31 maj 2015

„Dopóki nie zgasną gwiazdy” - Piotr Patykiewicz [przedpremierowo]


Tytuł: Dopóki nie zgasną gwiazdy
Autor: Piotr Patykiewicz
Wydawnictwo: Wydawnictwo SQN
Data wydania: [zapowiedź] 03.06.2015
Ilość stron: 400
Cena: 34,90 zł

Strona książki na Facebooku: [KLIK]


~~***~~


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości akcji Polacy nie gęsi i swoich autorów mają
Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Sine Qua Non


Nadchodzi zima, wraz z nią zaspy na progu lata i ulice skute lodem – a to się nie może dobrze skończyć. 

„Kiedyś przecież nadejdzie koniec świata, pogasną gwiazdy i wszystko dobiegnie kresu, nawet życie ich nieznanego ojca. Nastanie nowe niebo i nowa ziemia, ale dla nich nie będzie tam już miejsca. Pozostaną w zimnej ciemności, osierocone na wieczność”.

Po Upadku nic nie wygląda tak jak wcześniej. Lód i śnieg pochłonęły cały świat. Po ziemi stąpają wygłodniałe bestie, niebem nie rządzą już ptaki. Miasta stoją niemalże puste – zapuszczają się tam jedynie złomiarze, w poszukiwaniu cennych artefaktów. Śnieżne pustkowia i dzikie ostępy leśne przemierzają grupy myśliwych, desperacko walczących o pożywienie. Pozostali przy życiu ludzie przenieśli się wysoko w góry, gdzie trzymają się ułudy bezpieczeństwa. Doskonale wiedzą, że biada tym, których dopadną światła na przełęczy. Dla większości lepsza jest śmierć…

W takiej rzeczywistości przyszło żyć Kacprowi. Chłopak nawet nie przypuszcza, jakie piekło zgotował mu los. Pogoń za ambicją oraz poczucie obowiązku wobec bliskich każą mu opuścić znaną okolicę. Rozpoczyna swoją podróż. A światła czekają na nieostrożnych wędrowców… Wejdź do świata, w którym przetrwają tylko najsilniejsi, każda książka jest na wagę złota, a dawne siedziby ludzkie skrywają największe sekrety. Do świata, który nie wybacza najmniejszego błędu.
źródło: Wydawnictwo SQN

Po raz kolejny nadszedł koniec świata. I znowu ten koniec wcale nie jest końcem. Fikcja jest bezlitosna, poddając ludzkość okrutnym próbom i wpychając ją w ramiona rozmaitych katastrof, ale jednocześnie nie zabiera tego światełka na końcu tunelu i pozwala przetrwać – choć czasem tylko nielicznym. Niewielu ma odwagę na całkowitą eksterminację istnień, z kolei wielu nie może się oprzeć tworzeniu kolejnych scenariuszy naszej niepełnej zagłady. Powieści i filmy na skraju apokalipsy mają się świetnie, a następne tytuły wymagają od twórcy rosnącej pomysłowości i bogatej wyobraźni. Niestety, nie wszyscy potrafią odnaleźć się w tym „po raz kolejny” i „znowu”. Powiało chłodem? To dobrze, bo trzeba jakoś przygotować klimat pod recenzowaną powieść. Żeby później nie było, że nieprzygotowani rzuciliście się do lektury i skończyliście z odmrożeniami.


Kacper żyje w świecie po Upadku – świecie, który egzystuje na ruinach naszej cywilizacji. Nastolatek należy do kolejnego pokolenia, które nie pamięta rzeczywistości przed ciemnością, przed mrozem, głodem i niebezpieczeństwem czyhającym na nizinach. Chłopak zna jedynie swoją górską osadę i codzienną walkę o przetrwanie. Zna okruchy społeczeństwa, które powróciło do zbieractwa i myślistwa, za podstawę przetrwania obierając sobie pracę własnych rąk. Zna rzeczywistość, w której religia nasiąknęła ludowymi podaniami i przesądami, tłumacząc nowe, groźne zjawiska. Zna pełne niepokoju doniesienia o potworach, które zaczynają wspinać się ku szczytom gór. Jednak bezpieczeństwo tego, co znane, nie będzie towarzyszyło mu zbyt długo. W poszukiwaniu ocalenia musi wyruszyć w pustkę, w której pewne jest tylko jedno – śmierć. Nieznane oczekuje.

Jeśli po chłodnym wstępie obawialiście się, że poruszony „po raz kolejny” temat postapokaliptycznego świata nie przyniósł nic nowego, teraz was uspokoję – przyniósł i to wiele. W „Dopóki nie zgasną gwiazdy” na pierwszy plan wysuwa się właśnie fantazja autora. Co prawda nie zdecydował się on na stworzenie nowych rozległych krain czy królestw, ale zamiast tego skupił się na jednym, małym zakątku świata i zbudował go praktycznie od podstaw. Dzięki temu podróż głównego bohatera jest osadzona w konkretnych realiach. Funkcjonowanie osady, hierarchia społeczna, system religijny i historia Upadku oraz związane z nimi potwory składają się z elementów, które już wcześniej widzieliśmy – ale jako jednostki porozrzucane tu i ówdzie, w różnych światach i różnych historiach, nie zaś jako elementy, które zazębiają się, tworząc zwarty obraz nowej rzeczywistości. Nie spodziewałam się, że to wszystko tak dobrze razem zagra, tworząc pomysłową i barwną opowieść. Dzięki temu historia płynnie przechodzi od nauki do mistycyzmu, od przyziemnej walki o przetrwanie do tej duchowej. Czasy Stare i Czasy Nowe wzajemnie wyszarpują sobie bohaterów, którzy na różne sposoby próbują ocalić swoje ciała i dusze. Upadek i religia inspirują różne zgromadzenia do zupełnie innych działań, które poznajemy w trakcie lektury - rodzi się coś na kształt survivalu religijnego. Jednak i tak największą ze świętości są… książki. 


W „Dopóki nie zgasną gwiazdy” kryją się elementy powieści przygodowej oraz inicjacyjnej, literatury postapo i młodzieżówki. Motyw drogi splata się z dorastaniem głównego bohatera na tle postapokaliptycznego krajobrazu. Kacper przez cały czas się rozwija – kolejne wydarzenia testują jego wytrzymałość i wręcz zmuszają go do pożegnania się z dzieciństwem. Dojrzewanie idzie w parze z rosnącą świadomością dotyczącą otaczającego go świata. Jakby tego było mało, w historii nie brakuje również zwrotów akcji. Kacper jest rzucany z miejsca na miejsce; eksploruje kolejne lokacje, po drodze przeżywając mnóstwo przygód, rozwiązując zagadki, wpadając w kłopoty, walcząc i wcielając się w nowe role. Przy takiej dynamice nie sposób się znudzić. Ponieważ poznajemy świat oczami głównego bohatera, tak samo jak on nie jesteśmy wszechwiedzący i przyswajamy wiedzę stopniowo. Odwiedzając kolejne miejsca i wypełniając białe plamy na mapie, Kacper odsłania również kolejne sekrety wplecione w historię. Czym tak naprawdę był Upadek? Skąd wzięły się stwory i czy naprawdę trzeba się ich obawiać? Czy ludzkość zdoła przetrwać, a jeśli tak, to w jaki sposób? Które wyznanie jest tym słusznym? Każdy z bohaterów posiada okruch wiedzy i własną wersję opowieści, w którą święcie wierzy. Kacper zbiera na trasie swojej podróży poszczególne okruchy i układa jedną historię, którą staje się „Dopóki nie zgasną gwiazdy”. Autor dawkuje informacje, przedstawia kolejne perspektywy związane z tym samym wydarzeniem i do końca powieści nie jesteśmy niczego pewni.

Mówiąc o „Dopóki nie zgasną gwiazdy”, nie można zapomnieć o klimacie. Tajemnice splatają się z ciągłym niepokojem, w oślepiającą biel śniegu wgryza się ciemność, a wszystko otacza przezywający mróz. Pojawiają się fragmenty „z dreszczykiem”, które aż za bardzo działają na wyobraźnię, nadając nowe znaczenie walce o przetrwanie.


