28 lip 2015

„Koneser” - Joanna Opiat-Bojarska


Tytuł: Koneser
Autor: Joanna Opiat-Bojarska
Wydawnictwo, rok wydania: Czarna Owca, 2015
Ilość stron: 352
Cena: 29,99 zł


~~***~~ 


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Czarna Owca
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać
 
http://lubimyczytac.pl/



Ciała można pożądać na wiele sposobów

Określenie „sprzedawanie ciała” nie jest tak jednoznaczne, jakby to się mogło wydawać. Często kojarzymy je z seks-biznesem, z kolei zestawienie cielesności i pożądania kieruje nasze myśli w kierunku zbliżeń, erotyki i zmysłowości. Krąg się zamyka, udowodniliśmy, że nie ma innej opcji. Pierwsze skojarzenia mogą nas zgubić i narzucić myślenie, które odcina nam drogę do szerszej perspektywy. Bo przy połączeniu cielesności i pożądania, seks to tylko jedna z opcji, za to druga ma wiele wspólnego ze śmiercią… Bohaterowie występujący w powieści „Koneser” na własnej skórze przekonują się, że pożądanie i bliskość to często najmniej oczywiste połączenie.

Najpierw zostają odnalezione szczątki kobiety, potem okaleczone zwłoki mężczyzny. Od samego początku śledztwo jest niełatwe: niewiele tropów, wykluczające się wskazówki, ślepe uliczki. Policyjny duet Burzyński i Majewski łączą swoje siły, z pomocą intuicji oraz doświadczenia kompletując kolejne fragmenty zbrodniczej układanki. Poszukiwania zabójcy prowadzą ich wprost do świata płatnej miłości, ale spokoju nie daje im myśl, że to tylko zasłona, którą trzeba zerwać, by dotrzeć do makabry.

"Seksbiznes, czerwony rynek i tajemnice z przeszłości w mistrzowsko skonstruowanym kryminale. Wniknij w świat, w którym ciało jest tylko towarem.

Wakacyjny spokój mieszkańców Poznania burzą makabryczne odkrycia. W odstępie kilku dni w lesie zostają odnalezione szczątki kobiety, a na terenie starego pruskiego fortu wypatroszone ciało mężczyzny.


Obie sprawy prowadzi zgrany policyjny duet: doświadczony Burzyński i niepokorny Majewski. Przy ciele mężczyzny odnajdują wiadomość od mordercy. W poszukiwaniu odpowiedzi na mnożące się pytania pomaga im chłodna i zdystansowana antropolog sądowa Anita Broll.


Tropy wiodą w stronę bezlitosnych handlarzy żywym towarem...


Tymczasem tajemniczy mężczyzna o osobliwych potrzebach chce, by oczy całej Polski zwróciły się na niego."

źródło: Wydawnictwo Czarna Owca

Akcja w „Koneserze” rozgrywa się dwutorowo – oprócz toczącego się śledztwa jesteśmy świadkami enigmatycznego wywiadu. Na początku nie wiemy, kto z kim rozmawia i co tak naprawdę jest tematem dialogu. Wraz z rozwojem wydarzeń otrzymujemy kolejne informacje i musimy dopasować je do policyjnej zagadki. Autorka stopniowo odsłania tajemnice, do samego zakończenia chowając asa w rękawie. „Koneser” nie jest typową powieścią spod znaku „kto zabił?”, bowiem morderca jest zaledwie ogniwem w łańcuchu procederów, które próbują rozwikłać policjanci. Odnalezienie zabójcy wcale nie kończy śledztwa – a wręcz tworzy nowe pytania. Jednym z nich, fundamentalnym, jest „dlaczego?”; ono nadaje sens historii i ukazuję ją w innym świetle. Śmierć staje się linią, która łączy kolejnych bohaterów, krzyżuje ich losy i potrafi je poplątać. Praca bezlitośnie wkrada się w życie postaci, dzięki czemu czytelnik ma szansę, by choć odrobinę poznać każdą osobę od strony prywatnej. Ich zmagania obejmują niełatwy start w dorosłość czy problemy rodzinne, zdrowotne i finansowe.

Tak naprawdę nie miałabym „Koneserowi” nic do zarzucenia, gdyby był on bardziej rozbudowaną powieścią. Wszystko w nim jest poprawne, intryga w interesujący sposób zatacza koło, jednocześnie splatając się z losami bohaterów, ale po skończonej lekturze nie mogłam zwalczyć uczucia niedosytu. Należę do czytelników, którzy uwielbiają „rozsiąść się” w świecie przedstawionym, lubię drobiazgowość w wykreowanej rzeczywistości i dogłębność – tak, by temat był na granicy wyczerpania. Z tego powodu odniosłam wrażenie, że wiele wątków poruszonych w „Koneserze” wykorzystano zaledwie w połowie; na tyle, na ile było to potrzebne do ubarwienia śledztwa. Polska rzeczywistość, życie prywatne bohaterów i zjawisko seks-biznesu to tematy, którym można było poświęcić więcej miejsca i pomiędzy nimi osadzić śledztwo zamiast działać odwrotnie. Niektóre wątki zakończono zbyt szybko bądź też potraktowano je pobieżnie, szczególnie te związane z młodszymi bohaterami i ich perypetiami. Jeśli ktoś woli „skondensowane” kryminały, powinien być usatysfakcjonowany lekturą „Konesera”.

„Koneser” Joanny Opiat-Bojarskiej udowadnia, że ciała można pożądać na wiele sposobów, zaś niektóre z nich prowadzą do mrocznych zakamarków umysłów i miast. Bohaterowie podejmują złe decyzje w dobrej wierze, a wszystko przez pragnienia, które nimi kierują. Z tego połączenia wyrasta kryminał z zaznaczoną płaszczyzną obyczajową – bo każda zbrodnia jest elementem jakiejś codzienności, naszej codzienności i możemy nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że kiedyś nadepnęliśmy na linię, która łączyła oprawcę i jego ofiarę…

24 lip 2015

„Mroczny zakątek” - Gillian Flynn

„Kawa doskonale pasuje do nagłej śmierci.”*

Ja dodałabym jeszcze papierosa w drżącej dłoni i telefonowanie nad ranem. 



Tytuł: Mroczny zakątek
Autor: Gillian Flynn
Wydawnictwo, rok wydania: Znak, 2014
Ilość stron: 512
Cena: 36,90 zł  


~~***~~


"Co naprawdę wydarzyło sie tej nocy, kiedy zamordowano matkę i dwie starsze siostry Libby Day?

Libby Day była małą dziewczynką, gdy zamordowano jej matkę i dwie starsze siostry. To jej zeznania doprowadziły do skazania jej piętnastoletniego brata Bena na dożywocie.

Dziś, po dwudziestu pięciu latach, Ben nadal siedzi w więzieniu, a Libby desperacko potrzebuje pieniędzy. Kiedy więc członkowie Klubu Zbrodni, stowarzyszenia, które fascynuje się tajemniczymi zabójstwami uznają, że Ben został niesłusznie skazany i proponują jej pieniądze w zamian za pomoc w jego uwolnieniu, Libby nie może się nie zgodzić. Musi poradzić sobie z demonami przeszłości, ocenić, co naprawdę pamięta z tamtej nocy, a co wmówiono jej w trakcie śledztwa i wreszcie poznać prawdę o swojej rodzinie. 


