31 mar 2015

Wyniki konkursu "Wygraj wymarzoną książkę"!

Oto nadszedł czas na ogłoszenie wyników konkursu „Wygraj wymarzoną książkę”!

O moim zadaniu, jako jurorki, można powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że było ono łatwe. Na konkurs spłynęły wiersze, krótkie opowiadania, zdjęcia, filmiki, komiksy, prezentacje, przedstawiliście wymarzoną książkę słowem i obrazem. Jestem pod wrażeniem waszej wyobraźni i kreatywności – i gdy piszę, że chciałabym nagrodzić wielu z was, to nie są to puste słowa.

A tak poza tym, to nie lubię podejmować takich decyzji :).

Nie chcąc trzymać was dłużej w niepewności, przejdę do ogłoszenia zwycięzcy…
 
*werble*

*werble*

*jeszcze trochę werbli*

*werble, werble, werble, bo nie mogę się powstrzymać*


Nagroda wędruje do… 



Pauliny z bloga Moje Poczytajki [http://moje-poczytajki.blogspot.com]

 

Wszystkim dziękuję za zgłoszenia, a Paulinie gratuluję i odsyłam ją do [regulaminu konkursu], gdzie dokładnie opisałam krok po kroku, w jaki sposób można odebrać nagrodę. W razie pytań proszę napisać na adres: room6277konkurs@onet.pl

To pierwszy, ale na pewno nie ostatni konkurs, więc czujnie śledźcie bloga – mam w planach rozdać jeszcze trochę książek :).

Do następnego przeczytania!

28 mar 2015

,,Wieczna wiosna" - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak


Tytuł: Wieczna wiosna
Autor: Katarzyna Zyskowska-Ignaciak
Wydawnictwo, rok wydania: Nasza Księgarnia, 2014
Ilość stron: 352
Cena: 31,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Nasza Księgarnia

http://lubimyczytac.pl/

Rozkwitnąć w promieniach gasnącego życia

Jeśli chodzi o postrzeganie roli czasu w naszym życiu, to zazwyczaj gorliwie wierzymy w jedną z dwóch maksym: „jeszcze przyjdzie na to czas” albo „już jest za późno”. Jeszcze zdążę nauczyć się języka obcego, jeszcze pojadę na wymarzoną, egzotyczną wycieczkę, jeszcze powiem, co tak naprawdę czuję, już za późno, by podjąć naukę, jestem za stara, by tułać się po świecie, okazja na wyznania już dawno przepadła… „Jeszcze zdążę” szarpie się z zegarem, aż przechodzi w stan „wiecznego później”. Czasem tylko budzi się to przekonanie, że istnieje jeszcze punkt pośredni – teraz, już, dziś – gdy nie jest ani za wcześnie, ani za późno. Widmo choroby, tragiczny wypadek bądź cudze osiągnięcie zasiewają ziarna motywacji, by nie odkładać dłużej życia na potem. Uświadamiamy sobie, że to „później” może zostać wyprzedzone przez śmierć. Wie coś o tym Łucja, bohaterka powieści ,,Wieczna wiosna” autorstwa Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak.

Łucja, pozornie już pogodzona z brakiem miłości w swoim małżeństwie, żyje w odrętwieniu u boku Marka, znanego lekarza. Jej dzieci są dorosłe, czas studiów na Akademii Sztuk Pięknych to tylko niewyraźne, zabarwione nostalgią wspomnienie. Ten poukładany świat, w którym nie ma miejsca ani na wielki ból, ani na wielką namiętność, pewnego dnia rozsypuje się niczym domek z kart. Łucja dowiaduje się, że ma raka. Czy to możliwe, aby ta wiadomość mogła jej zwrócić dawno utraconą radość życia?
źródło: wyd. Nasza Księgarnia


Czterdziestopięcioletnia Łucja, szczęśliwa matka i niezbyt szczęśliwa żona, w dobrej wierze poświęciła niegdyś swoje ambicje i marzenia. Stała się opiekuńczym duchem rodziny – wychowywała dzieci i dbała o męża, wiecznie zapracowanego lekarza. By nie myśleć o niemiłości panującej w jej małżeństwie, zajęła się codziennością. Jednak gdy Kornelia i Mikołaj opuścili rodzinne gniazdo, Łucja zdała sobie sprawę, że ze związku z Markiem nie pozostały nawet strzępy dawnego uczucia, a ona nie potrafi dłużej zagłuszyć tej pustki. Jednak dalej tak trwała, gdzieś pomiędzy „za wcześnie” a „za późno”.

I wtedy przyszła choroba.

Rak, guz, nowotwór – jakkolwiek by tego nie nazwać, to zawsze mimowolnie w myślach echem odbije się słowo „wyrok”. Bo niby wiemy, że istnieją różne odmiany, że złośliwe, niezłośliwe, że stadia takie a takie, że możliwości leczenia, że wysoki procent szans na wyzdrowienie… Kampanie społeczne i lekarze powtarzają, że „rak to nie wyrok”, ale w ludziach i tak jest strach. Choroba prędzej czy później traktowana jest jak ultimatum – zacznij żyć od teraz, bo uciekający czas właśnie stał się faktem.

A Łucja… Łucja, gdyby mogła, to usiadłaby w kącie i przeczekała chorobę. Skupienie na sobie uwagi ją przeraża. Przecież obiecała rodzinie zimowy wyjazd, dzieci są dorosłe, ale nadal jej potrzebują, mąż jest zapracowany i musi czekać na niego w domu! Własną chorobę traktuje jak skrajny przejaw egoizmu, coś zupełnie dla niej obcego. Łucja tak bardzo rozpłynęła się w rodzinie, że zapomniała o tym, że jest kobietą, jednostką z własnymi marzeniami i potrzebami. Czy w tak trudnym czasie będzie potrafiła stanąć na własnych nogach?

Spodziewałam się, że „Wieczna wiosna” będzie czymś w rodzaju pamiętnika kobiety borykającej się z chorobą. Okazało się jednak, że w tej powieści najważniejszą rolę odgrywa… życie. Przecież ono się nie zatrzymuje, diagnoza nie wycisza wszystkich codziennych spraw, tylko zastaje bohaterów „w trakcie” – w trakcie romansu, w trakcie świętowania sukcesu, w trakcie rozstania, w trakcie ciężkiej pracy. Zawsze przychodzi nie w porę. Widmo śmiertelnej choroby wisi nie tylko nad Łucją, ale nad każdym, kto jest w jakikolwiek sposób z nią związany. „Wieczna wiosna” to próba szerszego spojrzenia nie tylko na sytuację osoby chorej, ale także jej bliskich. Autorka wychodzi z założenia, że nikt nie jest samotną wyspą i śledzi kolejne linie splecionych losów, które zaczynają się przenikać. Mąż, dzieci, przyjaciele – dla każdego z nich diagnoza staje się swoistym punktem zwrotnym. Nagle okazuje się, że nic nie jest pewne, a jutro staje się przywilejem. Może już nadszedł czas, by przewartościować swoje życie? Może już trzeba przerwać rodzinne waśnie? Choroba jest również pretekstem do przyjrzenia się kondycji rodziny Kornatowskich. Autorka skupia się nie tylko na problemach małżeńskich Marka i Łucji, ale także na ich relacji z dziećmi. Porusza ważny problem międzypokoleniowego konfliktu, gdy decyzje dzieci zupełnie nie pokrywają się z rodzicielskimi oczekiwaniami i nadziejami.

Dobrze, że pisarka zdecydowała się nie tylko na wątek choroby, ale zestawiła go na równi z innymi: pracą, rodzicielstwem, małżeństwem czy romansem i zdradą. To pozwala na otrzymanie możliwie najpełniejszego obrazu rodziny Łucji i jeszcze mocniej podkreśla fakt, że spychane na margines przez inne sprawy „teraz” może wykorzystać podstępna choroba. Ważnym motywem wykorzystanym w powieści jest sztuka, która ma niebagatelny wpływ na życie bohaterów. Wyzwala ich, choć potrafi też dzielić. Przypomina o przeszłości i ukrytych w duszy pragnieniach. Dla Łucji diagnoza staje się dłutem, którym rozbija nawarstwiony czas i niepodjęte decyzje, wydobywając siebie tak, jak artysta wydobywa rzeźbę z kamienia. Porzucona w młodości sztuka staje się zwiastunem wiosny powracającej do życia głównej bohaterki. I nie chodzi tylko o porę roku. Te wiosny wybuchają feerią życia i nieokiełznanymi uczuciami. Podwójne znaczenie tytułu perfekcyjnie zamyka w sobie historię Łucji.

