak mocno, aż zbieleją wam knykcie. Nie jest arcydziełem ani majstersztykiem, ale to nadal kawał dobrego thrillera psychologicznego. W przyszłości chętnie sięgnę po nowe tytuły pióra Hawkins, bo ma zadatki na to, by stworzyć powieść, która wszystkich powali na kolana. Na razie musi usatysfakcjonować mnie mroczny klimat i upiorna niepewność związana z faktem, że nikogo nigdy nie można poznać do samego końca…

Takie uściślenie na koniec: „Dziewczyna z pociągu” nie jest debiutem Pauli Hawkins. Autorka wcześniej wydała kilka książek pod pseudonimem Amy Silver*.
_______
źródła:
* http://www.nytimes.com/2015/01/31/books/paula-hawkinss-journey-to-the-girl-on-the-train.html

5 sie 2015

„Nie zmienił się tylko blond” - Agata Przybyłek

  
Tytuł: Nie zmienił się tylko blond
Autor: Agata Przybyłek
Wydawnictwo, rok wydania: Czwarta Strona, 2015
Ilość stron: 344
Cena: 32,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Czwarta Strona 
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać



Świat stanął na głowie - głowie w kolorze blond

Mężczyźni wolą blondynki? Trzydziestosiedmioletnia pisarka Iwonka, bohaterka powieści „Nie zmienił się tylko blond”, z powodzeniem mogłaby to sparafrazować, bo aktualnie w jej życiu to kłopoty wolą blondynki. Mąż odszedł do innej, zostawiając ją z czwórką dzieci i zwierzyńcem. Po drodze niewierny małżonek zdążył nadmienić, że ich wspólny dom już nie jest taki wspólny. Wieloletni związek rozsypał się niczym domek z kart, zdrada zburzyła rodzinny spokój, a dorobek został wyszarpnięty i skrzętnie przeliczony. Życiowa rewolucja pociąga za sobą szereg wielkich niespodzianek w życiu Iwonki. Już na dobry początek okazuje się, że jej nastoletni syn niedługo zostanie tatą, zaś przyszła babcia, jeszcze-nie-rozwódka, musi przyjąć pod swoje skrzydła jego ciężarną dziewczynę. Przekroczenie progu nowego życia z piątką podopiecznych (i szóstym w drodze) to niełatwe zadanie dla samotnej kobiety. Wrodzony optymizm zamienia się w drogowskaz dla Iwonki, która staje się przywódczynią i opiekunką własnego stadka kłopotów. Na dodatek do głosu dochodzą długo skrywane marzenia…

Literatura kobieca posiada ulubione, sprawdzone historie, które są wielokrotnie poruszane przez różne autorki. Niewątpliwie na szczycie tej listy znajduje się opowieść o kobiecie, która rozpoczyna nowe życie wskutek rozwodu bądź utraty pracy. Powieściowe trzydziesto- i czterdziestokilkulatki rzucają wszystko, pakują walizki i nierzadko lądują na wsi, gdzie odnajdują miłość, sens życia i nowy dom. Agata Przybyłek w swojej debiutanckiej książce również zdecydowała się na wykorzystanie tego schematu, okraszając go gigantyczną dawką humoru, co uczyniło „Nie zmienił się tylko blond” lekturą lekką, dowcipną i podnoszącą na duchu. Recenzowana powieść jest przede wszystkim komedią pomyłek, która łączy w sobie wszystkie odmiany komizmu. Okraszone mnóstwem zabawnych wpadek perypetie nadają lekkości bardzo nieprzyjemnej tematyce zdrady, rozwodu i walki o dzieci. Główna bohaterka jest uroczą trzpiotką, która próbuje okiełznać swoją szaloną rodzinkę: nieprzewidywalne bliźnięta, nastoletnią blond piękność, przyszłego młodego tatę i jego ciężarną dziewczynę oraz… własnych rodziców, którzy również mają swoje wizje dotyczące życia dorosłej już córki. Iwonka wyznaje własną filozofię - pod naporem kłopotów można się załamać, a można też spojrzeć na nie z perspektywy wyzwania. Balansując pomiędzy złośliwym losem, który rzuca kłody pod nogi oraz przekonaniem, że wszystko się jakoś ułoży, główna bohaterka znajduje w sobie siłę, by stawić czoła codzienności. Czasem tylko to roztrzepanie Iwonki było niepotrzebnie przesadzone, przez co stawała się taką głupiutką, nierozgarniętą panienką. Infantylizacja doświadczonej matki i przyszłej babci wcale nie była potrzebna, komizm dałby sobie radę bez tego.