Czy brutalnego morderstwa dopuścił się brat, posądzany o satanizm? Czy śledczy popełnili błąd?"
źródło: Wydawnictwo Znak

Zbrodnia żyje dzięki cudzej śmierci, czasem nawet zyskuje nieśmiertelność. Nie pozwalamy jej odejść – przynajmniej nie za szybko. Jeśli akurat nie fascynują nas sylwetki prawdziwych morderców, to ku uciesze i rozrywce wymyślamy setki fikcyjnych. Kryminały, thrillery nasączone prawdziwymi historiami – bo chcemy wiedzieć, jak było, jak bardzo strasznie, jak okrutnie. Powstają reportaże, powieści, rekonstrukcje filmowe bazujące na aktach ze śledztwa. Mrożące krew w żyłach szczegóły są w cenie. Rzeczy należące do morderców bądź zamordowanych stają się „gadżetami” sprzedawanymi na spore sumy. Niektóre miejsca zbrodni stają się muzeami. Przestroga na przyszłość, chęć uczczenia pamięci skrzywdzonych czy zwykła ciekawość? Ludzie są spragnieni doniesień, niektórzy żyją nimi długo po zakończeniu śledztwa. Snują teorie, gromadzą dokumenty, dzielą się spostrzeżeniami z innymi, bo dla nich sprawa żyje, oferując zastrzyk zwietrzałej adrenaliny. Niektórzy są geniuszami, którzy potrafią rozszyfrować sekrety zmarłych. Pozostaje pytanie – co nimi kieruje? „Mroczny zakątek” oferuje wgląd w jedną z takich grup. Klub Kryminalnych Ciekawostek sprzymierza się z Libby Day, postanawiając rozwikłać tajemnicę bestialskiego zabójstwa, którego ofiarą padły dwie siostry i matka Libby. Według policji był tylko jeden winny: Ben Day, najstarszy z dzieci. Skazany jako piętnastolatek, od dwudziestu pięciu lat odsiaduje wyrok dożywocia. Według Klubu KC, w trakcie śledztwa pominięto zatrważającą ilość dowodów i niesłusznie oskarżono Bena o potrójne morderstwo. Doszczętnie spłukana Libby widzi w prywatnym śledztwie Klubu szansę na zarobek. Angażując się w zbieranie kolejnych elementów układanki, próbuje zrozumieć, co tak naprawdę wydarzyło się tamtej tragicznej nocy, a co było tylko skutkiem masowej histerii. Próbuje nie dopuszczać do siebie myśli, że jej zeznania mogły wtrącić za kraty niewinnego człowieka. Tylko czy w tej sprawie w ogóle ktoś jest niewinny?

Z pewnością trzeba oddać Flynn to, że świetnie zarysowuje tło kulturowe i społeczne. Eksploruje zbrodnię nie tylko poprzez śledztwo i bezpośrednie motywy sprawcy, ale odwołuje się również do środowiska, które może rozciągać się na cały kraj – ba, na świat! Przygląda się osobom dotkniętym przez zbrodnię: tym, którzy popołudniami zabierają dzieci do domu i każdej nocy zatrzaskują drzwi; tych, którzy układają kolejne scenariusze i przypomina im się, jak rzekomo tydzień temu widzieli, że podejrzany dziwnie się zachowywał; są też ci, którzy gorliwie wierzą w niewinność oskarżonego i chcą zrobić wszystko, by go uwolnić. Każdy jakoś próbuje wytłumaczyć sobie to, co się stało. Jak na znalezienie domniemanego mordercy reagują ludzie? Och, jak chętnie wydają wyroki, jak barwnie opisują, co by z nim zrobili. Wychodzą z założenia, że za niewinność go nie zgarnęli. Już samo bycie podejrzanym przekreśla człowieka. Gdy machina rusza, trzeba naprawdę silnych psychicznie stróżów prawa, którzy są w stanie oderwać się od rozgorączkowanego tłumu i dokładnie zbadać każdy dostępny trop. Bez sugerowania się, bez zawężania swoich horyzontów. W „Mrocznym zakątku” Flynn skupia się na osobach, które nie mają takiej siły i kreuje bardzo realny scenariusz, w którym to KTOŚ ma zostać ukarany, bo na KOGOŚ musi wskazać policja. Upersonifikowane zło wsadzone za kraty sprawia, że od razu czujemy się bezpiecznie. Prawda staje się tym, w co wierzą – niekoniecznie zaś tym, co wydarzyło się naprawdę. W ich rzeczywistości Ben Day zabił, ale czy rzeczywiście tak było?

Flynn wybrała interesujący okres na zbrodnię i by w pełni zrozumieć „Mroczny zakątek”, trzeba sięgnąć do nieodległej historii. Nie mamy tutaj do czynienia wyłącznie z morderstwem, ale również z jednym z niezwykłych zjawisk kulturowych. Otóż w latach 80. i 90. w Stanach wybuchło tak zwane „satanic ritual abuse panic” znane również pod nazwą „Satanic Panic”, czyli fala paniki opartej na przekonaniu, że dzieci i dorośli masowo padali ofiarą satanistycznych obrzędów, a za wszystkimi brutalnymi morderstwami stali sataniści, którzy w ten sposób oddawali cześć złu. W tym samym czasie, pokrywając się z „Satanic Panic”, rozgrywała się również „Day-care sex-abuse hysteria”, która z kolei dotyczyła molestowania i znęcania się nad dziećmi w przedszkolach oraz często była łączona z rzekomym satanizmem opiekunów. Do wybuchu paniki przyczyniło się m.in. wydanie w 1980 roku książki „Michelle Remembers”, napisanej przez psychiatrę Lawrence Pazdera i jego pacjentkę, Michelle Smith. Opisano w niej przypadek kobiety, która za sprawą terapii odzyskuje wspomnienia i twierdzi, że jako dziecko była torturowana i poddawana satanistycznym obrzędom. Podobno był to pierwszy tytuł, który podjął temat rytualnego wykorzystania przemocy. Później udowodniono, że informacje zawarte w książce były fałszywe – ale zło już się stało. Silne zakorzenione w kulturze chrześcijaństwo pomogło histeriom rozprzestrzenić się na cały kraj, przybierając rozmiary niemal biblijnego pojedynku dobra ze złem. Księża i wierni upatrywali w tym działań samego diabła. Czy trudno się temu dziwić? Raczej nie. Brutalne okaleczenia i zabójstwa wtłoczone w ramkę satanizmu stały się realnym i nazwanym wrogiem. Ludzie byli przekonani, że wiedzieli z czym muszą walczyć i jak to zrobić. Na celowniku znalazła się również ówczesna popkultura. Jednak, jak zawsze, histeria całkowicie zepchnęła rozsądek na margines. Można by się śmiać z tej obsesji na temat strachu, który ma wielkie oczy, gdyby nie fakt, że polowanie na czarownice podsycane miejską legendą i krwawymi plotkami zaowocowało… naprawdę sporą liczbą osób skazanych na wieloletni pobyt w więzieniu. Prawda jest taka, że satanizm nie miał nic wspólnego z tymi przestępstwami, często jako kozły ofiarne osądzano niewinne osoby - na dodatek wiele oskarżeń o przemoc i molestowanie było nieprawdziwych; zmyślonych wskutek histerii. Wystarczy wymienić takie głośne sprawy jak: Trójka z Memphis, małżeństwo Keller z Oak Hill, Kimberly Simon czy przedszkole McMartin. Na tej płaszczyźnie, „Mroczny zakątek” przypomina mi m.in. film „Diabelska przełęcz” luźno bazujący na książce Mary Leveritt, opowiadającej o prawdziwej, nierozwiązanej od 1993 roku sprawie „Trójki z Memphis” (West Memphis Three), nastolatków oskarżonych o satanizm i wyjątkowo okrutne morderstwo. Klimatyczno-tematyczny posmak tamtej historii sprawia, że z łatwością można dostrzec to, jak dobrze orientuje się Flynn w ówczesnych obsesjach społeczeństwa. Tragedia Dayów jest fikcyjna, ale równie dobrze można ją potraktować jako symbol tego, co się wtedy naprawdę działo. Ben Day ma wiele wspólnego z jednym ze skazanych z Memphis, Damienem Echolsem, ale w gruncie rzeczy nie jest to nic dziwnego. O satanizm (a w związku z tym o popełnienie zbrodni) oskarżano osoby spełniające pewne warunki: pochodziły z ubogich czy też rozbitych rodzin, nosiły się na czarno, słuchały ciężkiej muzyki, oglądały krwawe filmy grozy, czytały horrory i dorośli uważali, że „dziwnie” się zachowują. W przypadku Trójki, społeczeństwo również się podzieliło – część toczyła wieloletnią batalię o uwolnienie skazanych, zaś ich przeciwnicy do tej pory przedstawiają nowe argumenty przemawiające za ich winą.