Zapytany o pomysł na powieść, Piotr Patykiewicz udzielił w wywiadzie takiej odpowiedzi: „Wyobraziłem sobie zapach smażonych na patelni szczurzych osesków, dodałem szczyptę eschatologii – i już”. Jeszcze brakowało tylko wzmianki o śniegu topniejącym w szklance, bo przecież czymś te oseski trzeba popić. Ale wracając… To bardzo nietypowy punkt wyjścia, który w tym przypadku spisał się znakomicie. Jestem pewna, że przy takiej pomysłowości, autor mógłby zbudować wokół „Dopóki nie zgasną gwiazdy” całą serię.

Nadchodzi zima, a wraz z nią pomysłowa i klimatyczna historia, nieszablonowa, przyprawiona mrokiem mitologia i przygoda ścigająca się z przetrwaniem. „Dopóki nie zgasną gwiazdy” to wciągająca powieść, która udowadnia, że w kwestii fantazjowania na temat końca świata nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. I dobrze, bo jak widać na tym przykładzie, zasoby wyobraźni są niewyczerpane. 

_____________
zdjęcia/grafiki pochodzą ze strony książki na FB

28 maj 2015

„Uwiązani” - Chad Kultgen


Tytuł: Uwiązani
Autor: Chad Kultgen
Wydawnictwo, rok wydania: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 352
Cena: 35 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać




Filary współczesnej rodziny to seks, sport i sieć?

„Uwiązani” już na wstępie budzą konsternację. Czytając rekomendacje umieszczone na skrzydełkach okładki, natrafiłam na pochlebne słowa reżysera Jasona Reitmana, magazynu Booklist oraz niejakiej Stoyi. Tylko kim ona jest? Odpowiedź zjawiła się dość szybko. Kilka stron później ten sam pseudonim pojawił się w szczegółowo opisanej scenie, w której jeden z bohaterów ogląda filmik pornograficzny. Wikipedia uświadomiła mi, że Stoya to pseudonim gwiazdy filmów dla dorosłych. Aktorka porno rekomenduje książkę, w której jest opisana – cóż, powieść Kultgena nie zna absolutnie żadnych granic, w tym granic fikcji i rzeczywistości, więc właściwie nie powinno mnie to dziwić.

Mówi się, że to okres dojrzewania jest najbardziej burzliwym okresem w życiu. Po lekturze „Uwiązanych” można dojść do wniosku, że dorastanie nigdy się nie kończy – a dla niektórych nigdy nie zaczyna, nawet jeśli mają już ponad trzydzieści lat, małżonka i trzynastoletnie dziecko. Dwa pokolenia – każde tak samo zagubione, szukające zrozumienia, wikłające się w przypadkowe związki, by zatuszować samotność. Chad Kultgen nie ma złudzeń, we współczesnej kulturze mądrość i doświadczenie wcale nie przychodzą z wiekiem. Na dodatek nie owija w bawełnę i z brutalną szczerością pisze o kłamstwach – wirtualnej iluzji, zdradach, prowadzeniu podwójnego życia. Nie ogranicza się również, jeśli chodzi o seks. Przewija się on niczym motyw przewodni w losach bohaterów, którzy borykają się nie tylko z cielesnością, ale przede wszystkim z własną psychiką.

„Uwiązani” to zdecydowanie powieść dla dorosłych. Liczba scen erotycznych okraszonych wulgaryzmami sprawia, że każdy przeczytany przeze mnie erotyk może usunąć się w cień. Tutaj na dodatek nie tylko dorośli sypiają ze sobą, ale również gimnazjaliści. Było mi naprawdę ciężko czytać o trzynastolatkach oglądających twardą pornografię i uprawiających seks (oczywiście wszystko otwarcie i szczegółowo opisane). Jestem dorosła i taki rodzaj podglądactwa budzi sprzeciw oraz potworny dyskomfort. Poczułam, że jest to zwyczajnie… niezdrowe. Kilka razy miałam ochotę odłożyć książkę i do niej nie wracać. Pisarz całkowicie odarł z intymności swoich bohaterów i wydaje mi się, że nie musiał pisać aż tak szczegółowo i wulgarnie o upodobaniach seksualnych, by przekazać myśl kryjącą się za historią. Sceny erotyczne z dorosłymi właściwie są już na porządku dziennym, współczesne romanse czy nawet powieści obyczajowe nie mogą się bez nich obyć i na nikim nie robią już wrażenia, ale tutaj mamy do czynienia z dziećmi! Właśnie to jest ten niepotrzebnie wyolbrzymiony haczyk, na który łapie czytelnika Kultgen. Z jednej strony seks spowszedniał popkulturze, ale jednocześnie to on nadal najlepiej się sprzedaje. Dorośli przywykli do erotyki i pornografii, a przecież nie jest tak, że ich dzieci żyją pod kloszem, do którego ten wpływ nie dociera. Nastolatki chłoną wszystko niczym gąbka i przesuwają granicę dalej, niż robili to ich rodzice. Młodsze pokolenia nie są ślepe i głuche, wiedzą równie dobrze, a może i nawet lepiej od dorosłych, co można znaleźć w sieci. Przykład idzie z góry i na dodatek zostaje wzmocniony. Dlaczego tak się dzieje? Kultgen wskazuje na infantylizację dorosłych i przedwczesne dorastanie dzieci, przez co obydwa pokolenia spotykają się w tym samym punkcie – identycznie zagubieni, niedojrzali, nieodpowiedzialni, niezdolni do mierzenia się ze światem. Dorośli stają się zaabsorbowani sobą, a nastolatki, z braku wskazówek i oparcia, zaczynają naśladować to, co widzą wokół siebie. Odpowiedzią na chęć ucieczki staje się Internet, w którym można zacząć od nowa i zaspokoić potrzeby, jakiekolwiek by one nie były. Wychowanie z kolei obejmuje albo wolność totalną i pozostawienie dziecka samemu sobie, albo dyktaturę, w której nie ma miejsca na szczere rozmowy, współpracę, prywatność i obopólny szacunek. Żyjemy wśród skrajności, Kultgen skrupulatnie to obserwuje i notuje. Jeśli już przy tym jesteśmy, to warto wspomnieć, że styl autora jest bardzo specyficzny. Pisze prosto, konkretnie, nie angażuje się w rozbudowane opisy. To proza wyprana z jakichkolwiek emocji, z kolei sceny erotyczne – nie, to raczej zwyczajne opisy seksu, pasują bardziej do podręcznika od biologii (minus wulgaryzmy oczywiście) niż powieści.

Autor zbudował sylwetki postaci wokół ich potrzeb – czy to potrzebie obsesyjnej kontroli, grania w gry komputerowe, uprawiania seksu albo zdobywaniu szkolnej popularności. Ich działania są przerażająco mechaniczne, nie poddane żadnej refleksji ani niezwiązane z żadnymi emocjami. Są obojętni na to, co się z nimi dzieje i co przydarza się innym. Myślę, że Kultgen miał wizję dotyczącą współczesnych nastolatków i dorosłych jako całości, ale nie dał rady umieścić tych cech w życiu konkretnych jednostek, przy jednoczesnym rozwinięciu portretów psychologicznych i stworzeniu indywidualnych charakterów. Wszyscy dążą do tego samego, choć używają innych środków i przydałyby się cechy charakterystyczne, niezwiązane bezpośrednio z tym krzywym zwierciadłem, w którym ujęto seksualność i związki. Cóż, być może pisarz uważa, że człowiek żyjący we współczesnej kulturze składa się tylko z potrzeb i ich bezrefleksyjnego zaspokajania.

