29 kwi 2015

,,Nie taka dziewczyna. Młoda kobieta o tym, czego „nauczyło” ją życie" - Lena Dunham


Tytuł: Nie taka dziewczyna. Młoda kobieta o tym, czego „nauczyło” ją życie
Autor: Lena Dunham
Wydawnictwo, rok wydania: Czarne, 2015
Ilość stron: 280
Cena: 39,90 zł


~~***~~


„Ty wstydu nie masz!”


Gdybym miała krótko opisać „Nie taką dziewczynę”, to zdecydowałabym się na określenia: brak granic, nadmiar informacji. Jeśli czytaliście inne recenzje to wiecie, że nie ja pierwsza (i pewnie nie ostatnia) mam takie skojarzenia. Gdy ta konkretna młoda kobieta opowiada o tym, czego „nauczyło” ją życie, trzeba przygotować się na szczerość totalną. Lena Dunham pisze otwarcie o tym, o czym niektórzy wstydzą się nawet myśleć. Sama książka wzbudziła duże zainteresowanie, czemu właściwie nie ma się co dziwić. Wydawnictwo Random House wydało 3,7 mln dolarów na ten literacki debiut. Rekordowa suma zwieńczyła listę osiągnięć reżyserki, scenarzystki i aktorki. 

Prześmieszny, oryginalny i odkrywczy zbiór osobistych esejów jednej z najpopularniejszych obecnie nowojorskich artystek, Leny Dunham, która podbiła serca publiczności jako gwiazda serialu HBO Dziewczyny.

W Nie taka dziewczyna opowiada o doświadczeniach wchodzenia w dorosłość: o zakochiwaniu się, nieudanych randkach, samotności, kilku dodatkowych kilogramach, udowadnianiu swojej wartości, szukaniu własnej drogi i prawdziwej miłości, a przede wszystkim o tym, że trzeba mieć odwagę i wierzyć, iż właśnie twoja historia jest tą wartą opowiedzenia.

Ta książka to dowód, że dwudziestoośmioletnia Lena Dunham błyszczy wśród młodych talentów literackich Ameryki, a także pełen autoironii i momentami boleśnie szczery raport z wojny zwanej dojrzewaniem.

„Już wiem, że będę się wstydzić myśli, iż mam ci cokolwiek do zaproponowania. Ale jeśli to, czego się nauczyłam, pomoże ci wykonać choć jedno parszywe zadanie albo uratuje przed stosunkiem, w trakcie którego będziesz się bała zdjąć trampki, na wypadek gdybyś musiała wiać, każda moja porażka będzie tego warta”.
Lena Dunham

Jedna z najlepszych książek roku według „Library Journal”

Bestseller „New York Timesa”
źródło: Czarne

Na własny użytek zaczęłam w myślach porównywać „Nie taką dziewczynę” Leny Dunham i „The Opposite of Loneliness: Essays and Stories” Mariny Keegan. Obydwie młode kobiety na pewnym etapie swoich karier zostały nazwane głosem pokolenia współczesnych dwudziestoparolatków. Każda z nich jest obserwatorką, która w zbiorze esejów zawiera spojrzenie na świat. Proza Keegan wydaje się wyważona, delikatna i młodzieńczo żywiołowa. Marina pisała o swoich rówieśnikach, pokoleniu dwudziestolatków, o strachu i pułapkach dorosłości, ale i o nadziei oraz potrzebie, by za sprawą swojego talentu stać się częścią czegoś większego. Stawiała się na miejscu bystrego obserwatora ,,tu i teraz” w pokoju pełnym ludzi. Zupełnie inaczej wypada przy niej głośna, artystycznie pstrokata i likwidująca wszelakie granice Dunham, którą można nazwać ekshibicjonistką, czego zupełnie nie da się powiedzieć o Keegan. Interesujące, jak dwie młode kobiety, okrzyknięte ikonami tego samego pokolenia i już mające sukcesy na koncie, mogą mieć tak odmienne głosy. 

Jest coś fascynującego w „Nie takiej dziewczynie”. Może to szczerość, jakiej zazwyczaj nie doświadczamy, a która w wielu miejscach przeistacza się w ekshibicjonizm. Bo oto nagle dziewczyna będąca jednym z synonimów sukcesu zaczyna się z nami spoufalać, wyciągając na światło dzienne sporo wstydliwych informacji. Może to głos samej Dunham oraz jej zmysł obserwacji świata. Ludzie opisani przez Lenę są tak niebanalni, że zdają się być skutkiem ubocznym nadmiernego fantazjowania a nie rzeczywistymi osobami. A jednak łatwo uwierzyć, że autorka miała z nimi do czynienia na co dzień. Interesujące sylwetki nadają kształt życiu Leny i choć często zarzuca się jej, że jest przede wszystkim skoncentrowana na sobie, to ja pozwolę sobie się z tym nie zgodzić. Gdyby ten zarzut był prawdą, to Dunham nie byłaby w stanie zawierać w swoich esejach tak czujnych obserwacji i szczegółów dotyczących innych osób. Życie autorki składa się przede wszystkim z innych i jednocześnie poddaje wnikliwej refleksji swoje życie. Może i jest bezkrytyczna w stosunku do siebie samej, ale w czasach kompleksów i walki ideałów piękna, kto z nas nie chciałby zachwycić się sobą choć odrobinę? Już pomijając sławnych rodziców i łatwiejszy start: czy to przypadkiem nie ta miłość własna zaprowadziła Dunham tak daleko?

Poziom „Nie takiej dziewczyny” jest dość nierówny. Rozdziały–perełki sąsiadują z męczącymi zapychaczami, które mają znaczenie jedynie dla ich twórczyni. Ciągnąca się przez blisko dziesięć stron dietetyczna lista Leny może stanowić ciekawostkę, ale prawdę mówiąc, osobiście nie widzę niczego interesującego w spisie dań i ich rzekomej kaloryczności. Tak samo zastanawiające są rozdziały „ginekologiczne”, które pozwalają dobrze poznać problemy intymne Dunham, poza tym nie wnosząc niczego wartościowego do lektury. Seksualność sprowadzona do pieczenia w kroczu ani nie zachęca do badań, ani nie stanowi ważnego głosu w dyskusji o współczesnych kobietach. Ekshibicjonizm też trzeba umieć eksponować. Forma „o wszystkim po trochu z mojego życia” z jednej strony pozwala na przedstawienie możliwie pełnego obrazu życia, ale z drugiej wpędza autorkę w pułapkę – bo za „wszystkim” idzie brak konkretów, potem idzie wylewność, za nią wlecze się przegadanie… A wszystko spinają chaotyczność i nuda. Wspomniane perełki, czasem rozciągające się na kilka rozdziałów, czasem będące tylko anegdotą, traktują o leku na samotność, zderzeniu wyobrażeń z rzeczywistością czy relacji matka-córka. Te fragmenty zdradzają głos odważnej, tak pewnej siebie kobiety, że nie boi się podjąć żadnego tabu i potrafi z dystansem patrzeć na swoje perypetie. Co ciekawe, na drugim końcu tego dystansu jest młoda Lena – miotająca się, szukająca miłości, przyjaźni i sensu życia dziewczyna.