Media w mniejszej bądź większej części obrywają w każdej z powieści. „Zaginiona dziewczyna” dała temu prawdziwy popis. Śledztwo na żywo z dostawą do domu – istne reality show ze śmiercią jako celebrytką, otoczoną pięknym korowodem plotek i tabloidową pogonią za sensacją. Autorka bezlitośnie obnażyła rozdźwięk w myśleniu, które oczywiście potępia zło i jest oburzone, ale jednocześnie rozwlecze te flaki na wizji, bo ktoś inny chętnie autopsję obejrzy. Rzetelność umarła pierwsza, bardziej liczy się to, kto wyżej wejdzie po cudzych trupach – awanse w policji, rosnąca oglądalność, sprzedaż książki. Po części Flynn wskrzesza ją w „Mrocznym zakątku”, ale i tak ma długą drogę do przejścia. Najpierw musi przedrzeć się przez idee wszelakich „pisanych na gorąco” pseudo reportaży, które dokładają swoją cegiełkę do histerii, plotek krążących szybciej niż fakty i zakłócających osąd wielu osób oraz polowania na czarownice. Na tej płaszczyźnie „Mroczny zakątek” robi piorunujące wrażenie. Drobiazgowość, tło akcji, odwołania do głośnych morderstw i nawiązania do satanistycznej histerii kreują atmosferę znaną z innych powieści Flynn. Przygnębienie, mrok, niepokój to obowiązkowa trójca. Osoby szukające „tego” klimatu i emocjonalnego bagna nie będą zawiedzione.

Zbrodnicza maskarada w życiu i nieżyciu Dayów trwa od dwudziestu pięciu lat. Czytelnik poznaje ją dzięki przeplatającym się płaszczyznom – przeszłości, która odlicza kolejne godziny do masakry oraz teraźniejszości, w której dorosła Libby próbuje odtworzyć te same godziny. Historia krążyła i krążyła, i krążyła niczym sęp nad padliną, powoli zataczając coraz ciaśniejsze kręgi. Trochę czasu zajęło jej zatopienie pazurów w resztkach. Libby chodzi od osoby A do osoby B, potem C, D, E… Zbiera relacje z tragicznej nocy i próbuje rozerwać kokon milczenia, który otula wspomnienie zabójstwa. Teraźniejsze rozdziały poświęcone prywatnemu śledztwu niestety nie były pozbawione dłużyzn. Jako czytelnik byłam biernym obserwatorem rozmów – nie mogłam nawet spróbować rozwiązać zagadki (choć na jeden ważny element wpadłam nadspodziewanie szybko), dlatego że do samego końca autorka nie zdradza zbyt wiele i nawet jeśli bohaterka bądź jej pomocnicy na coś wpadają, to zatrzymują to dla siebie. Przynajmniej przez pewien czas. Zdecydowanie ciekawsze były rozdziały z przeszłości. Obserwowanie perypetii Dayów, wiedząc, jak wszystko się zakończy, oferuje naprawdę duży dreszczyk emocji. Niecierpliwie wyczekiwałam, aż autorka odsłoni całą intrygę. Pozostaje tylko pytanie – czy jestem z niej usatysfakcjonowana? Tak, choć poziomem bliżej jej do „Ostrych przedmiotów” niż „Zaginionej dziewczyny”. Taka satysfakcja bez okrzyku „wow!” i bez szokowania.

Libby Day jest dość interesującą postacią. To kolejny przykład flynnowskiej bohaterki „po przejściach”. Libby żyje, bo umrzeć jeszcze zdąży. To jedno jej nie ucieknie, na to zawsze będzie czas. Depresyjny instynkt przetrwania popycha ją na skraj przepaści i tak trzyma – czasem za rękaw, czasem za szlufkę od paska. Choć nie może się cofnąć, to brakuje jej również impulsu, by się wyrwać i spaść. Od prawie dwudziestu pięciu lat wegetuje, żerując na śmierci własnej rodziny. Pogrążona w marazmie, nic nie robi, bo datki od współczujących przez dłuższy czas spływały szerokim strumieniem. Od pierwszych stron jest tak złośliwa, że aż mnie to bawiło, istna siostrzyczka Amy Dunne czy Camille Preaker. Aspołeczna, niesympatyczna, odcięta od świata – umówmy się, kto by taki nie był po tym, co jej się przytrafiło? Libby ma wielką bliznę na psychice i w tym przypadku tragedia upadła na bardzo podatny grunt. Dziecko-odludek, które rzeczywiście zostało samo, zamieniło się w dorosłą, która chciała być sama; morze łez przelało się w morze wyrzutów sumienia i alkoholu. Libby niemalże stała się kolejną ofiarą oprawcy, ale nie tylko on przyczynił się do jej krzywdy. Okaleczyło ją również to, że „w sprawie” stałą się kukiełką, która miała odpowiadać na pytania. Porzucono ją, gdy spełniła swoją rolę, choć była wtedy małą dziewczynką. Gdyby autorka zdecydowała się na stworzenie wesołej, optymistycznej Libby, która z pokorną podchodzi do życia i dzielnie znosi cierpienie – to zupełnie bym w to nie uwierzyła. Nie po takich przejściach.

„Mroczny zakątek” to dobry
thriller, ale jednocześnie nie zaliczę go do najlepszych powieści Gillian Flynn. Początek wzbudził moją ciekawość, środek połowicznie mi się dłużył i dopiero widmo finału ponownie zachęciło mnie do zaangażowania w lekturę. Drobiazgowa i interesująca jak diabli historia, poprzez zbyt rozwlekłe opisanie, hamuje czytelnika przed błyskawicznym pochłonięciem książki. Jednak mimo nierównego tempa, absolutnie nie żałuję lektury, bo była fantastyczna. Istnieją książki, które potrafią uchwycić zapach zła – myślę, że „Mroczny zakątek” jest jedną z nich. Pachnie spalenizną, krwią, wilgotną ziemią, rani jak żyletka i wciąga w bagno umysłów. Tutaj wszyscy są winni, tyle że nie każdy zrobił to, o co się go oskarża. Mam nadzieję, że Gillian Flynn nie skończy swojej pisarskiej przygody na trzech powieściach. Z takim talentem do kreowania wżerającego się mroku, nie może pozostawić czytelników tylko na pastwę Amy Dunne, Camille Preaker i Libby Day.

Czekamy na kolejną diablicę. 


_____________________
* cytat z: „Mroczny zakątek” G. Flynn

21 lip 2015

Epik Box #1 - recenzja lipcowej edycji


Przede wszystkim wejdźcie na stronę Facebookową: [TUTAJ] i polubcie profil EpikEkipy, okażcie wsparcie ruszającej inicjatywie.

Jak możemy przeczytać na stronie sklepu: „EpikBox to magiczny box subskrypcyjny dostarczany co 3 miesiące wprost pod Twoje drzwi. Każdy EpikBox będzie zawierać jedną książkową nowość z nurtu Young Adult i od 3 do 5 gadżetów, które pomogą Ci wyrazić swoją miłość do czytania". Jest to subskrypcja książkowa, która w założeniu przypomina zagraniczne akcje, takie jak OwlCrate, Uppercase, Book Riot, The Book(ish) Box czy The Bookworm Box. Pudełko, które często posiada motyw przewodni na daną edycję, łączy w sobie literaturę i gadżety. EpikBox to polska akcja, która wystartowała całkiem niedawno, w lipcu. 

Zgodnie z tym, co napisano na stronie, jeśli chodzi o książkę, którą można znaleźć w pudełku, to spełnia ona kilka kryteriów:
po pierwsze - została staranie wybrana spośród książkowych nowości z ostatnich 36 dni poprzedzających wysyłkę box’a, przez Kerach z BookGeek,
Po drugie - ma w sobie coś wyjątkowego,
Po trzecie - jest pierwszą książką z serii/samodzielną powieścią,
Po czwarte – należy do kategorii Young Adult z różnych gatunków… dystopia, sci-fi, fantasy czy obyczajówka.
Po piąte - jeśli książka będzie dostępna w dwóch wariantach – miękkiej lub twardej oprawie, to w EpikBox zawsze znajdziesz ją w wydaniu z twardą okładką

Każdy EpikBox, oprócz książki, zawiera także:
- Od 3 do 5 książkowych akcesoriów (torby, plakaty, zakładki, kubki, przypinki itp.);
- Osobistą notatkę od jednego z redaktorów BookGeek (bądź gościa) wyjaśniającą, dlaczego warto jak najszybciej przeczytać powieść, którą znalazłeś w pudełku;
- Ekskluzywne materiały i bonusy.