Jeśli z kolei chodzi o elementy powieści, które mnie nie urzekły, to nie do końca przekonało mnie to, jak szybko rozwinęła się pewna relacja i z jak dość dużą łatwością jedna z postaci zaakceptowała sytuację głównej bohaterki. Rozumiem, że w tym przypadku miłość zwyciężyła, ale tak szybko rozwiane wątpliwości w obliczu śmiertelnej choroby o ciężkim przebiegu mogą wydać się niektórym czytelnikom niewiarygodne. Godzenie się z losem to mozolna praca, wiele osób potrzebuje na to lat, a tutaj jakby nie było miejsca na bunt, na niezgodę. Czy w rzeczywistości istnieje aż tak mężna postawa bez ani jednej rysy zawahania? Chciałoby się w to wierzyć.

Tak samo jak w „Ty jesteś moje imię”, tak i w „Wiecznej wiośnie” można dostrzec mieszankę językową, jaką posługuje się pisarka. W codzienność i zwyczajność mocną nicią wplotły się poetyckie opisy i metafory. Język i rytm powieści przykuwają czytelnika już od pierwszej strony.

„Wieczna wiosna” to poruszająca powieść, opisująca historię kobiety, która w swoim „za późno” odnalazła „już”. Decyzję podjął za nią los, ona mogła tylko wybrać, co zrobić z czasem, który jej pozostał. I wybrała, zamykając w kilku miesiącach szczęście całego życia.

27 mar 2015

,,Mieć swoje miejsce na ziemi" - Danuta Kamizelska-Langpap [przedpremierowo]


*okładka wstępna, nie posiada uszlachetnienia*
Tytuł: Mieć swoje miejsce na ziemi
Autor: Danuta Kamizelska-Langpap
Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: [zapowiedź] 2015 rok
Ilość stron: ok. 164 [ilość stron może ulec zmianie]



 ~~***~~


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości akcji Polacy nie gęsi i swoich autorów mają


Gdy architekt, Alicja Polańska, wygrywa konkurs na zagospodarowanie zaniedbanej dzielnicy zwanej Wyspą, nie spodziewa się, że wraz z tym wyróżnieniem spadnie na jej barki wiele problemów. Sukces przyciąga dawnych rywali i drażni obecnych. Małżeństwo odczuwa ciężar nowych zobowiązań. Niełatwa przeszłość daje o sobie znać po raz kolejny. A to dopiero początek… Zmiany na Wyspie nie podobają się neonazistom, który urządzili swoją kwaterę główną w opuszczonych budynkach i zrobią wszystko, by ją zatrzymać. Jednocześnie ich konflikt ze studencką organizacją walczącą o prawa człowieka przybiera na sile. Po stronie studentów stoi Luiza, córka Alicji, oraz jej przyjaciele. Gdy wolność i równość ścierają się z uprzedzeniami, na jaw wychodzą kolejne interesy związane z Wyspą. Córka i matka wpadają w sam środek cudzych rozgrywek – a część z nich jest niebezpieczna i nielegalna…

Powieść „Mieć swoje miejsce na ziemi” autorstwa Danuty Kamizelskiej-Langpap opowiada o losach pozornie obcych sobie osób, które zostają połączone za sprawą Wyspy; dzielnica staje się motywem przewodnim w codzienności skrajnie różnych postaci, doprowadza do eskalacji konfliktów, przypomina o dawnych uczuciach i zmusza do ujawnienia tajemnic. Jest niczym najważniejszy bohater i jednocześnie tło dla rozgrywających się wydarzeń.

Autorka ma mnóstwo pomysłów, wie, w jakim kierunku chce poprowadzić historię, obdarza każdego z bohaterów rozmaitymi perypetiami, ale samo „Mieć swoje miejsce na ziemi” sprawia wrażenie pierwszego, pośpiesznie nakreślonego szkicu. Wątki rozpoczęte w tej krótkiej powieści można rozwinąć na tyle różnych sposobów! Opisano romanse, przestępstwa, trudne dzieciństwo, wpływ przeszłości na przyszłość oraz pewną intrygę, która wywróciła do góry nogami życie niejednej postaci. Materiału jest tyle, że spokojnie pozwoliłoby to na stworzenie rozbudowanej powieści obyczajowej z mocno zarysowanych tłem społeczno-politycznym; przecież poruszane są też takie zagadnienia jak działalność neonazistów, walka o prawa człowieka czy sytuacja kobiet w różnych kręgach kulturowych. Tematy te są osadzone w polskiej rzeczywistości, nawiązując do dyskusji i wydarzeń, które obserwujemy w wiadomościach. Chciałabym pochwalić pomysłowe wplecenie tychże zagadnień, ale niestety, samo wplecenie to za mało. Spojrzenie na te problemy jest bardzo pobieżne. Myślę, że dobre chęci przegrały tutaj z wielowątkowością, której nie udało się okiełznać. Autorka poruszyła zbyt wiele tematów, na żadnym nie skupiając swojej uwagi, a tkwiący w nich potencjał nie został nawet napoczęty. Porozrzucano je chaotycznie po całej powieści i czasem miałam problem ze zrozumieniem, jaką rolę odgrywa dane zagadnienie i czy ma ono realny wpływ na akcję.

Pobieżność przekłada się również na kreację bohaterów. Czytelnik nie poznaje ich tak dobrze, jakby sobie tego życzył. Są oni wepchnięci w wir wydarzeń, związane z nimi wątki błyskawicznie toczą się w stronę finału i nie ma miejsca na przemyślenia oraz bliższe poznanie. Garść rewelacji na temat poszczególnych osób to zdecydowanie za mało, bo nie pozwoliło to nawet na zarysowanie sylwetek. Szkoda, że zupełnie nie wykorzystano tej różnorodności, która między nimi panowała. Dzięki Wyspie przecięły się losy rodziców i dzieci, walczących o równość i neonazistów, polskich studentów i ich rówieśników z innych krajów, przestępców i osób żyjących zgodnie z prawem, kochanków i małżeństw… Te różnice można wciąż mnożyć. Każde z nich miało różne interesy, poglądy, dylematy, historie i prywatne rozgrywki, które razem stanowiły niewyczerpane źródło pomysłów – istny serial na papierze. W teorii brzmi to świetnie, ale w rzeczywistości mamy do czynienia z telegraficznym skrótem losów Alicji i Luizy oraz związanych z nimi osób. Szczególnie żałuję, że nie zgłębiono przeszłości Alicji, bo jej wspomnienia związane z rodzinnym domem są w ogóle materiałem na osobną powieść.

„Mieć swoje miejsce na ziemi” to zaledwie wstęp, który mnie nie usatysfakcjonował. Jest zbyt krótki, szybko mija zagadnienia, którym powinien dokładnie się przyjrzeć. Stanowi bazę, od której dopiero powinno się rozwijać wątki, a nie je kończyć. Odniosłam wrażenie, że w książce zbyt wiele streszczono zamiast snuć opowieść, która wciągnęłaby mnie w świat bohaterów. To odczucie dominowało w trakcie lektury - „Mieć swoje miejsce na ziemi” jest niczym cudza relacja z przeczytanej książki albo obejrzanego filmu, co zupełnie nie pozwala zżyć się z bohaterami i emocjonować ich perypetiami. Mam nadzieję, że w następnej powieści autorka bardziej skupi się na swoich obserwacjach, a nie na niepotrzebnym komplikowaniu historii. Ja niestety nie znalazłam w omawianym tytule swojego miejsca na ziemi.

23 mar 2015

,,Mosquitoland" - David Arnold


Tytuł: Mosquitoland
Autor: David Arnold
Wydawnictwo, rok wydania: Viking Books, 2015
Ilość stron: 352

Polskie wydanie
Według oficjalnej strony autora, żadne z polskich wydawnictw nie zakupiło jeszcze praw. 


~~***~~


Znacie to uczucie, gdy szybko śledzicie wzrokiem tekst, bo chcecie wiedzieć, co wydarzy się za chwilę na kartach powieści – aż nagle natykacie się na jedno zdanie, zdanie, które działa niczym próg zwalniający? Może to być nieoczekiwane wyznanie czy ukrywana do tej pory informacja. Szczegół, który krzyczy STOP! „Mosquitoland” wzbudza właśnie to uczucie. Patrzyłam na ten fragment zaskoczona, potem odłożyłam książkę i po chwili znów na niego spojrzałam. Ciągle tam był, niewzruszony w przeciwieństwie do mnie, wybitej z rytmu.

Jestem kolekcją osobliwości, cyrkiem neuronów i elektronów: moje serce jest konferansjerem, moja dusza jest artystą na trapezie, świat to moja publiczność. To brzmi dziwnie, bo takie jest, a jest takie, bo ja jestem dziwna.

