28 lis 2014

,,Blondynka na Rio Negro" - Beata Pawlikowska


Tytuł: Blondynka na Rio Negro
Autor: Beata Pawlikowska
Wydawnictwo, rok wydania: Burda Książki, 2014
Ilość stron: 300
Cena: 49,90 zł


 ~~***~~


 Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Burda Książki
 Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać

http://lubimyczytac.pl/


Blondynka i kolejny etap wielkiej wyprawy

Drobna blondynka, która w pojedynkę dociera do najbardziej niesamowitych miejsc na Ziemi, tym razem wróciła do Amazonii, by dokonać rzeczy teoretycznie niemożliwej. Jeden przewodnik stwierdził, że na pewno jest to niewykonalne; drugi, że owszem, da się, ale będzie kosztowało fortunę; trzeci z kolei obwieścił, że jest to zbyt niebezpieczne. Drogo, niebezpiecznie i właściwie niemożliwe do zrobienia – niejedna osoba na dźwięk takich słów porzuciłaby wszystkie plany i nawet nie spojrzała w stronę Amazonii. Jednak naszej podróżniczki to nie zraziło, a swoje przeżycia opisała w „Blondynce na Rio Negro”.

Beata Pawlikowska na trasie swojej rzecznej podróży przybija do brzegów kolejnych miasteczek i wsi na końcu świata. Spędza z mieszkańcami kilka dni, po czym rusza dalej. Niestety, w tym przypadku relacja z cyklu „przybyłam – zobaczyłam – pojechałam dalej”, nie do końca się sprawdza. Mnie, jako czytelnikowi, cała ta trasa zlała się w jedno. Korowód osób, granic, nazw geograficznych to konkrety, które utonęły w nurcie opowieści. Rzeczna podróż z punktu A do punktu B w rzeczywistości niewątpliwie jest niezwykłym przeżyciem i osiągnięciem, jednak ja tej niezwykłości nie odczułam. Chciałam zagłębić się w świat Amazonii, spotkać się z jej mieszkańcami poprzez stronice książki – to niestety nie do końca mi się udało. I choć wraz z autorką schodziłam na brzeg, to i tak pozostaje we mnie uczucie niedosytu, jakbym przez cały czas obserwowała brzeg z łodzi płynącej środkiem rzeki. Już bardziej podobał mi się jeden z poprzednich albumów autorki, „Blondynka na Bali”. On rzeczywiście pomógł mi przenieść się na wyspę i poczuć rytm jej życia.

Poznałam tylko dwie interesujące historie, z czego jedna dopiero się rozpoczynała – jestem pewna, że pojawiający się w pewnym momencie Salvador, który od kilku lat na rowerze zwiedza świat, mógłby podzielić się wieloma interesującymi historiami. Może poznamy je w następnym tomie? Przecież zakończenie daje nam wyraźnie do zrozumienia, że ciąg dalszy nastąpi, a podróżniczka opisze kolejne etapy amazońskiej wyprawy. Z kolei druga z historii, dotycząca żołnierza i jego żony, była najciekawszym fragmentem książki. To spotkanie choć trochę pozwoliło zajrzeć za kulisy codzienności w Amazonii i obnażyło zaskakujący stosunek mieszkańców do żywności. Okazuje się, że cywilizacja wkraczająca do tak niełatwych warunków życia rozwiązuje jedne problemy, ale za to przysparza nowych. Tylko dla tych obserwacji warto było sięgnąć po „Blondynkę na Rio Negro”.

Przywykłam już do stylu Beaty Pawlikowskiej, która nie tyle stawia na gawędę, co na codzienne zapiski przeplatane dygresjami. W połączeniu z jej piórem opowieść czyta się lekko i chłonie praktycznie bez wysiłku. Autorka opisuje kolejne kroki swojej podróży, czasem robiąc to w drobiazgowy sposób – gdzie była, co jadła, kogo widziała. Często wtrąca swoje przemyślenia na temat szkodliwego wpływu cywilizacji na Indian, roli zdrowego żywienia czy ogólnej filozofii życia i podróżowania. To nie przeszkadza czytelnikowi, jeśli jest dawkowane z rozwagą w kolejnych rozdziałach. Niestety, w „Blondynce na Rio Negro” tych przemyśleń jest zbyt dużo i najzwyczajniej powtarzają się one kilkukrotnie. W pewnym momencie pomyślałam nawet, że przecież już o tym czytałam na poprzedniej stronie! Gdyby recenzowany tom okroić z powtarzających się rozmyślań i dołączyć go do innego albumu – wtedy na pewno stanowiłby interesujący rozdział w wielkiej podróży. Niestety, jako samodzielny twór nie radzi sobie zbyt dobrze.