Poprzez stronę [Epikbox.pl] składasz zamówienie na subskrypcję z danego miesiąca (czyli, na przykład, płacisz za subskrypcję lipcową, która obejmuje jedno pudełko). Box trafia do sprzedaży pierwszego dnia miesiąca, zaś wysyłany jest dziesiątego. Jednorazowa subskrypcja EpikBox to 47 zł (+14 zł koszt wysyłki). Jeśli ktoś zdecyduje się na odbiór osobisty w Warszawie, wtedy płaci tylko za subskrypcję.

Na stronie sklepu, ekipa podrzuca kilka wskazówek, które pomagają w rozwiązaniu zagadki „jaka książka będzie w pudełku?” – tym razem mój strzał był celny. Portale takie jak Goodreads, Amazon i BookGeek zdecydowanie pomagają w śledztwie.

Edycja październikowa trafi do przedsprzedaży dość szybko, już 23 sierpnia.



Każda edycja ma swój motyw przewodni. W przypadku lipcowego pudełka, motywem tym było „Superpower”, czyli supermoc. Co się kryje wewnątrz paczki przeznaczonej dla superbohatera, jakim jest Mól Książkowy?


J.K.Rowling reprezentuje magiczną stronę mocy i idealnie pasuje do tego EpikBox’a. Co prawda do cytatu wkradł się błąd, ale zrzućmy winę na chochliki kornwalijskie. Pamiętacie te paskudy z drugiego tomu o przygodach młodego czarodzieja?


Największy złoczyńca w tym pudełku, czyli pocięty miękki karton i pochodzący z niego pyłek. Trochę czasu spędziłam na otrzepywaniu stołu, gadżetów i siebie; upierdliwiec wdarł się nawet pomiędzy stronice książki. Jeśli zabraknie go w następnych pudełkach, to uwierzcie mi na słowo – nie będę za nim tęsknić.


Gwiazdą każdego Epika jest oczywiście książka. W tej edycji otrzymaliśmy „Stalowe serce” Brandona Sandersona wraz z krótką recenzją, która zapowiada fascynującą lekturę dla adeptów w świecie niesamowitej mocy.
(cena okładkowa: 34,90 zł)

„W zdewastowanym świecie przyszłości superbohaterowie są dla ludzkości przekleństwem

Nazywam się David Charleston. Nie jestem Mścicielem, ale zamierzam się do nich przyłączyć. Mam coś, czego potrzebują. Znam jego sekret. Widziałem jak Stalowe Serce krwawi.

Dziesięć lat temu pojawiła się na niebie Calamity. Był to impuls, który sprawił, że niektórzy ludzie zaczęli się zmieniać i przejawiać niezwykłe umiejętności. Zdumione społeczeństwo nazwało ich Epikami.

Epicy nie są przyjaciółmi gatunku ludzkiego. Niezwykłe zdolności sprawiły, że odczuwają wielkie pragnienie sprawowania władzy. Ale żeby rządzić ludźmi, trzeba skruszyć ich wolę. W mieście znanym niegdyś jako Chicago niewiarygodnie potężny Epik zwany Stalowym Sercem sprawuje rządy Imperatora. Posiada ogromną siłę i potrafi kontrolować żywioły. Nie można go pokonać. Nikt nie podejmuje więc walki... Nikt prócz Mścicieli.”
źródło: Wydawnictwo Zysk i S-ka


Łupy z udanej wyprawy do księgarni w czymś trzeba przenieść. Bawełniana torba z hasłem „Czytanie jest moją supermocą!” jest również dostępna w sklepiku Epikbox’a.
(cena według sklepu EpikBox: 29 zł)


Na każdej misji czytania niezbędne są też… Zakładki! Ten EpikBox służy dwoma rodzajami: papierowymi i magnetycznymi. Widoczne na nich hasła są popularne wśród bohaterskich Moli Książkowych – „Jeszcze tylko jeden rozdział” oraz „Moim ulubionym ćwiczeniem jest podnoszenie [przewracanie] stron”



Wersja specjalna zakładki to Kciuk Zagłady, czyli ThumbThing - sprzymierzeniec w walce z zamykającymi się książkami. Przytrzymuje strony, gdy do dyspozycji mamy tylko jedną rękę, bo drugą odpychamy złowieszczą rzeczywistość. Tak na przykład.
(cena według sklepu Książka w Mieście: 13,99 zł)


Wizytówka, którą widzicie, ma na odwrocie zniżkę do sklepu [Imagine Hope Handmade], który zajmuje się biżuterią fandomową.


Ostatnim elementem jest plakat oraz fragment promocyjny powieści „Co ze mnie zostało” Kat Zhang, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Papierowy Księżyc. Do zestawu dołączony był kod, który pozwolił na odblokowanie ekskluzywnej zapowiedzi. Co się w niej kryło? Na pewno wy też niedługo się przekonacie.

Ja przeczytałam już anglojęzyczne wydanie powieści, moją recenzję możecie znaleźć [TUTAJ]. Nie wiem, czy moje skojarzenia będą słuszne, czy może będę w nich odosobniona, ale wydaje mi się, że powieść będzie idealna dla fanek Lauren Oliver i Tahereh Mafi.


Tak prezentuje się całe pudełko. Ogólnie rzecz ujmując, jego zawartość to klasyk wśród subskrypcji książkowych. Książka + zakładki + torba + zniżka do sklepu to popularna konfiguracja.


Już ciekawi mnie, co czeka na nas w październiku.

Czy raczkujący EpikBox zachęcił mnie do dalszej subskrypcji? Tak. Do mnie trafia idea pudełek subskrypcyjnych, lubię ten dreszczyk emocji związany z otwieraniem nowej edycji i przede wszystkim ciekawi mnie, w jakim kierunku rozwiną się Epiki. Ponieważ ciągle zerkam w stronę Bookworm Box’a i niecierpliwie wiszę na liście oczekujących OwlCrate, po prostu nie mogłam przegapić polskiej odsłony.

Mam nadzieję, że w przyszłości pojawi się więcej intrygujących gadżetów, bo wiadomo, że miłość do czytania można wyrazić na wiele sposobów, nie tylko poprzez zakładki, a mole książkowe z powodzeniem są również molami serialowymi i filmowymi :)

P.S. Osoby, które wahają się z zamówieniem Epika, bo nie są pewne, jaki tytuł będzie dostępny w pudełku – możecie sprawdzać dyskusje pod postami na profilu EpikBox’a, bądź napisać do mnie maila. Na własny użytek będę robiła takie zestawienia jednego czy kilku tytułów w oparciu o wskazówki dostępne na stronie sklepu, bo sama nie chciałabym kupić książki, którą już posiadam. Chętnym mogę przesyłać wyniki swojego małego śledztwa, jeśli to pomoże w podjęciu decyzji :)

17 lip 2015

„Kochając pana Danielsa” - Brittainy C. Cherry


Tytuł: Kochając pana Danielsa
Autor: Brittainy C. Cherry
Wydawnictwo, rok wydania: Filia, 2015
Ilość stron: 432
Cena: 39,90 zł


~~***~~ 


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Filia

http://lubimyczytac.pl/


Proszę, mówcie mi Tony

Ashlyn rozpoczyna życie od nowa – obarczona starymi problemami. Nowa szkoła przypomina o porzuconych planach, nowe miasto zaciera stare ścieżki, nowa rodzina budzi dawne wspomnienia. Samotność i żałoba nie pozwalają jej z nadzieją patrzeć w przyszłość. Dopiero gdy zakochuje się w przystojnym Danielu i buduje więź z osobami równie doświadczonymi przez los, zaczyna widzieć szansę na uzdrowienie. A potem okazuje się, że Daniel jest w rzeczywistości panem Danielsem – jej nauczycielem, dla którego ten związek oznacza duże ryzyko. Miłość bywa lekiem na całe zło, ale nie w tym przypadku. Ashlyn nie powinna go kochać, pan Daniels nie powinien zatracać się w tych uczuciach. Ich bliscy próbują poukładać swoje życia, w których rządzą strata i złamane serca. Jednak miłość jest silniejsza od rozsądku, a cierpienie zaślepia tak bardzo, że może doprowadzić do tragedii. Bo historia lubi się powtarzać… 

"To historia wielkiej miłości. Takiej, która zdarza się wtedy, gdy na swojej drodze spotkasz prawdziwą bratnią duszę. Mężczyznę, którego śmieszy to, co bawi ciebie. Mężczyznę, który mówi to, co sama chcesz powiedzieć, który myśli jak ty.