Tajemnice, wady i słabości mogą być wykorzystane przeciwko posiadającej je osobie. Autorka uzewnętrzniła się, starając się wzmocnić swoje postrzeganie seksualności i fizyczności, co powinno wytrącić broń z rąk krytyków – jednak Dunham odczuła na własnej skórze, że to nie załatwiło sprawy. Z dużym zainteresowaniem, o którym pisałam wcześniej, pojawił się równie duży skandal, który wytworzył zarówno wokół książki, jaki samej autorki, nerwową atmosferę. Sen z powiek spędzały Dunham oskarżenia o molestowanie własnej siostry, pedofilię i niepoważne traktowanie tychże zjawisk. Łączącą ją z Grace więź nazwano chorą, noszącą znamiona wykorzystywania seksualnego. Rzesza ludzi stanęła murem za autorką, w tym jej młodsza siostra, która zaprzeczyła, jakoby wyrządzono jej krzywdę. Potem wypłynął temat gwałtu opisanego w „Nie takiej dziewczynie” i rozgorzały dyskusje na temat prawdziwości oskarżeń o gwałt oraz tożsamości potencjalnego gwałciciela w oparciu o szczegóły zawarte w książce. Dunham, zamiast promować książkę, musiała wyjaśniać i się bronić, bronić się i wyjaśniać.

„Taka dziewczyna” jest długonoga, chuda, ale wysportowana, bogata, świetnie ubrana i dobrze wyglądająca w błysku fleszy. Reprezentacyjna, typowa gwiazda Hollywood. Dunham, również gwiazda Hollywood, jest postrzegana jako „Nie taka dziewczyna” – krągła, wytatuowana, czasem nieodpowiednio ubrana, zamiast wdzięczyć się do fotografów, potrafi robić głupie miny. Myślę, że ta książka może odczarować pewien mit narosły wokół Leny – że jest zwyczajną, przeciętną dziewczyną, która osiągnęła sukces, choć nie jest klasyczną pięknością. Rzekomo dzięki temu kobiety z całego świata mogą się z nią utożsamić. Prawda jest taka, że Dunham jest tak daleka od przeciętności, jak to jest tylko możliwe. To nie jest dziewczyna z sąsiedztwa, chyba że mieszkasz w Nowym Jorku i od podszewki znasz tamtejsze artystyczne kręgi. Życie Leny ma swoje charakterystyczne rysy, które potrafią przyćmić ten faktor normalności i zwyczajności, który do tej pory był jej znakiem rozpoznawczym. 

Ogłoszenie Dunham „głosem pokolenia” przez media w gruncie rzeczy mogło wyrządzić krzywdę „Nie takiej dziewczynie”. To hasło stało się rodzajem miary, którą zaczęto przykładać do wszystkich dwudziestoparolatków. Podniosła się wrzawa, że to nieprawda, że jak ta uprzywilejowana Dunham może wypowiadać się w imieniu wszystkich młodych ludzi? Tak naprawdę „Nie taka dziewczyna” nie jest pokoleniowym manifestem, tylko historią młodej kobiety, która po części bada własny fenomen, a przede wszystkim opowiada o swoim życiu – barwnym, chaotycznym, posiadającym unikalny koloryt. Próba przełożenia tego na każdą inną rzeczywistość skończy się fiaskiem i nieuzasadnionym żalem. Dunham można nazwać jednym z dzieci Generacji Y, ale na pewno nie jej głównym przedstawicielem.

Lena porusza zagadnienia, które są bliskie wszystkim kobietom: seks, związki, kariera, wchodzenie w dorosłość, praca czy własne ciało i w zależności od własnych doświadczeń, można się z nimi identyfikować, jednak dla niektórych kobiet obyczajowo-kulturowe różnice mogą być przeszkodą całkowicie nie do pokonania. Pochodząca z artystycznego i liberalnego środowiska, wyzwolona Dunham pisze o poszukiwaniu miłości i problemach w związkach, co jednocześnie jest związane z okazjonalnym, „imprezowym” zażywaniem narkotyków i uprawiania seksu bez zabezpieczenia z rozmaitymi chłopakami; akceptacja własnego ciała określana jest poprzez granie rozbieranych scen; pierwsza poważna praca nie wiąże się ze zmartwieniami, tylko barwną opowieścią o sklepie dla bogaczy; na porządku dziennym są wizyty u terapeuty. „Nie taką dziewczynę” należy czytać z otwartym umysłem, bo inaczej można dojść do krzywdzącego wniosku, że uprzywilejowana, bogata Lena nie ma nic ciekawego do powiedzenia wychowanej w tradycyjnym i konserwatywnym środowisku czytelniczce, która w pierwszej pracy nie zarabia majątku, a za eksplorowanie własnej seksualności byłaby nazwana puszczalską. Bo przecież takie dziewczyny też istnieją i wcale nie należą do mniejszości. 

Patrzenie na książkę Dunham z perspektywy „głosu pokolenia” przynosi nieuniknione rozczarowanie. Bo nawet jeśli jest ona głosem jakiegoś pokolenia, to w jego poczet zalicza się wąskie grono osób. Warto za to jej spojrzenie potraktować jako nowy sposób myślenia, rozmowę z przyjaciółką, która nie unika nawet najtrudniejszych pytań. Jako świadectwo osoby pochodzącej z intrygującego środowiska - i w końcu jako zapis przeżyć kobiety sukcesu, która jednocześnie jest i nie jest jedną z nas. „Nie taka dziewczyna” uświadamia, że bez względu na środowisko – stawanie się kobietą potrafi dać w kość, zaś życie „uczy” i uczy, trzeba tylko odróżnić, które lekcje są tymi wartościowymi.

26 kwi 2015

„Samotność Anioła Zagłady. Adam” - Robert J. Szmidt


Tytuł: Samotność Anioła Zagłady. Adam
Autor: Robert J. Szmidt
Wydawnictwo, rok wydania: Rebis, 2015
Ilość stron: 296


~~***~~


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości akcji Polacy nie gęsi i swoich autorów mają


Apokalipsa, czy jak kto woli – koniec świata, odbyła się już na sto różnych sposobów. 2012 rok miał rzekomo być tym ostatnim, przed nim i po nim również typowano inne daty zagłady. Śmierć przyniosła bomba atomowa, wirus, potop, wieczna zima, wojna, głód i… jeszcze można by tak długo wyliczać. Ludzkość została wytrzebiona nie raz – i rzadko kiedy na zawsze. Według cytatu przypisywanego Albertowi Einsteinowi, IV wojna światowa będzie na maczugi i kamienie. Prawdziwość tego zdania może potwierdzić Adam Sawyer, bohater powieści „Samotność Anioła Zagłady. Adam”. Będący żołnierzem – jednym z Aniołów Zagłady – Sawyer jest ostatnią osobą w długim łańcuchu wojskowym i jego zadaniem jest odpalenie śmiercionośnych rakiet, które na wypadek wojny zaatakują wroga. Adam nie dopuszcza myśli, że może dojść do takiego konfliktu, bo to w dużej mierze oznacza koniec dotychczas znanego świata. Przeciwnicy również posiadają broń i nie zawahają się jej użyć. Jednak nadchodzi dzień, w którym ukryte w bunkrach Anioły Zagłady otrzymują rozkaz i rozpętuje się piekło. Po kilku latach Adam wychodzi na powierzchnię i przekonuje się, że ludzkość została spopielona, zaś po elektryczności pozostały tylko wspomnienia. Istnieje szansa na przetrwanie, ale wymaga ona podróży przez opustoszałą Amerykę…

Dramatyczna podróż przez postapokaliptyczny krajobraz Stanów Zjednoczonych.