Dużą zaletą „Blondynki na Rio Negro”, oprócz lekkiego pióra autorki, jest liczba zdjęć. Podróżniczka ilustruje fotografiami wszystko, o czym pisze, dzięki czemu prawie na własne oczy możemy zobaczyć inny świat. Wydanie albumowe byłoby jeszcze piękniejsze, gdyby w parze z barwną i dopieszczoną oprawą graficzną szły równie barwne opowieści.

Na trasie każdej wyprawy pojawiają się zarówno chwile zwątpienia, jak i niesamowite odkrycia. By dotrzeć na szczyt, trzeba najpierw pokonać długą i trudną drogę. Podróż nie zawsze obfituje w mrożące krew w żyłach przeżycia i częste zastrzyki adrenaliny. Czasem zjawia się egzotyczna codzienność i chyba każdemu znana rutyna, które dotknęły „Blondynkę na Rio Negro”. Wypada mieć tylko nadzieję, że energia odnaleziona w nurcie rzeki zaowocuje w przyszłości pasjonującą opowieścią, która porwie czytelników i wyrzuci ich na brzeg zupełnie innego świata.

25 lis 2014

,,Dziś wieczorem nie schodźmy na psy" - Alexandra Fuller


Tytuł: Dziś wieczorem nie schodźmy na psy
Autor: Alexandra Fuller
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo Czarne, 2013
Ilość stron: 352
Cena: 39,90 zł


~~***~~


,,Wtedy podjęłam decyzję, by opisać swoje życie takie, jakie było: pełne pasji, cudowne, trudne, męczące, chaotyczne, piękne. Dziś wieczorem nie schodźmy na psy to opowieść, która narodziła się z tej decyzji. To nie jest powieść polityczna ani historia Imperium Brytyjskiego. To opowieść o tym, jak pewna Afrykanka pogodziła się ze skomplikowaną historią swojej rodziny, to historia miłości do tego kontynentu.” 
,,Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” A. Fuller, str. 347

O jakże trudna to miłość – ale za to jaka szczera. Pisarka kocha Afrykę gorliwie, kocha ,,pomimo” i tutaj zgadzam się z rekomendacją ,,Newsweeka” zamieszczoną na okładce: to naprawdę jest piękna opowieść… choć często prowadzi wyboistymi drogami. Początkowo nie umiałam tego wspomnianego piękna dostrzec, wyjąwszy opisy afrykańskich krajobrazów. Przecież Fuller pisze o piekielnych niewygodach, niebezpieczeństwie, które oczekiwało tuż za drzwiami i często przynosiło cierpienie i śmierć, rasizmie, morzu alkoholu, chorobach, więc niby gdzie jest w tym miejsce na piękno?

To piękno nieoczywiste, surowe, nieokiełznane jak sama Afryka. Pachnące słońcem i spieczoną ziemią. Odszukanie go nie jest łatwe, ani na początku, ani w trakcie lektury. Można je odnaleźć chyba dopiero we własnych przemyśleniach, gdy ,,Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” już od dawna leży na półce.

„Dziś wieczorem nie schodźmy na psy to porywająca opowieść o dzieciństwie spędzonym w Afryce – zniewalająco pięknym, ale i pełnym grozy, beztroskim, choć czasem bolesnym i trudnym. Alexandra Fuller przenikliwie opisuje tamte niespokojne lata i pękającą „bańkę anglocentryzmu”. Z czułością i humorem opowiada losy swojej rodziny, która mimo niechęci do miejscowej ludności, ciężkich warunków życia i niesprzyjającej fortuny nie wyobrażała sobie życia poza Afryką. Choć jest to wspomnienie niespokojnego życia w miejscu często niegościnnym, Fuller potrafi znaleźć śmiech tam, gdzie nie ma z czego się cieszyć.