Ja spotkałam pana Danielsa. Chociaż wiem, że nasza miłość nie miała prawa się wydarzyć, nie żałuję ani jednej chwili.

Nasza historia to nie tylko opowieść o miłości. Opowiada także o rodzinie. O stracie. O byciu żywym. Jest pełna bólu, ale także pełna śmiechu. To nasza historia.

Z tych wszystkich powodów nigdy nie przeproszę za to, że kochałam pana Danielsa."
źródło: Wydawnictwo Filia

Romans nauczyciela i uczennicy to modny temat, przynajmniej wnioskując z liczby powieści, które o nim traktują, bądź do niego nawiązują. Można wymienić takie tytuły jak ,,Unteachable” Leah Raeder, „Pułapka uczuć” Colleen Hoover, „When Summer Ends” Isabelle Rae, ,,Coś do stracenia” Cory Carmack, „Even When You Lie to Me” Jessici Alcott, „Piekło Gabriela” Sylvain Reynard, „Good” S.Walden czy serię ,,Pretty Little Liars” Sary Shepard. Jak widać, już przykładowa grupa jest imponująca, a pewien blog książkowy zgromadził listę 110 takich tytułów. Zakazany związek zazwyczaj kręci się wokół schematu, w którym początkowa nieświadomość nauczycielskiej profesji zamienia się w sekretną relację i odrobinę rozkwita poza szkolnymi murami. Czy „Kochając pana Danielsa” wyłamuje się z tej grupy? W gruncie rzeczy nie. W tym ujęciu to klasyczna historia miłosna – ale to wcale nie znaczy, że nudzi. Po raz kolejny wprowadza ekscytację związaną z zakazanym romansem oraz potężną burzę uczuć. Nie oszukujmy się, właśnie tego szukają czytelniczki, sięgając po ten gatunek, i pióro Brittainy C. Cherry im to ofiaruje. Choć powieść w dużej mierze skupia się na romansie uczennica – nauczyciel, to nie jest to jedyny opisany wątek. Rodziny oraz przyjaciele Ashlyn i pana Danielsa borykają się z własnymi problemami, co również wpływa na życie zakochanych. Świetnie podsumowuje to opis powieści: Nasza historia to nie tylko opowieść o miłości. Opowiada także o rodzinie. O stracie. O byciu żywym. Jest pełna bólu, ale także pełna śmiechu. Historia lubi się powtarzać i bohaterowie powieści „Kochając pana Danielsa” dotkliwie to odczuli. Jedna z podjętych decyzji doprowadza do dramatycznych wydarzeń i przez chwilę pozwala zajaśnieć wątkom drugoplanowym. Przez większą część książki, najbardziej poruszający wątek rozgrywa się niejako w tle. Myślę, że rozwój wydarzeń w powieści wielu osobom złamie serca. Autorce należy się pochwała za poruszenie trudnych tematów w obrębie New Adult. Nie wszystkim poświęciła tyle miejsca, ile powinna, ale nie można nie docenić faktu, że zbudowała ona romans wokół historii innych osób i przedstawiła różne dylematy związane z miłością. Dzięki temu czytelnik nie ma wrażenia, że poza Ashlyn i Danielem nie istnieje świat i ich perypetie nie dotykają cudzych losów.

Myślę, że mimo wszystko jest to powieść, którą można by jeszcze dopracować – a w szczególności zakończenie, które sprawia wrażenie streszczonego. Nie lubię niedbale opisanych finałów, które w jednotomowej powieści są przecież definitywnym pożegnaniem z bohaterami. Dobre historie powinny mieć równie dobre zakończenia. Przy mnogości poruszanych tematów, brakowało mi głębszego wejrzenia w ich naturę. Gdyby tylko autorka poświęciła nieco więcej uwagi każdej postaci z osobna, wtedy czytelnik nie miałby uczucia niedosytu. Ich historie są bardzo ciekawe, ale opowiedziano je w pośpiechu i jeśli akurat nie mają związku z Ashlyn bądź Danielem, stoją nieco w cieniu. „Kochając pana Danielsa” świetnie spisałoby się, gdyby głosy wszystkich bohaterów były tak samo słyszalne. Nie zaszkodziłoby również wprowadzić więcej chwil wytchnienia; w powieści naprawdę mało jest momentów spokoju i beztroski. Emocjonalna burza towarzyszy od pierwszej do ostatniej strony, trudne dylematy nie opuszczają bohaterów ani na krok i w niektórych momentach taka pauza byłaby pożądana.

Miłość miewa różne oblicza i często potrafi być największym z sekretów. Stając się motywem przewodnim w życiu każdego bohatera, splata się z żałobą i krzywdą, ale także z radością i nadzieją. Powieść Brittainy C. Cherry czerpie z ,,P.S. Kocham Cię” Cecelii Ahern oraz ,,Pułapki uczuć” Colleen Hoover, co sprawia, że jest to idealna opowieść dla romantyczek, które cenią sobie historie miłosne przeplatane smutkiem. Podejrzewam, że ta historia zdoła doprowadzić wiele czytelniczek do łez.

14 lip 2015

Spory stos lipcowy - dla każdego coś dobrego



Dawno nie było na blogu stosiku – oj, bardzo dawno. Ponieważ aktualnie jestem w trakcie lektury „Mrocznego zakątku” Gillian Flynn, postanowiłam zebrać nabytki z ostatnich miesięcy i najzwyczajniej w świecie się nimi pochwalić.

Dobrze, dobrze, to nie jest całość moich zbiorów, macie mnie :)

Wobec tego nazwijmy ten stosik… wybrańcem wśród książkowych zakupów.


Stos od lewej, dół: 

Cztery tomy serii „Obca” Diany Gabaldon – serial zachęcił mnie do sięgnięcia po powieściowy pierwowzór. Niestety, wówczas, jeszcze przed wznowieniem, książki osiągały zawrotne ceny na aukcjach internetowych. Już zastanawiałam się nad kupnem anglojęzycznych wydań, ale na rynku krąży ich tyle, że trudno wytropić cały cykl pochodzący z jednego wydawnictwa. Istnieją różne edycje, które mają odmienne formaty i jakoś papieru, więc zebranie pasujących do siebie tomów wcale nie jest takie łatwe. Teraz, dzięki wznowieniu od Świata Książki, kompletuję własną serię i już nie muszę obawiać się, że każdy tytuł będzie „z innej parafii”. Wyżej spoczywają „Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej” Jaroslava Haška, czyli od dawna planowany zakup. Już nie mogę się doczekać lektury, bo mam wrażenie, że moje wysokie oczekiwania zostaną zaspokojone, a i pewnie powieść jeszcze wyżej sięgnie :) Wiszące nad głową Szwejka „Mroki” Jarosława Borszewicza to dla wielu osób kultowa książka. Czytałam wiele ciepłych słów od czytelników, którzy byli bardzo poruszeni lekturą tego tytułu i w gruncie rzeczy nie mogłam przejść obok tego obojętnie. Duet „Wybacz mi, Leonardzie” i „Prawie jak gwiazda rocka” Matthew Quicka to efekt waszych bardzo entuzjastycznych recenzji. Ponieważ dobrze wspominam „Poradnik pozytywnego myślenia”, przekonanie się do sięgnięcia po autora w młodzieżowym wydaniu nie było szczególnie trudne. Tak na marginesie – te tytuły dostępne są na stronie znak.com.pl w zawrotnej cenie 14,76 zł za egzemplarz, więc grzechem byłoby nie skorzystać z takiej oferty. Jeśli chodzi o powieść Fannie Flagg, to nie będzie to moje pierwsze spotkanie ze „Smażonymi zielonymi pomidorami”. Dawno temu, zaczytany niemal na śmierć, biblioteczny egzemplarz sprawił, że zakochałam się w tej historii, w tym klimacie i musiałam przygarnąć wznowienie na własność. „Pochłaniacz” i „Okularnik” Katarzyny Bondy były tytułami obowiązkowymi na mojej liście. W sumie nie jest to nic dziwnego, bo chyba każdy chciałby się przekonać, za co autorka jest określana mianem Polskiej Królowej Kryminału. Tak poza tym, który mól książkowy nie lubi opasłych tomisk? :) Na szczycie czeka „Czerwona królowa” Victorii Aveyard – intensywnie promowana w Polsce i za granicą, z widokami na obiecującą ekranizację i dodatkowo nieźle oceniana. Zapowiedź drugiego tomu podziałała na mnie motywująco. W sumie ta królowa nad Bondą nieźle mi się komponuje. Czyżby był to dobry znak? :)