Po nagłym rozpadzie rodziny, Mim Malone zostaje wyciągnięta ze swojego domu w północnym Ohio i zaciągnięta na pustkowie Mississippi, gdzie zamieszkuje ze swoim ojcem i nową macochą. Zanim kurz zdąży opaść, Mim odkrywa, że z powrotem w Cleveland choruje jej matka.

Mim porzuca swoje nowe życie i wskakuje na pokład busa Greyhound, który ma zabrać ją do prawdziwego domu i prawdziwej matki. Po drodze spotyka ekscentryczną grupę podróżników. Kiedy jej licząca tysiące mil podróż zalicza kilka niespodziewanych zakrętów, Mim musi zmierzyć się ze swoimi demonami, przedefiniować wyobrażenia o miłości, wierności i o tym, co to znaczy być zdrowym na umyśle. Opowiedziana niezapomnianym głosem, ,,Mosquitoland” jest współczesną, amerykańską odyseją, równie zabawną, co poruszającą.
Źródło: wyd.Viking Books, tłumaczenie: moje

„I am Mary Iris Malone, and I am not okay” – takimi słowami wita nas nastoletnia Mary, a raczej Mim, główna bohaterka powieści. Nie są to puste słowa, o czym przekonujemy się w trakcie lektury. 

Większość dziewczyn w moim wieku już dawno przestała mówić prawdę, a zaczęła mówić to, co wszyscy chcą od nich usłyszeć. Tymczasem ja, gdzieś na etapie gimnazjum, albo nawet wcześniej, podjęłam decyzję na temat tego, jakim dzieckiem chcę być – i co ważniejsze, jakim dzieckiem na pewno nie będę.*



Mary, główna bohaterka i jednocześnie narratorka, snuje opowieść o swojej podróży, co pewien czas pisując w notatniku listy skierowane do tajemniczej Isabel. Gonitwa myśli oparta na skojarzeniach, wspomnieniach i obecnych perypetiach szczelnie zapełnia karty „Mosquitoland”, które staje się swoistym dziennikiem z trasy. Przemieszczając się od miasta do miasta, poznajemy w autobusach, sklepach, obozowiskach i na stacjach paliw kolejne osoby, które, tak jak Mim, wybrały życie w drodze, tymczasowo bądź na stałe. Wraz z nimi pojawiają się nowe historie, które popychają Mim na nowe ścieżki. Jak w wielu innych powieściach, które wykorzystują motyw podróży, w „Mosquitoland” ważną rolę odgrywa splatająca się z nim przeszłość, którą symbolizuje rodzina Malone. Zagubiona gdzieś w połowie drogi pomiędzy normalnością a silną dysfunkcyjnością, jest dla Mary powodem do ucieczki i przystanią, do której ucieka. Czy czytelnik może ocenić ją sprawiedliwie, jeśli musi polegać wyłącznie na zmiennym spojrzeniu Mim, która w zależności od swojego stanu, różnie interpretuje wspomnienia? 
 
W szóstej klasie, na zajęciach z zaawansowanego angielskiego, nauczyciel kazał nam znaleźć jedno słowo, które najlepiej nas opisuje a potem w wypracowaniu wyjaśnić, dlaczego właśnie je wybraliśmy. (…) W końcu wybrałam „anomalię”.
W skrócie: jestem w 110 procentach Anomalią, plus może w 33 procentach Wolnym Duchem i w 7 procentach Genialną Wolnomyślicielką. Całość wynosi 150 procent, ale po żyjącej, oddychającej Anomalii właśnie tego należy się spodziewać. Boom.

Mim jest bohaterką, której czytelnik nie powinien zbytnio ufać. Nie to, że dziewczyna patologicznie kłamie, po prostu… Nie mówi całej prawdy na raz. Kroi swoje wspomnienia i w różnym czasie wraca do różnych kawałków. Dopiero po lekturze całej powieści czytelnik ma dość elementów, by chronologicznie ułożyć najważniejsze wydarzenia z życia Mim. Poza tym dziewczyna postrzega świat nieco inaczej niż większość ludzi. Dorośli twierdzą, że to przez jej chorobę, ale szczera aż do bólu Mim ma co do tego inne zdanie i nie boi się go wygłaszać. Czy jest to postać, którą polubiłam? Cóż, na pewno mnie zaintrygowała, bo jeśli chodzi o sympatię, to tutaj moja odpowiedź będzie niejednoznaczna. Jest specyficzną, ekscentryczną, zaaferowaną życiem we własnej głowie, myślącą na opak dziewczyną, która sama wybiera sobie znajomych. Mim nie czuje potrzeby „podobania się”, a taka postawa zawsze wzbudza mieszane uczucia. Może na pierwszy rzut oka wydawać się nieokrzesana, ale przy bliższym poznaniu odkrywa swoją wrażliwszą, pełną ciepła stronę. Myślę, że autorowi dobrze udało się uchwycić styl bycia Mim – dzięki temu czytelnik może poczuć to samo, co postacie przebywające w otoczeniu dziewczyny.

Jeśli chodzi o bohaterów drugoplanowych, Arnold mógł się trochę bardziej postarać. Rodzina Mim ledwie zaznacza swój ślad na kartach powieści, a osoby towarzyszące dziewczynie w podróży są przez nią przyćmiewane. Beck i niepełnosprawny Walt mają wszelkie zadatki, by stać się pierwszoplanowymi bohaterami własnych powieści i dźwigać na sobie ciężar historii. Kryją w sobie tyle sekretów, tyle nieopowiedzianych anegdot – błąkają się po drogach i bezdrożach Ameryki, wiedzą, co znaczy być opuszczonym, chorym, skrzywdzonym… i mimo wszystko szczęśliwym. Czytelnik zastanawia się, kim byli wcześniej i kim staną się później. Trochę zmarnowali się przy Mim, szczególnie Walt, którego dalsze losy naprawdę chciałabym poznać. Dawno nie spotkałam tak poruszającej historii, jeśli chodzi o bohatera drugoplanowego.

„Mosquitoland” ma dziwaczno-zabawny klimat, sarkastyczną główną bohaterkę i motyw podróży. Teoretycznie niczego nie powinno mi brakować. A jednak… Jednak powieść nie zachwyciła mnie całkowicie i nieodwracalnie. Brakowało mi w niej emocji – poza uśmiechnięciem się po przeczytaniu wyjątkowo trafnego spostrzeżenia Mim, albo jej intelektualnych przekomarzań, nie poczułam się wyjątkowo dotknięta. Nawet to wspomniane zdanie, które rzuciło nowe światło na całą historię, nie utrwaliło się w moim umyśle. Po skończonej lekturze nie przeżywałam losów Mim. Nie potrzebowałam czasu by odetchnąć, pomyśleć, bo książka nie dostarczyła mi ku temu powodów. To zdecydowanie kłóci się z tą kapitalną historią i barwnym portretem głównej bohaterki. Czy to błąd autora czy jest to sprawa indywidualnych odczuć każdego czytelnika? Może być to kwestia dyskusyjna, ale według mnie Arnold aż za bardzo skupił się na tym, by stworzyć coś nieszablonowego, a zapomniał choć trochę podroczyć się z czytelnikiem, zagrać na jego uczuciach. Włożył mnóstwo energii w to, by się wyróżniać, ale jakoś… zabrakło w tym serca? Cała mozolna konstrukcja „Mosquitoland” ma prześwity, których nie przykryła zbyt mała ilość emocji. Tylko tego brakowało do pełni szczęścia.

„Mosquitoland” to interesujący debiut utrzymany w atmosferze filmów „Juno” i „Mała miss”. David Arnold dobitnie zaznaczył swoje miejsce w świecie książek młodzieżowych i z każdą kolejną powieścią ma szansę na zajęcie podium w kategorii Young Adult. Historia Mim Malone wpisuje się w nurt opowieści o nastoletnich outsiderach, dla których okres dorastania jest jednocześnie rozliczeniem z własną rodziną, przy czym „Mosquitoland” nie jest pozbawione iskry wyjątkowości i ekscentryczności. To zakręcona, nieszablonowa opowieść z bohaterką, której niełatwo dotrzymać kroku – ale za to ten wysiłek zostaje nagrodzony. Często o takich historiach mówi się, że są one słodko-gorzkie; w przypadku Mim mamy do czynienia z dużą ilością goryczy, jaką pozostawiają na języku tabletki, zdarzają się chwile kwaśne od rozczarowania i słone od łez, pieprzne od tupetu i z metalicznym posmakiem niebezpieczeństwa, nie brakuje też słodyczy – bo na trasie swojej podróży, poza smakiem wolności, Mim poznaje również smak przyjaźni, przynależności, miłości… i prawdy. Jestem pewna, że perypetie Mary Malone użądlą prosto w serce wielu czytelników. 