Adam Sawyer to pod wieloma względami wybraniec - ma bronić Amerykanów przed wojną atomową, a gdyby jednak wybuchła, przez udział w tajnym projekcie "Arka", przyczynić się do odrodzenia życia na Ziemi. Przyszłość wydaje się określona, bezpieczna, wręcz pewna... dopóki wojna rzeczywiście nie wybucha.

Okrutny los sprawia, że po kilku latach kriogenicznego snu Adam rusza do odległego centrum "Arki", które jest dla niego jedyną szansa na przetrwanie. Samotna podróż przez wyludnioną Amerykę to jednocześnie wyprawa w głąb siebie, a także nieustanna walka z nieubłaganymi siłami natury i najskrytszymi lękami. Obie drogi prowadzą jednak do odkrycia prawdy po stokroć gorszej od wszystkiego, z czym zetknął się człowiek.

Czy Adam zdoła ją udźwignąć?
źródło: Rebis

Akcja, która właściwie kręci się wokół jednego bohatera, to niełatwe zadanie dla autora – powiedziałabym nawet, że ryzykowne. Tutaj nie ma szansy na to, że książkę uratują bohaterowie drugoplanowi, interakcje pomiędzy postaciami czy wielowątkowość. W występie jednego aktora cała uwaga publiczności jest skupiona na nim a z potknięć nie da się tak łatwo wybrnąć. W „Samotności Anioła Zagłady” jesteśmy tylko my, czytelnicy i postapokaliptyczna opowieść na jeden głos. Jedyne interakcje Adama to te z martwym środowiskiem. Jak nie oszaleć w takich warunkach? Jednym z rozwiązań jest humor, który, biorąc pod uwagę okoliczności, można określić jako „czarny”. A może to właśnie on jest jednym z symptomów szaleństwa? Stan psychiczny bohatera od czasu do czasu budzi zastanowienie i pytania. Mimo tego (a może właśnie dzięki temu?) Adam dzielnie dźwiga na swoich ramionach ciężar historii i uwagę czytelnika. Interesująco przedstawiono niuanse związane z jego psychiką. Nawyki nabyte podczas życia w społeczeństwie bywają silniejsze niż realia nowej rzeczywistości, nawet jeśli spotykają się one z wolnością totalną. 

Powieść opierająca się na schemacie „podróż z punktu A do punktu B” ma również swoje wady. Dopracowany początek i koniec wyprawy towarzyszą nierównemu środkowi. Po wyeliminowaniu czynnika ludzkiego, Adam wcale nie jest bezpieczny. Natura i pozostałości po ataku bombowym też potrafią dać w kość. Pojawia się wiele piekielnie pomysłowych, a nawet w pewnym momencie upiornych rozwiązań, które przecinają momenty, w których nie dzieje się zbyt wiele i zaczyna niebezpiecznie… wiać nudą. Opisy kolejnych dróg, hoteli, wypitych alkoholi z czasem zaczynają się zwyczajnie dłużyć. W dużej mierze ten minus rekompensuje ukryta na kartach powieści intryga, która nadaje podróży Adama całkiem nowe znaczenie. Nie mogę również nie wspomnieć o zakończeniu, TAKIM zakończeniu, które wprawiło mnie w konsternację i wymogło poszukiwania ewentualnego drugiego tomu.

Mam nadzieję, że kontynuacja, o której wspominał autor, zostanie wydana, bo finał „Samotności Anioła Zagłady” nie wyczerpuje pytania „co dalej ze światem?” – zamiast tego prowokuje do snucia kolejnych scenariuszy. Najwyraźniej nasza psychika ma problem z zaakceptowaniem widma apokalipsy totalnej, po której nie ma absolutnie niczego.

21 kwi 2015

„Ene, due, śmierć” - M.J. Arlidge



Tytuł: Ene, due, śmierć
Autor: M.J. Arlidge
Wydawnictwo, rok wydania: Czwarta Strona, 2015
Ilość stron: 440
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Czwarta Strona
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać



Ile krwi jesteś w stanie przelać, by ratować swoje życie?*

Pistolet z jedną kulą. Krótka wiadomość zapisana w telefonie komórkowym. Wybór pomiędzy życiem a życiem, którego skutkiem będzie śmierć. Zabij albo zgiń. Nikt nie chciałby uczestniczyć w takiej próbie. Wszyscy zastanawiają się, co by wtedy zrobili. W wyobraźni tworzone są kolejne scenariusze, bo na bezpieczną odległość telewizora, gazety bądź książki każda zbrodnia jest niezdrowo fascynująca. Ciekawi, zmusza do zastanowienia, pozwala na wycieczkę bez zobowiązań do piekła. M.J. Arlidge w debiutanckim thrillerze „Ene, due, śmierć” zaprasza czytelników na wyprawę przez skrzywdzone umysły, które stają się marionetkami w rękach Mistrza Gry.