Można odnieść wrażenie, że powieść urwano nagle, wyrwano kilka rozdziałów i tak pozostawiono książkę. Kultgen opuścił bohaterów na chwilę przed wielką konfrontacją, co jednocześnie wywołuje niedosyt i niezadowolenie czytelnika. Wszystkie problemy, brak komunikacji, zaślepienie na potrzeby innych zaczęły zbierać swoje żniwo. Tylko co w związku z tym? Jak postacie sobie z tym poradziły – albo nie poradziły? Czy od tego przełomowego momentu zaczną zdrowieć? Można tylko snuć domysły, ale w przypadku tej powieści to nie jest dobre rozwiązanie. Kultgen nie daje żadnych odpowiedzi, pozostawiając czytelnika w zawieszeniu. Finał mógłby stanowić o tej powieści, ale niestety wrażenie pośpiechu i niedopowiedzenia mu w tym nie pomaga. Dziwi to niedopracowanie tym bardziej, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że autor sporo miejsca poświęcił na opisanie rozgrywek sportowych, które absolutnie nie wniosły niczego wartościowego do powieści. Skoro pomyślał o tym, to dlaczego nie zadbał o tak ważny element, jakim jest zakończenie?

Historię Kenta, Tima, Dawn, Hannah, Dona, Rachel, Chrisa, Patricii, Brandy, Danny’ego, Brooke i Allison można potraktować wielorako: jako ostrzeżenie na przyszłość, jako kronikę zmniejszającej się przepaści pokoleniowej pomiędzy rodzicami i dziećmi, jako obraz relacji międzyludzkich przedstawionych w krzywym zwierciadle i w końcu jako piekielnie bolesny skutek nieumiejętności szczerego rozmawiania w cztery oczy.

Rzadko się zdarza, bym miała aż takie problemy z oceną książki. Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że to dobrze o mnie świadczy, skoro tak odrzucam tą opowieść i nie chcę, by czyjekolwiek życie tak wyglądało. Bez kontaktu, zabijając samotność, niezrozumienie i krzywdę – zabijając na raty siebie. Kultgen w pokrętny sposób testuje czytelników i sprawdza, czy opisana w powieści znieczulica dotknęła również żyjące osoby, czy to, o czym czytają, podoba im się albo wręcz przeciwnie – budzi w nich niesmak. „Uwiązani” zmusili mnie do zajrzenia w miejsca, w które tak naprawdę nie miałam ochoty zaglądać. Czułam się paskudnie jako podglądacz i chyba nadal nie wierzę w to, co zobaczyłam. W głębi duszy mam nadzieję, że „Uwiązani” to czarny scenariusz, który nigdy się nie spełni. To przerażające, że można czuć się tak samotnym w świecie, który sprawia, że bliskość drugiego człowieka jest na wyciągnięcie ręki. 



Zwiastuny ekranizacji

25 maj 2015

„7 razy dziś” - Lauren Oliver [przedpremierowo/wznowienie]


Tytuł: 7 razy dziś
Autor: Lauren Oliver
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: [zapowiedź] 3.06.2015
Ilość stron: 384
Cena: 34,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Otwarte


Lauren Oliver podbiła serca czytelników i świat literatury młodzieżowej serią „Delirium”, opowiadającą o śmiercionośnym wirusie, jakim jest miłość. Historia Leny Haloway była szeroko omawiana i recenzowana przez nastolatków; stacja FOX zamówiła nawet serial bazujący na serii. Niestety, po pierwszym odcinku wycofano się z dalszych prac. Nie można jednak zapomnieć o erze sprzed „Delirium” i o tym, że Oliver swoją karierę rozpoczęła jednotomową powieścią „7 razy dziś”. Intrygujący debiut przetarł szlak dla późniejszych tytułów, które ugruntowały pozycję pisarki i udowodniły, że autor młodzieżówek również może mieć niepowtarzalny styl. 

"Nazywam się Sam Kingston. Jestem popularna, mam przystojnego chłopaka i szalone przyjaciółki, z którymi świetnie się bawię. Czuję się lepsza od nudnych kujonów i śmieję się z dziewczyn, które nigdy nie dostały liściku miłosnego. Robię, co chcę i kiedy chcę. Nie obchodzi mnie, czy kogoś zranię, bo i tak wszystko uchodzi mi na sucho. Aż do dzisiaj…

Wychodzę z imprezy. Oślepiają mnie światła samochodu jadącego z naprzeciwka. Czuję niewyobrażalny ból. Spadam w niekończącą się pustkę.

Umarłam?

A jednak budzę się w swoim łóżku. Tylko że znów jest piątek 12 lutego, a ja od nowa przeżywam ten sam dzień. Czy naprawdę zasłużyłam na tak surową karę? Chcę tylko odzyskać moje idealne życie. 

Bo przecież było idealne, prawda?"
źródło: Wydawnictwo Otwarte

Wiemy, że jedna decyzja może wiele zmienić. Czasem fantazjujemy na temat „co by było, gdyby…?” i wymyślamy nieistniejące konsekwencje niepodjętych decyzji. A gdybym wtedy poszła inną drogą, gdybyśmy się nie poznali, gdybym wtedy powiedziała coś innego, albo nie odezwała się wcale, gdybym w ostatniej chwili zmieniła swoje plany… Myślimy przede wszystkim o sobie i swoim życiu, ale tak naprawdę nasza decyzja wpływa nie tylko na nasz los. Tkwiąc w sieci powiązań z innymi, możemy nieświadomie sprawić, że konsekwencje dotkną grupę osób, która na co dzień nie ma z nami zbyt wiele wspólnego.

Sam Kingston na własnej skórze poznaje siłę decyzji i konsekwencji. Po zwyczajnym dniu w szkole udaje się na imprezę, po czym… ginie w wypadku. I budzi się tego samego dnia. Początkowo myśli, że to tylko zły sen – ale czy złe sny pozwalają przewidywać najbliższą przyszłość? Gdy splot wydarzeń znów prowadzi do pechowej imprezy, dziewczyna zaczyna dopuszczać do siebie myśl, że ten upiorny scenariusz znów powtórzy się jutro. Jutro, którym będzie dziś. Uwięziona w pętli, próbuje zrozumieć, co tak naprawdę jej się przydarzyło. Podejmuje nowe decyzje, bada ścieżki, które zignorowała w pierwszej wersji życia. Zaczyna realizować własne „co by było, gdyby…?”, dzięki czemu zyskuje nowe spojrzenie na środowisko, które rzekomo znała jak własną kieszeń.

W opowieści Sam pojawiają się stałe elementy, które wyznaczają rytm upływającego dnia, ale pomiędzy nimi za każdym razem rozgrywają się nowe wersje wydarzeń. Cykl dom – szkoła – impreza w powtarzających się dniach wcale nie oznacza, że jesteśmy świadkami identycznych sytuacji. Autorka rozwija różne scenariusze, choć w większości biorą w nich udział te same osoby. Dzięki temu powstała bardzo ciekawa historia, ukazująca siłę naszych decyzji i tego, jak możemy wpłynąć na sytuację innych. To, co przydarzyło się Sam, było owocem nie tylko jej działań – każdy z bohaterów zrobił coś, co wpłynęło na okoliczności Tego Dnia.

Choć historia nie jest skomplikowana, to jednak powinna dać nastolatkom do myślenia – a może i nawet nieco starszym osobom. W pewnym momencie Sam zwraca się do czytelników z myślą „spróbuj mnie nie osądzać. Pamiętaj, jesteśmy tacy sami, ty i ja.” Po zastanowieniu trzeba przyznać, że bohaterka ma rację. Pomijając różnice w usposobieniu, to ile razy sprzeczaliśmy się z kimś bliskim o drobiazgi? Ile razy wyszliśmy w złym nastroju i nie pożegnaliśmy się z nikim? Ile razy słowa wypowiedziane pod wpływem emocji, przed rozstaniem, były bolesne i złośliwe? Ile razy nie pomyśleliśmy o tym, by postawić się na miejscu drugiej osoby? Nie mieści się to w głowie, że może nam się coś stać w trakcie zwyczajnego dnia, nawet takiego, który jest wypełniony rutyną. Zdarza nam się działać pod wpływem impulsu, jednak nie mamy szansy, by przyjrzeć się swoim działaniom z różnych perspektyw. Zazwyczaj po prostu idziemy dalej, Sam za to otrzymała taką szansę. Czasem chcielibyśmy cofnąć czas; niektórzy mają szczęście i naprawiają swoje błędy w przyszłości, a inni po tragedii zdają sobie sprawę, że już za późno na pewne słowa – i że nigdy nie będą mogli tego zmienić. To sprawia, że „7 razy dziś” jest poruszającą lekturą, bo dotyka tych niespokojnych myśli, które mamy chyba wszyscy.

