24 lut 2015

Liebster Blog Award - podwójna odsłona




Liebster Blog Award po raz kolejny odwiedził Pokój 6277. Nominacje otrzymałam zarówno od Rose z bloga Recenzje Rose i od Pisane Myślami z bloga Pisane Myślami. Za pytania dziękuję, teraz nadszedł czas na moje odpowiedzi.

Pierwszy zestaw pytań pochodzi od Rose:

1. Film, który wzruszył Cię do łez?

Wiem, że trochę ich było, ale nie mogę przypomnieć sobie konkretnego tytułu. Zawsze, gdy ktoś zadaje mi takie pytania, to mam „zanik pamięciowy”. Zgaduję, że po opublikowaniu tego posta dopiero przypomni mi się cała lista wzruszających tytułów. Ostatnio wzruszyła mnie krótkometrażowa „Nasza klątwa”, a w szczególności jedna z zawartych w niej scen. Poza tym, nieważne ile razy oglądam „Zieloną milę”, to i tak za każdym razem łza kręci mi się w oku. Ale to chyba wszyscy tak mają.

2. Z którym autorem chciałabyś się spotkać?

Polecę klasykiem – Stephen King. I J.K. Rowling też. Poznać dwie osoby z TAKĄ wyobraźnią, to by było coś.

3. Czego najbardziej się boisz?

Pająków i tej atmosfery, która zapada po obejrzeniu naprawdę dobrego horroru, gdy każde trzaśnięcie i skrzypnięcie sprawia, że człowiek ma wrażenie, że film wcale się nie skończył i teraz sam gra w wyjątkowo upiornym horrorze.

4. Gdzie najbardziej chciałabyś pojechać?

Wszędzie! I do USA, i do Indii, i do Włoch, i zwiedzić całą Polskę od morza do gór, i tam, i tu, i jeszcze gdzieś. Po prostu chciałabym zobaczyć świat, o.

5. Jaka jest Twoja ulubiona pora roku i dlaczego?

Jestem rozdarta pomiędzy wiosną a jesienią :). Nie lubię skrajnych temperatur, dlatego lato i zima od razu odpadają. Teraz robi się trudniej, bo wiosna czasem bywa chłodna, a jesień z kolei nie zawsze jest pięknie złota, często staje się szara i deszczowa. Trudny wybór. Stawiam jednak na wiosnę, a konkretnie – wiosnę w rozkwicie, gdy po zimie nie pozostało nawet wspomnienie, gdy temperatura powoli rośnie, ale jeszcze nie chce nas zabić i ugotować żywcem, gdy parki są pełne zieleni, kwitną kwiaty i świat budzi się do życia :). 


6. Wolisz klasyczne książki czy e-booki?

Czytam książki zarówno w pierwszym, jaki drugim formacie. Przekonałam się do
e-booków, a mój czytnik egzystuje na półce wraz z papierowymi tomami. Jednak jeśli mam wybierać pomiędzy tymi dwoma rodzajami, to wybieram książki papierowe. Tak, mam sentyment do zapachu i faktury papieru, ciężaru książki w ręce czy barwnej okładki. Książka jako namacalny przedmiot ma swoją niepowtarzalną wartość (nie mówię tutaj o pieniądzach), której e-book, jako plik, nie dorównuje :). Jednak pomijając te właściwości – i tak chodzi o zawartość, a ta jest niezmienna bez względu na format. Radość z obcowania z książką jest taka sama, bez względu na to, czy powieść jest elektroniczna, czy papierowa.

7. Jaką książkę obecnie czytasz?

Zazwyczaj mam napoczęte kilka książek na raz i „przegryzam” jeden tytuł drugim. Spokojnie, nic mi się nie miesza :). Aktualnie poświęcam czas lekturze „Wszystkiego, co lśni” Eleanor Catton oraz „Zaplątanych” Emmy Chase. Jak widać, łączę ze sobą różne kalibry, więc takie czytanie nie jest męczące.

8. Najbrzydsza okładka jaką widziałaś?

Hmm… Podchwytliwe pytanie, jeszcze ktoś się na mnie obrazi ;). Łatwiej byłoby mi wskazać najładniejsze okładki, bo te brzydkie szybko kasuję ze świadomości. W myśl internetowej zasady ,,co się zobaczy, nie może zostać odzobaczone", nie patrzmy na paskudy, tylko nacieszmy oczy małymi perełkami okładkowo-filmowymi, które zamieszczam w związku z innym pytaniem.

9. Najkrótsza książka jaką przeczytałaś? 


Ponieważ sama nie jestem w stanie spamiętać grubości wszystkich książek, musiałam konsultować się ze swoim kontem Goodreads. Według niego najkrótszą książką był „Oskar i pani Róża”.

10. Czy jest bohater, z którym się utożsamiasz?
 

Przyznam, że obecnie nie ma takiej bohaterki czy bohatera. Nie to, żebym była jakaś wyjątkowa, po prostu nie znalazłam takiej postaci. Choć, jak tak teraz myślę, to mam sporo wspólnego z Cath z „Fangirl” Rainbow Rowell – obydwie darzymy świat fantazji wręcz obsesyjnym uczuciem :). Gdy byłam młodsza, czułam się silnie związana z Hermioną Granger z serii ,,Harry Potter"– począwszy od burzy włosów (hurra, niech żyją loki, fale i sprężynki w deszczowy dzień…), poprzez uwielbienie dla książek, a na byciu dobrą uczennicą kończąc ;).

11. Wolisz kupować książki czy wypożyczać?

Kupować, zdecydowanie kupować. Jestem hybrydą chomika i mola książkowego, więc poza czytaniem książek, uwielbiam je też gromadzić i mieć – tak po prostu. Z drugiej strony, nie trzymam się kurczowo każdego zakupionego egzemplarza. Niektóre przeczytanie książki sprzedaję, wymieniam się bądź oddaje za darmo. Kupuję nałogowo, ale zatrzymuję tylko te tytuły, które zrobiły na mnie wrażenie.




Drugi zestaw pytań pochodzi od Pisane Myślami:

1. Co sprawia Ci największą radość w blogowaniu?
 

Blogowanie recenzenckie to taki miks klubu dyskusyjnego, księgarni i wydawnictwa. Pisanie o książkach, dzielenie się swoimi spostrzeżeniami z innymi czytelnikami, znajdowanie nowych, interesujących tytułów, zakupy, wymiany, zyskiwanie rekomendacji na okładce powieści to elementy składające się na radość blogowania.

2. Z jakim bohaterem literackim najbardziej się uosabiasz?

Napisałam o tym wyżej.

3. Gdzie do głowy wpadają Ci rozwiązania lub pomysły?

Wszędzie ;) Gdy zasypiam, podróżuję, na spacerze, pod prysznicem, w domu, na dworze. Pomysły i rozwiązania zazwyczaj przychodzą same, nieproszone.