Witaj w świecie, w którym najbliższa Ci osoba staje się Twoim wrogiem, a każda podjęta decyzja może być ostatnią w życiu. W świecie, w którym łzy szczęścia mieszają się z zapachem krwi.
Dla Helen Grace praca w policji jest wszystkim. Dla mordercy, którego tropi, śmierć to gra. Zdeterminowana, twarda, ale też skrzywdzona Helen będzie musiała zagrać z mordercą według jego reguł. Ene, due, śmierć to mroczny i trzymający w napięciu thriller, który zmiażdży twoje poczucie bezpieczeństwa.
Zagrasz?
Ene, due, śmierć to pierwsza z serii książek z inspektor Helen Grace w roli głównej. Flagowy tytuł wydawnictwa Penguin Books. Wydarzenie Targów Książki we Frankfurcie w 2014 roku. Prawa do jej publikacji kupiło 25 krajów. Debiutancka powieść M.J. Arlidge’a – producenta telewizyjnego BBC –będzie miała też swoją ekranizację.
źródło: Wydawnictwo Czwarta Strona
Tajemniczy psychopata porywa i więzi dwie osoby. Tylko jedna z nich ma szansę na wolność i dalsze życie, pod warunkiem, że zabije współwięźnia. Wycieńczenie i strach zmuszają do walki o przetrwanie, a w takiej sytuacji krew na rękach jest ceną, jaką niejeden uwięziony jest w stanie zapłacić. Śledztwo w sprawie morderczej gry prowadzi inspektor Helen Grace i jej zespół. Pomimo gorączkowych poszukiwań, zbrodniarz jest zawsze o kilka kroków przed policjantami. Do czasu. Grace odkrywa, że dobór ofiar jest nieprzypadkowy a działania psychopaty kryją w sobie pewien przekaz...
„Ene, due, śmierć” to przede wszystkim powieść o wyborach – ale nie wszystkie wybory są tymi, o których myślimy i których się spodziewamy. Decyzja uwięzionych osób o morderstwie bądź samobójstwie to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Uprowadzenie kończy jedną serię wyborów, a zaczyna następną. Jak w wielu innych kryminałach i thrillerach, przeszłość odgrywa tutaj niebagatelną rolę, wplatając się w trwające śledztwo. Zamysł na powieść jest mroczny, elektryzujący i sprawia, że czytelnikowi włos się jeży na głowie. Mordercza gra oparta na prawie niemożliwym wyborze nie jest niczym nowym, znamy ją chociażby z serii filmów „Piła”, ale to wcale nie znaczy, że temat się wyczerpał. Wręcz przeciwnie, bo nawet teraz potrafi zainspirować do przemyśleń.
Czy te same warunki kształtują każdego tak samo? Autor przeprowadza w „Ene, due, śmierć” eksperyment, by móc odpowiedzieć na to pytanie. Wnioski płynące z obserwacji są zaskakujące – okazuje się bowiem, że podobieństwo może stać się źródłem zupełnie innych działań, jednak dobro i zło posiadają ten sam rdzeń. To gdzie tkwi różnica? Czasem w wyborze, a czasem… w ogóle jej nie ma. Tkwiąca w przeszłości krzywda rozwija różne ścieżki, a niektórzy, by wcielić się w umysł psychopaty, muszą tylko spojrzeć wstecz. Morderca i jego nemezis grają nie dlatego, że stoją po różnych stronach barykady, ale dlatego, że na pewnych etapach życia byli skrzywdzeni i są do siebie podobni. Niepokojąco podobni… To zaburza poczucie bezpieczeństwa, bo jeśli ci, którzy chronią, mogą być niczym lustrzane odbicie tych, którzy krzywdzą, to jakże w takim przypadku być spokojnym?
Czy w morderczej grze policjanta i zabójcy to stróż prawa może być tą bardziej fascynującą postacią? Helen Grace udowadnia, że tak. Mamy do czynienia z prawdziwą kobietą-zagadką. Wraz z gigantycznym bagażem doświadczeń, Grace zasila szeregi podobnych do siebie powieściowych funkcjonariuszy, ale jednocześnie zaznacza swoją niepowtarzalność. Niegdyś złamana, teraz przesunęła swoje granice tak daleko, że ból, agresja i destrukcja są dla niej chlebem powszednim. Jest twarda i zdeterminowana, tak samo jak jej przeciwnik. Żyje pracą, w pracy i dla pracy. Helen ma nóż na gardle, bo im dłużej zajmie jej rozwiązanie zagadki, tym więcej osób straci życie. Taka przerażająca presja w połączeniu z osobistymi problemami mogłaby wykończyć niejedną osobę, ale nie panią inspektor. W tym przypadku szaleństwo jest dobrą opcją, bo tylko wczucie się w umysł szaleńca pozwala na przewidzenie jego następnych ruchów. W grze o najwyższą stawkę adrenalina staje się motorem napędowym.
M.J. Arlidge dobrze poradził sobie ze spleceniem trzech perspektyw: mordercy, ofiar i śledczych, choć jedna z nich jest skonstruowana nieco słabiej niż dwie pozostałe. Postawiono przede wszystkim na dynamiczny rozwój wydarzeń, przez co ucierpiały opisy psychiki ofiar. Jesteśmy świadkami ich fizycznej degradacji, zaś z umysłu docierają do czytelnika tylko przebłyski. Autor postawił wyraźną granicę i nie można zajrzeć tam, gdzie rodzi się największy mrok, czyli w udręczonej psychice. Rozdziały poświęcone ofiarom powinny być dłuższe, bo przy całym okrucieństwie i odczłowieczaniu, autorowi nie udało się uchwycić udręki wolno płynącego czasu. Czytelnik może się tylko domyślać, jak dłuży się uwięzienie w nieludzkich warunkach, jak czas wlecze się i wlecze... Bez jedzenia, bez wody i bez nadziei – za to w ciemności, ciasnocie i we własnych fekaliach; jeśli to nie sprawia, że każdą upływającą minutę można odczuć jak nacięcie na skórze, to już nie wiem, co jest w stanie to zrobić. Brakowało mi pewnego rozdźwięku pomiędzy rozdziałami poświęconymi policji, w których rządził pośpiech, nerwowe śledztwo i desperackie poszukiwanie porwanych a wegetacją uwięzionych, czekaniem na śmierć. M.J. Arlidge za bardzo skupił się na przeskakiwaniu pomiędzy perspektywami i ujednolicił tempo wydarzeń, a w tym przypadku różnorodność byłaby bardziej pożądana. Jednak, czego absolutnie nie wolno pominąć, jest świetnie poprowadzona mnogość wątków – tutaj z kolei nie zabrakło zróżnicowania. Dla Arlidge’a liczy się głos każdego bohatera i cechuje ich coś więcej, niż tylko imię zapisane na stronach książki. Ich historie stanowią kolejne elementy układanki, a nawet wykraczają poza nią, kreując barwną, zwartą opowieść.
M.J. Arlidge poprzez wiele scen udowodnił, że ma jeszcze kilka asów w rękawie i gdy w końcu zdecyduje się na całkowite zejście w głąb mrocznej psychiki seryjnych morderców, czytelnicy będą zszokowani, wstrząśnięci, a może nawet zdegustowani. Widoczna na kartach debiutu eskalacja przemocy i grozy może znaleźć swoją kontynuację w drugim tomie historii Helen Grace. Jeśli ciekawość to pierwszy stopień do piekła, to „Powiedz panno gdzie ty śpisz” może być drugim stopniem. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Z „Ene, due, śmierć” rozstawałam się z żalem. Gdy dotarłam do zakończenia, pojawiła się ta myśli „to już koniec?”. Przedsionek do osobistego piekła inspektor Helen Grace zaserwował czytelnikom krwawą, działającą na wyobraźnię i mrożącą krew w żyłach historię wypełnioną zawrotnym tempem, które nie pozwala odetchnąć.
____________________
*cytat nawiązujący do serii filmów „Piła”.

17 kwi 2015

„Tam, gdzie nie sięga już cień” - Hanna Kowalewska [przedpremierowo]


Tytuł: Tam, gdzie nie sięga już cień
Autor: Hanna Kowalewska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: [zapowiedź] 23.04.2015
Ilość stron: 450
Cena: 38,00 zł


~~***~~


Książkę udostępniło do recenzji Wydawnictwo Literackie
 

Inka ukochała sztukę – jest graficzką, pracuje w galerii sztuki, wiedzie niemal dobre życie. Niemal, bo nad jej codziennością wisi cień, którego nie potrafi się pozbyć. Żyje z nim, prawie do niego przywykła. Tak przynajmniej myśli, ale los udowadnia Ince, że ten spokój jest pozorny i łatwo go zburzyć. Krótka wiadomość porusza w niej czułą strunę i domaga się konfrontacji. Zgodnie z zawartą w telegramie prośbą umierającej ciotki, musi wrócić do rodzinnego domu. Inka wyprowadziła się, gdy była jeszcze nastolatką i od tamtego czasu trzymała bliskich i znajomych na dystans. Powrót jest niełatwy i na dodatek wita ją powszechna niechęć. Dlaczego otacza ją wrogość? Dlaczego jest nazywana znajdą? Choć nikt nie ma odwagi mówić o tym głośno, to pod pozornym spokojem sennego miasteczka wrze. Zniknięcie Inki uczyniło wyrwę w barwnej historii rodziny – jej powrót może być kluczem do zapomnianych i od dawna nieodwiedzanych pokoi, w których ukrywa się opowieść z przeszłości. 

NAJDŁUŻSZY CIEŃ ZOSTAWIAJĄ CI, KTÓRYCH KOCHALIŚMY NAJMOCNIEJ

Tej książki nie można czytać obojętnie!

Znakomite dialogi, świetnie zbudowane postaci, zaskakująca fabuła i wielkie emocje.Mocne studium skomplikowanych relacji uczuciowych.