Przede wszystkim Oliver dobrze poradziła sobie z kreacją głównej bohaterki. Nie narzuciła Sam metamorfozy absolutnej, co i tak byłoby niepotrzebne i nienaturalne. Początkowo dziewczyna jest złośliwa, zapatrzona w siebie i rozpuszczona – ta postawa jest niczym maska, ale już wtedy mamy przebłyski tego, kim tak naprawdę jest pod tą pozą. Pisarka uchwyciła rysy charakterystyczne dorastającej dziewczyny, która z jednej strony chce dopasować się do rówieśników, a z drugiej, pod tym całym burzliwym czasem dojrzewania, skrywa swoje dawne cechy. Sam zaczyna się zmieniać wraz z upływem kolejnych dni, ale nie jest to błyskawiczne przeistoczenie w grzeczną dziewczynkę. Jakakolwiek całkowita cudowna zmiana byłaby niewiarygodna. Musimy bowiem pamiętać, że mamy do czynienia z akcją rozgrywającą się w ciągu tygodnia, który jest zapętlonym jednym dniem. W obrębie tego czasu Sam raczej zyskuje świadomość dotyczącą swojego postępowania, nabiera dystansu do chwil, które w pierwszej wersji dnia były skutkiem impulsywnych działań. W normalnym życiu rzadko kto potrafi tak z boku spojrzeć na własne postępowanie. To nie tyle ją zmienia, co pomaga jej w wydobyciu cech, które kiedyś zepchnęła w głąb siebie. Dziewczyna zyskuje nową perspektywę w swoim życiu.

Skóra mi cierpnie na myśl o przyjaciółkach Sam, bo choć ich nie polubiłam, to przyznaję, że nawet jest mi ich żal i jestem w stanie wykrzesać trochę sympatii, gdy o nich myślę. Są bohaterkami, które budzą w czytelniku sprzeczności – z jednej strony ich zachowanie drażni i złości, ale gdy poznajemy wszystkie sekrety, zaczynamy rozumieć, dlaczego tak postępują. To przede wszystkim potwornie zagubione nastolatki. Pierwsze wrażenie, jakie wywierają dziewczyny, jest tragiczne, bo nawet „Wredne dziewczyny” są przy nich milutkie. Postawa Lindsay, Elody i Ally wynikała z pewnych prywatnych problemów, które starały się w ten sposób nieudolnie maskować. W szkole (przetrwania) słabości są bezlitośnie wykorzystywane i tylko hałaśliwe, rozrywkowe usposobienie pomaga wspiąć się na szczyt towarzyskiej drabiny. Dla nich rachunek był prosty – jeśli nie pójdą po trupach do celu, one same staną się tymi trupami. W kontekście „7 razy dziś” to sformułowanie nie jest przesadzone. Pisarka spróbowała sportretować współczesnego, amerykańskiego nastolatka; zastanawiam się jednak, czy nie była za ostra w swojej ocenie – chamstwo, wulgaryzmy, alkohol, narkotyki, lekceważący stosunek do wszystkiego i wszystkich, bezmyślność, brak empatii to codzienność wielu rówieśników Sam. Czy w tym przypadku przykład idzie z góry, od dorosłych domowników chociażby? Brakowało mi jakiegoś wyjaśnienia, dlaczego właśnie w ten a nie inny sposób nastolatki postrzegają popularność i wchodzenie w dorosłość. Myślę, że autorka jest nam winna wyjaśnienie – pokazała, jak rzekomo jest, ale poskąpiła odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”.

Wydaje mi się, że pisarka mogłaby lepiej rozwinąć historie wszystkich bohaterów, nie tylko Sam, jej przyjaciółki i pewnej szkolnej ofiary. Rozumiem, że powtarzający się siedem razy dzień nie daje wielkich możliwości, jeśli chodzi o budowanie pośrednich wątków, ale przecież wyraźnie widać, że miała pomysł na los każdej postaci, a jednak tylko o tym napomknęła. Umiejętnie wprowadziła retrospekcje do opowieści głównej bohaterki, więc mogłaby to samo zrobić z postaciami drugoplanowymi. Dzięki temu waga każdej decyzji Sam nabrałaby jeszcze głębszej wymowy.

„7 razy dziś” to frapująca, bardziej gorzka niż słodka powieść przeznaczona dla nastolatków. Lauren Oliver zadebiutowała w dobrym stylu, jednocześnie dając do myślenia młodym osobom. Często powtarzamy sobie: „żyj tak, by niczego nie żałować”, ale często nie poddajemy refleksji prawdziwego znaczenia tych słów. Nie dotyczą one wyłącznie szalonych, fundujących zastrzyki adrenaliny planów, czasem chodzi o zwykle, codzienne życie, w którym nie zawsze myślimy o konsekwencjach, impulsywnie podejmujemy decyzje czy mówimy coś zanim zdołamy zastanowić się nad własnymi słowami. „7 razy dziś” to tytuł obowiązkowy dla fanów Oliver oraz czytelników ceniących sobie literaturę młodzieżową, która zmusza do zastanowienia.

23 maj 2015

Ugly Love – zwiastun filmu + tłumaczenie i wyjaśnienia


Kiedy Tate Collins spotyka kapitana linii lotniczych Milesa Archera, nie zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia. Nawet nazwanie ich relacji ,,przyjaźnią” to byłoby zbyt wiele. Jedyną rzeczą, która łączy Tate i Milesa, jest niezaprzeczalne wzajemne przyciąganie. Kiedy ich pragnienia wychodzą na jaw, zdają sobie sprawę z tego, że znaleźli się w idealnej sytuacji. On nie chce miłości, ona nie ma czasu na miłość, więc pozostaje im tylko seks. Ten układ będzie działał bez zarzutu tak długo, jak długo Tate będzie trzymała się dwóch zasad:
 
Nie pytaj o przeszłość.
Nie oczekuj przyszłości. 

Myślą, że sobie z tym poradzą, ale niemal natychmiast uderza w nich fakt, że nie dadzą rady tego okiełznać. 

W serca wkradają się uczucia.
Obietnice zostają złamane.
Zasady obracają się w proch.
Miłość… Miłość staje się brzydka.

W sieci pojawił się krótki zwiastun nadchodzącej ekranizacji powieści „Ugly Love” autorstwa Colleen Hoover. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że… filmu jeszcze nie ma. W ogóle.

O co chodzi?

To proste: ekipa filmowa nakręciła krótki filmik promocyjny, w którym występuje odtwórca głównej roli, by podgrzać atmosferę wokół ekranizacji, zainteresować fanów i potencjalnych sponsorów. Sceny obecne w zwiastunie nie pochodzą z filmu, ale mogą zostać do niego dołączone. Teraz twórcy rozpoczęli kampanię w serwisie Indiegogo, bo jak sami piszą:

„Tworzenie filmu to jedno, ale trzeba również zapewnić, żeby film dotarł do jak największej ilości widzów i miał możliwie największą dystrybucję. Marketing i reklama kosztują, będąc jednocześnie kluczowym komponentem pracy nad filmem. (…) Im więcej pieniędzy zbierzemy, tym większe szanse na to, że Ugly Love trafi do twojego kina. Jeśli przekroczymy założony próg, fundusze zostaną przeznaczone m.in. na zaangażowanie znanych aktorów.”