Książka jest laureatką Winifred Holtby Memorial Prize 2002, była także nominowana do nagrody za debiut przyznawanej przez dziennik „The Guardian”, w 2002 roku uznana została za jedną z najważniejszych książek roku według dziennika „The New York Times”, a w 2003 zdobyła tytuł Książki Roku w kategorii „Literatura faktu” przyznawany przez Amerykańskie Stowarzyszenie Księgarzy w ramach programu Book Sense.” 
opis: wyd. Czarne

Pojawiały się chwile, gdy zaczynałam wierzyć, że miłość Fullerów do Afryki nosi znamiona uzależnienia. Kontynent odebrał im tak wiele, jednocześnie przywiązując ich do siebie – tak naprawdę na wieczność. Ze wspólnych, niełatwych przeżyć powstały silne więzi i budząca podziw wola przetrwania; w końcu matka, ojciec i siostry byli jedyną przystanią dla siebie nawzajem. Alexandra z uwagą i pieczołowitością spisała losy swojej rodziny, którą Wielka Historia rzucała z kraju do kraju - Rodezji (obecnie Zimbabwe), Malawi i Zambii. Fantastyczny zmysł obserwacji pozwolił jej na uchwycenie zmian, tych małych, dotyczących jej krewnych, oraz tych dużych, związanych z innymi ludźmi. Jako osoba dorosła prześledziła ścieżkę swojego dorastania, patrząc jednocześnie oczami dziecka oraz kobiety, którą później się stało. Zachwyt Afryką może nie jest od razu dostrzegalny, ale wraz z upływem opowieści czytelnik przekonuje się, jak mocno tamtejsza rzeczywistość i przyroda wżarły się w skórę Alexandry.

Jeśli ktoś pisze o tej książce, że w pewnym sensie jest ona stosem wspomnień należących do zadufanych w sobie rasistów – to ma trochę racji i jednocześnie popełnia niespecjalnie odkrywczą uwagę. Dlaczego? Sama Alexandra zdaje sobie sprawę z mentalności jej rodziny i nie udaje, że ,,Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” jest czymś innym, na przykład uroczą afrykańską pocztówką. Autorka nie tuszuje faktu, że rasizm nie był im obcy, nie wybiela swojej matki i jej niekonwencjonalnego zachowania. Bezgraniczna miłość miesza się z zażenowaniem i smutkiem, stara się ją zrozumieć, ale dla niej jest to tak samo trudne, jak dla czytelnika próba zrozumienia miłości Fullerów do Afryki. Jednak z drugiej strony to nie jest tak, że z każdej strony wycieka rasizm i zarozumiałość. Bardzo skrzywdziłabym tę książkę, gdybym tak napisała, bowiem ,,Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” jest o wiele bardziej złożone i skomplikowane. To historia rodziny, która zmaga się z własnymi demonami, bezlitosną naturą i jednocześnie próbuje się odnaleźć w społeczności stojącej na progu dziejowych zmian. To historia białych kolonizatorów, farmerów, którzy spadli z pozycji panów, stając się pariasami. To historia dawnego życia, które roztrzaskano w proch, co jednocześnie stało się spełnieniem i koszmarem. Poszczególne płaszczyzny ściśle przenikają się i na ich styku od czasu do czasu pojawia się rasizm. Postronnego obserwatora może razić ta początkowo zapiekła nienawiść, lista zasad, która odróżniała ,,białych” od ,,czarnych”, lepszych od gorszych. Taka była ówczesna mentalność kolonizatorów i system, w którym żyli. Można się na to zżymać i przyznawać tej autobiografii jedynki, albo potraktować ją jako świadectwa pojedynczych świadków, którym przyszło żyć w raczkujących, postkolonialnych czasach. Fuller daleko do powściągliwej poprawności, ale musiała ją porzucić, skoro zdecydowała się na szczerość. Zawiera w swojej opowieści obserwacje na temat społeczeństwa, którego życie wywróciło się do góry nogami. Wolność przyszła do nich wraz z krwią i chaosem. W jednych obudziło się dobro i człowieczeństwo, w innych małostkowość i chciwość. Poorana bliznami Afryka zaczęła się zmieniać, a wraz z nią – Fullerowie. Metamorfoza była tak naprawdę nieunikniona. 

,,Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” to codzienność, której nigdy nie poznamy – tak samo piękna, jak i okrutna. Surowa, żywiołowa, egzotyczna – nie tylko ze względu na kontynent. Pasjonująca i odważna w swej szczerości historia rodziny Fullerów z rozpadem kolonii w tle. Świadectwo nierozerwalnej więzi białego człowieka i Afryki, której nie zdołało zniszczyć cierpienie ani własne uprzedzenia. Lektura może nie najłatwiejsza, ale za to pochłaniająca czytelnika, okraszona fotografiami z prywatnego archiwum autorki. Na mnie czekają już ,,Rozmowy pod drzewem zapomnienia”, kolejny tom o życiu rodziny Fullerów, tym razem poświęcony rodzicom Alexandry. Mam głęboką nadzieję, że będzie to wyborne uzupełnienie do niełatwej i obfitującej w dramatyczne wydarzenia sagi o Fullerach.