Inka, młoda graficzka, pracująca w warszawskiej galerii, dostaje telegram od dawno niewidzianej ciotki Berty. Kobieta jest umierająca. Chce się pożegnać i opowiedzieć o czymś bardzo ważnym… Inka przyjeżdża do Jantarni, nadmorskiej miejscowości, w której dorastała, jednak tam nikt oprócz ciotki na nią nie czeka. Wręcz przeciwnie – Inkę wita chłód, a nawet wrogość. Dlaczego? Co takiego stało się w przeszłości, że jedna z krewnych Berty potrafi splunąć dziewczynie w twarz? Dlaczego Inka od lat nie odbiera telefonów od przybranego brata Zbyszka i unika rodzinnych stron? Dlaczego jej przyjaciele z młodości nie ułożyli sobie życia, są samotni lub w nieudanych związkach?

Hanna Kowalewska opowiada poruszającą rodzinną historię, w której jest wszystko: zaskakujące tajemnice, nieplanowane miłości, wybaczenie i trwała pamięć.

To opowieść o odrodzeniu, o magii zaklętej w bursztynach, listach do Pana Boga rysowanych na piasku, sile ognia i ludzkich więzi. 

Wyraziści bohaterowie, ich sekrety i duża dawka namiętności, które nie podlegają chłodnej kalkulacji – wszystko to tworzy wnikliwy portret pokolenia niezobowiązujących związków, które nie bardzo potrafi kochać, ale jednocześnie nie przestaje tęsknić za miłością i jej szukać…

Mimo że autorka podejmuje trudne tematy, miłość i namiętność splata ze śmiercią, utratą, nienawiścią czy odrzuceniem, książka jest pełna ciepła i humoru.
źródło: Wydawnictwo Literackie

Czas w „Tam, gdzie nie sięga już cień” jest rozbity na sekrety i niewiadome. Czytelnik poznaje perspektywy kolejnych postaci, które są związane z Inką. Razem z nimi odwraca głowę, razem z nimi odsuwa firankę i wygląda przez okno, razem z nimi szepcze i próbuje zrozumieć: kim jest Inka i dlaczego budzi tyle niezdrowych emocji? Początkowo poznajemy bohaterkę poprzez to, co myślą o niej inni. Szybko powracają plotki i doniesienia, zadziwiająco zgodne w niektórych punktach. Czy to znaczy, że w każdej plotce jest ziarno prawdy? Ogólnikowe sugestie wystarczają, by zasiać niepewność w sercach bohaterów, zmuszając ich do konfrontacji z własnymi podejrzeniami. Nie każdy jest w stanie pogodzić się ze swoimi odkryciami.

Nikt nie jest samotną wyspą – mieszkańcy Jantarni wiedzą o tym najlepiej. Nawet samotnicy trzymający się na uboczu cudzych spojrzeń, mają swoje stałe miejsce w siatce ludzkich powiązań. Spotkanie Inki z ciotką Bertą otwiera korowód fascynujących sylwetek – ciotek, wujków, dawnych znajomych i przyjaciół, kochanków i osób, o których główna bohaterka nie miała pojęcia, że jest z nimi związana. Każdy ma swoją, często zaskakująca historię, którą autorka powoli odsłania na kartach powieści. Ponacinane tajemnicami wątki uzupełniają się, tworząc obraz, na którym widnieje delikatna smuga – być może ślad po nadprzyrodzonej działalności...

Motyw zjazdu rodzinnego i powrotu do rodzinnego miasta zawarty w powieści obudził małe skojarzenia z obejrzanym niedawno filmem „Powiedzmy sobie wszystko”. Choć znacznie się różnią, w tym atmosferą i podejściem do tematu, to ich rdzeń jest podobny – zetknięcie grupy krewnych staje się pretekstem do opowiedzenia historii o tajemnicach, które zaczynają żyć własnym życiem i łączą mocniej niż więzi krwi. Ponadto pojawiają się również pytania o zastanawiającą obcość, której siła bierze się z niegdysiejszej bliskości. Kiedy miłość staje się odtrąceniem? Czy można przestać znać kogoś, o kim wiedziało się wszystko? Inka na własnej skórze pozna odpowiedzi na te pytania, po drodze przyglądając się kolejnym związkom. Wśród relacji opisanych w „Tam, gdzie nie sięga już cień”, wiele z nich jest nietypowych, ale to nie znaczy, że nie są one wiarygodne. Jak powszechnie wiadomo, życie pisze różne scenariusze, dlatego naprawdę jestem w stanie uwierzyć w związki opisane w powieści.

Książkę cechuje cudowna, spokojna i odrobinę nostalgiczna atmosfera. Jesienna Jantarnia budzi pewną tęsknotę, chęć powrotu do własnych wspomnień, choć przecież dla bohaterów są one źródłem niepokoju i goryczy – to dla czytelnika klimat powieści stanowi ukojenie. Z łatwością można sobie wyobrazić miasteczko po sezonie, wyludnione w porównaniu do letniego zamieszania, gdy po tętniących życiem chwilach przychodzi senność. To ciekawie, że sceny nadmorskie, związane z przyrodą, żyją własnym życiem, podczas gdy burzliwe emocje aż kipią pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Dawne krzywdy, zauroczenia, miłość i nienawiść nasycone taką samą pasją, niewyjaśnione sprzeczki łączyły i łączą kolejne imiona. Miejsce i ludzie budzą sprzeczne odczucia, które autorka świetnie pogodziła. Na pochwałę zasługuje również uwaga, jaką pisarka poświęca detalom – czy to chodzi o wygląd codziennych przedmiotów czy o kolory, którymi nasączona jest książka: szarości, ciepłe beże, błękity, biel, żółć, zieleń.

Napisać dobrą powieść obyczajową to również sztuka – sztuka, która bez wątpienia udała się Hannie Kowalewskiej. „Tam, gdzie nie sięga już cień” to interesująca, niesamowicie klimatyczna i poruszająca opowieść, która jednocześnie jest pełna, ale i budzi apetyt na ewentualną kontynuację. Ostrożnie rozplątujcie zawarte w niej tajemnice, bo może się zdarzyć, że sami wplączecie się w jedną z nich. 

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love

12 kwi 2015

,,Najdroższa"- Wanda Żółcińska


Tytuł: Najdroższa
Autor: Wanda Żółcińska
Wydawnictwo, rok wydania: Prószyński i S-ka, 2015
Ilość stron: 348
Cena: 32 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Prószyński i S-ka

http://lubimyczytac.pl/

 

Dystans, chłód i gorączkowe rozmyślania 

Czasem patrząc na drugą osobę, zastanawiamy się, o czym myśli, co kryje się w jej umyśle, jakich słów nie wypowiada na głos. Prosimy o szczerość, pytamy „co ci chodzi po głowie?”, ale nigdy nie mamy pewności, że słowa, które słyszymy, rzeczywiście odzwierciedlają to, o czym myśli nasz rozmówca. Chcemy wiedzieć, bo nie lubimy niepewności. Może to właśnie ta ciekawość zrodziła ideę umiejętności czytania w myślach? Jednak zaglądanie do cudzej głowy może źle się skończyć dla każdej ze stron. Czytanie w myślach pozbawia tego bezpiecznego filtra, jaki często stosowany jest w trakcie rozmowy. We własnym umyśle nie da się zachowywać „na pokaz”, kontrolować szczerości, nieustannie wyjaśniać każdy skrót i skojarzenie. Nie zwalniamy gonitwy własnych myśli, by ktoś nas zrozumiał, a opisujące je słowa są szczere, surowe, nieuporządkowane, bo nie muszą się nikomu podobać – nawet nam. Jednak jeśli już poznamy cudze myśli – to czy wolno nam krytykować osobę, do której należą? To pytanie nieustannie towarzyszyło mi podczas lektury powieści „Najdroższa”. 