4. Do jakiego miejsca chcesz pojechać?

Również pisałam o tym wyżej.

5. Najśmieszniejsze wspomnienie ze szkoły.

Uu, nie da się wybrać jednego, bo na przestrzeni tylu lat wiele zabawnych incydentów miało miejsce. Wykopując z prehistorii, czyli czasów gimnazjalnych, pamiętam chociażby „typowych panów robotników”, którzy najwyraźniej zapomnieli, że ocieplają budynek szkoły, w której aktualnie odbywają się lekcje. Ich niewybredne dyskusje i komentarze były wodą na młyn rozbawionych gimnazjalistów ;).

6. Książka, którą chcesz przeczytać, ale coś w tobie się od tego wzbrania.


Szczerze mówiąc, to chyba nie ma takiego tytułu. Mam stosik nieprzeczytanych książek, ale one tylko czekają na swoją kolej. Jeśli już mam szukać zapory czytelniczej, to taką przeszkodą do sięgnięcia po książkę może być jej cena.
 
7. Czy masz swoją samotnię?

Mam. Ponieważ to moja samotnia, to nic więcej o niej nie powiem ;).

8. Czy zmieniłabyś nazwę swojego bloga (jak tak to na jaką)?

Na razie nie czuję takiej potrzeby. Lubię obecną nazwę, którą posiadam od początku blogowania i która kryje w sobie podwójne znaczenie. Nie jest to co prawda typowa nazwa bloga książkowego, ale mi to nie przeszkadza.

9. Najpiękniejsza okładka i plakat filmowy.

Przykłady dołączyłam do tego posta. Jest ich zaledwie kilka, bo umieszczenie wszystkich byłoby przesadą :).

10. Czego nie lubisz w Internecie?

Nagromadzenia chamstwa, bezczelności, okrucieństwa i pozornej bezkarności. Niektórzy obrażają anonimowo a inni mają tyle „odwagi” by komentować z prywatnego profilu, wraz z danymi i zdjęciem. Jedne komentarze potrafią tylko dopiec, a inne wżerają się aż do kości. Powszechne są życzenia śmierci, oczernianie, nękanie czy ośmieszanie. Wulgaryzmy już nawet nikogo nie dziwią. Ludzie często potrafią coś palnąć, zupełnie jakby granica klawiatury i ekranu nie była żadną granicą. Jakby fakt, że nie mówi się czegoś w twarz konkretnej osobie oznaczał, że to wcale nie rani i nie trzeba brać odpowiedzialności za te słowa. Nie dotknęło mnie to bezpośrednio, ale wystarczy zajrzeć na pierwszy lepszy czat, komentarze pod jakimkolwiek artykułem bądź nawet przeczytać sam artykuł. Niestety, ale sporo osób pod płaszczykiem wolności słowa uprawia zwyczajną cyberprzemoc. Czy to skandal u sławnych i bogatych, czy awantura u zwyczajnych i nieznanych – błotka w sieci nie brak. Za to zdrowej, konstruktywnej krytyki jest jak na lekarstwo.

11. Marzenie, które wiesz, że kiedyś się spełni.


Marzenie o zawodowym obcowaniu z literaturą oraz zwiedzeniu kawałka świata.

20 lut 2015

,,We Were Liars/Byliśmy łgarzami" - E. Lockhart


Tytuł: We Were Liars
Autor: E. Lockhart
Wydawnictwo, rok wydania: Delacorte Pres, 2014
Ilość stron: 240



Polskie wydanie


Tytuł: Byliśmy łgarzami
Wydawnictwo: YA! [GW Foksal]
Data wydania: [zapowiedź] 8.04.2015
Ilość stron: około 240
Cena: 34,90 zł


~~***~~


Ależ ja byłam zafascynowana tym tytułem! Że tajemniczy, że niezwykły, że wyróżnienia takie a owakie zdobył, że intryga, wyspa, bogata rodzina… Destrukcyjne więzi i trzymanie w napięciu. Czego chcieć więcej?

Tego, żeby to była prawda, bo w moim przypadku – nie jest.

Teraz kłamię? Mówię prawdę? Jestem łgarzem czy nie?

Przekonajcie się sami.
 

Piękna i wybitna rodzina.

Prywatna wyspa.

Genialna, zraniona dziewczyna; pełen pasji chłopak, mający w sobie polityczne zacięcie.

Grupa czterech przyjaciół – Kłamców – których przyjaźń staje się źródłem destrukcji.

Rewolucja. Wypadek. Sekret.

Kłamstwa, mnóstwo kłamstw.

Prawdziwa miłość.

Prawda.

„We Were Liars” to nowoczesna, wyrafinowana i pełna napięcia powieść.

Przeczytaj ją.
Jeśli ktokolwiek zapyta, jak się kończy.

SKŁAM! 

Źródło: wyd. Delacorte Press, opis: tłumaczenie własne. 

Gorące lato na prywatnej wyspie należącej do bogatej rodziny. Czas beztroski, wypoczynku i zacieśniania rodzinnych więzów? Nic bardziej mylnego. Tam, gdzie jest fortuna, są też pragnienia, a w rodzinie Sinclair to one prowadzą do nieporozumień i scysji. Perypetie skłóconych krewnych obserwuje nastoletnia Cadence Sinclair Eastman, przyszła dziedziczka, która ma własne problemy. Wraz z grupą przyjaciół próbuje dociec, co tak naprawdę wydarzyło się dwa lata temu w tym samym miejscu. Wyspa skrywa wspomnienia, które Cady chce odzyskać. Jednak jeśli dziewczyna nie pamięta przeszłości, skąd będzie wiedziała, że odnalazła prawdę? Czy może ufać sobie? Swoim przyjaciołom? Rodzinie? Gdy wszyscy określają siebie mianem kłamców, komu powinien wierzyć czytelnik?

Narrator niegodny zaufania jest czymś, z czym mieliśmy wcześniej do czynienia. Kłamcy, osoby psychiczne chore, uzależnione czy mające zaniki pamięci to osobniki ukochane przez pisarzy. To oni zapewniają grę z czytelnikiem, to oni mają największy wkład w historię, od której nie można się oderwać. Wodzą za nos, by potem ukazać wszystko w innym świetle. Sęk w tym, że E. Lockhart wrzuciła taką narratorkę do bardzo prostej historii, która odsłania swoje karty zbyt wcześnie, by móc utrzymać czytelnika w niepewności. By narrator uwiódł czytelnika, by czytelnik wpadł po uszy w jego kłamstwa, to najpierw intryga musi opierać się na pewnym gruncie. Tego „We Were Liars” brakuje. Uświadamianie już na wstępie „uwaga, macie do czynienia z kłamstwem” to duże ryzyko i autorka mu nie podołała. Wiemy, że bohaterka kłamie, więc bez emocji czekamy na prawdę. Jeśli myślicie, że oczekiwanie na szczerość przynosi dreszczyk niepokoju, to lepiej porzućcie wszelką nadzieję. Ci, którzy nie domyślą się zakończenia, faktycznie będą mieli trochę frajdy, ale reszta będzie się tylko niecierpliwić.

Zakończenie dla wielu osób może być zaskakujące, ale we mnie nie uderzyło z pełnym impetem. Ba, nawet mnie nie drasnęło. Podejrzewam, że wina poniekąd leży po mojej stronie, bo wcześniej obejrzałam trzy filmy, które wykorzystały podobny twist w zakończeniu. Poza tym, przy budowaniu głównego wątku użyto takich samych motywów i z tego powodu szybciej domyśliłam się, do czego zmierza autorka. Resztę powieści spędziłam na czekaniu. Powiem szczerze, żałuję, że widziałam te filmy, bo naprawdę chciałabym przeczytać „We Were Liars” w błogiej nieświadomości na to, co mnie czeka. To musi być świetne uczucie – dotrzeć do zakończenia i BAM!, dostać w głowę od autorki. U mnie niestety nie było żadnego „BAM!”, tylko spokojne, w ogóle nieporuszone „aha…”.

Sama powieść ma około 240 stron, ale w rzeczywistości jest jeszcze krótsza, przez nierównomiernie rozłożony, podzielony na strofy tekst.

Niektóre fragmenty

Powieści

Zapisano

W ten sposób

Niczym wiersz

Tak jak sam

Opis

Powieści.

Poza tym niektóre akapity mają ze dwa – trzy zdania, po czym autorka rozpoczyna nowy ustęp czy nawet cały rozdział. Gdyby nie ta rozbita narracja, powieść pewnie zamknęłaby się w dwustu stronach, a może nawet mniej. Ogólnie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego Lockhart tak ćwiartuje niektóre rozdziały i nie uznaję tego ani za wadę, ani za zaletę. Zabieg, który uświadamia czytelnikowi, jak fragmentarycznie wspomnienia powracają do bohaterki, zawsze ubarwia akcję.

Przyznam, że styl pisarki mnie urzekł, szczególnie na początku. Liryzm tnący niczym nóż, wiele zaskakujących scen-metafor, które utwierdzały w przekonaniu, że mamy do czynienia z kłamliwym narratorem, powoli tkały kokon, który uwięził mnie na gorącej wyspie Sinclairów. Byłam tym zachwycona. Do czasu, bowiem w pewnym momencie ten „artyzm słowa” zaczął maskować brak sensu i płytkość historii. Ładne słówka przestały rozwijać sylwetki bohaterów, ładne słówka przestały popychać akcję, ucięto igraszki fikcji z rzeczywistością, wyobraźni narratorki z otaczającym ją światem. Wyparowało gdzieś podwójne znaczenie scen, przejrzałam na wylot gierki i z łatwością wskazywałam na kolejne łgarstwa – „teraz zmyślasz, teraz też, a to jest akurat prawda”. Tytułowi Łgarze właściwie niczego nie robią, poza snuciem się z kąta w kąt i z tego właściwie składa się cała powieść.

Osobiście myślę, że największym grzechem „We Were Liars” jest zbyt mała ilość wątków pobocznych, szczątkowa akcja i skupianie się – od początku do końca, na tylko jednym wydarzeniu, czyli wakacjach z życia rodziny Sinclair. Nie wiem, może pisarka myślała, że minimalizm samoczynnie zapewni powieści aurę ambitnej prozy. Brak rozwiniętych sylwetek bohaterów oraz brak głębszego wejrzenia w ich losy sprawia, że nie można się z nimi zżyć i przez całą lekturę czytelnik pozostaje obojętny na to, co się z nimi dzieje. Obserwujemy perypetie papierowych kukiełek, brniemy przez korowód imion, po czym odkładamy książkę na półkę. Wszystkie tragedie rodziny Sinclair, cała paleta zawiedzionych nadziei, złamanych serc, manipulacji, zemsty i przemilczanej krzywdy została umniejszona do rozmiarów powiastki o pewnym lecie i rozpuszczonych bogaczach, którzy nie potrafią myśleć, bo gdyby potrafili, to by nie było tej całej historii. Lockhart miała ambicję, by stworzyć powieść o piekielnie bolesnych, osobistych tragediach stojących za bogactwem bohaterów, a wyszła jej historia o bezdennej głupocie i bogaczach, którzy sami wymyślają sobie problemy. Chyba coś poszło nie tak.

Zastanawiam się, gdzie dokładnie (cytowany na okładce) John Green dostrzega diabelną inteligencję tej powieści. W zagadce, którą łatwo rozwiązać? W czasem przesadnym sileniu się na artyzm, pod którym ginie sens powieści? W niewiarygodnej bohaterce, której kłamstwa są równie bezbarwne, co jej szczerość? Nieszczególnie rozumiem szum wokół tej powieści. I ta ekscytacja, jaka to ona jest niezwykła, jakby to właśnie Lockhart odkryła możliwość skonstruowania takiego a nie innego zakończenia. Błąd. Nie jestem mocno zawiedziona, ale oczekiwałam o wiele więcej po zdobywcy tytułu Goodreads Choice Awards 2014 w kategorii Young Adult, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że konkurencja „We Were Liars” w dużej mierze składała się z lepiej napisanych, lepiej wykreowanych, barwniejszych i bardziej interesujących historii.

Mamy zgrabnie splecioną historię, intrygę w tle, poszatkowaną narrację, która odzwierciedla stan umysłu pewnej osoby, jednak te poprawne elementy nie tworzą razem niesamowitej opowieści. „We Were Liars” każe nam wierzyć, że jest głębokie, błyskotliwe, wyrafinowane, że trzyma w napięciu, w inteligentny sposób porusza ważne tematy i na dodatek potrafi ukazać swoją artystyczną stronę. Prawda jest taka, że otrzymujemy przeciętną i płytką historię zbudowaną z motywów, które były już wcześniej łączone i omawiane, z wątkiem, który był już wykorzystany i to nie jeden raz, a wszystko to okraszone językiem, który był piękny, dopóki nie przekroczył granicy pretensjonalności.

Niestety, nie napiszę teraz, że wszystko powyższe jest kłamstwem.

Nie jestem łgarzem.


 Recenzja bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love

18 lut 2015

,,Kocha, lubi, szanuje..." - Alice Munro [zapowiedź/wznowienie]


Tytuł: Kocha, lubi, szanuje... [wydanie II]
Autor: Alice Munro
Wydawnictwo, data wydania [zapowiedź]: Wydawnictwo Literackie, 19.02.2015
Ilość stron: 448
Cena: 39,90 zł


~~***~~

Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Literackie


Tom „Kocha, lubi, szanuje” obejmuje dziewięć opowiadań, w których pisarka odwiedza kolejne miasteczka, zagląda za progi domostw i spisuje losy napotykanych osób. Munro po raz kolejny skupia się na relacjach międzyludzkich i tym razem mierzy ich wartość kolejnymi rozstaniami. Zarówno miłość, jak i nienawiść stają w obliczu choroby, długiego dystansu, śmierci czy zdrady. Uczucia naznaczone przeszłą bądź nadchodzącą stratą nadają codzienności nowe tory. Więzi bohaterów zostają poddane testom i ani przygodne związki, ani długoletnie małżeństwa niczego nie mogą być pewne.

Miłość jest przeznaczeniem, ale nie wytycza drogi na całe życie. Bywa, że pojawia się tam, gdzie jej nie oczekiwano, zmienia lub porzuca obiekt uczuć, niesie ze sobą namiętność bądź nudę przyzwyczajenia, nieraz utrzymuje się na niej „leciutki nalot nienawiści”. Autorka  wypełnia przestrzeń między „kocha” a „szanuje” wielością odcieni uczuć i relacji. W jednym z opowiadań pisze, że „przypomina to bardziej chwytanie czegoś w powietrzu niż budowanie historii”. Opowiada o przeszłości,  tworzy prawdopodobne scenariusze, ale nie namawia do poszukiwania prawdy o przyszłości za wszelką cenę: „Nie pytaj, bo wiedzieć nie trzeba… co gotuje nam los, tobie i mnie”. Munro  pokazuje, jak głębokie  i niepowtarzalne  może być  życie zwykłych ludzi zawieszonych między prowincją a miastem, wiarą a bezbożnością, historią własnego życia a zapisanym gdzieś losem. 
 
Munro podgląda swoich bohaterów zatrzymanych w kadrach pomiędzy poobiednim zmywaniem naczyń a decyzjami, które na zawsze zmienią ich los.
  Piotr Stasiak, „Polityka”
 
Jonathan Frazen, wybitny realistyczny pisarz amerykański, składając Munro hołd w „New York Timesie” napisał, że  w jej pisarstwie chodzi przede wszystkim o samą przyjemność opowiadania”.
   Juliusz Kurkiewicz, „Gazeta Wyborcza”
 
Tytuł nawiązujący do dziecięcej wyliczanki, świadczy o nieprzewidywalności losu postaci. Autorka czerpie z dokonań realistów. Wiernie odtwarza rzeczywistości, dba o detale, a jednocześnie bawi się tą konwencją ,włączając do swoich opowieści oniryczne wątki. Na jedno z opowiadań z tomu "Kocha, lubi, szanuje", zdaniem krytyków najlepszej książki Munro, "The New Yorker" poświęcił aż pół numeru. Czy można wyobrazić sobie lepszą rekomendację?
  Damian Gajda, Onet.pl
źródło: wyd. Literackie

To proza elegancka, oszczędna w słowie i bogata w spojrzeniu na ludzkie interakcje. Ten zbiór potwierdził moją myśl, która pojawiła się podczas lektury poprzednich książek Munro – dla niej nie ma takiej rutyny, przeciętności, zwykłości, o której nie potrafiłaby interesująco opowiadać. Nawet banalność może być piękna i delikatna. Cały czas zastanawiam się, w czym tkwi dar pisarki, że tak potrafi urzec czytelnika prostotą. Może chodzi o to, że jest świetną obserwatorką? W krótkich, celnych zdaniach, bez zbędnego rozwlekania potrafi nakreślić kilka gestów, które opowiadają całą historię związku. Zaledwie pojedyncze sceny z życia potrafią wypełnić białe plamy z losów kilku bohaterów. Autorka dobrze wie, jak uchwycić niuanse, drobiazgi, których czasem nie potrafimy dostrzec na co dzień. Przez pośpiech niewiele osób analizuje czy poddaje refleksji relacje łączące ich z innymi. Alice Munro oczyszcza codzienność z gonitwy i zatrzymuje czas na własny użytek, co odzwierciedla się w wolnym, spokojnym tempie opowiadań. Fikcja kłania się realnemu życiu – a wręcz je celebruje. Może właśnie o to chodzi, o uwagę poświęcaną zazwyczaj niedocenianemu? Na dodatek, choć mamy do czynienia z „historiami jakich wiele”, to i tak czujemy ich niezwykłość i wyjątkowość, gdy przedstawia je Munro. 

Bohaterowie opowiadań nie są osobami wyjątkowo wyrazistymi, barwnymi, niepowtarzalnymi, których nie spotkamy nigdzie indziej - celowo. Pisarka skupia się na przeciętności, więc i postacie muszą pokrywać się z większością spotykaną na ulicy. Alice Munro zwraca uwagę na osoby, które zazwyczaj są szarym tłem, pomijane, bo przecież po co pisać o kimś, kto jest taki zwyczajny? Ona udowadnia, że ta zwyczajność jest pozorna - pozornie zwyczajni bohaterowie, pozornie zwyczajne historie, bo gdy tylko wysłuchamy każdej opowieści, poznamy każdego jako jednostkę, wtedy odkrywamy, jak wiele skrywa się za pierwszym wrażeniem. Nie jest osamotniona w takiej postawie. Podobną myślą kierowała się ,,Academy Street", opisała losy zwykłej, niewyróżniającej się kobiety, w ten sposób zaznaczając ślad jej istnienia. Bez tej pomocy główna bohaterka, Tessa Lohan, dalej byłaby ignorowana i żyła w cieniu. Jak widać, codzienne życie inspiruje twórców, więc może warto spojrzeć na nie cudzymi oczami? 
„Kocha, lubi, szanuje” to opowieści o miłości – o rozkochaniu w zwyczajności. Uczucia nigdy nie są proste i zawsze odgrywają główną rolę w życiu, ale to wcale nie znaczy, że w twórczości Munro pojawiają się one na pierwszym planie. Przewrotnie, najważniejszy element staje się tłem, które pozwala bohaterom zajaśnieć.

Uważne obserwacje, dbałość o słowo, refleksyjny nastrój i historie tak pełne, tak dobrze skonstruowane, że nie można już do nich nic dodać ani odjąć, sprawiają, że twórczość Noblistki warto polecić każdemu.

16 lut 2015

,,Cząstka ciebie" - Ella Harper


Tytuł: Cząstka ciebie
Autor: Ella Harper
Wydawnictwo, rok wydania: Prószyński i S-ka, 2014
Ilość stron: 448
Cena: 38 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Prószyński i S-ka

http://lubimyczytac.pl/

 
Układając kawałki rozbitych losów

Pragnienie bycia matką potrafi być tak silne, że czasem przysłania cały świat – a raczej partnera, który do tej pory był tym światem. Nawet chęć dzielenia marzenia o rodzicielstwie może nie wystarczyć, gdy nie ma innego tematu niż dziecko i innej rozmowy niż ta o leczeniu. Codzienność podporządkowana wyłączne jednemu celowi wywraca do góry nogami cały związek. Pojawia się stres, za nim idą odrzucenie i samotność. Rozpoczyna się wspólna walka, która niepostrzeżenie może obrócić się w walkę przeciwko sobie. Gnębiących problemów nie da się wyciszyć ot, tak, a każda zmiana może je tylko wyostrzyć. Co zrobić, by to naprawić i rozpocząć nowy etap życia? Podobne pytanie zadała w swojej powieści „Tam gdzie ty” Jodi Picoult, a teraz postanowiła na nowo odpowiedzieć na nie jej koleżanka po piórze, Ella Harper, w książce „Cząstka ciebie”. 

Małżeństwo doskonałe. Druzgocąca tajemnica. Wybór, którego nie sposób dokonać. 

Trzydziestoparoletni Lucy i Luke Harte’owie mają wszystko – wymarzoną pracę, wspaniały dom, kochającą rodzinę i wiernych przyjaciół. Brak im tylko tego, czego pragną najbardziej: dziecka. Po ośmiu poronieniach i latach rozczarowań los wreszcie się do nich uśmiecha. Lucy jest w ciąży od czterech miesięcy – najdłużej w historii ich związku. I ona, i Luke nie posiadają się ze szczęścia. Ale przeznaczenie ma wobec Lucy inne plany. W dniu piątej rocznicy ślubu dochodzi do groźnego wypadku samochodowego. Luke zapada w śpiączkę. W tym czasie Lucy, wspierana przez swoją teściową Patricię, najlepszą przyjaciółkę Dee i szwagierkę Nell, stara się nie dopuścić, by życie rozpadło się jej na kawałki. Lecz dla całej rodziny Harte’ów zmieni się ono bardziej, niż ktokolwiek mógłby to podejrzewać, gdy nieprzytomnego Luke’a odwiedzi w szpitalu Stella – jego koleżanka z pracy…
źródło: wyd. Prószyński i S-ka

Każda nieudana próba zajścia w ciążę pcha Lucy w głąb obsesji. Z czasem kobieta nie potrafi myśleć o niczym innym, a cudze rodzicielstwo budzi w niej piekącą zazdrość. Zatraca się w marzeniu o byciu matką, a, co za tym idzie, oddala się od swojego partnera. Luke również chce być rodzicem, ale przez wieloletnią walkę i kolejne poronienia swojej żony zaczyna tracić nadzieję. Być może już czas powiedzieć „stop”, pomyśleć o innym rozwiązaniu. Jednak Luke kocha Lucy zbyt mocno i nie podniesie ręki na jej marzenie. Z drugiej strony nie potrafi odepchnąć od siebie czarnych myśli, które coraz mocniej go zatruwają. I wtedy zdarza się cud – Lucy zachodzi w ciążę, wszystko zaczyna się układać. Do czasu… Bo wcześniejszych błędów, niedopowiedzeń i zaniedbań nie da się tak po prostu wymazać. Jedno nieszczęście pociąga za sobą następne.

Ella Harper postanowiła w swojej powieści połączyć kilka popularnych tematów, które są powszechnie poruszane w literaturze kobiecej. Przeplatające się losy bohaterów zestawiają ze sobą różne spojrzenia na rodzicielstwo, miłość i więzy rodzinne. Poznajemy nie tylko historię Lucy i Luke’a, ale także jego matki, Patricii, i młodszej siostry imieniem Nell. Rodzina Harte’ów skrywa mnóstwo sekretów i wypadek Luke’a zmusza ich do rozliczenia się z bolesną przeszłością. Pojawiają się pytania o wartość zdrady, żałoby i wybaczenia – czy jednorazowy skok w bok ma taką samą wagę, jak długoletni romans? Czy cierpienie zaraz po stracie kogoś kochanego jest silniejsze niż żałoba trwająca od lat? Czy wybaczenie potrafi ukoić ból? Z taką mnogością tematów i pytań autorka naprawdę nieźle sobie poradziła. Zestawiając różne perspektywy spięte tym samym problemem, sprawiła, że powieść stała się pełniejsza.

Nie bez powodu przytoczyłam we wstępie powieść „Tam gdzie ty”. Obydwie książki są silnie powiązane poprzez postać kobiety, która cierpi z powodu niemożności bycia matką. Niestety Harper nie potrafiła ukazać jej sylwetki tak dobrze, jak zrobiła to Picoult. Podczas gdy cierpienie Zoe, bohaterki „Tam gdzie ty”, było wręcz namacalne, a sama kobieta była wielowymiarową postacią, to za żadne skarby nie mogłam zżyć się z Lucy. Byłam świadkiem jej osobistej tragedii, a nie uroniłam ani jednej łzy. Może to dlatego, że Lucy poza obsesją macierzyństwa i związkiem z Lukiem tak naprawdę nie istnieje? Przez odebranie jej tych dwóch cech sprawimy, że bohaterka po prostu zniknie. Nawet nie chodzi o to, że snuje się jak cień, bo jest to w pełni zrozumiałe ze względu na jej przejścia. Brakowało mi w niej osoby, która potrafi istnieć poza głównym wątkiem powieści. Porównując Lucy z przeszłości i teraźniejszości, można dostrzec, że ona cały czas jest taka sama – osiem lat z życia nie oferuje żadnych zmian i opiera się wyłącznie na powyższych dwóch składnikach. Naprawdę tylko taki życiorys można było zaoferować? O wiele bardziej doceniam kreację Nell, która w moim odczuciu skradła dla siebie całą historię. Siostra Luke’a jest dowodem na to, że autorka potrafi tworzyć interesujące i barwne postaci, które mówią własnym głosem, mają pasje, a targające nimi emocje udzielają się czytelnikowi. Podczas gdy Nell żyje na kartach powieści, Lucy jedynie zapełnia białe plamy.

Dzięki stylowi Harper książkę czyta się szybko, ale sama historia jest daleka od bycia lekką, łatwą i przyjemną. Czasem mawia się o powieściach, że są słodko-gorzkie. W przypadku „Cząstki ciebie” dominuje gorycz – każdy z bohaterów ma własne blizny, psychiczne i fizyczne, każdy z nich zna stratę, żałobę i szuka wybaczenia za popełnione błędy. Ani przeszłość, ani teraźniejszość nie daje im ukojenia. Przyznam, że zaskoczyło mnie zakończenie powieści. Bardzo często w literaturze kobiecej autorki tak prowadzą wątki, by dotrzeć do szczęśliwego zakończenia. Finał w powieści Harper zawiera radość nieoczywistą, która pojawia się wraz z refleksją po skończonej lekturze.

Ella Harper jest kolejną autorką, która w swoich książkach podejmuje tematy ważne dla kobiet i poprzez dylematy fikcyjnych osób zadaje czytelniczkom niełatwe pytania. „Cząstka ciebie” z pewnością przypadnie do gustu wiernym czytelniczkom klubu „Kobiety to czytają”, który skupia twórczości takich autorek, jak Lisa Scottoline, Diane Chamberlain, Jodi Picoult i Liane Moriarty.

11 lut 2015

Krótki niezbędnik na temat czytania i kupowania książek anglojęzycznych


Gdzie mogę kupić anglojęzyczną książkę X albo Y w miękkiej okładce?

Często wielu z was upatruje swojej szansy na naukę języka właśnie poprzez czytanie książek anglojęzycznych. Świetnie, mogę tylko to poprzeć. Jednak nie do końca rozumiem, czemu tak często wymieniane są książki w miękkich okładkach, a zupełnie ignoruje się e-booki, których ceny są znacznie niższe, a w niektórych przypadkach na Amazon.com pojawiają się nawet darmowe powieści do pobrania. Ich kupowanie polega praktycznie na tym samym, co kupowanie książek papierowych (o tym niżej), tyle że produkt otrzymujemy natychmiast. W ten sposób przechodzimy do punktu…

Czytniki w służbie nauki

Fakt i to mocny. Czytniki posiadają wbudowane słowniki i w trakcie lektury wystarczy tylko kliknąć na nieznane nam słówko, by sprawdzić jego znaczenie. To dużo ułatwia, bo w przypadku czytania papierowej książki, musimy ją odłożyć, przejść do komputera, wklepać słowo bądź formułkę… Nie dość, że tracimy czas to jeszcze się rozpraszamy. A to nie pomaga, bo…

Początek przygody z czytaniem w oryginale to krew, pot i łzy


Fakt. Mózg dosłownie się buntuje, ilość nieznanych słówek zwiększa się z każdą stroną i najchętniej rzucilibyśmy to wszystko w diabły. Szkoła przyzwyczaja do dość krótkich tekstów napisanych w języku angielskim, a tutaj musimy pokonać z dwieście stron. Powiedziałabym nawet, że trzeba się zmusić do ich przeczytania. Nie mówię już o tym, ile czasu zabrało mi przeczytanie mojej pierwszej anglojęzycznej książki. Myślę, że tym samym czasie spokojnie przeczytałabym dwie polskojęzyczne powieści. Sęk w tym, że nie wolno się poddawać. Gdy już przebrniecie przez swoją powieść, zyskacie satysfakcję, z którą mało co może się równać.

Sięgnij po gatunek, który lubisz - niekoniecznie...
 
Fani wszystkich odmian fantastyki, kryminałów i klasyki mogą mieć drobny problem. Fantastyka (nie tylko naukowa) często posługuje się określeniami czy neologizmami wymyślonymi przez autora, których nie spotykamy w codziennej mowie ani podczas nauki w szkole. Podobnie jest w kryminałach – by móc śledzić opisy działań policji związanych ze śledztwem, badanie sceny zbrodni czy rozwiązywanie zagadek pozostawionych przez mordercę, trzeba bardzo dobrze znać język. Nie możemy pozwolić sobie na opuszczenie akapitu bądź zrozumienie tylko jednego słowa z całego zdania (początek przygody z anglojęzycznymi książkami czasem tak wygląda). Również fan klasyki w polskim przekładzie może mieć problem, gdy zetknie się z oryginałem napisanym czystą, literacką angielszczyzną. 

Tutaj pojawia się fundamentalne pytanie ,,to od czego zacząć?”. 

Najlepiej od powieści obyczajowych. Nie żartuję. Nawet jeśli nie jest to wasz ulubiony gatunek, to i tak powinniście przedrzeć się przez choć jedną taką książkę. Dlaczego? W ramach przyzwyczajenia. Powieści obyczajowe, szczególnie te kierowane do nastolatków i młodszych dorosłych (czyli Young Adult i New Adult) w dużej mierze opierają się na prostym, codziennym języku, którego zrozumienie przychodzi z łatwością. Portal Goodreads.com posiada całą kategorię poświęconą powyższym gatunkom i z pewnością znajdziecie coś, co przyciągnie waszą uwagę. Szczególnie zwróćcie uwagę na dodatkowe półki: teen, realistic fiction, contemporary. Po kliknięciu na daną półkę macie dostęp do kolejnych, podobnych tytułów. 

Skoro już wiemy, co czytać, to teraz przydałoby się to kupić, ale przecież…

Książki anglojęzyczne są dużo droższe od swoich polskojęzycznych odpowiedników, plus wysyłka kosztuje majątek

MIT. Rzeczywiście, jeśli pobieżnie spojrzymy na ofertę niektórych polskich księgarni internetowych, możemy zobaczyć zawrotne ceny, opiewające na sumy stu złotych za książkę w miękkiej oprawie. Wtedy oznacza to, że trafiliście na niezbyt dobry sklep ;) . W gruncie rzeczy, większość anglojęzycznych książek w miękkiej okładce kosztuje tyle samo, co polskie wydanie – nawet czasem są tańsze. Wystarczy zajrzeć do pierwszej z brzegu księgarni internetowej, z której sama korzystam – Bookdepository.com, oferującą darmową wysyłkę na cały świat. By to zobrazować, wybrałam dwie książki Rainbow Rowell dobre na start i porównałam ceny w polskim oraz zagranicznym sklepie, plus dorzuciłam cenę polskiego przekładu, jeśli taki istnieje.

Oryginalne wydanie: Empik/Bookdepository/Kraina Książek

Oryginalne wydanie: Bookdepository/Kraina Książek. Polskie wydanie: Empik

W takie porównywanie cen można bawić się w nieskończoność. Jak widzicie w drugim rzędzie, polskie wydanie normalnie kosztuje 36,90 zł, przedpremierowa obniżka sprawia, że to wydanie staje się najtańsze.

Amazon UK zazwyczaj omijam, chyba że ma wyjątkową obniżkę, bo po dodaniu normalnej ceny książki plus wysyłki, zazwyczaj nie opłaca mi się kupowanie w tym sklepie. Jednak na Amazonie warto polować na promocje i e-booki.

A jak kupować takie książki? Przewodnik już istnieje od kwietnia 2014 roku i nie zamierzam tworzyć drugi raz tego samego, dlatego zapraszam was do portalu BookGeek.pl, który krok po kroku wyjaśnij i opisał zakupy w poszczególnych sklepach:

http://bookgeek.pl/2014/04/26/lekcja-1-kupujemy-ksiazki-amazon-uk/

http://bookgeek.pl/2014/05/04/lekcja-kupujemy-ksiazki-bookdepository-com-2/

http://bookgeek.pl/2014/06/02/lekcja-kupujemy-anglojezyczne-ksiazki-posrednictwem-polskich-e-ksiegarn-3/

UWAGA - w trakcie zakupów nie sugeruj się okładką!

Sklepy internetowe czasem wstawiają jedną grafikę do kilku różnych wersji powieści. Na przykład na stronie książki widnieje okładka pierwszego wydania amerykańskiego, ale opis produktu należy do wydania brytyjskiego, który ma zupełnie inną okładkę. Zdarza się też, że na miejscu okładki widnieje grafika z napisem ,,brak okładki" - i nie bardzo wiadomo, co tak naprawdę kupujemy. Jeśli chcecie upewnić się, że otrzymacie wybraną edycję powieści, porównajcie kody ISBN 10 i/albo ISBN 13 (określany też jako EAN) z kodem dostępnym na oficjalnej stronie wydawnictwa.

Strona książki na Bookdepository
Strona książki na stronie wydawnictwa

Uważajcie również na edycje w twardej oprawie i w miękkiej. Ta pierwsza zazwyczaj jest o wiele droższa i w anglojęzycznych sklepach funkcjonuje pod nazwą ,,hardback" z kolei ta druga, tańsza, nazywana jest ,,paperback". 

A jeśli nie mam grosza przy duszy ani czytnika, to znaczy, że mogę o tym zapomnieć?

Nie musisz. Z pomocą mogą przyjść… portale fanfiction. Najbardziej znane to: Wattpad.com oraz ArchiveofOurOwn.org. Tak, wiem, jaki stosunek ma świat do ff, ale z drugiej strony – to stamtąd wywodzi się ,,After. Płomień pod moją skórą” Anny Todd, ,,Pięćdziesiąt twarzy Greya” E.L. James czy ,,Piękny drań” Christiny Lauren. Fanfiction również pisane jest bardzo prostym językiem, często bazuje na bohaterach, których znasz i lubisz – z serialu, powieści, filmu bądź zespołu. No i jest darmowe. Jedyną wadą może być to, że w ff zdarzają się literówki i błędy ortograficzne oraz gramatyczne. Dlatego pod żadnym pozorem nie traktujcie internetowego fanfiction jako źródła nauki poprawnej angielszczyzny (!), niech będzie to dla was rodzaj ,,przyzwyczajenia się” do czytania w języku angielskim.

Ponadto Amazon oferuje darmową aplikację na komputer/urządzenia przenośne, dzięki czemu można czytać e-booki nie posiadając czytnika.

Darmowe próbki w służbie wyboru

Teraz pojawi się oczywista oczywistość: Amazon (nieważne który) oferuje tak zwany ,,sneak peek” do poszczególnych powieści.


Klikając na okładkę książki zostaniecie przeniesieni do wstępu – czasem to tylko jedna strona, a czasem rozdział bądź dwa. W zależności od ilości dostępnych materiałów, nie raz możecie przejrzeć od początku do końca prawie całą książkę, z której usunięto raptem kilka rozdziałów. Dla mnie to duże ułatwienie, gdy nie jestem pewna, czy dana powieść mi się spodoba i czy jej językowy poziom nie będzie za niski/za wysoki.

Gdy znajdziecie interesującą was powieść, odwiedźcie stronę internetową autora – tam często zamieszczane są dodatkowe materiały, w tym fragmenty powieści. Przykładowo, Sara J. Maas wypuściła pierwszy rozdział swojej najnowszej książki ,,A Court of Thorns and Roses” a Victoria Aveyard, autorka ,,Czerwonej królowej”, oferuje aż siedem rozdziałów powieści.

9 lut 2015

,,Me and Earl and the Dying Girl" - Jesse Andrews


Tytuł: Me and Earl and the Dying Girl
Autor: Jesse Andrews
Wydawnictwo, rok wydania: Amulet Books, 2013
Ilość stron: 304

Polskie wydanie
Brak informacji


~~***~~



„Ujmę to w ten sposób: ta książka zawiera dokładnie zero Ważnych Życiowych Lekcji, albo Mało Znanych Faktów o Miłości, nie ma też przesadnie sentymentalnych Momentów, w których Zdaliśmy Sobie Sprawę z Tego, że Na Dobre Zostawiliśmy Dzieciństwo za Sobą. I, w przeciwieństwie do większości książek, w których dziewczyna choruje na raka, na pewno nie znajdziecie tutaj przesłodzonych, paradoksalnych, jednozdaniowych akapitów, o których macie myśleć, że są głębokie, bo zapisano je kursywą. Wiecie, o czym mówię? To coś w stylu:

Rak odebrał jej oczy, a ona i tak widziała świat wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej.

 
(…) 


Jeśli po przeczytaniu tej książki przyjdziesz do mojego domu i mnie brutalnie zamordujesz, to nie będę cię za to winił.”*



Dawno nie śmiałam się tak mocno w trakcie czytania „książki o raku”. Wiem, wiem jak to brzmi – co zabawnego może być w powieści, w której jeden z wątków dotyczy śmiertelnej choroby? Czy jestem sadystką i psycholem, którego cieszy cudze cierpienie? Przysięgam, z moją psychiką wszystko jest w porządku. By zrozumieć moje rozbawienie, trzeba przyswoić sobie pewien podział: po jednej stronie są książki, które wywołują smutek i zmuszają do refleksji, ucząc o wartości życia, ponadto są naszpikowane mądrymi zdaniami i metaforami, a z drugiej strony… Jest „Me and Earl and the Dying Girl”. 

Książka, która ,,metaforycznie” klepie Johna Greena po plecach i jednocześnie pokazuje mu środkowy palec. 

Co za dwulicowość.

Ale za to jaka zabawna! 


Aż do ostatniej klasy liceum, Gregowi udało się zachować całkowitą niewidzialność towarzyską. Ma tylko jednego przyjaciela, Earla, z którym spędza czas na tworzeniu filmów, ich własnych wersji kultowych dzieł Coppoli i Herzoga. Greg byłby pierwszą osobą, która powiedziałaby ci, że ich filmy są gówniane, dlatego on i Earl nie pokazują ich innym ludziom. Przynajmniej tak było, zanim pojawiła się Rachel.

Rachel ma białaczkę i mama Grega wpada na genialny pomysł – jej syn powinien się zaprzyjaźnić z chorą dziewczyną. Wbrew rozsądkowi i pomimo swojej skrajnej dziwności, Greg postanawia to zrobić. Kiedy Rachel przestaje walczyć i podejmuje decyzję o przerwaniu leczenia, Greg i Earl muszą porzucić swoją niewidzialność.

Zabawne, oburzające i prawdziwe spojrzenie na śmierć i liceum zawarł w swojej powieści „Me and Earl and the Dying Girl” utalentowany debiutant, Jesse Andrews.
Źródło: wyd. Amulet Books, tłumaczenie: własne


Nie bez powodu wspomniałam wyżej o Johnie Greenie. Andrews i Green są często do siebie porównywani, bo wydali swoje powieści w tym samym roku (2012) i poruszyli identyczny temat. To jedyne, co ich łączy, bo w swoich historiach wybrali zupełnie inne drogi. Moim zdaniem Andrews wybrał tą trudniejszą, ale unikanie schematów nie obyło się bez potknięć.

„Me and Earl and the Dying Girl” to jazda bez trzymanki, głównie dzięki Gregowi i Earlowi. Greg specjalizuje się w stawianiu siebie na pierwszym miejscu, a empatię zna tylko ze słyszenia. Z uporem godnym lepszej sprawy wspomina, że o jego urodzie nie warto wspominać. Na początku choroba Rachel nie robi na nim żadnego wrażenia, a „obowiązek” przyjaźni denerwuje go, bo może wpłynąć na jego pozycję w szkolnej hierarchii. Wie, że powinien jej współczuć, ale nawet dobrze jej nie zna, więc skąd to dziwne zobowiązanie? Jednocześnie chłopak posiada niepoprawne poczucie humoru (od czarnego humoru aż do wbijania szpilek wszystkim, ze sobą włącznie), co w połączeniu z jego towarzyskim nieokrzesaniem i nieśmiałością wobec dziewczyn często owocuje katastrofami. Z kolei Earl wychowuje się w gangsterskim cyrku na kółkach, matkę-alkoholiczkę widuje sporadycznie, choć mieszkają w tym samym domu, uwielbia sprośności i ma problemy z kontrolowaniem emocji. Przyjaciele idealni, nieidealne osoby, które kochają stare filmy. Teoretycznie nie można ich lubić, ale w praktyce rozbrajają totalnie. Nie są stworzeni po to, by nastoletnie czytelniczki miały do kogo wzdychać, ale i tak można ich pokochać.

Warto nadmienić, że niektórych czytelników może wprawić w konsternację nietypowa forma powieści, do której nie przyzwyczaiły ich poprzednie młodzieżówki. Po pierwsze – Greg jest jednocześnie autorem i narratorem książki. Po drugie - Greg, ze względu na swoje zainteresowania, przekształca większość dialogów we fragmenty scenariusza i wplata je w narrację pierwszoosobową. Po trzecie – w książce pojawiają się recenzje filmów nakręconych przez Grega i Earla. Tak po prostu. Po czwarte – poszczególne rozdziały są stanowią wycinki, miniopowieści z życia Grega, a każdy z nich obraca się wokół innego zagadnienia: liceum, relacje z dziewczynami, tworzenie filmów, historia Earla, rodzina Grega, religia. Przyjaźń z chorą Rachel jest motywem, który spina je w razem. W trakcie lektury zastanawiałam się, co zainspirowało autora do ujęcia historii w taki, a nie inny sposób. Z wyjaśnieniami pośpieszyło zakończenie powieści, stanowiące odpowiedź na każde „dlaczego”, jakie pojawiło się w mojej głowie.

Wcześniej napisałam, że powieść bardzo mnie rozbawiła. Przerobiłam wraz z nią uśmiechy, chichoty i wybuchy śmiechu. Perypetie Earla i Grega budzą myśl „nie, to jest złe, o rany, przecież nie mogę się z tego śmiać, to nie wypada” a i tak nie można się powstrzymać. Wszystko przez to, że „Me and Earl and the Dying Girl” to powieść niepoprawna pod każdym względem – począwszy od języka (sprośne żarty, wulgaryzmy), poprzez zachowania bohaterów, aż do swojego przesłania. A raczej jego braku. Tak, dobrze widzicie – to książka o raku, która wręcz nie chce, żebyście czegoś się z niej nauczyli. Nie zmusza do refleksji, nie przyczynia się do Zmiany Całego Życia bo Liczy się Każda Chwila. Bawi, śmieszy, może nawet żenuje przez zachowanie głównego bohatera. Trzyma się z dala od napuszonego tonu i przemądrzałych sentencji. Nastoletni bohaterowie nie biorą życia na serio, a umieranie jest dla nich abstrakcją, której nie potrafią ubrać w słowa ani znaleźć jej celu. Chora Rachel nagle nie zaczyna realizować wszystkich swoich marzeń, nie zostawia testamentu dla bliskich „żyjcie dalej, bądźcie szczęśliwi i sprawcie, bym była dumna”. Andrews bowiem nie utożsamia śmierci z ważną życiową lekcją, która nadaje znaczenie cudzemu życiu, a umieranie nie staje się kopalnią refleksji i sensu. Smutne i złe rzeczy po prostu się dzieją, nie zawsze mając w sobie ukryte znaczenie, a choroba nie musi być zaczątkiem pięknej historii o miłości i wadze życia.

„Me and Earl and the Dying Girl” nie jest pozbawione wad. Autor tak bardzo odpychał od siebie ckliwość, słodkość i typowość, że w pewnym momencie cała jego uwaga skupiła się właśnie na tej czynności. Gdyby równomierniej rozłożył swój wysiłek, powieść nie tylko posiadałby cięty dowcip, ale i bogatszą fabułę. W samej książce właściwie niewiele się dzieje – w oderwaniu od swojej formy może wydawać się historią-wydmuszką. Balansuje niebezpieczne pomiędzy brakiem przesłania „co samo w sobie jest przesłaniem” a pytaniem „to po co w takim razie po nią sięgać?”. To może tłumaczyć sporą ilość niepewnych, mieszanych recenzji. Biorąc pod uwagę wielowątkowość i tempo akcji, to tutaj John Green i ,,Gwiazd naszych wina” mają przewagę.

Z przymrużeniem oka można powiedzieć, że uszczypliwy humor powieści jest „ponadczasowy” i nie oszczędza nawet swojego twórcy. Podczas gdy Greg stwierdził, że ekranizacja tej historii byłaby klapą, tragedią i niszczycielem mózgu (on mógł użyć niego ostrzejszych słów…), w rzeczywistości, trzy lata od wydania powieści, film bazujący na „Me and Earl and the Dying Girl” zgarnął na festiwalu w Sundance zarówno nagrodę publiczności, jak i nagrodę jury.

„Me and Earl and the Dying Girl” udowadnia, że na każde zagadnienie warto spojrzeć z dwóch stron, nawet jeśli ta druga strona jest niepopularna i może nawet kontrowersyjna. Powieści młodzieżowe „o raku” przyzwyczaiły nas do wątku romantycznego i do tego, że miłość potrafi uszlachetnić umieranie, a śmierć stanowi lekcję dla żywych. Postacie zawsze postępują słusznie, kierując się dobrem i współczuciem. Z kolei bohaterowie powieści „Me and Earl and the Dying Girl” nie do końca zgadzają się z takim podejściem. W ich życiu nie ma takich bajkowych ideałów. Śmiejąc się przez łzy, pozwalają sobie na negatywne emocje, niezrozumienie i trochę egoizmu. Przy swoim książkowych rodzeństwie: poważnym, refleksyjnym, z ambitnym zacięciem i zazwyczaj rozkochanym, debiut Andrewsa jest niesforny, pstrokaty, ma niewyparzony język i nie doszukuje się sensu we wszystkim, co się mu przydarza.

Po prostu jest.

 Recenzja bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love

_________________
*cytat pochodzi z powieści „Me and Earl and the Dying Girl”, tłumaczenie:własne.