Recenzja bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love
   
Tak prezentuje się obwoluta [wszelkie zabrudzenia i plamy to celowy zabieg] oraz kolorowa wklejka wewnątrz tomu.


_________________
* Wszystkie cytaty pochodzą z recenzowanej powieści „Mosquitoland” i są (amatorsko, czy jak kto woli - hobbystycznie) przetłumaczone przeze mnie.

16 mar 2015

,,Portret trumienny" - Kuba Wojtaszczyk


Tytuł: Portret trumienny
Autor: Kuba Wojtaszczyk
Wydawnictwo, rok wydania: Simple Publishing, 2014
Ilość stron: 112



~~***~~


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości akcji Polacy nie gęsi i swoich autorów mają


Ależ to… dziwna historia.

"Rodziny, nienawidzę was!" - krzyknął kiedyś André Gide. Książka Kuby Wojtaszczyka dowodzi, że ten okrzyk wciąż jest aktualny.

Bartosz Żurawiecki

„Portret trumienny” Kuby Wojtaszczyka to historia wyrośnięcia z domowego ciepełka, które staje się domowym piekiełkiem. Główny bohater, Aleks, udowadnia, że pokrewieństwo to czysto umowna kategoria i w pewnym momencie rodzina to już tylko grupa obcych ludzi. Stosunek bohatera do „gwałtu na jego intymności” cechuje duża ironia i tendencja do autoanalizy, nie przynosi ona jednak nigdy rozładowanie negatywnych emocji, przeciwnie neurotyczne rozgadanie prowokuje do coraz bardziej zaawansowanych aktów agresji. Na pierwszy rzut (czytającego) oka wydaje się to zabawne, ale z czasem zaczyna budzić przerażenie. Fantastycznie opisane rodzinne piekiełko, każda z postaci jest barwna i zapadająca w pamięć".

Robert Pruszczyński („Xięgarnia”)

Źródło: wyd. Simple Publishing

Rodzinne piekiełko to temat wdzięczny, który można eksplorować tak długo, aż się w nim ugrzęźnie. Twórcy zaglądają przez okno, dociekają, kreują kolejne scenariusze, biorą udział wraz z bohaterami w rodzinnym spotkaniu i od niego rozwijają historie. Badając siłę więzów krwi, próbują zrozumieć instytucję rodziny oraz ideę rodzinnych spotkań, których podobno nikt nie lubi, ale i tak kolejne pokolenia dzielnie tę tradycję podtrzymują. Niby krewni są nam najbliżsi – a jednak najbardziej obcy. Skąd to się bierze?

Aleksander Krzyszowski zjawia się w rodzinnym domu w celu, który mrozi krew w żyłach. Otóż organizowane są urodziny jego matki. Spotkanie z rodzicami, ciotkami, wujkami, rodzeństwem i pozostałymi krewnymi wszelkiej maści to zderzenie dwóch światów – wielkomiejskiej nowoczesności rodem z artystycznego świata oraz tradycyjnej, religijnej i konserwatywnej polskiej rodziny. Zjazd rodzinny zamienia się w ,,energiczną" stypę. To się nie może dobrze skończyć…

Wszyscy znamy powiedzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Obawiam się, że rodzina Krzyszowskich zdążyłaby się pozabijać, zanim ktokolwiek sięgnąłby po aparat. Cóż, skoro mamy portret trumienny, to i trupy by się przydały, prawda? Dla Aleksa trupami są jego krewni, którzy nie żyją tak, jak powinni – według niego nie żyją wcale. Aleksander patrzy na swoją rodzinę z góry, wyśmiewa ich bezmyślność i wąskie horyzonty myślowe. Sam pozuje na człowieka kulturalnego, obytego, o otwartym umyśle. Rodzina Aleksa jest przekonana o tym, że stoi na straży tradycji, kultury i wiary, a Aleksander jest dla nich dzikusem, któremu się w głowie poprzewracało. Dla nich Aleks jest żywym prawie-trupem, który nie robi w życiu nic pożytecznego i zabija się na raty. Tak naprawdę są identyczni w swoim ograniczeniu. Dobrze widzicie – identyczni. Każda ze stron propaguje jedyne słuszne (w ich mniemaniu) myślenie, plują jadem równomiernie i nie przyjmują do wiadomość postawy innej, niż ich własna. Otwartość Aleksandra dotyczy tylko osób, które są mu podobne, to samo robi jego rodzina. Są niewolnikami ról, o których myślą, że sami je sobie wybrali. Nikt nikogo nie próbuje zrozumieć. Może właśnie to jest źródło każdego rodzinnego piekiełka? Żałuję, że „Portret trumienny” nie rozwinął dalej tego tematu. Czytelnik może jedynie obserwować przepychanki i… ze strony na stronę darzyć coraz większą niechęcią zarówno głównego bohatera – narratora, jak i jego rodzinę. Dawno nie zetknęłam się z tyloma bohaterami, którzy aż tak bardzo byliby pozbawieni pozytywnych cech. Same diabły wcielone i żadnego anioła w zasięgu wzroku.

Główną bolączką „Portretu trumiennego” jest powierzchowność. Na tej płaszczyźnie jest to zbieranina stereotypów nakreślonych grubą krechą. Mamy ciotki-plotkary w podeszłym wieku, Matkę Polkę Katoliczkę, jej wąsatego i brzuchatego męża, głównego bohatera - geja z dużego miasta, który obowiązkowo myśli głównie o seksie i uprawia artystyczny zawód. Polska rodzina to oczywiście gorliwi katolicy, zacofani, przaśni, ubodzy umysłowo, chamscy, zamknięci w obrębie typowo damsko-męskich ról. Ten obraz wżarł się tak mocno w naszą mentalność, że wystarczy tylko rzucić hasło „burak!” albo ostatnio popularny „cebulak!”, a już wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. „Portret trumienny” też krzyczy „burak!”, opisując dzień z życia polskiej rodziny. Co tak naprawdę chce nam uświadomić? Ja wiem, że tak jest, spotkałam się z tym niejednokrotnie i spotykając się z tym, odkryłam, że za każdym stereotypem kryje się „jakaś” historia. W „Portrecie trumiennym” tego nie ma, są za to puste przepychanki, które do niczego nie prowadzą. Pośmialiśmy się z tego, pośmialiśmy, a tak poza tym, to nie bardzo wiemy, co mamy z tym zrobić. Przejrzeliśmy się w bardzo skrzywionym zwierciadle i nic nam po tym nie zostało, nowego spojrzenia nie zyskaliśmy. Wytykanie palcami, szydzenie, dogryzanie i narzekanie, które niczego do życia nie wnosi, to elementy składające się na obraz stereotypowego Polaka – a to oznacza, że „Portret trumienny” wpadł we własne sidła, bo też wytykał palcami, szydził, dogryzał i narzekał, ale nie ofiarował konkretnych przemyśleń.

Narzekam (cóż…), narzekam, ale to nie tak, że mi się nic w powieści nie podoba. Przede wszystkim autor „ma ucho” do potocznego języka, niedbałych dialogów, które toczą się nad stołem z wódką i bigosem. Potrafi celnie wbić szpilę, obrazowo i z humorem opisać drobiazgi z życia codziennego. Dygresja goni dygresję, zdania się rwą, wtrącenia mnożą się na zasadzie skojarzeń, które mogłyby zafrapować naukowców – i bez problemów rozmowa toczy się z werwą! Konwersacyjny fenomen, w którym większość gości się odnajduje – ale nie Aleksander, nasz postronny obserwator. Świetnie uchwycono klimat rodzinnego spotkania, które zamienia się w twór wprost nie do opisania – ma coś z przykrego obowiązku, krwawej jatki, awantury, wyczekiwanego spotkania, grzania się w rodzinnym cieple, zaduchu wspomnień i wściekaniu się na wszystkich dookoła. Wszystko na raz i jeszcze trochę. Jeśli te rodzinne spędy to takie zło koniecznie, to po co brać w nich udział? Bo tęskni się za miłością, bliskością krewnych? Tylko co to za miłość, jeśli budzi żądzę mordu? Szkoda, że „Portret trumienny” nie przyjrzał się temu bliżej. Dobrze – wcale się temu nie przyjrzał.

Zakończenie nieźle namieszało mi w głowie, zupełnie jakby w sam środek krytyki społecznej wkroczył nagle Patrick Bateman. Zaskakujący, jeżący włosy na głowie zwrot akcji, który bardzo przypadł mi do gustu. Odrobina makabry w satyrze dobrze się spisała pobudzając wyobraźnię.