17 lis 2014

,,The Retribution of Mara Dyer" - Michelle Hodkin


Tytuł: The Retribution of Mara Dyer
Autor: Michelle Hodkin
Wydawnictwo, rok wydania: Simon & Schuster Books for Young Readers, 2014
Ilość stron: 472

Polskie wydanie
Trylogię wydaje wydawnictwo YA!/GW Foksal


~~***~~



Zasady są po to, by je łamać, a potem skutek powielać w dużych ilościach – to główna dewiza Young Adult. Do tej pory mówiło się, że to drugi tom trylogii jest zazwyczaj najsłabszy, stanowiąc swoisty ,,zapychacz” przed wielkim finałem. Teraz to się zmieniło. Drugie tomy porzuciły niechlubne miano słabeuszy na rzecz bycia najlepszym. Czy to oznacza, że całkowicie wyeliminowano słabe ogniwa w powieściowym łańcuchu? Niestety nie. Na pozycję najsłabszego weszły trzecie tomy. Zapadające w pamięć finały, na które czytelnicy czekają nawet latami, spektakularne rozwiązania wątków, satysfakcjonujące odpowiedzi… To wszystko zniknęło. Historie przestały żyć własnym życiem, a zakończenia pojawiają się tylko dlatego, że muszą – niekoniecznie dlatego, że autorki mają na nie pomysły. Często chodzi o zadowolenie fanek, które zasypują sieć wizjami idealnego rozwiązania. Wcześniej już o tym pisałam, ale powtórzę: potknęła się na tym Lauren Oliver w ,,Requiem”, Cassandra Clare w ,,Mieście Niebiańskiego Ognia”, Kiera Cass w ,,The One” (u pani Cass zakończenie okazało się ,,żarcikiem”, bo w planach ma już kolejne tomy).



Skoro najszumniej zapowiadane i najbardziej oczekiwane trzecie tomy nie wypaliły, to nic dziwnego, że obawiałam się o losy książki Michelle Hodkin. Dwa poprzednie tomy o Marze Dyer spodobały mi się ze względu na pełną niepokoju atmosferę, dużo niedopowiedzeń i pomysłowe poprowadzenie poszczególnych wątków. Cliffhanger zawarty w ,,The Evolution of Mara Dyer” oraz kilkukrotnie przesuwana data premiery tylko zaostrzały apetyt. 


Mara Dyer chce wierzyć, że coś więcej kryje się pod kłamstwami, które jej opowiedziano.
Ma rację. 

Nie przestaje myśleć o tym, dokąd zaprowadzi ją poszukiwanie prawdy.
Powinna przestać. 

Nigdy nie musiała sobie wyobrażać, jak wiele można zrobić w imię zemsty.
Teraz będzie musiała. 

Sprzymierzeńcy zostają zdradzeni, wina splata się z niewinnością, przeznaczenie i szansa zderzają się w szokującym finale historii Mary Dyer. 

Nadszedł czas zemsty.

opis: wyd.Simon & Schuster Books for Young Readers, 
tłumaczenie: własne.

Nie wiem, jak mam ocenić ten finał. Powiem tak: osoby, które lubią szczęśliwe zakończenia w romansach, będą usatysfakcjonowane. Cała reszta może zgrzytnąć zębami kilka razy. Tak, nie jestem zachwycona. Zakończenie nie robi wrażenia i nie spełnia oczekiwań. ,,The Retribution of Mara Dyer” jest jak samochód, któremu kończy się paliwo. Albo pada akumulator, co kto woli. Startujemy od zera do samobójczej prędkości w mgnieniu oka, a potem nagle tracimy prędkość, aż ledwie doczołgujemy się do mety. Właściwie to nie, nawet do niej nie docieramy. 