Najwyraźniej oznacza to, że ekranizacja powstanie bez względu na wynik zbiórki. Pieniądze są potrzebne, by przebić się z produkcją indie* do szerokiej grupy widzów. W końcu reklama i dystrybucja kosztują. Zbieranie funduszy organizowane jest w systemie Flexible Funding, co oznacza, że nawet jeśli suma nie przekroczy założonego progu, to ekipa i tak otrzyma zebrane pieniądze.

Link do zbiórki: [KLIK]

Bez zbędnego przedłużania – oto krótki zwiastun: 



Tłumaczenie monologu Milesa:

„Miłość nie zawsze jest piękna. Czasem spędzasz całe życie mając nadzieję, że w końcu okaże się czymś innym. Lepszym. Brzydota pochłania cię, sprawia, że darzysz wszystko nienawiścią. Znałaś zasady, Tate: były proste. Tylko dwie zasady… Nie pytaj o przeszłość. Nie oczekuj przyszłości.”

Jako osoba znająca książkowy pierwowzór, zaskoczył mnie fakt, że zwiastun jest utrzymany w stylistyce „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, z muzyką włącznie. Z jednej strony jestem w stanie to zrozumieć – w końcu po „szarym szale” nie ma lepszego sposobu na wzbudzenie zainteresowania, ale z drugiej… Eksponowanie jednego wątku kosztem innych może źle się odbić na całej produkcji. Jakby nie patrzeć, Grey nie jest dobrym filmem i spadło na niego mnóstwo gromów. Książka również była zła, a „Ugly Love” jest naprawdę, ale to naprawdę niezłe. Wciągające. Interesujące. I zupełnie niepodobne do książki E.L. James.

_________________
*Indie (Independent film) - kino niezależne; realizowane filmy to niskobudżetowe produkcje, powstające częściowo bądź całkowicie poza dużymi wytwórniami filmowymi.

22 maj 2015

„Kiedy cię poznałam” - Cecelia Ahern


Tytuł: Kiedy cię poznałam
Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo, rok wydania: Akurat, 2015
Ilość stron: 416
Cena: 34,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Akurat
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać
 
http://lubimyczytac.pl/
 


Róż potrafi zmylić, czyli to nie jest kolejna historia miłosna


Okładka
 utrzymana w odcieniach różu i fioletu, z przytulającą się, szczęśliwą parą i hasłem dotyczącym miłości, obudziła jednoznaczne skojarzenia: uwaga romans, a może i nawet romansidło. A potem na dzień dobry przeczytałam to:

Miałam pięć lat, kiedy dowiedziałam się, że umrę.


Amorki, serduszka i westchnienia rozpłynęły się i nie wróciły aż do końca powieści. Przynajmniej nie w takim natężeniu, jakiego się spodziewałam. Oprawa wprowadziła mnie w błąd i nie dostałam tego, czego oczekiwałam, ale jestem z tego powodu zadowolona. Cecelia Ahern po raz kolejny sprawnie poprowadziła historię, zwinnie omijając banał. To już chyba jej znak rozpoznawczy.

Jasmine straciła pracę i teraz jest skazana na rok czekania. Zmuszona przez szefa do wzięcia urlopu ogrodniczego, musi znaleźć sobie zajęcie, nim „wyrok” dobiegnie końca. Zajmowanie się niepełnosprawną siostrą, Heather oraz odwiedziny u kolejnych koleżanek i rodziny nie wypełniają szczelnie wolnego czasu, co powoli zaczyna kobiecie dawać w kość. Swoje frustracje wyładowuje… na przydomowym ogródku. Czas spędzany na ogrodnictwie pozwala również dobrze przyjrzeć się życiu sąsiadów, a jednym z nich jest głośny, bezczelny prezenter radiowy, Matt Marshall. Jasmine ma kilka powodów, by nie znosić Matta – a teraz pojawił się kolejny. Wyrzucony z pracy za wybitnie niesmaczną i skandaliczną audycję, Marshall zaczyna nałogowo pić i awanturować się. Aż chciałoby się powiedzieć: jak dobrze mieć sąsiada, prawda? Zbieg nieprzyjemnych okoliczności sprawia, że drogi Jasmine i Matta krzyżują się. Równie nieoczekiwana co trudna znajomość wnosi do ich codzienności burzę emocji i… pewne uczucia.

W „P.S. Kocham Cię”, „Love, Rosie” i „Stu imionach” Cecelia Ahern udowodniła, że potrafi wplatać uniwersalne zagadnienia w nieszablonowe historie. O miłości, przyjaźni, akceptacji i stracie można opowiadać na różne sposoby – ona wie, jak zainteresować czytelnika i robi to z dużym wdziękiem. Jej najnowsza powieść to potwierdza. Nie zawiodą się ci, którzy szukają dawki optymizmu i afirmacji życia, czyli stałych elementów w prozie tej pisarki. W „Kiedy cię poznałam” akcja zdecydowanie toczy się niespiesznym rytmem, można by rzec – w zgodzie z naturą. Współgra to z historią, w której przyroda odgrywa niebanalną rolę. Interesująca jest narracja, która przybrała oryginalną formę – całą opowieść poznajemy z perspektywy Jasmine, która zwraca się… do Matta. Bezpośrednie „ty” sprawia, że czytelnik staje się bohaterem-obserwatorem, bezwolnie wchodząc w skórę Marshalla.

Początkowo Jasmine jest strasznie irytującą postacią. Rok płatnego urlopu to dla niej tragedia, bo nie ma co ze sobą zrobić. Osobiście polecałabym podróżowanie albo wolontariat, rozwijanie hobby również nie gryzie, prawda? Czytelnika korci, by pokierować kobietą, by wyrwać te chwasty narzekania, zaniedbania i błędów. Oczyma wyobraźni widzimy, jak pięknie Jasmine może rozkwitnąć, jeśli tylko podejmie się pracy nad sobą. I w tym sęk – bo „Kiedy cię poznałam” to przede wszystkim historia przemiany, budzenia się do życia. Cecelia Ahern zasiewa potrzebę zmian, która kiełkuje w kolejnych rozdziałach. Jasmine poświęca się pracy w ogrodzie, co z kolei odzwierciedla zmiany w jej życiu. To dość prosta i oczywista analogia - uprawiania ogródka i praca nad sobą, zmiany pór roku i zmiany w życiu bohaterki. To nieszczególnie powalająca metafora, ale Ahern nadała jej pewną świeżość.

Powieść ma swoją gwiazdę i jest nią… Heather, siostra Jasmine. Przesympatyczna wielbicielka muzyki, która, tak się złożyło, jest dotknięta zespołem Downa. Heather, wbrew temu, co myślą o niej niektórzy, jest zaradna, odpowiedzialna i pracowita. Wiecznie zajęta, wiecznie w coś zaangażowana, sprawia, że pozostali „zdrowi” bohaterowie wypadają bardzo blado na jej tle. Wprost nie sposób nie pokochać Heather za otwartość, troskę i wrażliwość. Poświęcone jej rozdziały czytało się najprzyjemniej, jako że jest ona najciekawszą, najbarwniejszą postacią. Można nawet odnieść wrażenie, że to również najbardziej poukładana bohaterka w całej powieści. Ponieważ poznajemy historię z perspektywy Jasmine, widzimy również konkretne spojrzenie na niepełnosprawność. Ahern postanowiła nie epatować stanem Heather, pokazała za to codzienność z taką osobą – a ta codzienność jest normalna, jakimkolwiek truizmem by to nie było, choć jednocześnie niektóre elementy są dostosowane do potrzeb niepełnosprawnej. Relacja sióstr to jeden z najmocniejszych elementów powieści. Pisarka stworzyła wiarygodną więź, która nie jest taka sama od początku do końca. Metamorfoza Jasmine ma wpływ na jej podejście do Heather. Siostry razem dorastają do pewnych, nie zawsze oczywistych decyzji. Właśnie to wspólne dorastanie trzydziestokilkuletnich kobiet sprawia, że „Kiedy cię poznałam” jest fascynującą lekturą.