Należy dążyć bez widocznego wysiłku do odniesienia sukcesu, do posiadania pięknej rodziny i zadowolenia z siebie: bezskutecznie.

Nieuleczalnie chora matka, ataki lęku i towarzyszące każdemu wyborowi poczucie winy to codzienni wrogowie pokonywani przymusem uśmiechu: skutecznie. Do czasu...

Pokoleniowa powieść współczesnych kobiet stojących u progu nieodwracalnych życiowych decyzji, stabilizacji, zmian.

Mocny debiut autorki, która w znakomitym stylu poddaje wiwisekcji autentyzm relacji międzyludzkich. Chwytający za gardło wizerunek kobiety w sidłach odpowiedzialności.
źródło: Prószyński i S-ka 

Historia opisana w „Najdroższej” nie jest wyjątkowa - to codzienne perypetie, w których uczestniczy wiele osób. Opieka nad schorowanymi rodzicami, problemy w pracy, rozterki związane z miłością są powszechnie znanymi elementami życia. Główna, niemalże bezimienna bohaterka pracuje w korporacji, opiekuje się matką chorą na Alzheimera i romansuje z dwoma mężczyznami. Jeden z nich jest czuły, kochający, oddany, można by rzec: ideał. Drugi jest oschły, zajęty sobą i nie może się zdecydować, czy opuścić własną rodzinę, czy raczej z nią zostać. Historia jakich wiele – a jednak wyjątkowa. Wszystko przez sposób, w jaki jest opowiedziana. Czytelnik wpada w sam środek psychiki głównej bohaterki, czyta w myślach, pływa w strumieniu świadomości i jej oczami ogląda świat.

W życiu protagonistki króluje zagubienie i niepewność. Z jednej strony spoczywa na jej barkach wielka odpowiedzialność, a z drugiej stara się ją jakoś przyciąć, zmniejszyć, upchnąć do szafy i zatrzasnąć drzwi. Absolutnie żadna z podjętych decyzji nie daje jej wytchnienia i nawet gdyby zmieniła zdanie, skutek były taki sam. Zmęczona kakofonią własnego życia, próbuje nabrać dystansu do własnej matki, kochanków, znajomych i pracy. Poddaje się i dryfuje przez codzienność tylko po to, by później móc szarpać się z myślami. Te sprzeczności męczą bohaterkę i męczą czytelnika – umysłowa pułapka budzi klaustrofobię. W przypadku „Najdroższej” można zarazić się wyczerpaniem emocjonalnym od fikcyjnej postaci. Uważam to za zaletę – trudną do zrozumienia, ciężką do przyjęcia, ale nadal zaletę. Czytelnik zagląda do cudzej głowy i nie pozostaje na to obojętny; cała paleta emocji przelewa się z książki na niego.

Dlaczego we wstępie napisałam o czytaniu w myślach – i jak to ma się do „Najdroższej”? Otóż nawiązałam do tego, ponieważ oprócz zmęczenia postawą głównej bohaterki, czułam również irytację. Nie podobało mi się wiele z jej decyzji, nie zawsze rozumiałam sposób, w jaki działała jej psychika, nie odpowiadały mi jej myśli. Jednak tutaj pojawia się pytanie – jeśli sama, nieproszona, zajrzałam do cudzej głowy, to czy mogę mieć pretensję odnośnie tego, co tam zastałam? Ten gorączkowy, nerwowy monolog zupełnie nie może być oceniany pod kątem „podobania się”. Mogłabym krytykować główną bohaterkę, tak samo jak ona krytykowała i oceniała wszystkie kobiety dookoła. Mogłabym poczuć się lepsza, tak jak ona czuła się lepsza, ale zamiast tego… Po prostu jej współczuję. Te skrawki dowartościowywania się cudzym kosztem w żaden sposób nie były w stanie wypełnić pustki panującej w jej życiu. Poza tym postawa protagonistki idealnie ukazuje rozdźwięk pomiędzy jej myślami a zachowaniem. Nikt z zewnątrz nawet nie domyśla się, ile rozterek stoi za każdą odpowiedzią, przez jak gęsty filtr przechodzą głośno wypowiedziane słowa i jak bardzo odpowiedź na pytanie „o czym myślisz?” może rozmijać się z prawdą.

„Najdroższa” ma w sobie niewątpliwą zaletę: nie daje o sobie zapomnieć, gdy już odłoży się ją na półkę. W dużej mierze łączy się z tym fakt, że w trakcie lektury otrzymujemy zdecydowanie więcej pytań niż odpowiedzi. Dalej trzeba samemu zastanawiać się, rozmyślać, ważyć słowa… Dlaczego bohaterka tak się zachowywała? Dlaczego podejmowała takie decyzje? Czy na pewno była zdrowa? Czy jej perspektywa była wiarygodna? Niepewność, która wręcz zżerała kobietę, sączy się ze stron na dłonie czytelnika, plami skórę niczym tusz i przez dłuższy czas nie chce zniknąć. Choć czytamy w myślach głównej bohaterce, co z założenia jest lekiem na niedopowiedzenia i niepewność, tak naprawdę wpadamy w labirynt pourywanych myśli i niejasnych scen z życia.

Uważam, że „Najdroższa” zmarnowała sporo potencjału kryjącego się w relacji córka-chora matka, którą mogłaby zdecydowanie szerzej opisać. Zamiast tego poświęciła wiele miejsca na trójkąt miłosny, który poza podkreśleniem sprzeczności w postawie bohaterki, niewiele wniósł do całej historii. Przez większość powieści bohaterka odbija się od jednego mężczyzny do drugiego i nic z tego nie wynika. Za to ja łaknęłam więcej scen, więcej informacji z przeszłości matki i córki – na dobrą sprawę chciałam dowiedzieć się o wszystkim, co miało miejsce przed chorobą. Z myśli protagonistki można odczytać, że nie była to łatwa więź, że wcześniejsze problemy zdrowotne znacząco wpłynęły na postawę dorosłej już kobiety – dlaczego nie zgłębiono tego tematu? Dlaczego pozostawiono tak dużo niedopowiedzeń, podczas gdy romanse nie pozostawiły aż tak dużego pola do rozmyślań? Zagadnienie opieki nad chorym rodzicem jest trudne, wymaga wrażliwości i ciągle nie jest wystarczająco często poruszane, podczas gdy historii o zdradach, romansach i trójkątach miłosnych mamy naprawdę sporo.

„Najdroższa” ciąży na duszy czytelnika, przytłacza go, a nawet męczy. To powieść, którą niełatwo ocenić, bo każdy werdykt wydaje się być pułapką. Jeśli ktoś mnie zapyta, czy ta książka mi się podobała, odpowiem, że nie. Czy jednak znaczy to, że jest ona zła i niewarta uwagi? Też nie. Ta powieść, tak samo jak występująca w niej bohaterka, jest zawieszona w wiecznym pomiędzy i tylko osobiste przeżycia czytelnika mogą podjąć decyzję za nią i wybrać jedną ze stron.