Autor już zapowiada kolejną powieść, o bardzo intrygującym tytule: „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć”. Choć „Portret trumienny” nie spełnił wszystkich moich oczekiwań, z pewnością znajdę czas, by sięgnąć po najnowsze dzieło Kuby Wojtaszczyka. Zalążek ciekawego stylu, którym się posługuje, humor, zmysł obserwacji wraz z ciężką pracą mogą zaowocować dobrą powieścią, o której będzie się szeroko dyskutować. Mam nadzieję, że się nie zawiodę.

Kuba Wojtaszczyk stworzył zaledwie zarys portretu trumiennego współczesnej polskiej rodziny. Najwyraźniej do grobu wprowadzą nas dwie rzeczy: bezmyślne jazgotanie, od którego pęknie głowa oraz uwięzienie w wąskich horyzontach myślowych, co w końcu nas udusi. Wobec tego pozostaje pytanie: co zrobić, by zamiast okrzyku „Rodziny, nienawidzę was!", wypowiedzieć „Rodzino, dogadajmy się…”?

12 mar 2015

„Confess” - Colleen Hoover


Tytuł: Confess
Autor: Colleen Hoover
Wydawnictwo, rok wydania: Atria Books, 2015
Ilość stron: 312 (plus dodatkowe 8 stron kolorowych reprodukcji)

Oficjalna strona artysty: docart.bigcartel.com

Polskie wydanie
Książki Hoover w Polsce wydawane są przez dwa wydawnictwa - Foksal i Otwarte. Według strony autorki, prawa do „Confess” jeszcze nie zostały sprzedane.
 

 ~~***~~


„Confess” uświadomiło mi ważną rzecz – okładkowe streszczenie jednak ma niebagatelne znaczenie. Może zachęcić bądź zniechęcić, przygotować na to, co czeka wewnątrz bądź całkowicie wprowadzić czytelnika w błąd. Dlaczego o tym wspominam? Bo największą krzywdę recenzowanej powieści zrobił… opis właśnie. On razi sztampowością, zapowiadając kolejne „ona ma sekret, on ma tajemnicę, bum! romans”. Rozumiem, że wydawca nie chciał zdradzić zbyt wiele, ale tak sformułowana zapowiedź zahacza o wszystkie schematy New Adult, jakie tylko mogą przyjść do głowy. Sama miałam co do tego obawy.

Nowa powieść Colleen Hoover, autorki międzynarodowych bestsellerów - historia o ryzykowaniu wszystkiego dla miłości i odnajdywaniu swojego serca gdzieś pomiędzy prawdą a kłamstwami.


Auburn Reed zaplanowała sobie całe życie. Jej cel jest w zasięgu ręki i nie ma już miejsca na błędy. Jednak kiedy dziewczyna wchodzi do galerii sztuki w Dallas w poszukiwaniu pracy, nie spodziewa się, że znajdzie tam głębokie zainteresowanie enigmatycznym artystą, Owenem Gentry.

Po raz pierwszy Auburn decyduje się podjąć ryzyko i posłuchać głosu serca, tylko po to, by odkryć, że Owen skrywa kilka dużych sekretów. Wielka część jego przeszłości może zniszczyć wszystko, co ma znaczenie dla Auburn. Jedynym sposobem, by do tego nie dopuścić, jest rozstanie z Owenem.

Ostatnią rzeczą, jaką chce Owen, jest utracenie Auburn, jednak nie potrafi przekonać dziewczyny, że prawda jest czasem tak subiektywna jak sztuka. By uratować ich związek, będzie musiał wyznać wszystkie swoje sekrety. Jednak w tym przypadku spowiedź może być bardziej niszcząca niż rzeczywisty grzech...
Źródło: wyd.Atria Books, tłumaczenie: własne. 

W rzeczywistości „Confess” to wykorzystująca oryginalne rozwiązania, jedna z ciekawszych powieści New Adult, z jaką miałam ostatnio do czynienia. To rozrywka oparta na dobrze wykreowanych bohaterach i barwnej historii, która wciąga czytelnika w wir emocji – „Confess” robi to w znakomitym stylu. Nie mogłam się oderwać od tej książki ani na chwilę. Z zapartym tchem pożerałam stronę za stroną i wiedziałam, że nie zmrużę oka, dopóki nie dotrę do zakończenia. Do tej pory po żadnej powieści Hoover nie musiałam ochłonąć, a po „Confess” – tak. Burza wątpliwości i emocji, w którą wpadli bohaterowie, mnie też porwała. Na tej płaszczyźnie powieść absolutnie mnie urzekła.

Często zdarza mi się narzekać na fakt, że w powieści postać istnieje tylko dlatego, że wymieniono jej imię i na tym cała kreacja się kończy. Brakuje wejrzenia w psychikę, przemyśleń, celnie uchwyconych nawyków, opisanych zainteresowań, wspomnień czy drobiazgów związanych z daną osobą. Wychwycenie jakichkolwiek charakterystycznych rys graniczy z cudem. Podejrzewam, że nie jestem w tym osamotniona, bo dla wielu czytelników lektura nie istnieje, jeśli nie potrafią oni zżyć się z bohaterem. W „Confess” nic takiego nie ma miejsca - każdy z nas ma swoją historię i w tym przypadku odzwierciedlają to bohaterowie, którzy nie są białymi kartami. Autorka nie pozostawia nikogo w próżni, a przeszłość staje się jednym z najważniejszych elementów w ich perypetiach. Poznajemy przeszłe wydarzenia, które doprowadziły ich do danego punktu w życiu, związane z bohaterami drobiazgi, nawyki, śledzimy ich przemyślenia i w efekcie, w większości przypadków, otrzymujemy pełne portrety, barwne niczym prace Owena. Drobnym odstępstwem od tych zachwytów jest kreacja pewnego bohatera drugoplanowego, którego imienia nie wymienię, by uniknąć spoilerów - można o nim powiedzieć, że wpisuje się w schemat „tego złego”. Rozumiem, w jakim celu go stworzono, ale nie ukrywam, że spotkałam się z tym już wcześniej.

Autorka powinna dopracować wątek głównych bohaterów pod kątem rozwoju ich relacji. Biorąc pod uwagę długość ich znajomości, jej intensywność wydawała się przesadzona, nienaturalna. Odrobinę wolniejsze tempo byłoby zdecydowanie lepsze. Rozpoczynanie od „natychmiastowej miłości” to nie jest moje ulubione rozwiązane, z którym spotykam się w New Adult. Na szczęście, co warto dodać, poza tym jednym potknięciem, związek Auburn i Owena jest bardzo dobrze poprowadzony. Z jednej strony ma w sobie wiele dojrzałości, ale nie jest pozbawiony żarliwości rodzącego się uczucia. Łatwo wczuć się w ich sytuację i zrozumieć targające nimi wątpliwości. Są młodymi ludźmi, którzy muszą balansować pomiędzy skrajnościami, ponadto obarczono ich wielką odpowiedzialnością. Nie tylko ze względu na wiek bohaterów, „Confess” zdecydowanie zaliczę do dojrzalszych powieści Hoover. Już nie mamy do czynienia z nastoletnimi miłostkami i szkolnymi problemami. Zamiast tego poruszono temat odpowiedzialności i poświęcenia. Wkraczamy w świat dorosłych, który pomimo problemów, próbują ułożyć swoje życie – nie załamują się tylko dlatego, że nie mają wyjścia. Muszą być silni dla najważniejszych osób w swoim życiu.

Od bohaterów przechodzimy do kolejnej zalety powieści: „Confess” dobrze radzi sobie z wielowątkowością, co mnie mile zaskoczyło. Autorka nieustannie podtrzymuje zainteresowanie czytelnika, umiejętnie odsłaniając kolejne tajemnice. Związek Auburn i Owena jednocześnie jest głównym wątkiem powieści oraz tłem, które wyróżnia pozostałe wydarzenia. Ich miłość nie jest łatwa i często ginie pod naporem codziennych problemów. Potyczki z pracą, krewnymi, a nawet własną psychiką zmuszają ich do podejmowania trudnych decyzji. Nie musicie się obawiać, że otrzymacie wyłącznie romans, który niczego w sobie nie kryje. Autorka nie byłaby sobą, gdyby nie dorzuciła pewnej intrygi - związana z nią historia skutecznie podnosi ciśnienie i nie pozwala odłożyć powieści. Pod tym względem „Confess” znacząco podniosło poprzeczkę kolejnym książkom autorki.