„Nie zmienił się tylko blond” ma w sobie sporo ciepła i takiej swojskości, która potrafi otulić czytelniczkę. Myślę, że ta powieść, poza dawką relaksu, może też dodać otuchy osobom, które tak jak Iwonka, zmagają się z różnymi codziennymi wyzwaniami. Historie o rozpoczynaniu życia od nowa cieszą się dużą popularnością, bo udowadniają, że nigdy nie jest za późno na zmiany, co z kolei przynosi nadzieję. Jednak optymistyczna wymowa nie tuszuje faktu, że w powieści brakuje większej dawki oryginalności, czegoś, co wybiłoby ją z szeregu podobnych tytułów. Porusza się w obrębie bezpiecznych schematów, nawiązując do historii, które już znamy i właściwie nie wprowadza żadnych zmian. To jej największa bolączka, bo gdyby nie zawarty w niej humor i urok, to miałaby problem z tym, by się „wybronić”, nawet na własnej półce gatunkowej. Czytelniczki, które oczekują dobrze znanej, pełnej ciepła atmosfery oraz lekkiej historii, która podnosi na duchu, choć jest za to niezbyt odkrywcza, powinny być usatysfakcjonowane lekturą „Nie zmienił się tylko blond”. Gdybym miała bazować na swoich skojarzeniach, to połączyłabym postać Bridget Jones stworzoną przez Helen Fielding ze skrzyżowaniem cyklu „Rozlewisko” Małgorzaty Kalicińskiej i powieści „Nigdy w życiu!” Katarzyny Grocholi.

„Nie zmienił się tylko blond” otwiera nową serię Czwartej Strony - serię z babeczką. Historia pierwszej babeczki, wesołej i przesympatycznej Iwonki, to dobra propozycja dla czytelniczek, które lubią kolejne wariacje na temat zaczynania życia od nowa oraz cenią sobie rodzimą literaturę kobiecą. Odwiedziny u ekscentrycznej i hałaśliwej rodziny każdemu poprawią humor, znajdując promienie słoneczne w nawet najbardziej ponurym dniu. Idealna lektura do kawy… i babeczek.

1 sie 2015

Liebster Blog Award z Fishtalks, czyli o OTP, guilty pleasure i tym, że jestem złym człowiekiem


Dziś pojawi się wpis z gatunku tych lżejszych, czyli odpowiedzi na pytania zadane w ramach Liebster Blog Award. Tym razem nominację otrzymałam od Kamili Ryby z bloga [Fishtalks], za co bardzo dziękuję. Przyda się trochę wytchnienia, skoro w planach kolejne recenzje, konkurs oraz wpis na temat, który ostatnio mnie prześladuje.

Ale nie uprzedzajmy rozwoju wydarzeń… :) 

Wymarzony cel podróży? 


Trudno mi wybrać jeden… Marzy mi się Londyn, Włochy, francuska Prowansja, Nowy Jork z całymi Stanami, które chciałabym zjechać wzdłuż i wszerz, Afryka, Azja Południowa… Sporo tego. 

Gdybyś mogła/mógł cofnąć się w czasie i spotkać kogoś - kogokolwiek, to kogo?

Podchwytliwe pytanie – a co, jeśli w wyniku tego spotkania zmieniłabym przyszłość i nigdy nie przyszła na świat? :) Jeśli jednak założymy, że nie spotkałyby mnie żadne konsekwencje, to chyba odpuściłabym sobie spotykanie się z jakąś sławą i zamiast tego prześledziłabym losy swojej rodziny i spotkała się z jakimś przodkiem – im dalej w przeszłość, tym lepiej. Przy okazji miałabym bezcenny wgląd w tamte czasy. 

Film i książka, po które NIGDY nie sięgniesz? 

Staram się nie narzucać sobie takich ograniczeń, ale mam określone obszary, które mnie nie interesują. Raczej nie sięgnę po książki ultrareligijne (jakiejkolwiek religii by nie dotyczyły). Omijam poradniki rozmaitych celebrytów, którzy radzą jak gotować, ubierać się, wychowywać dzieci, chudnąć i takie tam… Jeśli chodzi o filmy, to właściwie nie wiem, czy jest taki tytuł/gatunek, który będę wiecznie ignorować. 

OTP (one true pairing) - czyli fikcyjna para, którą shipujesz i która powinna być razem teraz i na zawsze? 


Wiem, która para nie budzi we mnie ciepłych odczuć – Ron i Hermiona. Pomyłka totalna. Jeśli kiedykolwiek napisałam, że odpowiada mi to połączenie, to chyba musiało mnie zaćmić. Teraz intensywnie zastanawiam się, czy istnieje taka para, którą popieram ponad wszystko. Chyba za bardzo lubię mieszać i wyobrażać sobie alternatywne rozwiązania, a w przypadku każdej szczęśliwej pary najchętniej bym ją rozdzieliła, bo w fikcji lubię dramatyczne, nieszczęśliwe zakończenia. Im więcej łez i cierpienia w życiu bohaterów, tym lepiej. Jestem złym, złym człowiekiem :) 

Mówiąc poważnie, niewiele par z młodzieżówek mnie do siebie przekonuje. Katniss x Peeta to też nie jest moje wymarzone połączenie. Obecnie (to jest przez najbliższy rok - do wydania drugiego tomu) mocno kibicuję pewnej parze, której imiona rozpoczynają się na F i na R z powieści „A Court of Thorns and Roses”. Nie chcę tutaj wdawać się w szczegóły, bo książka nie została jeszcze wydana w Polsce, powiem tylko tyle, że to jest świetne i ja to popieram. 