9 kwi 2015

Zwiastun „Me and Earl and the Dying Girl”!

Wiecie co motywuje wydawców do wydawania książek?

Filmy!

Ekranizacje!

Adaptacje!

Jeśli dany tytuł jest niedostępny w polskim przekładzie, trzeba poczekać na film – najlepiej taki, o którym jest/będzie głośno. Dalej sprawa toczy się znanym torem. Ostatnio było tak z ,,THE DUFF [#ta brzydka i gruba]". Gdyby nie zbliżająca się premiera filmu, który powstał na podstawie powieści o tym samym tytule, pewnie długo (czyli nigdy) musielibyśmy czekać na polską edycję książki autorstwa Kody Keplinger.

Teraz historia może powtórzyć się z książką „Me and Earl and the Dying Girl”. Ekranizacja zgarnęła na festiwalu w Sundance zarówno nagrodę publiczności, jak i nagrodę jury (tak na marginesie: w poprzednim roku obydwie nagrody otrzymał film ,,Whiplash"– czy to o czymś świadczy? Mam nadzieję). Teraz świat ujrzał oficjalny zwiastun: 

„Ujmę to w ten sposób: ta książka zawiera dokładnie zero Ważnych Życiowych Lekcji, albo Mało Znanych Faktów o Miłości, nie ma też przesadnie sentymentalnych Momentów, w których Zdaliśmy Sobie Sprawę z Tego, że Na Dobre Zostawiliśmy Dzieciństwo za Sobą. I, w przeciwieństwie do większości książek, w których dziewczyna choruje na raka, na pewno nie znajdziecie tutaj przesłodzonych, paradoksalnych, jednozdaniowych akapitów, o których macie myśleć, że są głębokie, bo zapisano je kursywą. Wiecie, o czym mówię? To coś w stylu:
 
Rak odebrał jej oczy, a ona i tak widziała świat wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej.
(…)

Jeśli po przeczytaniu tej książki przyjdziesz do mojego domu i mnie brutalnie zamordujesz, to nie będę cię za to winił.”*




Aż do ostatniej klasy liceum, Gregowi udało się zachować całkowitą niewidzialność towarzyską. Ma tylko jednego przyjaciela, Earla, z którym spędza czas na tworzeniu filmów, ich własnych wersji kultowych dzieł Coppoli i Herzoga. Greg byłby pierwszą osobą, która powiedziałaby ci, że ich filmy są gówniane, dlatego on i Earl nie pokazują ich innym ludziom. Przynajmniej tak było, zanim pojawiła się Rachel.


Rachel ma białaczkę i mama Grega wpada na genialny pomysł – jej syn powinien się zaprzyjaźnić z chorą dziewczyną. Wbrew rozsądkowi i pomimo swojej skrajnej dziwności, Greg postanawia to zrobić. Kiedy Rachel przestaje walczyć i podejmuje decyzję o przerwaniu leczenia, Greg i Earl muszą porzucić swoją niewidzialność.


Zabawne, oburzające i prawdziwe spojrzenie na śmierć i liceum zawarł w swojej powieści „Me and Earl and the Dying Girl” utalentowany debiutant, Jesse Andrews.

O powieści pisałam w lutym tego roku [TUTAJ] możecie znaleźć recenzję. Książka jest diabelnie niepoprawna i równie zabawna. Mam nadzieję, że film nasiąkł atmosferą powieści i jednocześnie uzupełnił niedociągnięcia swojego pierwowzoru.

Światową premierę zaplanowano na 12 czerwca 2015 roku.

Teraz nadszedł czas na ruch wydawców.

8 kwi 2015

,,This Girl" - Colleen Hoover



Tytuł: This Girl
Autor: Colleen Hoover
Wydawnictwo, rok wydania: Atria Books, 2013
Ilość stron: 288

Polskie wydanie
Poprzednie tomy serii - ,,Pułapkę uczuć" i ,,Nieprzekraczalną granicę" wydało Wydawnictwo W.A.B. Według strony autorki, nie zakupiono praw do wydania ,,This Girl".


~~***~~


Po cudownej „Pułapce uczuć” i burzliwej „Nieprzekraczalnej granicy”, bardzo ciekawiło mnie, jak potoczą się dalsze losy Lake i Willa. Liczyłam na to, że „This Girl – Ta dziewczyna” pozwoli mi nie tylko na ponownie spotkanie się z ulubionymi bohaterami, ale także na wgląd w ich przyszłość. Historie tworzone przez Colleen Hoover zauroczyły i zaskoczyły mnie już nie raz, dlatego moje oczekiwania były dość wysokie.

Czy finał trylogii jest satysfakcjonujący? 

 Każda historia miłosna ma dwie strony. Teraz poznacie wersję Willa.

Miłość Layken i Willa przetrwała najtrudniejsze próby i teraz młodzi kochankowie zaczynają czuć się bezpiecznie i pewnie w związku. Lake cieszy nowe, wspólne życie, ale nie zapomina o przeszłości, chociaż Will wyraźnie daje jej do zrozumienia, że wolałby nie wracać do bolesnych wspomnień. Nie mogąc oprzeć się jej prośbie, postanawia przedstawić swoją wersję historii, po raz pierwszy odkrywając najbardziej intymne uczucia i myśli, wracając do dobrych i złych chwil, dzieląc się kilkoma szokującymi sekretami z początku ich związku.

W „This Girl” Will ze swojej perspektywy opowiada historię skomplikowanego związku. Ich przyszłość zależy od tego, jak dobrze poradzą sobie z przeszłością w finałowym tomie serii „Pułapka uczuć”.
Źródło: Atria Books, tłumaczenie własne

Wcześniej w pojedynczej powieści dzielono rozdziały na poszczególne perspektywy, teraz kolejne powieści stają się odrębnymi głosami. Czasem takie rozwiązanie jest strzałem w dziesiątkę, pozwala zaskoczyć czytelnika i zdradzić nowe sekrety. Jednak zdarzają się też przypadki, gdy druga perspektywa zupełnie nie jest potrzebna. Colleen Hoover zetknęła się z obydwoma wersjami. W „Losing Hope” perspektywa Holdera wiele wniosła do całej historii, pozwoliła mi zrozumieć jego zachowanie i wyjaśniła niektóre sytuacje. W przypadku spojrzenia Willa w „This Girl”, nie dowiadujemy się niczego nowego. Wbrew okładkowej obietnicy, że poznamy szokujące sekrety Willa, nic takiego nie ma miejsca. Teraźniejsze rozdziały, obejmujące trzy dni, są przeplatane ze wspomnieniami, które znamy dzięki „Pułapce uczuć”. Wybiórczo przytoczone wydarzenia zaledwie streszczają związek Lake i Willa. Widzimy to samo, słyszymy to samo i w sumie lepiej jeszcze raz sięgnąć po pierwszy tom serii – on przynajmniej nie jest chaotyczny. Choć wracamy do wydarzeń z pełnej emocji „Pułapki uczuć” to w tym przypadku nie ma co liczyć na to, że zostanie poruszona czuła struna. Wszystkie uczucia wyparowały.

Naprawdę sympatycznym akcentem jest zakończenie „This Girl”, które idealnie zwieńcza losy bohaterów „Pułapki uczuć” i „Nieprzekraczalnej granicy”. To był chyba największy prezent dla fanów, jednak dobry, uroczy epilog oraz kilka wierszy dołączonych do historii to zdecydowanie za mało, by polecić 288 stron wspomnień. Myślę, że idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby autorka zdecydowała się na napisanie noweli – to zlikwidowałoby powtórzenia i dłużyzny, a i tak pozwoliłoby na pożegnanie się z bohaterami.