Stosik od prawej, dół: 

Jedna z perełek stosu – „Szamanka od umarlaków” Martyny Raduchowskiej i kontynuacja w postaci „Demona Luster”. „Szamankę” podobno trudno zdobyć, a jeśli już się uda, to sporo kosztuje. Ja upolowałam swój egzemplarz na aukcji charytatywnej, więc radość jest podwójna. „Demon” jeszcze nie wyczerpał nakładu i jest powszechnie dostępny. Ponieważ uwielbiam prace Zdzisława Beksińskiego, zakup „Opowiadań” był dla mnie w pełni oczywisty. Szykuje się niesamowita lektura. Wyżej czeka trylogia, którą już chyba wszyscy przeczytali i omówili – „Uwikłanie”, „Ziarno prawdy” i „Gniew” Zygmunta Miłoszewskiego. Ekranizacji pierwszego i drugiego tomu nie widziałam, choć kusiło mnie jak diabli. Sporo naczytałam się na temat Szackiego, ale postaram się podejść do niego z „czystą głową”. Do kompletu mam też „Domofon”, czyli horror w blokowisku. Liczę na dreszczyk emocji. Wyżej - trzy razy Żulczyk, czyli „Radio Armageddon”, „Ślepnąc od świateł” i „Zrób mi jakąś krzywdę”. Chwalony, wyróżniany, lubiany, może odrobinę kontrowersyjny – tak mówią. Podobno. Przekonam się, czy faktycznie dobrze pisze. „Szczury Wrocławia” Roberta J. Szmidta to kolejna cegiełka budująca moją miłość do zombie. Czeka na mnie apokalipsa po polsku. „Bingo” Marcina Szczygielskiego to trzecia część „Kronik nierówności”. Dwa poprzednie tomy były świetne i nie mogłam przegapić najnowszej odsłony serii. „Kacica” Pavla Kohouta to historia dziewczynki, która chce zostać katem i odkrywa, że „powiesić człowieka może prawie każdy, ale sztuką jest powiesić go tak, aby w tym akcie zawrzeć całą historię cywilizacyjną ludzkości aż po rewolucję naukowo-techniczną.” Osobliwe. Niepowtarzalne. Znaczy się: trzeba poznać. Przeczytanie obsypanego nagrodami „Gottlandu” Mariusza Szczygła również planowałam od dłuższego czasu. Autora poznałam dzięki „Niedzieli, która zdarzyła się w środę” i od tamtego czasu, dość wolno zapoznaję się z jego dalszymi dokonaniami. Charlie LeDuff i jego „Detroit” to kolejny tom kompletowanej przeze mnie „Serii Amerykańskiej” Wydawnictwa Czarnego. Świetny reportaż zawsze jest w cenie, a właśnie na taki tutaj liczę. Zekranizowana „Aminata. Siła miłości” Lawrence Hilla jest tytułem, na który czekałam od dłuższego czasu. Bardzo wysoko oceniana, niezwykła historia zapowiada literacką ucztę. „Epoka hipokryzji” Kamila Janickiego przekonała mnie do siebie promocyjnym fragmentem i nietuzinkową tematyką. To raczej nie będzie szkolna odsłona historii :) Kolejny szczyt należy do jednej z moich ulubionych autorek, Colleen Hoover. „Maybe someday” zauroczyło mnie tak mocno, że musiałam kupić papierowy egzemplarz do domowej biblioteczki.


Widzicie coś dla siebie? Które tytuły znacie, a które macie zamiar przeczytać?

10 lip 2015

Wyniki konkursu ze „Skazanymi” i „Ogarem Boga”!

Kiedy podczas ogłaszania wyników piszę, że wskazanie zwycięzcy było naprawdę trudne – nie jest to pusta pisanina. Serio serio. Wasze odpowiedzi sprawiły, że chciałabym posiadać o kilka kompletów więcej, by móc was obdarować. Jednak nie posiadam nadnaturalnych zdolności i nie mogę wyczarować większej ilości książek, dlatego nagroda trafi do jednej osoby i jest nią…


Dominika Bruzda


Gratuluję!

Zwycięzca ma teraz pięć dni na przekazanie organizatorce konkursu danych adresowych niezbędnych do wysłania nagrody. Mail kontaktowy to: room6277@onet.pl

Wysyłka nastąpi w ciągu dwóch tygodni.


UWAGA! UWAGA! TO NIE KONIEC!

Zakończyłam paranormalną odsłonę wakacji, ale to nie koniec konkursów! Sierpień przywitamy zarówno zmysłowo, jak i wesoło za sprawą dwóch powieści… Jedna z nich zachowała anglojęzyczny tytuł, a druga ma coś wspólnego z babeczkami…

Kobieca odsłona lata wystartuje na początku sierpnia :)

7 lip 2015

„Grey (Pięćdziesiąt odcieni tom 1.5)” - E.L. James


Dzisiejszy wpis sponsorują słowa: fidgeting (wiercić się, być niecierpliwym, wykonywać nerwowe ruchy rękoma bądź nogami), vulva (srom) i cock (penis).

Ojejku, jejku, właśnie streściłam powieść!

Jednak czy wszelakie „spoiler alert” obowiązują w przypadku książki, która jest tak naprawdę przepisaną historią?

Zresztą, ten post jest wypchany spoilerami – i nawet nie jest mi z tego powodu przykro.

Czas rozprawić się z Greyem raz na zawsze. 


Tytuł: Grey
Autor: E.L. James
Wydawnictwo, rok wydania: Arrow Books, 2015
Ilość stron: 564

Polskie wydanie
 Polski przekład „Greya” zostanie wydany 10 września przez Wydawnictwo Sonia Draga


 ~~***~~ 


„Druga perspektywa” ostatnio zrobiła się bardzo modna i o ile można ją znieść jako urozmaicenie w jednej powieści, o tyle produkowanie dwóch (trzech, czterech, dziesięciu) osobnych tytułów, które przedstawiają to samo wydarzenie oczami różnych bohaterów, to najczęściej skok na kasę czytelników. Nawet moja ulubiona Colleen Hoover nie do końca dała sobie z tym radę, bo o ile zestaw
Hopeless" + Losing Hope" świetnie się uzupełniał, rzeczywiście wnosząc coś do historii Sky i Holdera, o tyle prawie przysnęłam nad „This Girl”, które opowiada o wydarzeniach z „Pułapki uczuć” i „Nieprzekraczalnej granicy” oczami Willa.

Jaki jest przepis na sukces drugiej perspektywy? Musi ona uzupełniać, a nie powielać znaną historię. Nie chodzi tylko o przepisanie dialogów i tych samych scen, urozmaicając je jedynie o myśli i uczucia innej postaci. Jest to przede wszystkim miejsce na rozwinięcie wątków, które w poprzednim tomie zostały nakreślone, na wprowadzenie retrospekcji i wyjaśnienie zachowań bohatera, które mogły się wydać czytelnikom osobliwe, bo nie mieli dostępu do jego głowy. Trzymając się tej zasady, można dojść do wniosku, że „Grey” musi być kapitalny, skoro w oryginalnej trylogii Christian „Pan Tajemniczy” Grey nie bardzo chciał przyznać, o czym myśli, a historię bolesnego dzieciństwa i burzliwego dorastania poznaliśmy w strzępkach. Jaka to kopalnia pomysłów, ile nowych historii! Podróż od biedy do bogactwa, od zagubionego chłopczyka do zranionego mężczyzny, od uległości do dominacji. Nic, tylko przebierać i wybierać opowieści.