„Kiedy cię poznałam” ma też swoją słabą stronę i o dziwo jest nią… miłość. Wątek miłosny zaskoczył mnie, bo spodziewałam się nieco innej pary, ale z drugiej strony muszę przyznać, w oparciu o „Love, Rosie” i „P.S. Kocham Cię”, że Ahern zdarzało się kreować ciekawsze związki i ich historie. Relacja Jasmine i jej partnera jest zwyczajna i nijaka, zupełnie nie czułam pomiędzy nimi chemii. Zastawiam się, czy nie lepiej byłoby pozostawić ich na przyjacielskiej stopie, ukryć miłość w obszarze niedopowiedzenia. Może to byłoby lekiem na pobieżność. Wiem, że pisarka potrafi doskonale portretować nawet najbardziej kapryśne związki międzyludzkie, co udowadnia też w samym „Kiedy cię poznałam”, które przedstawiając barwną paletę relacji, ma również swój wyjątek i jest nim romans Jasmine. Po skończonej lekturze nadal zastanawiam się, po co go wprowadzono i nie bardzo potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Na dodatek zajął on miejsce, które należało się innemu wątkowi – rodzicom Jasmine. Autorka powinna zdecydowanie więcej napisać na ten temat i naprawdę nie miałabym nic przeciwko, gdyby cały ciężar powieści oparto właśnie na wątku rodzinnym. Rodzina patchworkowa, którą dotknęła choroba i śmierć, relacje dorosłych dzieci i rodziców, stosunek krewnych do niepełnosprawności jednego z nich to tematy, które zaintrygowały i zaznaczyły swoją obecność, ale nie rozwinięto ich ponad to.

„Kiedy cię poznałam” to przede wszystkim historia o dojrzewaniu do niełatwej decyzji – by rozpocząć od nowa. Strach przed zmianami sprawił, że bohaterowie zaczęli więdnąć, zamieniając swoje życie w jałowe pustkowie. Jednak w zgodzie z myślą, że nigdy nie jest za późno, im też dano szansę na to, by mogli rozkwitnąć. Pielęgnowanie marzeń nie jest łatwym zadaniem, ale nagroda za ten wysiłek może przekroczyć najśmielsze oczekiwania. Cecelia Ahern po raz kolejny stworzyła inspirującą powieść, w której nie brakuje wzruszeń i humoru.

18 maj 2015

„Ostre przedmioty” - Gillian Flynn


Ale bagno.

Jakie to chore.

Flynn po raz kolejny to zrobiła (a raczej biorąc pod uwagę chronologię wydania – po raz pierwszy). Stworzyła tak rąbniętą historię, że trudno mi uwierzyć w to, iż jest ona wytworem wyobraźni. Nie wiem, o czym myśli pisarka i co ją inspiruję, ale mam nadzieję, że to źródło zbyt szybko nie wyschnie. 



Tytuł: Ostre przedmioty
Autor: Gillian Flynn
Wydawnictwo, rok wydania: Burda Publishing Polska, 2015
Ilość stron: 360
Cena: 34,90 zł


~~***~~

 
Wyobraźcie sobie skórę, może lekko zarumienioną, z kilkoma zadrapaniami. Pokrywa ją cienka warstwa potu i zapach lekko zwietrzałych perfum. Wygląda całkiem normalnie. Jednak Gillian Flynn sięga po nóż, naciska ostrzem, po czym zagłębienie pęka i ujawnia smród, zgniliznę, ropę. Nikt by nie pomyślał, że tyle się pod nią czai i wystarczy wąskie cięcie, by zedrzeć normalność i przejść do zepsucia. Jeszcze przed chwilą wszystko było w porządku, a teraz jesteśmy świadkami oskórowania. Jak to się stało? W „Ostrych przedmiotach” przejście ze zdania na zdanie może diametralnie zmienić atmosferę; zwyczajne sytuacje potrafią nabrać patologicznego, wręcz surrealistycznego wydźwięku.

 Najlepszy thriller Amazon.com!
 
Camille Preaker po krótkim pobycie w klinice psychiatrycznej wraca do pracy reporterki w „Daily Post” i otrzymuje zlecenie na artykuł o tajemniczych zabójstwach dwóch małych dziewczynek w jej rodzinnym miasteczku.
 
Z niechęcią wraca do wspaniałej wiktoriańskiej rezydencji, w której się wychowała, gdzie zaczyna ją prześladować wspomnienie tragedii z dzieciństwa. Stara się odkryć prawdę o brutalnych zbrodniach. Wszystkie tropy prowadzą jednak w ślepą uliczkę i zmuszają Camille do rozwikłania zagadki własnej przeszłości, której musi stawić czoło.
źródło: Burda Książki

…bo Flynn nie wierzy w istnienie grzecznych dziewczynek. Ani damulek w opałach.

Zapomnijcie o mężczyznach – „Ostre przedmioty” wypełniają królestwo kobiet. Flynn ma naprawdę niezłą rękę do kreowania antypatycznych, toksycznych, ale i piekielnie interesujących postaci kobiecych. Potrafią być kochające, czułe, zmysłowe, istne domowe boginie… które przecież jakoś muszą ukrywać swoje prawdziwe oblicza. Na pewnym etapie poznawania stają się odpychające, ale i tak chcemy wiedzieć więcej. Przyglądamy się im, bojąc się chociażby mrugnąć, bo właśnie w tej chwili może opaść maska, pod którą skrywa się potwór - a potem znów wszystko będzie w porządku. Pisarce za to nie wyszło z facetami w tym tomie. Kobiety intrygują, mają wiele twarzy, ich myśli podążają nowymi ścieżkami, a mężczyźni są niczym pionki, które pojawiają się w odpowiednim momencie na planszy. Chore umysły córek, sióstr, koleżanek, matek i żon królują, spierając się z otwartymi umysłami swoich rywalek i nie dopuszczają nikogo do głosu. To one i ich świetne portrety psychologiczne stanowią siłę napędową „Ostrych przedmiotów”.

Powieść poniekąd staje się studium dojrzewającej, rozwijającej się kobiecości, która zostaje wypaczona przez środowisko. Zniekształcone dorastanie staje się upiorną walką w Wind Gap, którą wielu akceptuje bo… bo dlaczego nie? Przecież zawsze wygrywa silniejszy, a odmieńcy giną pod drogim obcasem i wypielęgnowanym paznokciem. Śliczne i bogate dziewczynki niszczą gorsze rówieśniczki, po czym zamieniają się w piękne i bogate kobiety, które czujnie śledzą losy swoich dawnych ofiar. Arsenał mają nieograniczony – cielesność, używki, przemoc, a w dorosłych życiu liczba dzieci i dobra partia, czyli mąż (bądź też brak takowych, bo zasady gry lubią być zmieniane). Każda próba odzyskania kontroli nad sobą, nad swoim ciałem i seksualnością, prędzej czy później wpada w ręce ostracyzmu. Wszystko da się źle zrozumieć, przedmiot podziwu może stać się obiektem niechęci. Z tej walki nie wychodzi się bez ran.

Camille Preaker ma sporo wspólnego z Amy Dunne, bohaterką „Zaginionej dziewczyny”. Obydwie kobiety przykuwają uwagę, wywracając do góry nogami świat swojej i przeciwnej płci. Są fascynujące nie tylko ze względu na zepsucie, ale także poglądy i podejmowane działania. Nie spotkałam się jeszcze z taką bohaterką jak Camille, dla której słowo pisane jest pojęciem wielopłaszczyznowym. Ona sama jest zupełnym przeciwieństwem niewyrazistej, wyblakłej postaci. Stanowi ciekawą przeciwwagę dla innych kobiet, które spotykamy na kartach powieści. Z Camille można czytać niczym z otwartej księgi - a to niepożądane w świecie, w którym pozory kreują człowieka. By móc prowadzić śledztwo, musi wtopić się w tłum, co oznacza wszycie własnych demonów pod skórę, tak jak robi to cała reszta. Preaker jest przewodniczką w mrocznej rzeczywistości Wind Gap i świetnie się z tego zadania wywiązuje. Czytelnik jest gotowy, by mentalnie pójść za nią do najgorszych zakątków miasta i psychiki. A potem tam ugrzęznąć. Bo to bagno, zwyczajne bagno.