„This Girl” nie nazwałabym pełnowartościowym, odrębnym tomem, raczej dodatkiem dla najwierniejszych fanów. Pozwala osłodzić widmo rozstania z Layken i Willem, przypomina najważniejsze wydarzenia z życia pary i stanowi album wspólnych wspomnień. Gdybym nie sięgnęła po ten tom, właściwie nic bym nie straciła – i mówię to jako wielka fanka Colleen.

Każda historia ma dwie strony, jednak nie zawsze te strony różnią się od siebie. „This Girl” powiela znaną historię i przypomina album z fotografiami, który przeglądają bohaterowie, by przypomnieć sobie najważniejsze chwile w swoim życiu. Dla czytelnika wysłuchanie po raz kolejny tych samych anegdot nie będzie interesującym przeżyciem. 

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love

4 kwi 2015

,,Kiedy na mnie patrzysz" - Agata Czykierda-Grabowska [przedpremierowo]

*okładka wstępna, nie posiada uszlachetnienia*
Tytuł: Kiedy na mnie patrzysz
Autor: Agata Czykierda-Grabowska
Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: [zapowiedź] 2015 rok
Ilość stron: ok. 490 [ilość stron może ulec zmianie]


~~***~~


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości akcji Polacy nie gęsi i swoich autorów mają

 
„Kiedy na mnie patrzysz” to historia o wypełnionej namiętnością, wielkiej miłości dwojga młodych ludzi. Wszystko zaczyna się od przypadku, który z czasem staje się przeznaczeniem, potem dochodzi do głosu zauroczenie, aż w końcu Karina i Aleksander wpadają w sidła pożądania. Jednak na drodze do szczęścia staje trudna przeszłość, a pogodzenie się z nią nie jest łatwym zadaniem, szczególnie że jedno z nich uważa ją za zamknięty rozdział, do którego nie chce wracać.
 
Karina i Aleksander poznają się przypadkiem w deszczowy wakacyjny dzień, ratując potrąconego psa. Oboje są młodzi i straszliwie samotni. Szybko rodzi się między nimi intensywne, namiętne uczucie, ale na jego drodze stoi tragiczna przeszłość Kariny, tajemnica Aleksandra i ogromna odległość – ona na stałe mieszka w Polsce, on w Kanadzie.

„Kiedy na mnie patrzysz” to poruszająca opowieść o uzdrawiającej mocy miłości, która jest najlepszym lekarstwem na głębokie psychiczne rany, a także o intymności i erotycznej bliskości pomiędzy dwojgiem ludzi.
źródło: Novae Res, opis roboczy może ulec zmianie; jest dostępny na portalu Lubimyczytac.pl

Przyznam, że opis po części wprowadził mnie w błąd. Pojawia się w nim wzmianka o ogromnej odległości dzielącej bohaterów, przez co myślałam, że będzie poruszany temat związku na odległość. W rzeczywistości sytuacja ukazana w „Kiedy na mnie patrzysz” jest nieco inna. Ponadto w powieści łączą się życiowe ścieżki należące nie tylko do Kariny i Aleksandra, ale także do ich krewnych i przyjaciół: siostry Aleksandra, Anny i jej przyszłego męża Jamesa; Marty, najlepszej przyjaciółki Kariny; Adama, w którym Marta podkochuje się nieprzytomnie; Ewy, matki Kariny oraz rodziców i dziadków Aleksandra i Anny. Krzyżujące się więzi podkreślają burzliwy związek Kariny i Aleksandra, w którym nie brakuje zazdrości, niezrozumienia, tajemnic, a także pasji i pożądania. Ich perypetie rozpoczynają się jako wakacyjny romans, ale gdy do głosu dochodzą dawne problemy i rodzinne komplikacje, historia zamienia się w kalejdoskop ludzkich losów.

W „Kiedy na mnie patrzysz” pobrzmiewają echa motywów wykorzystanych w innych historiach miłosnych. Mamy klimaty nawiązujące do Nicholasa Sparksa, które skrzyżowano z popularnymi ostatnio autorkami New Adult, takimi jak J. Lynn czy Sandi Lynn. Czy mi to przeszkadzało? Nie aż tak bardzo, jakby się można było tego spodziewać. Oczywiście wolę być zaskakiwana nieszablonowymi rozwiązaniami, z którymi wcześniej się nie zetknęłam, jednak w przypadku historii miłosnych jestem w stanie znieść pewną dozę typowości. Może to szkodliwa pobłażliwość, ale na widok romansu nie spodziewam się intelektualnej uczty i pochwały oryginalności… Oczekuję za to popkulturowej trójcy: lekko, łatwo, przyjemnie – i właśnie to od „Kiedy na mnie patrzysz” dostałam.

Tutaj również pojawia się pewna refleksja związana z komediami romantycznymi jak i romansami w ogóle – chyba największy (kasowy) sukces odnoszą te, które w jakimś stopniu stanowią „powtórkę z rozrywki”, czy to patrząc z działu blockbusterów czy bestsellerów. Ciągle łakniemy tych samych baśni w nowoczesnych dekoracjach i każda kolejna wersja podoba nam się tak samo, jak poprzednia. Dowód widać powyżej. Najwyraźniej lubimy żyć w zgodzie z powiedzonkiem inżyniera Mamonia.

Myślę, że można określić „Kiedy na mnie patrzysz” mianem polskiego New Adult. Mamy tutaj do czynienia ze stałymi elementami tego nurtu, czyli młodymi, dwudziestokilkuletnimi bohaterami - dobrą dziewczyną i pozornie złym, wytatuowanym chłopcem, łączącą ich wielką, ale i burzliwą miłością, demonami przeszłości, skrywaną tajemnicą, wspólnym leczeniem duchowych ran i podejmowaniem ważnych decyzji odnośnie dorosłego życia. Nie można również zapomnieć o scenach erotycznych, których w powieści nie brakuje. To pozwala mi na stwierdzenie, że „Kiedy na mnie patrzysz” to idealna historia dla wrażliwych romantyczek, szczególnie tych, które cenią sobie romanse w ujęciu New Adult.

Zakończenie powieści bardzo nie przypadło mi do gustu. Jest za mocno utrzymane w klimatach twórczości Nicholasa Sparksa i w moim odczuciu ta historia w ogóle go nie potrzebuje. Za dużo tego "sparksizmu", za dużo. Taki cukierkowy zbieg okoliczności wykorzystano już wcześniej w kilku filmach i powieściach, co również nie przemawia za tym rozwiązaniem. Wystarczyłoby zmienić jedno wydarzenie, przez co zakończenie stałoby się o wiele lepsze, jednocześnie nie tracąc nic ze swojej romantyczności.

„Kiedy na mnie patrzysz” to debiut, który ma kilka słabych stron, ale ogółem przeważają pozytywne wrażenia z lektury. Historia Kariny i Aleksandra to dobry materiał na komedię romantyczną, która pozwala się odprężyć i na chwilę oderwać od codziennego świata. Jest to dobra propozycja dla wiernych czytelniczek literatury kobiecej – szczególnie jeśli lubią czytać o losach wchodzących w dorosłość bohaterów, których połączyło żarliwe uczucie i wywróciło ich świat do góry nogami.