Ten tom jest strasznie nierówny, część rozdziałów pozostawiała mnie z wielkim WOW w myślach, a reszta wręcz usypiała i zastanawiałam się tylko ,,kiedy coś się wydarzy?”. Hodkin rozcieńczyła grozę w nudzie i choć miała pomysł na finał, to zdecydowanie zawiodło wykonanie. Zakończenie powinno przynieść odpowiedzi do wszystkich pytań, które pojawiły się przy okazji lektury poprzednich tomów. Rzeczywiście, intryga została rozwiązana, Hodkin całkiem nieźle poradziła sobie z wyjaśnieniem głównego wątku, ale zaniedbała całą resztę. Zupełnie zignorowała skutki odkrycia dokonanego przez Marę, jakby nie interesowało ją, co dalej stanie się z bohaterami. Nie wskazała kierunku opowieści, która teraz będzie toczyć się poza książką. Można odnieść wrażenie, że wyszła ona z założenia ,,okej, zrobiłam swoje, dostaliście odpowiedź, to już koniec mojej pracy”. Nieważne jak, nieważne co, byle było. Ja zaś zostałam z nieustępliwą myślą ,,Ale jak to? Przecież ich działania będą miały swoje konsekwencje! To nielogiczne, by poświęcać tyle stron na zamknięcie wątku romantycznego, a zignorować skutki śledztwa i morderstw!”. Czyżby autorka obawiała się, że pokona ją logika własnej historii i postanowiła odpuścić, zanim będzie za późno? W efekcie stworzyła wir, w którym odpowiedź rodzi nowe pytanie, jednocześnie tracąc sens z każdą kolejną próbą odpowiedzi. W pewnym momencie ten domek z kart mógłby się rozsypać, a nawet obrócić w proch.



Jednak sama powieść ma kilka nieziemsko dobrych elementów. Autorka po raz kolejny przesunęła granicę wytrzymałości bohaterów, dalej postępując w zgodzie ze swoją dewizą – po pierwsze: szkodzić. W trakcie całej powieści trup pada często i gęsto. Ten tom potwierdza to, co już wiemy: Young Adult przesuwa granicę przemocy i nie boi się na naszych oczach poderżnąć kilka gardeł. Mnie ta upiorność przypadła do gustu, bo to właśnie ona od początku odróżniała historię Mary od innych młodzieżówek. Gdyby nie ta brutalność, to usnęłabym kompletnie. Jeśli chodzi o pannę Dyer, to stała się ona swoim własnym aniołem zemsty, a jej kreacja jest dość nietypowa. Young Adult rzadko sięga po tak mroczne i zaburzone bohaterki, które w swoim postępowaniu potrafią być gorsze od Carrie. Zwariowana i psychopatyczna Mara to kolejny etap w metamorfozie Dyer – metamorfozie bardzo udanej, dodajmy. Tutaj zupełnie nie pasowałaby delikatna i szlachetna bohaterka, która ze skruchą podchodzi do swoich błędów i jest wzorem wszelkich cnót. Mara stanowi personifikację najgorszych pragnień, gdy w czyimś umyśle rodzi się życzenie cudzej śmierci i chęć surowego ukarania przewinień. Oko za oko, ząb za ząb, czyli witajcie w kodeksie Dyer. Upiorna rewelacja. 



Jako fanka dwóch poprzednich tomów, naprawdę chciałabym pisać o ,,The Retribution of Mara Dyer” w samych superlatywach, ale żadne ilości dobrej wiary nie uratują niedociągnięć, jakie popełniła pani Hodkin. Finał historii Mary jest co najwyżej przeciętny, choć posiada nieprzeciętnie fragmenty. Po raz kolejny potencjał został może nie zamordowany, ale skutecznie uciszony. Daleka jestem od stwierdzenia, że to zła książka - bo ona naprawdę nie jest zła. Jest niedopracowana. Choć autorka miała czas, to i tak niewystarczająco przemyślała szczegóły, które nadają całokształtowi smaku. Całą trylogię oceniam bardzo pozytywnie i mimo wszystko uważam, że warto było sięgnąć po ten tom. Michelle Hodkin pomysłowo połączyła ze sobą wydarzenia rozgrywające się na przestrzeni trzech powieści, a że pokonały ją pomniejsze wątki… Na to spuśćmy zasłonę milczenia. 