Cały czas zastanawiam się, czy „Confess” pokonało „Maybe Someday” na szczycie mojego osobistego rankingu ulubionych powieści pióra Hoover. Nieustannie porównuję obydwie książki i z jednej strony jestem skłonna przyznać, że tak, ale z drugiej… Świeżo po lekturze biłam się z myślami i jak na razie nie podjęłam decyzji. Chyba zdecyduję się na remis. W końcu kto mi zabroni posiadać podwójny Numer Jeden?

Nie można również zapomnieć o stronie artystycznej powieści. Prace Owena są nie tylko opisane, ale i dołączone do tekstu. W trakcie powieści natkniemy się na czarno-białe, małe grafiki, z kolei do książki dołączono sześć większych, kolorowych wkładek - reprodukcji. Za powołanie do życia obrazów spod ręki fikcyjnego bohatera odpowiada brytyjski artysta Danny O’Connor.  

„Confess” to powieść dopracowana od strony fabularnej i wizualnej. Utwierdziłam się w przekonaniu, że Colleen Hoover jest w New Adult bezkonkurencyjna. Ciągle wnosi świeżość w kategorię, która przez wielu czytelników została skreślona jako zbieranina wtórności i schematów. 

Sztuka potrafi wzbudzać emocje - tak samo robi to niezwykła historia Auburn i Owena, która swoją barwność zawdzięcza nie tylko wypełniającym ją obrazom. Colleen Hoover pociągnięciami pióra kreśli kolejne historie, miesza w losach bohaterów, delikatnymi liniami podkreśla miłość i po raz kolejny udowadnia, że piękno sztuki odnajduje swoje miejsce w codziennym życiu, nawet jeśli na pierwszy rzut oka widzimy tylko szarość.


Recenzja bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love


Fotografia: moja :) To dwie z sześciu prac zamieszczonych w powieści.
 

9 mar 2015

,,Sekretne życie pszczół" - Sue Monk Kidd [przedpremierowo/wznowienie]


Tytuł: Sekretne życie pszczół
Autor: Sue Monk Kidd
Wydawnictwo, data wydania: Wydawnictwo Literackie, [zapowiedź] 19.03.2015
Ilość stron: 352
Cena: 38 zł


~~***~~


Książkę udostępniło do recenzji Wydawnictwo Literackie

Karolina Południowa, 1964 rok. Segregacja rasowa nadal kwitnie, pomimo wprowadzenia pierwszych praw dla czarnoskórych obywateli. Rasiści nie zamierzają godzić się z żadnym przejawem równości, prawo jest dla nich wyłącznie zapisem na papierze. Gdy wolność zderza się z głęboko zakorzenionym uprzedzeniem, rodzą się nowe konflikty.

Zmiany nie omijają domu Owensów, w którym mieszka nastoletnia Lily, półsierota. Gnębiona wspomnieniem utraty matki, ofiara własnego ojca może polegać tylko na jednej osobie – czarnoskórej opiekunce, Rosaleen. Gdy agresja w domu i poza nim zaczyna zagrażać życiu kobiety i dziewczynki, splot wydarzeń wymusza na nich desperacki krok. Korzystając z jedynej wskazówki ukrytej wśród rzeczy zmarłej matki, Lily ucieka do Tiburon, gdzie na uboczu mieści się pasieka Czarnej Madonny prowadzona przez siostry Boatwright. Dom pełen kobiet staje się schronieniem, jednak przed przeszłością i obecnymi zmianami nie da się uciec. W pasiece krzyżuje się wiele sekretnych żyć… Czy z czasem ujawniane tajemnice zaleczą rany, czy może rozdrapią je na nowo? 


Najsłynniejsza książka Sue Monk Kidd, autorki bestsellerowych Czarnych skrzydeł.
 
Pachnąca miodem, ciepła, wzruszająca i przerażająca zarazem opowieść o konfliktach na tle rasowym i kobiecej przyjaźni ponad podziałami. Lily jest biała, ma 14 lat, oschłego, agresywnego ojca i olbrzymie poczucie winy. Przed dziesięcioma laty przez przypadek zastrzeliła swoją matkę. Spokój pomagają jej odzyskać noszące imiona letnich miesięcy, czarnoskóre mieszkanki pewnej pasieki w Tiburon, gdzie Lily trafia, jadąc śladami mamy. Ale nawet ten niezwykły azyl, gdzie pszczoły wiodą swoje sekretne życie, nie chroni przed światem zewnętrznym. Najważniejsza jest wiara w siebie… 
 
Zekranizowana z sukcesem niezwykła książka przetłumaczona na 36 języków, sprzedana w samych Stanach Zjednoczonych w nakładzie ponad 6 milionów egzemplarzy, opowiada o przerażającej codzienności stanów południowych Ameryki połowy lat sześćdziesiątych XX wieku, kiedy niewolnicy odzyskali już wolność, ale tylko na papierze. 
źródło: wyd. Literackie

„Czarne skrzydła” rozbudziły mój apetyt na kolejne powieści Sue Monk Kidd i postanowiłam zapoznać się z jej chyba najsłynniejszą powieścią, będącą jednocześnie debiutem autorki – „Sekretnym życiem pszczół”. Chronologicznie jest to książka starsza od „Czarnych skrzydeł” o trzynaście lat i wspominam o tym nie bez powodu. Porównując najstarszą i najmłodszą powieść, możemy przekonać się, jak na przestrzeni lat rozwinął się warsztat Kidd, jak niegdyś i obecnie kreuje historie, wykorzystując do tego podobne motywy. Porównanie uwypukla również niedociągnięcia obecne w „Sekretnym życiu pszczół”, jednak w ogólnym rozrachunku jest to debiut, który ja nazywam dobrym.

„Sekretne życie pszczół” to przede wszystkim powieść o dojrzewaniu, wybaczeniu i wierze. W centrum wydarzeń znajduje się Lily, a inni ludzie i związane z nimi wydarzenia stają się kolejnymi etapami w jej dorastaniu. Gorycz samotności, odrzucenia, niekochania zostaje podwójnie osłodzona podczas pobytu w pasiece. Siostry Boatwright i ich krewni, choć sami doświadczani przez los, ofiarują nastolatce coś, czego wcześniej nie znała; dla Lily dołączenie do grupy prześladowanych osób stało się źródłem siły. Umniejszani, tępieni wcale nie są tymi słabszymi i mają w sobie więcej godności niż ich wywyższający się prześladowcy. Zetknięcie tych dwóch teoretycznie odmiennych światów pozwoliło Kidd na udowodnienie, że cierpienie nie zna granic, podziałów i nie zwraca uwagi na kolor skóry. Biała dziewczynka zmaga się z krzywdą tak samo, jak jej czarnoskóry rówieśnik. Czują i cierpią tak samo, los była dobry i niełaskawy po równo, a jednak, z jakiegoś powodu – jedno z nich zostało uznane za gorsze od drugiego. Sztucznie narzucone wartościowanie rozpada się, gdy uczucia zyskują na sile.

Po lekturze „Sekretnego życia pszczół” i „Czarnych skrzydeł” można zauważyć, że powieści korespondują ze sobą, nawiązując do ustalonej grupy symboli i wątków, o czym wspomniałam już wcześniej. Przede wszystkim podkreślono wartość opowieści oraz związanych z nimi przedmiotów, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. One stają się wsparciem dla bohaterów, którzy powierzają im wszelkie nadzieje, smutki i radości. Pamięć i nadzieja na przyszłość stają się źródłem siły dla tych, których głos miał być zduszony. To prowadzi nas do kolejnego punktu - w przypadku obydwu powieści wiodącym wątkiem jest zagadnienie rasizmu i walki o wolność. W „Czarnych skrzydłach” ukazano zalążek walki o prawa, tymczasem w „Sekretnym życiu pszczół” przyglądamy się niełatwym przemianom społecznym, gdy zdobycie praw okazuje się być początkiem jeszcze trudniejszej drogi. Kidd ubiera dziejowe zmiany w opowieści, pozwala im się przyjrzeć z perspektywy zwykłych ludzi, którzy często stoją na uboczu nim przyjdą do nich polityczne zawirowania. Bohaterki stworzone przez Kidd dorastają w świecie pełnym podziałów i nienawiści. W przypadku historii Lily, autorka zbyt często jedynie sygnalizuje problem, a za mało się w niego zagłębia. Miód, który wypełnia powieść, oblepia i wygłusza zło; widzimy je za „miodową osłoną”, bo pasieka miejscami sprawia wrażenie całkowicie oderwanej od świata. W „Czarnych skrzydłach” dobitniej pokazywano niesprawiedliwość i okrucieństwo, aż czytelnikowi włos się jeżył na głowie. Myślę, że przy całej uwadze poświęconej sytuacji Lily, pisarka trochę zaniedbała problemy, z którymi zmagali się czarnoskórzy bohaterowie. Wybrała drogę na skróty, zamieniając problem w kilka scen–symboli, co jest łatwiejszym rozwiązaniem niż równomiernie wplecenie wątku w całą akcję. To chyba największe potknięcie tego debiutu. Jednak mimo tej słodkości, mimo tego ciepła, nie jest to powieść beztroska. Mając w pamięci burzliwe czasy, cały czas czułam niepokój, obawiałam się tego, co może nadejść. Skoro jako czytelniczka byłam niespokojna, to nawet nie mieści się w głowie, jak czuli się ludzie, którzy musieli tak żyć. Sama ta myśl jest wstrząsająca. Dlatego warto przeczytać obydwie powieści, nienależące co prawda do żadnej wspólnej serii, ale poruszające podobne problemy, poddane działaniu czasu.