Sama intryga nie powala na kolana, w pewnym momencie znika dreszczyk związany z odkrywaniem mordercy. Pod tym względem „Ostre przedmioty” są dość przeciętne. Mogło być lepiej Flynn, mogło być lepiej. Poza chęcią zagłębiania się w tą toksyczność, brakowało mi właśnie takiego zwartego, gęstego wątku zbrodni. Właściwie to, kto zabił… najmniej mnie zainteresowało. Jest zbrodnia – są trupy – jest śledztwo, bo przecież musi być jakieś zawiązanie akcji. Zdecydowanie bardziej działa na wyobraźnię to, co dzieje się poza rozwiązywaniem zagadki. Teraz Flynn nie prowadziła z czytelnikiem gry, raczej dość szybko wyłożyła karty na stół. Z tego też powodu odniosłam wrażenie, że zakończenie zostało niepotrzebnie skondensowane, streszczone wręcz. Taki upiorny finał powinien dłużej trzymać w napięciu.

„Ostre przedmioty” to skrzywiona, niepokojąca i miejscami budząca niesmak powieść, która w swojej budowie przypomina koszmar, mieszając jak najbardziej realne sytuacje z zupełnie pokręconymi i upiornymi momentami. W świecie Wind Gap wszystko jest wypaczone w różnym stopniu. Choć intryga nie zadowala tak bardzo, jak powinna, to powieść otrzymuje ode mnie wysoką notę za psychologiczne gierki pomiędzy bohaterkami, za duszną, gnijącą atmosferę i za odwagę Flynn, która stworzyła mnóstwo niewygodnych scen i myśli, zupełnie jakby działała w zgodzie z zasadą „chrzanić to, że coś nie wypada; mrok jest od tego, by go eksplorować”.

Historia, która ciąży na żołądku i męczy, bo nijak nie można jej zwrócić.

Podobno na podstawie powieści ma zostać nakręcony serial. Krążą pogłoski, jakoby miał on być utrzymany w podobnych klimatach co „True Detective”. Na razie nie chcę rozbudzać swoich nadziei, ale jeśli rzeczywiście dorówna mu poziomem, to będę bardzo, ale to bardzo zadowolona.

15 maj 2015

„5 sekund do Io” - Małgorzata Warda

  

Tytuł: 5 sekund do Io
Autor: Małgorzata Warda
Wydawnictwo, rok wydania: Media Rodzina, 2015
Ilość stron: 344
Cena: 29 zł


 ~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Media Rodzina
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać
 
http://lubimyczytac.pl/


Czy wirtualny strzał niesie realną śmierć?

Szkolne strzelaniny od wielu lat zbierają krwawe żniwo. Nagłówki gazet krzyczą „Zastrzelono siedemnaście osób! Zastrzelono trzydzieści dwie osoby! Zastrzelono dwadzieścia siedem osób! Zastrzelono trzynaście osób, dwadzieścia cztery zostały ranne!”. Na przestrzeni kolejnych lat lista z nazwiskami ofiar wydłuża się i najwyraźniej nikt ani nic nie jest w stanie tego skutecznie powstrzymać. Po każdej tragedii wybucha gorączkowa dyskusja, podczas której kolejne osoby przerzucają się argumentami i teoriami dotyczącymi postępowania morderców. Wszyscy próbują znaleźć pewną odpowiedź, która pozwoliłaby zapobiec takim wydarzeniom w przyszłości. Domysły rozgrzewają również wyobraźnię twórców. Temat masakry w Columbine poruszył Michael Moore w dokumencie ,,Zabawy z bronią”. Gus Van Sant wyreżyserował film „Słoń”, który był fabularyzowaną wersją wydarzeń z liceum. Zespół Flyleaf wydał utwór „Cassie” nawiązujący do śmierci jednej z uczennic Columbine. Zagadnienie szkolnych strzelanin pojawiło się również w książkach. Stephen King napisał powieść „Rage”, którą późnej zabronił wznawiać, głównie przez jej brutalność oraz przez rosnący poziom agresji w szkołach. Jodi Picoult w książce „Dziewiętnaście minut” zawarła co prawda historię fikcyjnej szkolnej strzelaniny, ale oparła ją o elementy z rzeczywistych wydarzeń. Na początku 2016 roku ukaże się powieść „This Is Where It Ends” debiutantki Marieke Nijkamp, która opisze szkolną masakrę, więc, jak widać, jest to temat, który nadal stawia wiele pytań i każe snuć domysły.

Kolejna fala krytyki, wraz z licznymi pozwami rodzin ofiar, spłynęła na autorów gier komputerowych epatujących agresją. Nie było tajemnicą, że Harris i Klebold [sprawcy masakry w Columbine] byli zapalonymi fanami gier takich jak Doom czy Wolfenstein. Harris, jako uzdolniony informatyk, opracowywał nowe poziomy do wymienionych gier. Niewątpliwie był to jeden z elementów układanki składającej się na całokształt psychiki nastoletnich zabójców, ale z pewnością nie jedyny.*

Wśród wielu przyczyn szkolnych strzelanin, wymienia się między innymi choroby psychiczne, używki, powszechny dostęp do broni, nieprawidłowe wzorce kulturowe, problemy rodzinne, a także… gry komputerowe. Zagadnienie wpływu takiej formy rozrywki na zachowanie młodej osoby poruszano wielokrotnie. Pojawiają się głosy mówiące o szkodliwości gier, wskazują, że wywołują agresję i przyczyniają się do przenoszenia szkodliwych zachowań do realnego świata. Z kolei przeciwnicy tego poglądu uważają, że jest to bezrefleksyjne polowanie na czarownice, które często pomija czynniki o wiele ważniejsze niż same gry. Zraniona psychika zetknięta z brutalną grą często jest ostatnim ogniwem w długim łańcuchu wydarzeń i zaniedbań. Dla zdrowej osoby będzie to nieszkodliwy sposób na rozładowanie napięcia, dla osoby chorej to może, ale nie musi, być katalizator, który przyczyni się do uzewnętrznienia negatywnych emocji.

- Czyli nie ma dowodów na to, że gry podnoszą poziom agresji?
- Literatura na ten temat jest przytłaczająca. Nie ma wątpliwości, że agresywne gry wzmagają agresję werbalną, wywołują powstawanie agresywnych myśli i spadek empatii, ale z drugiej strony - ta agresja szybko się rozładowuje. Nawet po czterech minutach wracamy do normy. Niektóre badania pokazują, że jeśli wyjmiemy z gry agresję i zostawimy całą resztę, to ona będzie nadal atrakcyjna. I to nawet dla ludzi, którzy deklarują, że lubią przemoc.**

Kombinacja tematyki szkolnej strzelaniny oraz gier komputerowych pojawia się w książce „5 sekund do Io” Małgorzaty Wardy. Powieść ta, stanowiąca interesujący mariaż powieści obyczajowej oraz sci-fi dla nastolatków, rozpoczyna się prawdziwym trzęsieniem ziemi. Główna bohaterka, nastoletnia Mika Landowska, pasjonatka gier komputerowych, jest świadkiem szkolnej strzelaniny. Tylko jej udaje się przetrwać spotkanie twarzą w twarz z oprawcą. To budzi zainteresowanie policji – co ją uratowało? Czy coś łączy ją z zabójcą? Poszukiwanie odpowiedzi prowadzi w przeszłość oraz do innego wymiaru – gry komputerowej nowej generacji „Bitwa o Io” stworzonej w systemie „Work a Dream”, który pozwala graczowi na współodczuwanie wraz z avatarem. Świat nieograniczonych możliwości i drugich tożsamości skrywa wiele tajemnic, w tym zagadkę zaginięcia grupy nastolatków. Zniknęli w naszej rzeczywistości, ale nadal są gdzieś na księżycu Io. Funkcjonariusze potrzebują kogoś, kto potrafi sprawnie poruszać się w wirtualnym świecie, zna działania graczy i jest w stanie utrzymać się w rozgrywce wystarczająco długo, by przeprowadzić własne śledztwo. Tym kimś jest Mika. Dziewczyna otrzymuje propozycję, której nie może odrzucić. To dla niej szansa na normalne życie, którego od dawna nie miała. Od tej pory rozpoczyna się dla Miki prawdziwy turniej gier w świecie realnym i wirtualnym, jednak żadna tożsamość nie jest w stanie zagłuszyć samotności, cierpienia i traumy związanej ze szkolną masakrą. Który świat wybierze nastolatka, jeśli każdy z nich wydaje się być pułapką?