________
źródło:
http://michellehodkin.tumblr.com/post/48064674922/boringmundanes-my-name-is-not-mara-dyer-my
http://maradyerdaily.tumblr.com/post/101757501289/the-retribution-of-mara-dyer-has-arrived
http://maradyerdaily.tumblr.com/post/102216745559/maralovesnoahtoruins-you-shouldve-seen-the-way

9 lis 2014

,,Sabriel" - Garth Nix [przedpremierowo/wznowienie]


Tytuł: Sabriel
Autor: Garth Nix
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: [zapowiedź] 20.11.2014
Cena: 34,90 zł



~~***~~
  
Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Literackie




,,Sabriel” jest jedną z tych powieści, którą powinnam umieścić na prywatnej liście o niewiele mówiącym tytule ,,w końcu!”. Dlaczego? Otóż książka ta miała swoją premierę w… 1995 roku, czyli mamy już do czynienia z prawie dwudziestoletnią weteranką literatury dziecięcej i młodzieżowej, pochodzącą sprzed epoki Pottera. W Polsce powieść pojawiła się dziesięć lat temu i moje zainteresowanie nią nie pokryło się z refleksem, bo gdy zaczęłam rozglądać się za własnym egzemplarzem - ,,Sabriel” była już niedostępna. Do czasu… Komu więc zawdzięczamy wznowienie serii o Starym Królestwie? Clariel, czyli bohaterce czwartego tomu, który w październiku tego roku miał swoją światową premierę. Garth Nix powrócił do świata magii, a w oczekiwaniu na polską premierę ,,Clariel”, Wydawnictwo Literackie zdecydowało się na przypomnienie czytelnikom poprzednich tomów. 

Niezwykła opowieść o magii i miłości. Pierwszy tom kultowej dziś trylogii fantasy pióra australijskiego mistrza gatunku, Gartha Niksa, nagrodzony prestiżowym wyróżnieniem Aurealis Awards 2001 Best Fantasy!

Sabriel jest córką legendarnego Abhorsena – wielkiego maga i nekromanty. Do pewnego momentu prowadzi spokojne życie nastolatki, uczennicy szkoły dla dobrze urodzonych panien. Wie już jednak, że nie ucieknie od przeznaczenia. Musi odnaleźć ojca, któremu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, a jednocześnie przejąć jego obowiązki i pomagać zaklętym duszom zmarłych znaleźć się w Krainie Śmierci, by nie zagrażali żyjącym. Pomagają jej w tym gadający kot Mogget i strażnik królewski Touchstone. Wszyscy razem udają się w niebezpieczną podróż na krańce Starego Królestwa.

Wartka fabuła, niespodziewane zwroty akcji i odpowiednio dozowane elementy sensacji.

Bohaterowie książki powrócą w tomach Lirael i Abhorsen. W kwietniu 2015 roku ukaże się prequel trylogii o Starym Królestwie pt. Clariel.

Wielkie osiągnięcie, literatura fantasy, którą czyta się jak rzecz realistyczną. Gratuluję autorowi.
Philip Pullman

Szybka, dramatyczna akcja, barwne opisy, napięcie i humor... Czego można chcieć więcej?
”The Guardian”
Opis: wyd. Literackie 

,,Sabriel” można nazwać babcią wielu obecnych na rynku powieści młodzieżowych. Formuła wyprawy, znana z klasyków fantastyki, nadal jest przerabiana przez Young Adult na wszystkie możliwe sposoby. Bohaterka ruszająca w podróż, by ocalić członka rodziny; magia uprawiania za pomocą tajemniczych znaków (run); romans z napotkanym po drodze młodzieńcem; zwrot akcji związany z tożsamością wybranka; finałowa potyczka z czarnym charakterem – osoba niezorientowana w temacie powstania powieści może jej zarzucić wtórność. Trudno jednak mówić tutaj o tej cesze, bo to przecież inni autorzy czerpali od Niksa, nie odwrotnie.

Z drugiej strony ,,Sabriel” posiada wiele elementów, które mimo upływu dziewiętnastu lat, nadal są interesujące i oryginalne. Nix zamienił życie i śmierć w krainy, które zamieszkiwane są przez różne stworzenia i dzięki magii stworzył ich hierarchię. Jeśli chodzi o nie tak do końca zmarłych ani żyjących, to pojawiają się twory, które można zaliczyć m.in. do duchów, demonów czy napędzanych magią zombie i szkieletów. Wśród ludzi możemy spotkać przeciętnych obywateli, jak i tych, którzy parają się Wolną Magią albo Magią Kodeksu. Sam świat przedstawiony to zderzenie typowego, fantastycznego królestwa i państwa przypominającego Anglię z początku dwudziestego wieku, co w bardzo ciekawy sposób miesza się na granicy dzielącego ich Muru. Równie niepowtarzalne są sposoby uprawiania magii, do których można zaliczyć nie tylko znaki, ale i dźwięki, stanowiące potężny oręż w walce ze zmarłymi. Odpowiednio intonowane formuły, gwizdy czy używanie różnobrzmiących dzwonków to główne atrybuty Abhorsena, czyli potężnego nekromanty.