Zobacz na nowo świat „Pięćdziesięciu odcieni” oczami Christiana Greya. 

Poprzez słowa, myśli, refleksje i marzenia Christiana, E.L. James oferuje świeże spojrzenie na historię miłosną, która zafascynowała miliony czytelników na całym świecie. 

Christian Grey sprawuje nad wszystkim kontrolę; jego świat jest schludny, uporządkowany i całkowicie pusty – aż pewnego dnia Anastasia Steele wpada do jego biura, w plątaninie zgrabnych kończyn i brązowych włosów. Próbuje o niej zapomnieć, ale zamiast tego porywa go burza emocji, których nie potrafi zrozumieć ani im się oprzeć. W przeciwieństwie do innych kobiet, nieśmiała, nieziemska Ana zdaje się dostrzegać jego zimne, zranione serce, ukryte za maską genialnego biznesmena i wystawnego życia.

Czy związek z Aną rozwieje okropieństwa z dzieciństwa, które prześladują Christiana każdej nocy? A może jego mroczne seksualne żądze, przymus kontroli i odraza do samego siebie, która wypełnia jego duszę, odepchnie dziewczynę i zniszczy kruchą nadzieję, którą mu oferuje?"
źródło: Arrow Books, tłumaczenie: własne

Wiecie, że ja naprawdę liczyłam na coś ciekawego? Liczyłam na to, że po spektakularnym sukcesie, James otoczy się dobrą ekipą wydawniczą, która doradzi jej, poprowadzi proces twórczy i zadba o to, by nie pojawiły się błędy, z których znany był debiut. Wiecie, że liczyłam na postęp? A co dostałam? „Grey” skupia się wyłącznie na scenach seksu Any i Christiana, okazjonalnie zerkając do telefonicznych rozmów Greya z jego współpracownikami. Tyle. James nie eksploruje trudnego dzieciństwa mężczyzny, ani jego relacji z Dominą czy późniejszych podbojów miłosnych z innymi Uległymi. Nie dowiemy się niczego nowego! Dialogi, słynne powiedzonka i identyczne sceny wypełniają niemalże sześciuset stronicowy tom. Czyli krótko mówiąc - w kwestii opowieści można przeczytać recenzję
Pięćdziesięciu twarzy Greya".

Tak, ta „kultowa” scena z tamponem też zajmuje zaszczytne miejsce w umyśle Christiana.

„Grey” to przepisane „Pięćdziesiąt twarzy Greya” z okazjonalnie dorzuconą króciutką retrospekcją, która właściwie niczego nie wnosi. Obietnica „świeżej perspektywy” jest paskudnym kłamstwem, bo nie dość, że to odgrzewany kotlet, to na dodatek śmierdzi zepsuciem i zgnilizną. Poprzednie trzy tomy jakoś dawały sobie radę w odpieraniu zarzutów krytyków dotyczących gloryfikacji przemocy. „Grey” nie ma już żadnego argumentu, by sobie pomóc. To erotyk wypełniony pogardą w stosunku do kobiet, idealizowaniem toksycznego związku i pokracznym, skrzywionym obrazem relacji BDSM.

Dmuchane lale, czyli jakim cudem ten mizogin podbił serca czytelniczek?

W „Pięćdziesięciu twarzach Greya” Christian był tajemniczy, małomówny i nie zdradzał zbyt wiele ze swoich myśli.

Szkoda, że autorka postanowiła to zmienić.

Teraz zajrzeliśmy do głowy Szarego i resztki jakiegokolwiek uroku prysły. Przystojny, młody i zraniony zamienił się w obrzydliwego, chamskiego gbura. Jeśli po przeczytaniu „Greya” jakaś czytelniczka nadal będzie się w nim podkochiwać, to zwątpię – nie wiem jeszcze w co, ale zwątpię. Jak można marzyć o facecie, który ma tak niezdrowy, lekceważący stosunek do płci przeciwnej i zdradza cechy psychopatycznego zaburzenia osobowości*? Kobiety w świecie Greya składają się wyłącznie z dziur, w które może… ekhem… wpychać różne rzeczy i definiuje je (kobiety, nie dziury) na podstawie jednej cechy – albo z nim sypiają, albo desperacko pragną to zrobić. Nie mają charakteru ani zainteresowań czy doświadczenia w firmie, nie robią nic pożytecznego i wartościowego. Normalnie dmuchane lale. Christian jest święcie przekonany, że absolutnie wszystkie chcą z nim uprawiać seks i kipią z pożądania, gdy tylko przechodzi obok. Ok, nawet jeśli dziewczyny tak na niego reagują, to raczej powinno to podbudować jego ego, a nie dawać mu powód do umniejszania im. Wystarczy, że na niego spojrzą bądź z uśmiechem spełnią jego polecenie i już w myślach miesza je z błotem, jako idiotki, które mają tylko jeden życiowy cel – zaliczyć Szarego. Koleś, to że kobieta jest dla ciebie miła, wcale nie znaczy, że chce ci się dobrać do rozporka! Wyobrażacie sobie taką sytuację w prawdziwym świecie? Mężczyzna traktuje kobietę jak śmiecia, bo była dla niego miła. Zadufanie godne samca alfa byłoby do zniesienia, gdyby nie wręcz chorobliwe chamstwo. W trakcie całej powieści stosunek Greya do kobiet waha się od niepochlebnych myśli do otwartej złośliwości. Poproszona pracownica podaje kurtkę? Myśli Greya: „Boże, jaka ona głupia, jak się narzuca, desperatka chce mi się przypodobać, idź do diabła ty flądro!”. Asystentka przynosi kanapkę bez sosu? Co mówi Grey: „Wylać idiotkę, zaraz, teraz, natychmiast!”. To oczywiście nie są dosłowne cytaty, ale dawka jadu jest niezmienna. Upatrzył sobie biedną dziewczynę i z mściwą satysfakcją obserwował jej potknięcie. Jednak nie ona jedna pada ofiarą „szarego uroku” – Grey czuje się jak dar od Boga, który swoją obecnością robi łaskę wszystkim pracującym dla niego kobietom. Drażni go, że musi z nimi rozmawiać, denerwuje go okrutnie, że musi przebywać w ich obecności i najlepiej byłoby, gdyby klęczały ze spuszczonym wzrokiem i milczały. Co ciekawe, mężczyźni oczami Greya są opisywani poprzez swoje osiągnięcia i doświadczenie, wnoszą coś do historii, są pożyteczni. Aż dziwne, że taką powieść napisała kobieta i jako formę rozrywki skierowała ją do innych kobiet. Zdaję sobie sprawę z tego, że to tylko fikcja, ale o takim podejściu mówimy w kontekście powieści promowanej jako nowoczesna historia miłosna i bohatera określanego mianem idealnego mężczyzny! Ani razu nie pada choćby sugestia, że zachowanie Greya jest nieodpowiednie i na dodatek umniejszane są zjawiska stalkingu i przemocy. James ubiera je w dekoracje flirtu, jako elementy niegroźnej gry wstępnej. Prawda jest taka, że od pierwszej chwili, Christian przejmuje na własność życie Any. Jest wszędzie, przekracza granice i nie szanuje cudzej prywatności.

Wewnętrzna bogini kontra wewnętrzny psychopata

„Art.190a
§ 1. Kto przez uporczywe nękanie innej osoby lub osoby jej najbliższej wzbudza u niej uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia lub istotnie narusza jej prywatność, podlega karze pozbawienia wolności do 3 lat.

§ 2. Tej samej karze podlega, kto wykorzystuje wizerunek innej osoby lub inne jej dane osobowe w celu wyrządzenia jej szkody majątkowej lub osobistej.