„Sekretne życie pszczół” odłożę na półkę obok „Czarnych skrzydeł” pióra tej samej pisarki oraz „Służących” autorstwa Kathryn Stockett, ponieważ są to powieści, które pięknie przedstawiają przyjaźń i międzyludzkie więzi silniejsze niż uprzedzenia i podziały. Teraz z pewnością sięgnę po ekranizację powieści, by jeszcze raz wrócić na pasiekę sióstr Boatwright. „Sekretne życie pszczół” to powieść ogrzana słońcem, w której dobroć ludzi potrafi uleczyć krzywdę zadaną przez innych, a człowieczeństwo - nie kolor skóry, jest najważniejszą wartością. Debiut Sue Monk Kidd warto mieć na uwadze.

5 mar 2015

,,Zaplątani"- Emma Chase



Tytuł: Zaplątani
Autor: Emma Chase
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo Filia, 2015
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Filia

http://lubimyczytac.pl/


Zaplątani w innej bajce, czyli pieprzny flirt komedii i romansu

Skojarzenia mają potężną moc, a w przypadku „Zaplątanych” Emmy Chase dodatkowo budzą konsternację. Oto tytuł przywodzi na myśl animację Disneya traktującą o perypetiach Roszpunki, a okładka z kolei puszcza oczko do „Pięćdziesięciu twarzy Greya” E.L. James. Jakim cudem taka mieszanka może wystąpić w jednym zdaniu, a co dopiero w jednej książce? Wszystko za sprawą Drew Evansa, który, uzbrojony w najdroższe krawaty i nietuzinkowe spojrzenie na baśnie, zaprasza czytelników na wyprawę po męskim umyśle. 

Drew Evans to zwycięzca. Przystojny, arogancki, czarujący. Jednym uśmiechem uwodzi najpiękniejsze kobiety Nowego Jorku. Ma lojalnych przyjaciół i wpływową rodzinę. Dlaczego więc ostatnie siedem dni spędził zamknięty w swoim apartamencie, pogrążony w depresji? On powie Wam, że ma grypę.
Ale wszyscy wiemy, że to nieprawda.

Katherine Brooks jest błyskotliwa, piękna I ambitna. Nikomu nie pozwoli stanąć na ścieżce do kariery. Gdy zatrudnia ją ojciec Drew, życie pewnego siebie playboya wywraca się do góry nogami. Kate jest profesjonalna, perfekcyjna i… irytująca.
Drew staje przed wielkim wyzwaniem. Czy połapie się w swoich uczuciach?
Zaplątani to nie romans, do którego przyzwyczaiły się Wasze matki. To skandalizująca, pasjonująca i dowcipna opowieść o mężczyźnie, który dużo wie o kobietach. Chociaż nie tyle, ile mu się wydaje.

Powieść Zaplątani to międzynarodowy bestseller, została już przetłumaczona na ponad 15 języków. 

"Chcesz wiedzieć co tak naprawdę myślą faceci? Na pewno? Przygotuj się na to, ze będziesz pękać ze śmiechu i absolutnie pokochasz tę historię!"
Alice Clayton, USA Today bestselling author
źródło: wyd. Filia 

Gdyby ktoś streścił mi początek historii zawartej w „Zaplątanych”, pewnie w ogóle nie sięgnęłabym po powieść. Oto po raz kolejny mamy do czynienia z biurowym romansem pomiędzy przystojnym i bogatym biznesmenem a atrakcyjną i ambitną pracownicą. Erotyczne napięcie wisi w powietrzu, namiętny romans jest tylko kwestią czasu. Zły chłopiec zmienia się pod wpływem dobrej dziewczyny. To już było i nie powinno mi się spodobać. Jednak „Zaplątani” mają w sobie coś, co sprawia, że całość odebrałam pozytywnie i, w przeciwieństwie do innych, podobnych tytułów, teraz mam ochotę na więcej. Nie jestem odosobniona w tym odczuciu, bowiem w 2013 roku „Zaplątani” zdobyli tytuł najlepszego debiutu w plebiscycie Goodreads Choice Awards.

Nieczęsto w romansach narratorem jest mężczyzna, a w tym przypadku dodatkowo jest on świadomy tego, że ktoś go obserwuje. Drew puszcza oczko do czytelniczek, co jakiś czas przerywając swoją historię i zaczepnie zwracając się bezpośrednio do nich. Powiedzmy sobie szczerze - na postać Drew należy spojrzeć przez palce, bo wykreowano go z dużą pomocą stereotypów. Jego sylwetka to zbiór wycinków z artykułów typu: kim jest i o czym myśli typowy/prawdziwy/idealny mężczyzna? Z tej mieszanki otrzymujemy listę: nienagannie ubrany, przystojny, bogaty, wykształcony, myśli o seksie non stop, czuje się niczym dar od Boga, flirciarz, zbyt pewny siebie… Już wiemy, na jaką pulę trafiliśmy. Evans początkowo jest zadufanym w sobie kobieciarzem, ale nigdy nie przekracza granicy, za którą zaczyna się toksyczność. Jego arogancja czasem irytuje, ale byłam w stanie ją znieść dzięki gigantycznej ilości humoru, którym przesycone są jego wypowiedzi. Mężczyzna ma w sobie urok, który łagodzi niektóre z jego wad. Można powiedzieć, że jest niegroźnym, dającym się lubić dupkiem. „Mądrości” Drew zupełnie rozbrajają i dodają mu barw, co pozwala w miarę bezboleśnie przełknąć elementy wtórności i stereotypowości. Z kolei Kate… Kate jest cudowna. W końcu pojawiła się bohaterka z charakterkiem, który nie jest utożsamiany z chamstwem. Jest ambitna i inteligentna; nie są to puste słowa, bo Kate wielokrotnie poprzez słowa i czyny udowadnia swoją wartość na stronicach powieści. Nie stworzono jej tylko po to, by była pustą lalą dla Drew. Panna Brooks jest równorzędną partnerką i nie daje sobą pomiatać.

Powieść kipi od emocji i humoru. Niewątpliwie jest chemia pomiędzy głównymi bohaterami, co sprawia, że z zainteresowaniem obserwuje się ich romansowo-biznesowe potyczki. A jeśli już przy romansie jesteśmy... Nie można zapomnieć o scenach erotycznych. Autorka nie naszpikowała nimi powieści, pojawia się za to kilka dość wymownych zbliżeń. Są one napisane poprawnie, widywałam większe koszmarki, choć zdarza się, że Drew używa określeń, które zupełnie nie pasują do atmosfery zmysłowości. Chase powinna popracować nad stylem, by erotyczny opis w ustach głównego bohatera czasem nie brzmiał aż tak prosto – żeby nie powiedzieć prostacko.

Wspomniałam wcześniej, że Drew ma nietuzinkowe spojrzenie na baśnie. W dużej mierze wiąże się to z jego poglądami na związki damsko-męskie, które po części kształtuje popkultura. Czytelniczka może popłakać się ze śmiechu, gdy mężczyzna zaczyna rozwodzić się nad tym, jak to baśnie i komedie romantyczne piorą mózgi. Z drugiej strony związek Drew i Kate zalicza się w poczet bajek – nowoczesnych, pieprznych, ale zawsze bajek. W samej fabule pojawia się kilka małych, nieszablonowych rozwiązań, co zdecydowanie czyni lekturę bardziej interesującą. W przypadku „Zaplątanych” czytelniczka nie jest po raz kolejny skazana na błędne koło kłótni i przeprosin. Mocno wpisując powieść w konwencję komedii romantycznej, Chase zrezygnowała z wątku traumy, tak uwielbianego przez inne autorki romansów. Nie ma w powieści bohaterów, którzy skrywają mroczne sekrety i czynią z nich trzeciego uczestnika związku. Nie ma problemów psychicznych, nie ma zmagania się z dawnymi krzywdami czy toksycznych relacji. Drew nie jest skrzywdzony, Kate nie jest współuzależnioną ofiarą, która daje sobą pomiatać. Pół biedy, gdy autorki wiedzą, jak sobie radzić z taką tematyką, niestety wiele z nich traktuje to jako pogłębienie erotycznej strony powieści. „Zaplątani” przynoszą czytelniczkom długo wyczekiwaną przerwę od sztucznych, nieudanych dramatów.