Akcja kolejnej powieści znanej i cenionej pisarki Małgorzaty Wardy toczy się na dwóch planach – w realnym życiu i w grze, do której wchodzi szesnastoletnia bohaterka. Z jakimi problemami borykają się dzieci mieszkające w rodzinach zastępczych, pogotowiach opiekuńczych i domach dziecka? Jakie zagrożenia płyną z maratonów gier komputerowych, jak niebezpieczna jest anonimowość w Internecie? Wartka akcja, ciekawe postaci, dająca do myślenia lektura dla nastolatków. 
źródło: Media Rodzina

„5 sekund do Io” wyróżnia się dużą pomysłowością autorki. Połączenie dwóch skrajnych płaszczyzn sprawia, że jest to książka, która trafi zarówno do nastolatka, jak i jego rodzica. Autorka zabiera czytelnika w podwójną podróż – z jednej strony mamy do czynienia z historią o osieroconej nastolatce i jej młodszej siostrze, polskim systemie adopcyjnym, trudnym dorastaniu i ludzkiej bezduszności; z drugiej strony bohaterowie stają się postaciami z gry komputerowej, wypełniając misje na Io. Ta tematyczna różnorodność sprawia, że nie sposób się nudzić w trakcie lektury. Powiem więcej – od książki wprost trudno się oderwać.

Opis książki wzbudził w moim umyśle skojarzenia z filmem „Sala samobójców” w reżyserii Jana Komasy. Rzeczywiście, na pewnym poziomie toczą one ze sobą dialog. Choć nastoletni bohaterowie mają nieco odmienne problemy, to Mika, tak samo jak Dominik, jest zagubiona, wyobcowana i odrzucona. Z całych sił chce gdzieś przynależeć i wydaje jej się, że wirtualny świat jest dobrym rozwiązaniem. Tam może znaleźć wspólny język, tam może zapomnieć o nieciekawej codzienności. Czytelnik wielokrotnie chce wyciągnąć rękę do Miki, potrząsnąć nią i ocucić, zanim będzie za późno. Po raz kolejny widzimy, że gry i sieć stają się ostatnim przystankiem „przed”, a nie głównym źródłem tragedii.

Młodszych czytelników wirtualny świat Io na pewno zafascynuje, ale ja po początkowym entuzjazmie, w pewnym momencie poczułam przesyt grą. Bardziej interesowały mnie rzeczywiste perypetie bohaterki, które w moim odczuciu zostały zdominowane przez komputerowe zmagania. Zachwiano równowagą pomiędzy płaszczyznami, a co za tym idzie, również zabrakło mi wglądu w prywatne życie poszczególnych graczy. Wielu z nich balansowało pomiędzy poświęceniem a uzależnieniem, niektórzy wybierali dobro i porządek a inni zło i przemoc. Chętnie poznałabym kierujące nimi motywy oraz zachowanie poza grą, bo to pomogłoby mi zrozumieć, co takiego działo się w codzienności niektórych osób, że jedni „relaksowali się” poprzez katowanie innych, a drudzy ratowali graczy. Rozumiem, dlaczego tak a nie inaczej poprowadzono akcję w „5 sekund do Io”, ale przyznać muszę, że strona obyczajowa pozostawiła we mnie niedosyt. Mam nadzieję, że jej obiecujący rozwój będzie kontynuowany w następnym tomie serii. Naprawdę doceniam wyobraźnię pisarki i barwność Io, ale chciałabym też lepiej przyjrzeć się prawdziwemu życiu, a nie tylko jego elektronicznemu odpowiednikowi.

Opisany w powieści system „Work a Dream” może podziałać na wyobraźnię niejednej osoby. Konsola w „5 sekund do Io” to element dobrze rozwiniętej rozrywki. Jej czujniki oszukują mózg, pozwalając graczowi odczuwać to samo, co postać, którą kieruje. W grze biorą udział wszystkie zmysły, co prawie przenosi do innego świata. Jeśli ktoś zostanie ranny – czuje ból, jeśli będzie przedzierał się przez zaspy – będzie mu zimno, jeśli będzie szedł przez pustynię – odczuje silne pragnienie a jego skóra będzie poparzona. Granic odczuwania praktycznie nie ma i można przeżyć własną śmierć. Wirtualne wydarzenia stają się realne dla ludzkiego umysłu. To rodzi pytanie: jeśli mózg jest przekonany o cierpieniu bądź śmierci, to jak przekonać go, że w rzeczywistości wszystko jest w porządku? Psychika często nie jest w stanie wytrzymać tego natężenia. Takie rozchwianie może zaowocować agresją, a jeśli dodamy do tego poważne zmęczenie spowodowane wielogodzinnym czy nawet wielodniowym maratonem z grą, to czarne scenariusze zaczynają same się układać. I znowu – problemem nie jest sama gra, ale silne uzależnienie od niej, które nie bierze się z niczego. Nałogi też mają swoje źródła.

Powieść nie demonizuje współczesnych gier, raczej stawia pytania o ich przyszły rozwój. Ludzka ciekawość prowadzi do przekraczania granic fikcji i rzeczywistości, co już owocuje rozmaitymi prototypami i urządzeniami. Amerykańscy gracze mogą zakupić specjalną kamizelkę dedykowaną grze komputerowej, która pozwala odczuć uderzenia, pchnięcia, a nawet siłę postrzału. Pojawiły się również informacje o projekcie „sensoryczna fikcja”, w której, poprzez specjalnie przygotowaną kamizelkę, czytelnik może odczuć na własnej skórze to, co przeżywa literacki bohater. „5 sekund do Io” pokazuje, że zaawansowana technologia może zostać wykorzystana zarówno do dobrych, jak i złych celów. Idea czegoś, co ma pomagać i rozwijać, może zostać wypaczona i poważnie zranić postronnych użytkowników.

„5 sekund do Io” potwierdza to, co napisano w promocyjnym streszczeniu. Rzeczywiście jest dającą do myślenia, zawierającą wartką akcję i ciekawe postaci lekturą dla nastolatków. Powieść działa na wyobraźnię i wciąga tak mocno, jak gra wciągnęła Mikę i jej rówieśników. Dostarcza rozrywkę – ale nie jest to wyłącznie pusta zabawa. Małgorzata Warda w nienatarczywy sposób zwraca uwagę na to, że wejście z bagażem emocjonalnym do wirtualnego świata może mieć nieszczęśliwe skutki. Co ta przygoda przyniesie Mice? Gdy zacierają się granice, niczego nie można być pewnym…

_________
Źródła:
* Roksana Małek „Analiza zjawiska school shootings z perspektywy pojęcia zabójstw masowych” Artykuł dostępny pod linkiem: http://www.kryminalistyka.fr.pl/praktyka_profilowanie_roksana.php.
** „Po co tłuczemy w strzelanki?” Justyna Suchecka w rozmowie z Kamilem Sijko - psychologiem z Pracowni Szkolnych Uwarunkowań Efektów Kształcenia Instytutu Badań Edukacyjnych; wywiad dla portalu wyborcza.pl Wywiad dostępny pod linkiem: http://wyborcza.pl/magazyn/1,142465,17162444,Po_co_tluczemy_w_strzelanki_.h...