(…) Przykładowe zachowania definiowane jako stalking to śledzenie ofiary, osaczanie jej (np. poprzez ciągłe wizyty, telefony, smsy, pocztę elektroniczną, podarunki) i ciągłe, powtarzające się nagabywanie. Przeszło co trzecia ofiara była śledzona, dostawała niechciane listy, e-maile, smsy, wiadomości głosowe, zaczepiano też i grożono jej przyjaciołom.”**

Grey zachowuje się jak zdesperowana psychofanka z rozdwojeniem jaźni. Ma obsesję na temat seksu i jeśli akurat o nim nie myśli, to o nim śni. Bez przerwy, 24/7. To nie byłoby takie groźne, wystarczy zajrzeć do książek Emmy Chase, która z humorem podeszła do stereotypowego postrzegania umysłu mężczyzny, ale za to w „Greyu” mamy do czynienia z rasowym seksualnym drapieżcą i stalkerem. Po pierwszym spotkaniu z Aną, Grey zleca detektywowi zebranie wszystkich możliwych informacji na temat dziewczyny. Gdy biedna Ana staje się centrum seksualnej obsesji, Christian najchętniej uwiązałby ją na sznurku i ciągnął za sobą. Nachodzi bohaterkę w pracy, w szkole, w barze i w domu. Kontroluje każdy aspekt jej życia – z kim przebywa i gdzie, o czym rozmawia, co je, jak się ubiera, ile śpi, czym jeździ, jakiego sprzętu elektronicznego używa, a by upewnić się w posłuszeństwie, śledzi ją i obserwuje z ukrycia. Gdziekolwiek by nie była – znajdzie ją i to wcale nie z wykorzystaniem legalnych metod (cytat z powieści - „Znalazłbym cię. Potrafię namierzyć twoją komórkę, pamiętasz?”). Jeśli Any przy nim nie ma i w tej samej sekundzie nie odpisuje na maila, Grey od razu myśli, że dziewczyna została ciężko ranna bądź że go zdradza. Bo jak powszechnie wiadomo, kobieta ma wbudowane tylko dwie opcje – bycie uwodzoną albo bycie niewydarzoną. Na naukę, pracę, hobby czy spotkania z przyjaciółmi nie ma miejsca w świecie Pana Szarego. Bez przerwy nęka ją mailami, smsami i telefonami. Gdy w mailu Ana zapomina o dołączeniu graficznego symbolu całusa (x, skrót od xoxo, co równie dobrze można zamknąć w emotikonie :* ), Grey wpada w ciężką depresję i myśli, że to koniec związku. Nie żartuję, coś takiego naprawdę ma miejsce. Również jego obsesja na temat jedzenia wspina się na szczyty absurdu – gdy obserwuje wymiotującą Anę, zdaje sobie sprawę z tego, że dziewczyna wcześniej niewiele jadła. Tak, wyczytał to z czujnej obserwacji wymiocin. Christian nie czuje żadnych wyrzutów sumienia z powodu szantażowania i manipulowania naiwną, niedoświadczoną dziewczyną. Gdy Ana jest zirytowana faktem, że bez przerwy ją śledzi, on nie rozumie jej złości. No bo co w tym złego? Wykorzystując jej kompleksy, okłamuje ją i wmawia, iż wszyscy uważają, że jego postępowanie jest jak najbardziej w porządku. I największa perełka – w ogóle jej nie kocha i nie szanuje. Od początku do końca powieści relacja z Aną służy wyłącznie jego zaspokojeniu i traktuje ją jak transakcję biznesową. Poza tym, Grey grzebie w prywatności wielu osób. Przyjaciel Any również pada jego ofiarą – mężczyzna zleca znalezienie „brudów” na niego. Po co mu to? Co chciałby z tym zrobić? Przeczytajcie przytoczony fragment kodeksu. Coś wam świta? Każda osoba, która troszczy się o Anę bądź okazuje jej względy i chce odciąć ją od Greya, jest traktowana jak niepoważna i na dodatek jest obrażana przez Pana Perfekcyjnego. Im bardziej ktoś mu zawadza, tym więcej energii wkłada w to, by się go pozbyć. I w tej powieści to jego zachowanie jest normalne; nawet terapeuta ma głęboko gdzieś fakt, ze jego pacjent wymaga ścisłego leczenia a nie okazjonalnej pogawędki.

W „Pięćdziesięciu twarzach Greya” liczne odwołania Any do wewnętrznej bogini były równie zabawne, co irytujące. W „Greyu” odwołania Christiana do jego penisa albo samego siebie są tylko wkurzające. Bohater traktuje swoje prącie jako osobny byt, który wyraża zadowolenie, zgadza się z właścicielem i ma ulubione dźwięki (cytat z powieści - „Gwałtowny wdech jest muzyką dla mojego fiuta”). Charakterystykę bohaterów można zamknąć w takim obrazku: Ana składa się z ust, które na górnej wardze mają oczy, a z dolnej wyrastają nogi, bo poza przygryzaniem, przewracaniem i rozkładaniem nic innego nie robi. Z kolei Christian to penis owinięty krawatem i marynowany w winie, które popija co dwie strony.

Portret psychologiczny bohatera leży, kwiczy, zdycha i jeszcze dostaje kilka razy batem. Dawno nie widziałam tak pięknej niekonsekwencji w kreowaniu charakteru postaci. Grey jest bardzo pewnym siebie samcem alfa, playboyem świadomym urody i tego, jak wpływa na kobiety, choć jednocześnie jest zagubiony i czuje się niepewnie. Tutaj nie chodzi o rozdźwięk pomiędzy jego umysłem, a tym, jak postrzega go świat. Nie ma w tym żadnej pozy, Christian po prostu taki jest. Czuje się dobrze ze sobą, bo czuje się źle ze sobą. Kocha siebie tak mocno, bo tak mocno siebie nienawidzi. Normalnie co za fenomen, ma dwa różne charaktery! W zależności od tego, których cech potrzebuje scena, autorka naprędce wymyśla nowe usposobienie Greya. Gdyby bohater udawał pewnego siebie, ale wewnątrz czuł się zagubiony - to bym zrozumiała. Jednak tutaj nie mamy do czynienia z czymś takim; Christian wspina się na wyżyny pewności siebie, jednocześnie opadając na dno zakompleksienia.

I nawet nie zaczynajmy mówić o stronie językowej powieści. Nie widać żadnej poprawy w stosunku do „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, rządzą prostota i powtórzenia. „Grey” jest jeszcze gorszy niż „Pięćdziesiąt twarzy”; to zwyczajne (i bezczelne) kopiuj-wklej które żeruje na popularności trylogii i filmu. Jeśli autorka przepisze dwa kolejne tomy, to będzie oznaczało tylko tyle, że nie ma żadnego szacunku do swoich czytelników.

Gdyby taka historia miała miejsce w rzeczywistości, Christian Grey stanąłby przed sądem, zaś Ana wystąpiłaby o zakaz zbliżania. Perspektywa panny Steele czerpała z kobiecych fantazji erotycznych, dzięki czemu książki osiągnęły oszałamiający sukces; perspektywa pana Greya jest jakby żywcem wyrwana z thrillera psychologicznego i krzywdzi zarówno bohaterów, jak i czytelników. 


Nie wiem, jaki tytuł będzie hitem 2015 roku, ale z pewnością znalazłam godnego kandydata do tegorocznego kitu.

___________
* http://psychiatria.mp.pl/zaburzenia_osobowosci/show.html?id=71276
https://pl.wikipedia.org/wiki/Osobowo%C5%9B%C4%87_dyssocjalna
**http://nawokandzie.ms.gov.pl/numer-3/wokanda-3/paragraf-na-stalkera.html
https://pl.wikipedia.org/wiki/Stalking

!Cytaty z powieści to amatorskie tłumaczenia i mogą różnić się od gotowego polskiego przekładu.

Dla osób, które znają język angielski - artykuł Buzzfeeda z najbardziej niedorzecznymi cytatami z książki: http://www.buzzfeed.com/scottybryan/i-read-the-new-50-shades-book-and-it-is-absolutely-batshit#.nrZwnJ9pG