„Zaplątani” to zdecydowanie lepsza wersja „Pięknego drania” Christiny Lauren czy „Dotyku Crossa” Sylvii Day. Emma Chase pokonała konkurencję i udowodniła, że biurowy romans, przystojny biznesmen w garniturze i erotyczne napięcie stanowią mieszankę, z której nadal można coś wykrzesać. Chase nie wystrzegła się wtórności, ale miała dość umiejętności, by wiedzieć, kiedy może ją zatuszować, a kiedy wykorzystać na swoją korzyść. Duże dawki humoru, chemia pomiędzy Drew i Kate oraz ich wdzięk sprawiają, że powieść pochłania się błyskawicznie i czeka się na następny tom serii. Jeśli szukacie lekkiego, przyjemnego romansu, który jednocześnie Was rozbawi, rozgrzeje wyobraźnię i pozwoli całkowicie się odprężyć, to dobrze trafiłyście.

1 mar 2015

Wygraj wymarzoną książkę! [konkurs]



Stało się, Pokój 6277 ogłasza konkurs. Typowy konkurs z okazji braku okazji. Długo myślałam, jakie wybrać nagrody, jakie zadanie stworzyć, aż w końcu wybrałam najbardziej oczywistą opcję. Książka za książkę. Spokojnie, ja od was książek nie chcę, przynajmniej nie w tym dosłownym znaczeniu. Za to jedno z was ma szansę zgarnąć tytuł, o którym marzy, a na który z różnych względów nie może sobie pozwolić.

Do wybrania takiej formy nagrody, po części zainspirowały mnie zagraniczne blogi książkowe, które często organizują konkursy związane z pojawiającymi się na rynku nowościami. Zwycięzca może wybrać tytuł będący w danym miesiącu nowością – a bloger zajmuje się całą resztą. Ja zmodyfikowałam to odrobinę, ale myślę, że powinniście być zadowoleni ;). Jeśli taka formuła się sprawdzi, nie wykluczam kolejnych edycji w przyszłości.

Zanim zasypiecie mnie gradem pytań, proszę, przeczytajcie ten szczegółowy i wybitnie upierdliwy regulamin, który powinien wam wszystko rozjaśnić. Jeśli nadal będziecie mieli pytania, pozostawicie je w komentarzach pod tym postem.



Regulamin konkursu „Wygraj wymarzoną książkę”


1) Organizatorem konkursu jest autorka bloga Pokój 6277, funkcjonującego pod linkiem: http://room6277.blogspot.com/

2) W konkursie mogą wziąć udział osoby posiadające blogi (nie muszą być to blogi książkowe) oraz polski adres korespondencyjny.

3) Konkurs odbywa się w dniach 1.03.2015 – 18.03.2015

4) Wyniki zostaną ogłoszone w dniach 19.03.2015 – 1.04.2015
 

5) By wziąć udział w konkursie, należy:

a) wstawić podlinkowaną grafikę promującą konkurs na swojego bloga,

b) obserwować Pokój 6277 poprzez konto Google+ bądź Obserwatorów Google (sieć znajomych Google). Obydwie opcje dostępne są w lewej kolumnie bloga,

c) wykonać zadanie konkursowe i wysłać swoje zgłoszenie na adres e-mail
room6277konkurs@onet.pl
[proszę o dołączenie nicku i linku do swojego bloga]

d) ze względów informacyjnych dla organizatorki konkursu, skomentować ten post konkursowy, dołączając adres bloga [do tego wystarczy krótkie „zgłaszam się”, „biorę udział”].

6) Zadanie konkursowe:
 
W swojej pracy nawiążcie do hasła „wymarzona książka”!

Może waszą odpowiedzią będzie projekt graficzny pięknej książki? A może zdjęcie ukazujące, jak czujecie się, gdy natrafiacie na powieść perfekcyjną? Może zdecydujecie się napisać opowiadanie o książce, która okazuje się być właśnie tą wymarzoną? Może opiszecie wymarzoną powieść, którą chcielibyście przeczytać, ale nikt jej jeszcze nie napisał? Dopuśćcie do głosu wyobraźnię i razem stwórzcie coś, co będzie łączyło się z hasłem konkursowym. Forma wykonania zadania jest dowolna. Może być to opowiadanie, esej, zdjęcie, wiersz, rysunek, praca przestrzenna [wtedy należy ją sfotografować] czy cokolwiek przyjdzie wam do głowy. Formę pozostawiam wyobraźni uczestników. Postawcie na kreatywność! Jedynym ograniczeniem jest wasza fantazja :).

7) Wygrana:

a) Wygrać może tylko jedna osoba,

b) Zwycięzca zostanie wybrany spośród wszystkich zgłoszeń spełniających wymagania zawarte w punkcie piątym regulaminu,

c) Wygra odpowiedź, która według organizatorki konkursu będzie najciekawsza, najbardziej pomysłowa i wyróżniająca się na tle konkurencji.

8) Nagroda:


a) Nagrodą jest książka albo książki, które zwycięzca sam wybierze według swojego uznania, a których wartość nie przekracza sumy 43 zł.

9)
Sposób odebrania nagrody:

a) Zwycięzca może wybrać książkę (książki) dostępną w asortymencie sklepu Empik.com bądź Aros.pl,

b) Istnieje możliwość wybrania książki (książek) dostępnych w przedsprzedaży, należy jednak pamiętać, że terminy premier często są przesuwane bądź przekładane na inne miesiące,

c) Po wybraniu jednego z powyższych sklepów, zwycięzca w e-mailu [
room6277konkurs@onet.pl] skierowanym do organizatorki konkursu musi zawrzeć:

- tytuł (tytuły), który go interesuje, wraz z działającym linkiem

- sposób wysyłki, który go interesuje – dostępne opcje to:

* kurier pocztowy Pocztex [Empik], wartość przesyłki: 4,90 zł

* odbiór w punkcie odbioru [Empik], wartość przesyłki: 0 zł

* poczta polska-doręczenie do klienta [Aros], wartość przesyłki: 6,99 zł

* paczkomat Inpost [Aros], wartość przesyłki: 4,99 zł

- adres, na jaki ma zostać wysłana książka (książki) oraz numer telefonu [informacja ta jest wymagana przez sklepy jako kontakt dla kuriera/poczty]. W przypadku opcji paczkomatu Inpost bądź odbioru w punkcie Empik, należy wskazać paczkomat/sklep, do którego powinna zostać skierowana paczka.

10) Maksymalna wartość pełnej nagrody oferowanej w konkursie, czyli książki (książek) i przesyłki wynosi 50 zł. Minimalna wartość pełnej nagrody jest zależna od wyboru zwycięzcy. 


11) Dane zwycięzcy będą wykorzystane wyłącznie w ramach wysyłki nagrody. Po­przez wzięcie udziału w kon­kursie, uczestnik wy­raża zgodę na prze­twa­rzanie jego da­nych oso­bo­wych na po­trzeby konkursu.

12) Zabronione jest kopiowanie cudzej pracy, w razie wątpliwości uczestnik konkursu może zostać poproszony przez organizatorkę o dodatkowe potwierdzenie, że jest właścicielem zgłaszanej pracy.

13) Fundatorem nagród jest organizatorka konkursu.

14) By konkurs mógł się odbyć, muszą wpłynąć co najmniej cztery ważne zgłoszenia. Mniejsza ilość zgłoszeń poskutkuje rozwiązaniem konkursu bez wybrania zwycięzcy.

15) Zwycięzca może, ale nie musi wyrażać zgody na zamieszczenie zwycięskiej pracy na łamach bloga Pokój 6277.

16) Organizatorka konkursu nie odpowiada za zaginioną paczkę bądź paczkę nieodebraną przez zwycięzcę w terminie przewidzianym przez sklep/pocztę.

17) Zarówno zwycięzca, jak i pozostali uczestnicy, zachowują pełne prawa do swoich prac i mogą nimi rozporządzać według swojego uznania.

18) Zwycięzca będzie miał pięć dni od dnia ogłoszenia wyników, by przekazać organizatorce konkursu dane wymagane w punkcie dziewiątym regulaminu. W przypadku braku kontaktu, organizatorka wybierze nowego zwycięzcę, którego praca będzie równie ciekawa i kreatywna.