Zapomniałabym o najważniejszym – przede wszystkim Arwena i Aragorn. 


O! Mam jeszcze jedną parę! 

Amy x Nick Dunne! 



…tak, wiem, jestem straszna.

Rzecz/zachowanie, które najbardziej cię irytuje? 


Jeśli ktoś spędza cały czas na narzekaniu i szukaniu dziury w całym, właściwie całą energię wkładając w bezczynne biadolenie. Nie lubię też chamstwa i hejterstwa, które w sieci przybrało formę rozrywki (hejterskie rajdy internetowe? Coś takiego naprawdę istnieje). 

Filmowe/serialowe guilty pleasure? 

Jeśli chodzi o seriale, to od razu przychodzą mi do głowy „Dwie spłukane dziewczyny”, które nałogowo oglądam (cóż, teraz czekam na nowy sezon :) ) oraz serial MTV – „Faking It”. Poza tym oglądam „Grę o Tron”, „True Detective”, „American Horror Story”, „Supernatural”. Filmowe guilty pleasure to wszelkie sparksopodobne romansidła i komedie zawierające nie zawsze wysokich lotów humor. 

Do jakiego domu w Hogwarcie należysz, lub myślisz, że tam pasujesz? 

Rozwiązałam trzy testy: pierwszy przydzielił mnie do Gryffindoru, drugi do Ravenclaw, trzeci też do Gryffindoru. Sama jestem rozdarta pomiędzy Gryffindorem a Slytherinem. Bo dlaczego nie? W końcu to Draco Malfoy był moją wielką, fikcyjną miłością, gdy byłam młodszą nastolatką, a z drugiej strony - to u Gryfonów działo się najwięcej :) 

Ulubiony zespół/muzyka? 

Od popu (pop-rock? pop-punk?) przez brzmienia indie do alternatywnego czy cięższego rocka – nie rozmieniam gatunków na drobne, bo utonęłabym przed wymienieniem połowy z nich. Czasem lubię niektóre kawałki z list przebojów, a czasem mam wstręt do tego, co jest na topie. 

Oceniasz książki po okładce a filmy po plakatach? 

Staram się tego nie robić („staram” – słowo klucz), jednak czasem zdarza się, że wyrabiam sobie opinię na temat książki/filmu na podstawie oprawy wizualnej. Okładka i plakat mogą zaintrygować, zapowiadać atmosferę historii i zasiać taką nieco irracjonalną myśl „o, to może być dobre”. Nie wiem, może to przekonanie tworzy się na zasadzie skojarzeń – jeśli twórcy zadbali o dobre pierwsze wrażenie, to całość pod względem dopracowania też będzie trzymać poziom. Z tym to akurat różnie bywa… Już po zapoznaniu się z zawartością, dzieło nie ma taryfy ulgowej z powodu dobrej oprawy. Mogę wspomnieć o ciekawiej grafice – i tyle. Tak samo nie traktuję gorzej tytułów, które mają skromny, bądź niezbyt cieszący oczy plakat.

Twój ulubiony youtuber? 

Mam rozeznanie w gwiazdach Youtube’a, wiem, kto jest napopularniejszy i co się obecnie ogląda, ale przyznać muszę, że nie tropię na bieżąco doniesień z ich życia. W ramach lekkiej rozrywki i na poprawę humoru włączam vlogi Shane’a Dawsona, Jenny Marbles czy Bunny Meyer. Często oglądam filmiki przygotowane przez ekipę CollegeHumor i BuzzFeeda. Nie mogę też zapomnieć o Cinema Sins i Screen Junkies. O dziwo, niezbyt często oglądam vlogi książkowe, ale jeśli już to robię, to szukam filmiku poświęconego konkretnej książce, nie osobie. Jeśli chodzi o lubiany kanał, to oglądam jedną z popularniejszych osób z książkowej vlogosfery czyli Christine Riccio z polandbananasBOOKS

Dlaczego prowadzenie bloga ma sens? 


Interesujące pytanie. Dla mnie prowadzenie bloga ma sens, bo pozwala się rozwijać. Począwszy od ujarzmiania myśli w słowo pisane, a na poszerzaniu horyzontów skończywszy – poznajemy nowe tytuły, nowe gatunki, nowe osoby. Z czasem pracujemy nad stylem i zasobem słownictwa, bo cudze wpisy oraz polecane przez nie książki mają na nas swój wpływ. 

_________________
[!] źródła gifów: