21 gru 2015

„The Grownup" - Gillian Flynn

Mogłam się spodziewać, że historia o duchach i nawiedzonym domu w wykonaniu Gillian Flynn nie będzie zwyczajna. Cóż… Tego się nie spodziewałam. Omen i Amityville to była rozgrzewka.


Tytuł: The Grownup
Autor: Gillian Flynn 
Wydawnictwo, rok wydania: W&N, 2015
Ilość stron: 80

Polskie wydanie
Znalazłam informację, że antologia „Rogues” została wydana w Polsce pod tytułem Łotrzyki" przez wydawnictwo Zysk i S-ka. Jeśli ktoś będzie miał okazję, może sprawdzić, czy rzeczywiście zawiera ono opowiadanie Flynn.


~~***~~

„The Grownup” wcześniej zostało opublikowane pod tytułem „What Do You Do?” w antologii „Rogues” pod redakcją George’a R.R. Martina. W 2015 roku otrzymało nagrodę im. Edgara Allana Poe w kategorii najlepsze opowiadanie

Młoda kobieta zarabia na życie jako tanie medium w Duchowych Dłoniach (zajmuje się też nielegalnym seks-biznesem na boku). Nieźle płacą, wystarczy tylko mówić ludziom to, co chcą usłyszeć. 

Wtedy spotyka Susan Burke.

Susan rok temu przeniosła się do miasta wraz z mężem i piętnastoletnim pasierbem Milesem. Mieszkają w wiktoriańskiej posiadłości zwanej Carterhook Manor, zbudowanej w 1893 roku. Susan jest przekonana, że złowrogi duch nawiedza ich dom i próbuje opętać Milesa. Znalazła nawet strużki krwi na ścianie. 

Młoda kobieta nie wierzy w egzorcyzmy ani zjawiska nadprzyrodzone, ale za to wierzy w zarobek kryjący się w tej sprawie. Kiedy po raz pierwszy zjawia się w posiadłości i spotyka Milesa, również zaczyna to czuć - jak gdyby dom obserwował ją, czekał na odpowiedni czas..."
źródło: wydawnictwo W&N, tłumaczenie własne.

Przyznaję, wszelakie horrory o nawiedzonych domach trochę zawęziły moje horyzonty i wepchnęły mnie do szufladki ,,tego nie da się inaczej opowiedzieć”. Budynek zawsze jest nawiedzony przez siły nieczyste, jeden z członków rodziny nie wierzy temu, kto bardzo wierzy w zjawiska paranormalne, duchy zaciekle atakują mieszkańców, aż w końcu pojawia się ksiądz/miejscowa znachorka/łowca duchów, dochodzi do eskalacji przemocy i albo wszyscy przeżywają, albo ktoś z rodziny zostaje opętany i morduje pozostałych. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku ciekawskich nastolatków badających opuszczony szpital psychiatryczny. Pewnie dlatego osłupiałam, gdy poznałam historię stworzoną przez Flynn. Zdałam sobie sprawę, że w wielu miejscach moja wyobraźnia i pomysłowość są płytkie niczym kałuże. Zaskoczyło mnie odkrycie, że z historii o nawiedzonym domu można jeszcze tak wiele wycisnąć, pobawić się schematami i namieszać na siedemdziesięciu stronach. W efekcie powstała świetna gra autorki z czytelnikiem – tak naprawdę do końca nie wiemy, ile paranormalności jest w tej nadnaturalności, kto jest normalny, a kto oszukuje (nie bez powodu narratorka żyje z tego, że naciąga ludzi). Po raz kolejny mamy do czynienia z niewiarygodnymi, paskudnymi charakterami, które potrafią zaintrygować przez swoją nieoczywistość. Chyba tylko u Flynn nie potrafię zaufać szczerej osobie. 

W „The Grownup” odnajdziemy znaki firmowe pisarki: wspomniani bohaterowie, którzy nie pozwalają się zaszufladkować, opowieść tylko czekająca na to, by wywrócić wszystko do góry nogami oraz szpilki z namysłem wbijane w niektóre zjawiska społeczno-kulturowe. Historia jest pomysłowa i po raz kolejny udowadnia, że w mrocznej i pokręconej wyobraźni Flynn kryje się niejedna perełka. Hołd złożony klasyce jednocześnie zainspirował autorkę do pójścia własną drogą, co zaowocowało upiornie dobrym opowiadaniem – ale z kilkoma niedociągnięciami. „The Grownup” można podzielić na dwie części, z których każda jest i lepsza, i gorsza od tej drugiej, w zależności od tego, pod jakim kątem je oceniamy. Część pierwsza nieśpiesznie wprowadza czytelnika do historii głównej bohaterki, opiera się o detale, budując sylwetkę cynicznej, inteligentnej manipulantki, która od najmłodszych lat „jakoś” musi sobie radzić w życiu. Część druga wprowadza zupełnie inny nastrój, stara się roztaczać aurę grozy, trzyma w garści wszystkie zwroty akcji, intryga niczym piłeczka odbija się od bohatera do bohatera i nim się spostrzeżemy, docieramy do zakończenia. Zbyt wiele dzieje się na małej przestrzeni; rozłożenie kolejnych odkryć w czasie skuteczniej budowałoby napięcie i pozwoliłoby delektować się pomysłowością autorki. Suspens nie zdąży wybrzmieć w mgnieniu oka. Nie przepadam za książkami, w których wszelkie zwroty akcji i „twisty” są wyjaśnianie, wręcz streszczane w jednym akapicie, przekreślając staranność poprzedzających je wydarzeń. Kolejny powód, dla którego to opowiadanie mogłoby być odrobinę dłuższe, może nawet zamienione w mini-powieść: spod mięsa historii w niektórych momentach wystaje sam szkielet, który autorka mogłaby zamaskować kolejnymi warstwami klimatu. Nie zdążyłam się zaniepokoić, nie zdążyłam wciągnąć się w klaustrofobiczną atmosferę posiadłości; historia jest taka, że strach się nie przerazić, do kompletu brakowało tylko gęsiej skórki. „The Grownup” ma swój klimacik, ale to zaledwie wstęp do prawdziwej grozy. Po trzech poprzednich powieściach wiem, że Flynn potrafi sobie z tym radzić, czasem kosztem przegadania; w tym przypadku, ze względu na formę, rządzi konkret (i rządzi kapitalnie), ale kreowanie atmosfery nie zachwyca tak, jak powinno, bo od tej autorki można wymagać o wiele więcej. Przez to waham się, by nazwać to opowiadanie „klimatycznym”.

„The Grownup”, choć mogłoby być jeszcze lepsze, to zachwyca pomysłowością i zaskakuje w finale, oferując czytelnikom to, w czym Flynn jest najlepsza: nietuzinkową historię i zepsutych, acz w tym zepsuciu fascynujących bohaterów. Pozostawia niedosyt, jednocześnie karmiąc wyobraźnię. Fanom Gillian Flynn polecać nie muszę, a pozostałych zachęcam do przekonania się, jak autorka sprawdziła się w krótkiej formie.

19 gru 2015

O potworach kradnących brownie, wycieczkach i najlepszych książkach tego roku, czyli LBA z Panią poCZYTAlną

Koniec roku jest nad wyraz pracowity, przez co blog roni łzy i próbuje zwrócić na siebie moją uwagę. Mogę tylko uderzyć się w pierś i obiecać poprawę :) Zbieram energię na przyszły rok (pomijając fakt, że odkryłam grę Life is Strange" i przepadłam mocno) - zbieram także niesamowicie intrygujące i cieszące oczy zapowiedzi na 2016; styczniowa odsłona "co czyta młoda zagranica" będzie istną czytelniczą rozpustą. Ale, ale! Przeglądałam również polskie zapowiedzi i już wiem, że czytelnicze finanse ucierpią. Mocno. A to przecież dopiero początek...

Na podstronie Rekomendacje okładkowe w końcu pojawiło się zdjęcie mojej rekomendacji z książki Fangirl" Rainbow Rowell - jeśli kogoś ciekawi, jak ona wygląda, zapraszam do oglądania.


W oczekiwaniu na grudniowe OwlCrate, które zapowiada się cudownie (już nie mogę się doczekać, aż będę mogła pokazać na blogu jego zawartość!), mam dla was LBA z pytaniami przygotowanymi przez Panią poCZYTAlną.


1. Tu i teraz możesz spełnić jedno marzenie, jakie będzie to marzenie? (nie musisz spełniać swojego marzenia, może to być też coś, o czym marzy bliska Ci osoba).

Tyle jest tych marzeń, że trudno zdecydować się na jedno – w i jednym, i w drugim przypadku. Najgłośniej dobija się marzenie o wycieczce do Nowego Jorku, ale jest też marzenie o nauczeniu się kilku języków obcych czy gry na gitarze.

2. Wycieczka: aktywne zwiedzanie, chodzenie gdzie się da, czy leżenie plackiem na plaży?


Raczej aktywne zwiedzanie, choć lektura powieści z pięknymi widokami w tle też ma swoje uroki. Na pewno odpada nic-nie-robienie totalne w postaci leżenia plackiem i smażenia się na plaży w pełnym słońcu. Rożen nie dla mnie :)

3. Ulubiona zekranizowana powieść?

Jestem rozdarta pomiędzy serią o Harrym Potterze a Władcą Pierścieni. Jakie to typowe… Ale były to pierwsze tytuły, które przyszły mi do głowy, gdy przeczytałam to pytanie. Dorzuciłabym jeszcze 
Requiem dla snu" czy Fight Club".

4.
Najdziwniejszy prezent jaki dostałaś?

Nie przypominam sobie szczególnie dziwnych upominków. W sumie wszelkie dziwaczności i dziwadła mnie intrygują, więc nawet jeśli coś takiego mi się przytrafiło, to rozpłynęło się w tłumie innych prezentowych outsiderów :)

5. Najlepsza książka, jaką w tym roku przeczytałaś?


[źródło]

A koronę otrzyma... Rok się jeszcze nie skończył, może jakaś książka mnie zaskoczy w 2015. Do tej pory w poczet najlepszych zaliczę m.in.: „Six of Crows" Leigh Bardugo, A Court of Thorns and Roses" Sarah J. Maas, The Opportunist", Dirty Red", Thief" Tarryn Fisher, Underwater" Marisa Reichardt, Confess" i Never Never" Colleen Hoover, Cam Girl" Leah Raeder, Wszystkie jasne miejsca" Jennifer Niven, Świat równoległy" Tomek Michniewicz, Epoka hipokryzji" Kamil Janicki, Ostre przedmioty" Gillian Flynn, Oddam ci słońce" Jandy Nelson, Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań" pióra autorów i autorek tworzących literaturę młodzieżową.

6. Wierzysz w magię, wróżby?

Mam bujną wyobraźnię, w „coś” nadnaturalnego wierzę, ale na wszelakie wróżby patrzę z dystansem, traktuję je jako formę zabawy i nie biorę ich na serio. A magia? Hmm… Magia świąt, magia związana z dobrą książką, magia, którą możemy spotkać każdego dnia – w coś takiego jestem skłonna uwierzyć. A, i w iluzjonistów wierzę :)

7. Kolor, który określa Ciebie?

Na pewno odpadają wszelkie jaskrawości. Pasuje zielony, szary, czarny. Nie rzucają się w oczy, choć w takiej czerni kryje się wiele... ;)

8. Potwór z dzieciństwa, którego się strasznie bałaś?


[źródło]

Delikwent nie ma konkretnego wyglądu, ale za to lubi przebywać w ciemnościach i łapać za stopy i ręce wystające spod kołdry. Czyha w ciemnych kątach i ściga osoby, które w nocy kręcą się po domu, na przykład idąc do łazienki. W ramach samoobrony wystarczy włączyć lampkę nocną albo nakryć się po sam czubek głowy. Znacie tego paskuda? Podobno kręci się po wielu domach.

9. Sernik czy jabłecznik?

Najlepiej brownie. Albo sernik bez rodzynek, albo jabłecznik bez cynamonu. Bywam wybredna. Bywam.

10. Z domu nie wychodzisz bez...?

Torby, w której mam telefon komórkowy, portfel, klucze od mieszkania, czasem dołącza też czytnik albo papierowa książka. Nie jestem uzależniona od komórki, ale skoro już ją mam i to najszybszy sposób, by się ze mną skontaktować, no to ją noszę przy sobie. Reszta jest dość oczywista.

14 gru 2015

„Dwa szczęścia do wyboru” - Taylor Jenkins Reid


Tytuł: Dwa szczęścia do wyboru
Autor: Taylor Jenkins Reid
Wydawnictwo, rok wydania: Amber, 2015
Ilość stron: 320
Cena: 37,80 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Amber



Czy można ominąć przeznaczenie?


Tak widocznie musiało być i nie ma sensu rozmyślać, co by było, gdyby lubi mawiać wiele osób. A jednak, jakby wbrew przekonaniu, że nic nie można było zmienić, wbrew rozsądkowi, wielu z nas potrafi spędzić sporo czasu na snuciu kolejnych scenariuszy; a gdybym wtedy poszedł w inną stronę, gdybyśmy się nie spotkali, gdybym odezwała się pierwsza, gdyby coś się stało albo nic nie wydarzyło. Uparcie obracając w myślach jedno wydarzenie, oglądając je pod lupą, niektórzy potrafią żyć życiem, które nigdy się nie wydarzyło i marzyć o cofnięciu czasu, co jest przecież niemożliwe. Fantazjowanie na temat drogi nieobranej to kopalnia pomysłów dla twórców, którzy za sprawą wyobraźni mogą dowolnie rozwijać skutki każdej decyzji. Niektórzy wybierają tylko jedno wydarzenie i od niego budują warianty życia, jak w filmie „Przypadkowa dziewczyna” (która to zapożyczyła pomysł z „Przypadku” Kieślowskiego), inni z kolei ważą każdą decyzję, zaglądając do wszystkich możliwych wersji przyszłości, jak w powieści młodzieżowej „Pivot Point” Kasie West. Myśl „co by było, gdyby” zainspirowała również Taylor Jenkins Reid, która w ślad za „Przypadkową dziewczyną” postawiła przed główną bohaterką „Dwa szczęścia do wyboru”.

Niespełna trzydziestoletniej Hannah daleko jest do szczęścia. Zawiedziona, ze złamanym sercem i bez planu na przyszłość, wraca do rodzinnego Los Angeles, gdzie jej niespokojny duch zapragnął zacząć od nowa. Po raz kolejny. Z pomocą najlepszej przyjaciółki, Gabby, Hannah zaczyna stawiać pierwsze kroki w nowym życiu. Pewnego dnia staje przed pozornie zwyczajną decyzją, która rozbija jej los na dwie ścieżki. Od tej pory Hannah żyje w dwóch przeplatających się scenariuszach i już nie musi się zastanawiać „co by było, gdyby”. Konsekwencje naznaczają dalsze życie, przynosząc odpowiedzi na najważniejsze pytania. Czy wybór wpływa na przeznaczenie? Dokąd może zaprowadzić niewykorzystana szansa?

„Dwa szczęścia do wyboru” to po części powieść o dojrzewaniu, po części romans. Reid kładzie nacisk na miłość, przygląda się związkom, bohaterowie rozstają się i godzą, próbują ułożyć życie z kimś innym albo pracują nad starym związkiem. Dwie płaszczyzny historii pozwalają autorce na testowanie więzi w zmieniających się realiach: czy miłość zawsze jest pisana tej samej parze? Czy rozstanie jest nieuniknione bez względu na to, jak toczy się historia? Przyznam, że bardzo spodobało mi się to, jak Reid podeszła do tego zagadnienia, wybierając opcję dość nietuzinkową jak na historię utrzymaną w klimacie komedii romantycznej. W każdej wersji, przeżycia Hannah inspirują ją i pomagają przewartościować życie. Pokazują, że zmiany, które wymusza na nas los, mogą owocować cennymi lekcjami, trzeba tylko czerpać z konsekwencji swoich decyzji, uczyć się, nie zaś oddawać się gdybaniu pochłaniającemu czas i energię. Autorka zdaje się mówić „weź się w garść, skup się na tu i teraz, zacznij od tego, co posiadasz”, ponadto podkreśla różnicę pomiędzy stwierdzeniami „chciałabym, by było inaczej” a „sprawię, że będzie inaczej”. Posiada również kilka innych przemyśleń, głównie związanych z faktem, jak powinno wyglądać życie dorosłej kobiety; nasączony kilkoma kroplami moralizatorstwa wydźwięk powieści zmieszano ze sporym ładunkiem optymizmu, dzięki czemu jest on łatwy do przełknięcia. Reid sprawnie splata dwie wersje życia Hanny, ale w trakcie lektury nie można pozbyć się wrażenia, że jest bardzo ostrożna w odchodzeniu od stałych wydarzeń z obydwu wersji losów, jakby bała się, że historia straci sens, jeśli nie wyeksponuje elementów X, Y i Z. Dla każdego losu posiada ten sam zestaw obowiązkowych sytuacji, które muszą się rozegrać, zaś reszta jest tylko tłem. Niby jest inaczej, ale tak naprawdę wszystko jest tak samo. Rozumiem chęć udowodnienia, że przeznaczenia nie da się ominąć, ale liczyłam na większą fantazję autorki. Im mocniej jeden los różniłby się od drugiego, tym lepiej mogłaby zaakcentować motyw przeznaczenia i krzyżujące się ścieżki. To kurczowe trzymanie się podobieństw sprawia, że cała historia jest oczywista i przewidywalna, co z kolei prowadzi do refleksji: po co tworzyć historie o przeznaczeniu, których wszystkie różnice sprowadzają się do tego, że są one takie same? Bo istnieje pewien element, może nieuchwytny, który odróżnia opowieści o nieuchronności przeznaczenia od opowieści toczących się utartym torem. Chcę być zaskoczona odkryciem, że różne sytuacje mogą doprowadzić do podobnego, bądź nawet takiego samego finału. Nieszczególnie szokuje mnie fakt, że życie dwóch osób będących jedną postacią w tym samym mieście, wśród tych samych osób, podejmującej podobne działania, skończy w tym samym miejscu. W tym przypadku to nie przeznaczenie – to oczywistość. Jak na wolnego ducha, który szuka swojego miejsca na świecie, Hannah błyskawicznie wskakuje na odpowiednie tory, równie szybko pokornieje i odnajduje swoje powołanie, jakby ktoś przełączył pstryczek w jej głowie. W pewnym momencie Reid zapędziła się w ślepą uliczkę i poza różnicą w imionach, sąsiadujące ze sobą rozdziały z innego życia wyglądały niemalże identycznie, przez co tytułowe dwa szczęścia zlały się w jedno, jakby dorosnąć można było tylko na jeden sposób. Czy to byłoby taką dużą zbrodnią, gdy w każdym z innych żyć przeznaczenie wyglądało inaczej? Druga sprawa to brak większej ilości interesujących interakcji pomiędzy postaciami. Hannah obraca się w podobnych kręgach towarzyskich, a znajome twarze w większości przypadków odgrywają te same role. Więcej świeżości wniosłyby nowe osoby i związane z nimi dylematy.

Niestety nie brakuje zgrzytów w postaci sztucznie brzmiących dialogów czy dosłownie tłumaczonych idiomów, co w niektórych miejscach mocno psuje przyjemność z lektury. Wśród przykładów można wymienić angielskie słowo „party”, które stosowane jest jednocześnie jako synonim słów impreza i przyjęcie. W trakcie rozmowy o rozwodzie i wybaczeniu, jedna z bohaterek nieoczekiwanie obwieszcza „więc przyjmuj to ze szczyptą soli”, co jest dosłownym przekładem angielskiego idiomu „to take something with a grain of salt/a pinch of salt" i w przenośni znaczy tyle, by traktować coś z przymrużeniem oka, nie brać tego dosłownie bądź odnosić się do czegoś ze szczyptą rezerwy.

„Dwa szczęścia do wyboru” to tytuł, który w pełni kojarzy się z lekką literaturą kobiecą. Zabarwiona romansem opowieść o perypetiach młodej kobiety mogłaby być barwniejsza, ale i tak nieźle radzi sobie jako popołudniowa rozrywka, ekwiwalent filmowej komedii romantycznej. Dobra propozycja dla czytelniczek, które kiedykolwiek zastanawiały się, czy droga, której nie wybrały, mogłaby przynieść coś lepszego. W ślad za Hanną można dojść do wniosku, że nie warto zadręczać się myślami o tym, co mogłoby się wydarzyć, bo szczęście i tak przytrafia się na każdej ścieżce życia.

7 gru 2015

Stosik mikołajkowy


Empikowe zakupy mikołajkowe: Planowałam, planowałam, aż w końcu się zdecydowałam. „Chłopcy. Tom 1-4” Jakuba Ćwieka. Nie powiem, wydanie pudełkowe z całą serią, na które zdecydowało się Wydawnictwo SQN, pomogło mi w podjęciu decyzji o skompletowaniu Chłopców. Mam nadzieję, że to był dobry wybór. Zresztą, nie wydaje mi się, bym źle wyszła z Ćwiekiem. Chłopcy wyglądają bajecznie i przynieśli pewien dodatek, o którym napiszę niżej…



Ha! Plakat - dwustronny, ale że jestem złośliwym chochlikiem, to pokazałam wam tylko jedną stronę. Drugą poznacie, jeśli ta edycja wpadnie w wasze ręce.


Choć każdy z tytułów zapowiada się świetnie, to jednak nie mogę nie wyróżnić „Humans of New York. Ludzi Nowego Jorku” również od Wydawnictwa SQN. Perełka tego stosiku. Zarówno twórczość, jak i historię Brandona Stantona śledzę do dłuższego czasu, po cichu marzyłam o jego albumach i w końcu jest! Mam nadzieję, że wydawnictwo zdecyduje się na opublikowanie drugiego tomu HONY: „Humans of New York. Stories”, bo na pewno będę pierwsza w kolejce do księgarni, by go zakupić. Dajcie mi zapowiedź, dajcie mi przedsprzedaż! Cudo! Już nie mogę się doczekać, by wam o nim opowiedzieć. Dawno nie byłam tak podekscytowana premierą książki. Serio, serio. Mam nadzieję, że zarażę was zamiłowaniem do HONY.


Na szczycie stosiku widnieją egzemplarze recenzenckie od Muzy i Business&Culture - „Wiedziałam, że tak będzie” Kasi Pisarskiej zapowiada się lekko, optymistycznie i może nawet bajkowo. Na jesienną szarość jak znalazł pod warunkiem, że nie będzie zbyt naiwne. Czas pokaże. Do „Ostatniego dnia roku” Katarzyny Misiołek dołączono herbatę mandarynkową, którą popija główna bohaterka. Trochę to stereotypowe, że jak mól książkowy to na pewno herbatę lubi, ale ja akurat jestem potwierdzeniem tego stereotypu. Poza tym, jak ta mieszanka pachnie! Nic dziwnego, że już jej sporo ubyło… Powieść już przeczytałam, właśnie piszę recenzję i już teraz mogę wam powiedzieć, że jestem zadowolona z lektury. Co prawda, niektóre elementy mogłyby zostać lepiej rozwinięte, ale i tak jest dobrze – interesująco, daje pole do rozmyślań. Cóż, może to również zasługa tematyki – obecnie niemalże upiornie aktualnej. 

Niżej kolejne zakupy empikowe: 
„Człowiek o 24 twarzach” Daniela Keyesa od Wielkiej Litery, czyli zapowiada się fascynująca, trudna historia. Opowieść o człowieku posiadającym 24 (!) osobowości i oskarżonym o przestępstwa, których nie popełnił – które popełnił. Genialny aktor czy niewolnik własnej psychiki? Nie mogę doczekać się, aż znajdę dla niej czas. Mam podskórne przeczucie, że to na pewno nie były źle wydane pieniądze.

Następne dwa tytuły, „Król kruków” i „Złodzieje snów” Maggie Stiefvater od Uroborosa, to efekt błyskawicznej promocji na empik.com. O ile dobrze pamiętam, każdy tom przeceniono o 50%. Ponieważ to jedna z tych serii, którą planowałam przeczytać od dłuższego czasu, decyzja o zakupie była dość łatwa. Dodatkowo ucieszyło mnie ogłoszenie wydawnictwa, które ma zamiar wydać trzeci tom w pierwszej połowie 2016 roku; nie chciałabym być skazana na kompletowanie serii z różnych wydawnictw, w różnych formatach i wersjach językowych.

I ostatni zakup, czyli najnowsza powieść Rainbow Rowell „Carry On” od St. Martin's Griffin. Autorka tym razem zmierzyła się z fantastyką młodzieżową, wzorem Harry’ego Pottera kreując opowieść o szkole dla młodych czarodziejów oraz o walce z Tym Złym, który zagraża magii. Ci z was, którzy czytali „Fangirl”, mogą kojarzyć Simona, czyli wielką fikcyjną miłość Cath. Tym razem wpadamy w sam środek tego świata.

Na zdjęciu brakuje „Stacji Jedenaście” Emily St. John Mandel od Papierowego Księżyca, którą posiadam w formie e-booka. Recenzja na pewno niedługo się pojawi, tymczasem zdradzę wam, że powieść jest nietypowa – ale w dobry sposób. Gdybym miała ją krótko opisać, to powiedziałabym, że to taka dzika i piękna katastrofa. Warto, więc jeśli będziecie mieli okazję, to sięgnijcie jeszcze przed moją recenzją.


Co najbardziej zainteresowało was z mojego zbioru? Znacie jakieś tytuły, polecacie? :)

6 gru 2015

„Świat równoległy” - Tomek Michniewicz


Tytuł: Świat równoległy
Autor: Tomek Michniewicz
Wydawnictwo, rok wydania: Otwarte, 2015
Ilość stron: 320
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Otwarte


Rzeczywistość poza kadrem

Im lepiej znamy świat – tym mocniej wątpimy? Z jednej strony kojarzymy wiedzę z komfortem, bo wszystko możemy sobie poukładać, określić i nic nas nie zaskoczy. Z drugiej strony mawiamy przecież, że to niewiedza jest błogosławieństwem. „Świat równoległy” godzi te przeciwieństwa i wręcza wiedzę, jednocześnie wytrącając pewność z ręki. W swojej najnowszej książce, podróżnik i dziennikarz Tomek Michniewicz przez pryzmat reportaży poznaje świat, a raczej światy, tysiąc wersji zrodzonych z przeciwności. Na tych samych terenach współegzystują skrajności; pomiędzy bezpieczeństwem i zagrożeniem, pomiędzy świętością i zachłannością, pomiędzy sprawiedliwością i bezprawiem, pomiędzy szaleństwem i starannie obliczonym ryzykiem, pomiędzy bogactwem i biedą żyją ludzie, do których dociera autor, tworząc galerię interesujących sylwetek. Z wielu głosów, wielu tematów i wielu historii wyłania się świat niejednoznaczny, nieoczywisty i trudno wepchnąć go w określone ramy. Przy każdym zjawisku podróżnik szuka drugiej strony monety, zdrapuje warstwę stereotypów, pobieżnych doniesień i pyta, pyta, pyta… W Polsce, w Pakistanie, w USA, w RPA, w Egipcie, w Tajlandii, na Słowenii, w Zimbabwe. Odwiedza zarówno miejsca będące synonimami piekła na ziemi, jak i raje. Można by pomyśleć, że za dużo tego, że jak się pisze o wszystkim, to tak naprawdę o niczym, ale Tomek Michniewicz rewelacyjnie poradził sobie z okiełznaniem materiału, dzięki czemu powstał przemyślany zbiór, w którym niczym motyw przewodni, przewija się świat równoległy – dla jednych zupełnie nieznany, dla niektórych jedyny.
„Świat równoległy” nie zaszczepia entuzjazmu, który natychmiast każe rzucać wszystko i ruszać do opisanych miejsc. Raczej zasiewa ziarna niepewności, wysuwając na pierwszy plan słuszność kierujących nami pobudek. Dlaczego chcemy dotrzeć do mitycznego „tam”? Bo widzieliśmy cudowne zdjęcia? Bo to miejsce, o którym wszyscy mówią? Czasem zawartość książek podróżniczych przedstawionych w formie pamiętników określa się z przymrużeniem oka mianem „byłem, zobaczyłem” – Michniewicz idzie o krok dalej i pyta: tylko co zobaczyłem? Co wniosłem do miejsca, w które się udałem? Próbuje zajrzeć pod podszewkę raju; próbuje, bo sam nigdy nie ma pewności, czy dotarł do sedna. Kwestionuje własne przekonanie o tym, że niegdyś udało mu się odnaleźć nowe ścieżki i natrafić na coś prawdziwego, na coś więcej. Znajduje sterty śmieci zamiecione pod płaszczyk starannie skomponowanej dzikości i egzotyki, skrojonej na miarę europejskiego turysty. I niby wiemy, że każdy raj ma swoje ciemne strony, ale dociera to do nas na innym poziomie, gdy czytamy o wyspie Thilafushi. Podróżnik robi krok w tył, by zyskać szerszy obraz i stawia kolejne pytania o świadome podróżowanie. Wywraca do góry nogami egocentryzm odkrywców, na którym opierany jest nasz stosunek do świata. I kto tu teraz jest „egzotyczną tubylcą"*?
„Świat równoległy” to nie tylko podszyty pasją zbiór fascynujących historii. To również miejsce dla autorskich obserwacji i refleksji. Tomek Michniewicz, podobnie jak Wojciech Tochman w „Eli, Eli”, stawia siebie na pozycji wątpiącego, pyta o zarabianie na cudzej krzywdzie, o sens dziennikarskiego zawiadamiania świata i o „umywanie rąk”, bo ingerencja w zastaną rzeczywistość to już manipulacja. Początkowy podróżniczy entuzjazm zabarwił się zdobytym doświadczeniem, pozwolił zyskać nową perspektywę i stworzył autorowi własny świat równoległy.
„Świat równoległy” jest pełen pytań. To interesująca książka stworzona w połowie drogi pomiędzy dziennikarzem-podróżnikiem, który snuje rozważania nad sensem swojej pracy i podróżowania a światem, który próbuje poznać i zrozumieć. Osiem frapujących reportaży, które, kolokwialnie mówiąc, dają po głowie i kryją w sobie ładunek wystarczający, by obdzielić osiem innych tomów. Z każdym kolejnym tytułem Tomek Michniewicz podnosi i tak już wysoko zawieszoną poprzeczkę. Ta książka to najlepszy na to dowód.
________________
*Dopisek dla pozbawionych umiejętności czytania między wierszami: tak, to nie jest prawidłowa forma. Celowo zapisana źle, celowo prześmiewcza w stosunku do wiedzy (a raczej jej rażącego braku) niektórych osób i postawy turystów, jaka przyjmowana jest w stosunku do rdzennych mieszkańców „egzotycznych" zakątków świata.

2 gru 2015

„Garść pierników, szczypta miłości” - Natalia Sońska


Tytuł: Garść pierników, szczypta miłości
Autor: Natalia Sońska
 Wydawnictwo, rok wydania: Czwarta Strona, 2015
Ilość stron: 364
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Czwarta Strona



Singielka w świątecznym wydaniu

Kocham spędzać święta sama! obwieszcza butnie podczas audycji radiowej bohaterka świątecznego filmu „Listy do M.”, po czym ukradkiem dodaje o najgłębszym (Durnym! Nierealnym!) marzeniu… by zakochać się tak, jak przedstawiają to w filmach. Tak, czyli jak? Bajkowo, spontanicznie, szaleńczo i od pierwszego wejrzenia. To skąd to uwielbienie dla życia w pojedynkę? W niektórych przypadkach, jak udowadnia „Garść pierników, szczypta miłości”, ciche pragnienia i szara codzienność wkraczają na jedną ścieżkę – na przykład w trakcie mroźnego, grudniowego dnia. Świąteczne historie mają własne spojrzenie na powiedzonko „sama to wcale nie znaczy samotna” i podobnie jak wakacyjne opowieści, wykorzystują swój urok, by łączyć ludzi w pary. Nawet jeśli ktoś jest zabieganym pracoholikiem, który każdego dnia próbuje uporać się ze stertą zadań. Kimś takim jest Hanna Bielska, młoda kobieta pracująca w redakcji, która marzy o możliwości publikowania własnych tekstów – bo na razie tylko redaguje i poprawia błędy w cudzych. Sytuacji nie poprawia fakt, że wiecznie ma na pieńku z redaktor naczelną, choć przecież sama jest podporą redakcji. W ramach prezentu świątecznego marzy o awansie i twierdzi, że niczego więcej jej do szczęścia nie potrzeba. Hania przypomina nieco Elkę Kowalik, bohaterkę serialu „Singielka” emitowanego obecnie przez stację TVN. Choć nasza bohaterka, w przeciwieństwie do Eli, nie rozgląda się gorączkowo za swoją drugą połówką. Ma swój sposób na związki: najlepiej jest, gdy ich nie ma. Przekorny los oczywiście wystawia jej przekonania na próbę, w międzyczasie tworząc stos nieporozumień i wątpliwości, mieszając je z garścią pierników i szczyptą miłości – na osłodę.

Od „Listów do M.” przez „Singielkę”, na amerykańskim przeboju z McAdams i Tatumem kończąc, autorka porusza się w obrębie sytuacji, które nieodłącznie kojarzą się z rozmaitymi opowieściami o miłości, dlatego „Garść pierników, szczypta miłości” to dobra propozycja dla widzów, którzy szukają w powieściach atmosfery ulubionych komedii romantycznych oraz płynącego z nich dobrze znanego komfortu. Głównie przez bajkowość, która cechuje powieść, trzeba przymknąć oko na nieprawdopodobność bądź też uproszczenie niektórych sytuacji, w tym metamorfozę głównej bohaterki. Perypetie Hani i bliskich jej osób w oczywisty sposób kierują się w stronę szczęśliwego zakończenia, zaś uczestnicy szybko (może nawet za szybko) wskakują w role o sztampowym zacięciu, które zostały dla nich przygotowane. Z drugiej strony nie można odmówić autorce prób zrównoważenia słodkich chwil. Pośród zimowych dekoracji nie brakuje kłótni, wzajemnych złośliwości i codziennych problemów, które brzmią tak bardzo zwyczajnie, ale składają się na opowieść o świątecznych cudach. Nawet jeśli wydarzenia poprzedzające finał pochodzą jakby z innej bajki – to jednak zawsze jest to bajka. Ręka debiutantki, Natalii Sońskiej, ujawnia się szczególnie w niektórych wypowiedziach bohaterów. Brzmią one jak fragmenty wykładów mówców motywacyjnych. Podniosłe ustępy żywcem wyjęte z poradników nie bardzo pasują do codziennych dialogów i z powodzeniem można zaznaczyć miejsce, w którym rozmowa nad kubkami herbaty zamienia się w spotkanie z terapeutą, który raczy pacjenta gotowymi formułkami. Płynące z nich przesłanie można zawrzeć w krótszej, brzmiącej naturalnie wymianie zdań.

Świąteczna atmosfera powoli wkrada się na karty powieści i rozkwita wraz z życiem prywatnym Hani, spychając codzienny pośpiech na rzecz celebrowania miłości i rodzinnych więzi. „Garść pierników, szczypta miłości” jest dla bohaterki literackim odpowiednikiem kalendarza adwentowego, w którym każdy dzień przynosi nowe, często zaskakujące wydarzenia. Jak widać, świąteczna magia ciągle nie przestaje inspirować.

28 lis 2015

Coffee and Book Box - nowa subskrypcja książkowa w Polsce?

[źródło]
Testowałam już Owlcrate, testowałam EpikBoxa, a niedługo, być może, na rynku pojawi się kolejna okazja do testowania - tym razem w wersji dla nieco starszych czytelników. Mowa o subskrypcji Coffee and Book Box.

Wiele z was entuzjastycznie zareagowało na opisywane przeze mnie literackie pudełka, choć niektórzy wyrazili nadzieję, że pojawi się też edycja zawierająca nie tylko powieści młodzieżowe. Dla tych osób mam dobrą wiadomość - jeśli powiedzie się zbiórka na portalu Wspieram.to, będziemy mieli możliwość obcowania z dobrą lekturą oraz dobrą kawą.

Trzeba przyznać, że już na wstępie zamysł pudełka działa na wyobraźnię: aromat świeżo parzonej kawy w połączeniu z zapachem nowej książki... Nie wiem jak dla was, ale dla mnie brzmi magicznie. No, może z małym odstępstwem na herbaty i gorącą czekoladę :)

Poniżej znajdziecie więcej informacji i przydatne linki, dowiecie się także, dlaczego pomysłodawca akcji rusza ze swoim start-upem za pośrednictwem finansowania społecznościowego.

Kilka słów od założyciela: czym jest Coffee and Book Box?


Przeglądając całkiem niedawno poranną prasę, natrafiłem na artykuł dotyczący czytania książek przez nasze polskie społeczeństwo. Byłem mocno zaskoczony podanymi statystykami, z których wynikało, iż zaledwie 10 procent Polaków regularnie kupuje i czyta książki w papierowej formie. Coraz więcej z nas czyta na ekranach swoich komputerów i to nie tylko książki ale również prasę. Zaledwie kilka stron dalej podane były inne dane, z których wynikało, iż ponad 75 procent Polaków spożywa kawę, aby się obudzić lub zrelaksować. W tym momencie spojrzałem na kubek ulubionej kawy stojącej tuż obok prasy oraz stertę książek, których fabuła wciągnęła mnie przez ostatni miesiąc i postanowiłem przypomnieć Polakom magiczne chwile spędzane z dobrą lekturą i kubkiem pysznej kawy w ręce. Kto wie, może chociaż w minimalnym stopniu mój projekt przyczyni się do zwiększenia statystyk wśród Polaków w kwestii czytania książek. Przejdźmy więc do bliższego opisania mojego pomysłu na box z kawą i książką.

Zapewne spotkaliście się z pudełkami dostarczanymi co miesiąc do domu jak np.: CudMiód czy kosmetyczny beGlossy. Subskrypcje te cieszą się coraz to większym zainteresowaniem w Polsce, mimo iż sam pomył w świecie jest dość młody ale jak najbardziej wpisujący się w najnowsze trendy i zyskujący na ogromnej popularności. Jak wspomniałem już wyżej moja propozycja to box z kawą i książka. W pewnym sensie box 
jest innowacyjny, gdyż przed nami nikt w świecie nie wpadł na pomysł sprzedaży kawy i książki razem w modelu subskrypcyjnym. Wy jako pierwsi macie okazję tego doświadczyć. W najlepszym wydaniu oczywiście! Celem projektu Coffeeandbookbox jest dostarczenie świeżo palonej kawy z lokalnych mikro palarni, co daje im dostęp do klientów na terenie całego kraju a Wam dostęp do najlepszych, staranie wyselekcjonowanych kaw. Książka jest dopełnieniem momentu a zarazem jego kluczowym elementem. Wierzymy, że kawa jest jednym z największych na świecie i najbardziej przystępnych luksusów, dlatego chcemy wnieść taki luksus również do Twojego domu. Być może masz już swoją ulubioną kawę, a może tak jak spora część naszego społeczeństwa po prostu pijesz jedną z kaw dostępnych w sklepach nie zastanawiając się nad jej smakiem, aromatem oraz wyjątkowym zapachem. Dzięki nam, moment przygotowania oraz picia kawy diametralnie się zmieni. Poznasz zupełnie nowe doznania smakowe, a aromat i zapach napoju będzie długo unosił się w powietrzu Twojego domu. Do tego wszystkiego dobra i wciągająca książka – takie połączenie zapewni Ci pełen relaks, chwilę tylko dla siebie i odcięcie się od otaczającego Cię wokół świata i codziennych problemów.

Jak to działa?

Coffeeandbookbox działa na zasadzie subskrypcji. Otrzymujesz boxa przez miesiąc, 3 lub 6 zawsze w określonym terminie (pierwszy tydzień danego miesiąca). W każdej chwili możesz zrezygnować z subskrypcji. Za każdym razem masz szansę spróbować innej świeżo palonej, wyselekcjonowanej i dostarczonej przez współpracujące palarnie kawy z całego kraju. Również za każdym razem masz szansę doświadczyć niezwykłej przygody jaką jest czytanie najlepszej książki.


Co znajduje się w boxie:
- kawa,
- książka,
- drip + filtry,
- magnes z instrukcją,
- np.: ręcznie robiona zakładka/podkładka pod kubek,
- sygnowany kubek,
- inne.
Zawsze będzie to minimum 3 pełnowartościowych produktów.








Na cenę boxa składa się:
- kawa,
- książka,
- pudełko,
- bibuła,
- obrandowanie,
- wypełniacz,
- konfekcjonowanie,
- wysyłka,
- dodatkowy produkt/produkty.

Dlaczego crowdfunding?

Zdecydowałem się na crowdfunding, ponieważ nie jestem w stanie samodzielnie niestety uzbierać minimalnej kwoty, aby ruszyć z realizacją projektu jeszcze przed świętami. W końcu to magiczny okres, kiedy chętniej choć na chwilę zatrzymujemy się w codziennym biegu, siadamy przy kominku lub w zaciszu własnego domu z głową pełną refleksji, z kubkiem kawy w ręku, a dzięki nam także z książką, która mamy nadzieję zmotywuje Was do znalezienia większej ilości czasu również po świętach na takie wyjątkowe chwile tylko dla siebie, dla przepysznej kawy i dobrej lektury. 

Linki warte uwagi

Wywiad dla Magazynu Przestrzeń [KLIK]
Strona C&B Box na Facebooku [KLIK]
Strona C&B Box na Instagramie [KLIK]
Jeszcze więcej informacji oraz wsparcie akcji [KLIK]


20 lis 2015

„Six of Crows” - Leigh Bardugo


Sześć Kruków Diabłów


„Żadnych żałobników. Żadnych pogrzebów.”
No mourners. No funerals.


Tytuł: „Six of Crows”
Autor: Leigh Bardugo 
Wydawnictwo, rok wydania: Henry Holt and Company, 2015
Ilość stron: 465

Polskie wydanie
Poprzednią serię autorki wydało Wydawnictwo Papierowy Księżyc. Niestety, nie ma żadnych informacji na temat polskiego wydania „Six of Crows”.


~~***~~


Fifty words for murder and I’m every one of them..." 


„Six of Crows” Leigh Bardugo to jedna z najlepszych młodzieżówek fantasy jaką przeczytałam w tym roku. Rywalem co prawda może stać się „Carry On” Rainbow Rowell, ale o tym dopiero przesądzi nadchodząca lektura. Na razie Bardugo dzierży palmę pierwszeństwa i budzi żądzę natychmiastowego posiadania tomu drugiego, jak na razie zatytułowanego „Crooked Kingdom”. To powieść magiczna w każdym calu, choć ta magia często i ochoczo kieruje się w stronę mroku i zepsucia, gardząc słodką baśniowością. Tu nie ma dobrych wróżek i cudownych zaklęć. Są za to niemoralne intrygi i krwawe pojedynki. Powieść poszerza uniwersum znane z Trylogii Griszy, ale nie wymaga jej znajomości. Sześciu indywidualistów, o solidnym zapleczu złożonym z osobistych historii, obnaża intrygi ukryte na ulicach Ketterdamu oraz te, które wykraczają daleko za miasto. Każdy z bohaterów próbuje ograć pozostałych, zaś czytelnik z żywym zainteresowaniem obserwuje fascynujące potyczki rozgrywające się na tle niebywale barwnego świata. 
Ketterdam, zdradzający inspirację holenderskimi miastami portowymi z XVIII i XIX wieku, leży na wyspie Kerch ukrytej w cieniu trzech gigantów: Fjerdy, Ravki oraz Shu Hanu. Miasto jest prężnie działającym ośrodkiem międzynarodowego handlu, którym rządzą niewyobrażalnie bogaci kupcy.

Tutaj kupić i sprzedać można wszystko.

Absolutnie wszystko, czemu można nadać wartość.

Pod warstwą złożoną z orientalnych przypraw, luksusowych materiałów i drogocennych kamieni, kwitnie czarny rynek: niewolnictwo, prostytucja, szmugiel, kradzieże dzieł sztuki, narkotyki, przestępcy do wynajęcia, hazard, handel sekretami i informacjami; czegokolwiek wam potrzeba, ruszcie w miasto, ulicami kontrolowanymi przez gangi. Ktoś na pewno was zauważy i zaproponuje wam to, czego potrzebujecie. Choć na końcu wyjdzie na to, że to oni otrzymają to, czego chcieli.

A wy lepiej sprawdźcie kieszenie, bo na pewno zabrali wam portfel.

„Ketterdam: tętniący życiem ośrodek międzynarodowego handlu, w którym wszystko można kupić za odpowiednią cenę – nikt nie wie tego lepiej od genialnego złoczyńcy Kaza Brekkera. Kaz otrzymuje ofertę śmiertelnie niebezpiecznego skoku, który może ofiarować mu bogactwo wykraczające daleko poza najśmielsze marzenia. Jednak nie może tego zrobić sam…

Skazaniec pragnący zemsty.

Strzelec wyborowy uzależniony od hazardu.

Uciekinier z przeszłością wypełnioną przywilejami.

Szpieg znany jako Upiór.

Sercodawczyni wykorzystująca magię, by przeżyć w slumsach.

Złodziej z darem do nieprawdopodobnych ucieczek.

Sześciu niebezpiecznych wyrzutków. Jeden niemożliwy skok. Ekipa Kaza jako jedyna może stanąć pomiędzy światem a zagładą – jeśli najpierw nie pozabijają siebie nawzajem.”
źródło: Henry Holt and Company, tłumaczenie: własne.

„Six of Crows” to historia wierna swoim bohaterom – tak samo jako oni jest złodziejką. Kradnie czytelnikowi czas, ograbia z zainteresowania światem zewnętrznym i zostawia go z pustką, znaną w naszej rzeczywistości jako kac książkowy. Tak, to będzie recenzja pełna entuzjazmu, bo najnowszy tytuł pióra Leigh Bardugo… właściwie nie ma wad. Co prawda akcja nie od razu nabiera zawrotnego tempa, ale za to w zamian możemy przechadzać się uliczkami portowego Ketterdamu, który ma swój plugawy urok. Na dodatek, w ramach rozwijającej się opowieści, dostajemy retrospekcje, dzięki którym możemy śledzić drogi bohaterów do miejsca, w którym za sprawą pewnego ważnego zlecenia od pewnego ważnego mężczyzny stali się Szóstką Kruków (albo wron, co kto woli). Jednak gdy już złoczyńcy rozwiną swoje skrzydła, czytelnikowi pozostaje tylko gorączkowe przeskakiwanie pomiędzy pięcioma perspektywami, które skupiają się na rywalizacji z wrogimi gangami, osobistymi problemami i w końcu na planowaniu skoku stulecia. Napięcie wciąż rośnie, bo Bardugo wie, jak trzymać czytelnika w niepewności. Przy tym nie musimy się pocieszać w trakcie lektury, że przynajmniej jeden element jest świetny, bo przecież nie można mieć wszystkiego - w przypadku „Six of Crows” autorka jednocześnie rozwija sylwetki bohaterów, historię, świat, jak i tempo. Jak widać, nawet w młodzieżówkach można mieć wszystko. Niektórzy twórcy Young Adult nie potrafią prowadzić dwóch perspektyw, a tutaj Bardugo swobodnie żongluje pięcioma. 
Znacie główną zasadę sztuki iluzji? Według Wikipedii jest to „skupienie oczu publiczności na wszystkim poza faktycznym działaniem”. Pisarka najwyraźniej wzięła to sobie do serca, bo i bohaterowie, i czytelnicy, dają się nabrać na jej sprytne sztuczki i odwracanie uwagi. Skupiając się na poszczególnych sytuacjach, dopiero z czasem dostrzegamy to, co umknęło nam kątem oka i zastanawiamy się, jakim cudem to się stało. W jednym z wywiadów autorka powiedziała, że zamysł „Six of Crows” może kojarzyć się z filmem „Ocean's Eleven” Soderbergha. Ja dodałabym jeszcze „Gangi Nowego Jorku” Scorsesego z malutką szczyptą „Iluzji” Leterriera, zaś całość przepuściła przez maszynkę Young Adult. Nie znaczy to jednak, że bohaterowie Bardugo są mniej przebiegli, okrutni i brutalni niż ich dorośli odpowiednicy. Oni też mają diabła za skórą i nie powiedziałabym, że powieść cierpi przez ugrzecznienie; jest sporo scen, w których chcemy odwrócić wzrok. Inej, Kaz, Nina, Matthias, Jesper i Wylan – sześciu wyrzutków, odmieńcy pochodzący z różnych światów, w którym każdy ma z kimś na pieńku. Dżentelmen, szpieg, zabijaka, łowca, Grisza i uciekinier stanowią zbieraninę silnych charakterów, spełniających niebagatelną rolę w Wielkim Planie. Każdy z nich ma coś do powiedzenia (zazwyczaj nie jest to nic miłego), każdy z nich jest mistrzem w swojej dziedzinie (zazwyczaj chodzi o zabijanie), każdy z nich spiskuje przeciwko całemu światu (zazwyczaj ten świat przybiera postać znienawidzonego współpracownika, zasługującego na to, by urwać mu łeb – ale to po zakończeniu misji). Przyznaję, byłam zaskoczona, gdy poznałam wiek bohaterów. Owszem, są to ludzie młodzi, ale zupełnie nie można odczuć tego, że mamy do czynienia z nastolatkami. Są pozbawieni irytujących przywar właściwych dla ich literackich rówieśników. Interesujące jest przedstawienie wszystkich książkowych postaci, bo mamy do czynienia z samymi czarnymi charakterami bądź też osobami balansującymi pomiędzy czarnym charakterem a antybohaterem. Mniejsze i większe zło zyskuje nową twarz, gdy do pojedynku stają ten mniej i ten bardziej zły. Nawet szlachetność w ich wykonaniu nabiera dość gorzkiej wymowy.
„Six of Crows” to absolutnie kapitalna mieszanka ciętego (i od czasu do czasu czarnego) humoru, zawrotnej akcji i dalekiego od słodyczy romansu okraszona karkołomnymi intrygami. Od budowy świata przedstawionego, poprzez kreacje bohaterów i opowiedziane historie, na języku skończywszy, książka Bardugo stanowi zbiór płynnie przenikających się płaszczyzn, które tworzą perełkę literatury młodzieżowej. Jakby tego było mało, to zapowiada się równie wyśmienita kontynuacja.
Zresztą, z bohaterami o diabelskim usposobieniu powieść może być tylko piekielnie dobra. Najnowsza powieść Leigh Bardugo to przygoda, jakiej dawno nie zaznaliście.

OPRAWA
czyli książka pod lupą

Na oprawę „Six of Crows” nie można narzekać, bo jest dopracowana do najmniejszego szczegółu. Powiedziałabym nawet, że jest bajeczna, co w sumie pasuje do tomu, który wygląda jak księga czarnej magii. Dominuje czerń i czerwień, mrok i krew, filary ketterdamskiej opowieści, zaakcentowane szarością i bielą. Świetnie dobrana kolorystyka i staranne wydanie.


Oto coś, co przyciąga uwagę już na początku – czarny brzeg stron. Nie jest to nowe rozwiązanie, ale wygląda naprawdę efektownie, szczególnie w połączeniu z wklejkami dzielącymi poszczególne części powieści. Pasują też do takiego drobiazgu, jak czerwone szycie grzbietu. Obawiałam się, że barwione strony mogą brudzić ręce (przerabiałam już rozmaite upiększenia tomów, które pozostawiały smugi i plamy na dłoniach), ale w tym przypadku czerń pozostaje tam, gdzie przeznaczono jej miejsce, czyli na papierze.


Po zdjęciu obwoluty otrzymujemy kruczoczarną okładkę z wytłoczonym symbolem. Bo diabeł przecież tkwi w szczegółach. W przeciwieństwie do matowej całości, krwistoczerwone litery mienią się na grzbiecie i wyglądają naprawdę nieźle. Tak samo zresztą, jak krwistoczerwona wklejka na początku i końcu książki.


Na wstępie zamieszczono dwie mapy, atrakcyjny dodatek, dzięki któremu możemy przekonać się, jak od czasu trylogii o Griszy powiększył się świat wykreowany przez autorkę. Druga mapa w szczególności przydaje się w trakcie lektury powieści.


Świetna historia w połączeniu z takim wydaniem kreuje klimatyczną całość, której nie można niczego zarzucić. Ani się od niej oderwać.

__________________
źródła:
1) Pierwszy cytat pochodzi z omawianej powieści; tłumaczenie własne.
2) Cytat otwierający recenzję pochodzi z utworu Panic! At The Disco - Victorious.
3) Grafiki bohaterów pochodzą ze strony: 
http://thegrishaverse.wikia.com/wiki/Shadow_And_Bone_Wiki
4) Zdjęcia książki należą do mnie.

19 lis 2015

„Endgame. Klucz Niebios" - James Frey, Nils Johnson-Shelton


Tytuł: Endgame. Klucz Niebios
Autor: James Frey, Nils Johnson-Shelton
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo SQN, 2015
Ilość stron: 512
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo SQN


Etap drugi: zmieniając zasady zagłady

„Endgame. Wezwanie” pozostawiło wszystkich tuż nad krawędzią, w nerwowym oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków. „Endgame. Klucz Niebios” skoczył w przepaść, a wraz z nim Gracze, którym udało się przetrwać pierwszy etap. Dziewięciu pozostałych przy życiu zawodników to najlepsi z najlepszych, zaciekli wojownicy, maszyny do zabijania wyposażone w najwymyślniejsze rodzaje broni i nowoczesne gadżety. Najsłabsze ogniwa wyeliminowano. Świat ponownie zamienia się w krwawą arenę, jednak tym razem do walki staje ktoś jeszcze. Skoro wszystkie chwyty są dozwolone, to widownia nie zamierza czekać, aż ktoś wręczy jej ocalenie na srebrnej tacy.

Litry krwi i płonące budynki. To czeka na czytelników. Unikanie kul i trucizn, rozwiązywanie zagadek, obławy, pościgi i niewiele czasu na odpoczynek. To też czeka na czytelników. Nuda, marazm i ziewanie… A nie, to akurat nie czeka.

Nadchodzi drugi etap.

Akcja powieści, podobnie jak w pierwszym tomie, kręci się wokół odnalezienia tytułowego klucza, co oznacza dalsze rozwiązywanie zagadek ukrytych w morderczym wyścigu. Tworzone są nowe sojusze, rodzą się nowe intrygi i pomimo zmniejszającej się puli Graczy, wciąż przybywa wrogów. Czytelnicy zazwyczaj oczekują, że autorzy w kolejnych tomach będą podnosić poprzeczkę – w rzeczywistości z tym bywa różnie, stąd przecież wzięły się wszelakie syndromy drugich i trzecich tomów. Środkowa część czasem bywa traktowana jak pomost, odstając poziomem od poprzednika i następcy, z kolei finałom zdarza się gasić płomień, który miał prowadzić do spektakularnej eksplozji. Duet Frey i Johnson-Shelton nie utrzymali zawrotnego tempa znanego z pierwszego tomu… oni podkręcili je jeszcze bardziej. Zbliżający się koniec prowadzi do eskalacji przemocy i zajadłej walki o palmę pierwszeństwa – w końcu nagroda majacząca się na horyzoncie jest najlepszą motywacją. „Klucz Niebios” to nie tylko zawrotna akcja. Autorzy dalej rozwijają mitologię Endgame, zapełniając białe plamy, które pozostawiło za sobą „Wezwanie”. Wiedza, do tej pory będąca motywacją do treningów i walki, teraz zamieniła się w najlepszą z możliwych broni i najbardziej pożądaną walutę.

Frey i Johnson-Shelton pogrywają z czytelnikami, często trzymając ich w niepewności odnośnie losów bohaterów. Żyje? Zginął? Zabili go i uciekł? Wszystkie opcje są dozwolone. Szkoda tylko, że psychika postaci została daleko za akcją i historią, przez co trudno wybrać sobie faworyta i wraz z nim przeżywać wszystkie wzloty i upadki. Co prawda dorzucono garść przemyśleń w próbie uwiarygodnienia portretów psychologicznych młodocianych zabójców, jednak ciągle nie wyleczono się z bolączki pierwszego tomu, jaką było traktowanie bohaterów niczym pionki w grze. Ich miłość, żałoba, nienawiść, smutek i cierpienie są czytelnikowi tak samo obojętne. Oni działają – tylko działają, a jeśli już myślą, to tylko o tym, jak powinni działać. Są niczym maszyny ukierunkowane na cel. Biorąc pod uwagę ich trening, faktycznie mogą mieć w sobie coś z robotów, ale pozostał w nich ludzki pierwiastek, co udowadniają niektóre decyzje podjęte przez nich na kartach powieści. Liczyłam na to, że zmniejszająca się ilość Graczy zachęci autorów do zbudowania od podstaw złowieszczych umysłów. Zamiast tego postawili na rozwijanie świata i zagadek. W pewnym ujęciu jest to plus, bo dzięki temu książka stanowi dobry dodatek do całej multimedialnej otoczki, ale z drugiej strony, czytelnik sięgający po powieść ma prawo oczekiwać czegoś więcej, czego nie da się zobaczyć gołym okiem, będąc zaledwie widzem w Endgame. Tym czymś mogłyby być umysły osób będących skrzyżowaniem szpiegów, geniuszy, zabójców, mistrzów sztuk walki okaleczonych w imię Gry. Autorzy są konsekwentni i czytelnicy też muszą podtrzymać swoją konsekwencję – przynajmniej w kwestii patrzenia przez palce na niektóre z perypetii bohaterów. Wiemy już, że są oni niezniszczalnymi herosami o nadludzkich zdolnościach i możemy albo przyjąć to do wiadomości, albo rozkładać na czynniki pierwsze każdą scenę walki, na jaką natkniemy się w trakcie lektury. Potyczki są i efekciarskie, i karkołomne, przekraczają wszelkie granice, łamią prawa fizyki i karmią nasze niedowierzanie. Działa to na podobnej zasadzie, jak oglądanie podrasowanego filmu akcji, który bawi poprzez swoje oderwanie od rzeczywistości.

Przy lekturze „Klucza Niebios” nie sposób się nudzić. Nie ma na to czasu. Wartka akcja, efektowne sceny walk oraz nieodłączne zagadki po raz kolejny wciągają do świata Endgame. Mocno powiązany ze swoim poprzednikiem, brutalny i dynamiczny „Klucz Niebios” nie ma nic wspólnego z niebiańskością. Frey i Johnson-Shelton rzucili wyzwanie Graczom i czytelnikom – jaki będzie tego finał? Pozostaje nam tylko niecierpliwie oczekiwać na trzeci tom i trzymać kciuki za nasze przetrwanie.