Na początku, przyznaję, miałam małą trudność, by przyswoić sobie mitologię Starego Królestwa. Rodzaje magii, rodzaje dzwonków, rodzaje zmarłych, ilość bram w zaświatach, mapa królestwa… Czytelnik, tak samo jak Sabriel, musi szybko odnaleźć się w magicznym świecie rozszarpywanym przez zmarłych. Jej podróż zapełnia białe plamy, ale jednocześnie budzi uczucie niedosytu, które, mam nadzieję, zniknie po lekturze drugiego, trzeciego i czwartego tomu. Rozumiem, że Nix nie mógł od razu przedstawić w pierwszej książce wszystkiego, co wie na temat Starego Królestwa, bo wtedy zapanowałby chaos totalny i zero akcji.

Jest element, który Niksowi zupełnie nie wyszedł. Mówię tutaj o wątku romantycznym. Z jednej strony wpasował się on w zamysł powieści, jednak z drugiej strony zawiodło jego wykonanie. Między bohaterami w ogóle nie czuć chemii, a ich uczucia względem siebie zamykają się w wyznaniach. Nie zaszkodziłoby, gdyby Nix zszedł na chwilę z głównej ścieżki, którą obrał i dopracował tę romantyczną relację. Myślę, że nawet kilka dodatkowych, dobrze wykreowanych scen, miałoby zbawienny wpływ na romans Sabriel i jej wybranka. Oceniłabym ,,Sabriel” jeszcze wyżej, gdyby autor rozwinął większą ilość wątków. Za bardzo skupił się on na podróży głównej bohaterki przez co uczestniczymy jedynie w wyprawie i poznajemy tylko historie, które są z nią związane. Daję Niksowi kredyt zaufania i liczę na to, że w następnych tomach dopracowanie wielowątkowości dorówna pozostałym elementom książki.

Za to mroczny klimat… O tak, tego w powieści nie brakuje. Nix wykreował specyficzną, pełną mroku atmosferę. To dobrze współgra z czyhającym w
Starym Królestwie niebezpieczeństwie i hordą zmarłych. Magia często ma swoją okrutną cenę, a igranie ze śmiercią przynosi na świat zgniliznę, co pisarz ,,uwięził” w wielu wymownych scenach. 

Czy ,,Sabriel” wytrzymała próbę czasu? Może przez swój wiek już nie oszałamia jakością, ale za to posiada atmosferę, która bije na głowę wiele innych powieści fantasy dla młodzieży. Poza tym posiada mądrą, silną bohaterkę, która bierze sprawy w swoje ręce i by pokonać zło, nie boi się wkroczyć tam, skąd inni uciekają. Sabriel jest miłą odmianą od wielu młodszych od niej bohaterek, których największym problemem jest trójkąt miłosny i znalezienie rycerzyka, który zrobi wszystko za nie. Garth Nix stworzył powieść z bogatym światem przedstawionym, rozbudowanym systemem magicznym, cudownie mroczną atmosferą i… kilkoma wadami. One jednak nie przeszkodziły mi w czerpaniu przyjemności z lektury, za to jestem bardzo ciekawa, na co natknę się w drugim tomie, zatytułowanym ,,Lirael”.

3 lis 2014

,,Four Seconds to Lose" - K.A. Tucker

*Powieść przeznaczona jest dla czytelników dorosłych, tak samo, jak jej recenzja. Reklamacji za rzeczy zobaczone i przeczytane nie przyjmuje się :)). *
 

Tytuł: Four Seconds to Lose
Autor: K.A. Tucker
Wydawnictwo, rok wydania: Atria Books, 2013
Ilość stron: 345

Polskie wydanie
Serię wydaje Wydawnictwo Filia. Chwilowo brak daty premiery.



~~***~~


Istnieje mądre porzekadło, które przestrzega przed ocenianiem książki po okładce. Wszyscy o tym wiemy, ale i tak często dajemy się złapać pięknej, barwnej oprawie i liczymy na to, że wnętrze będzie równie niezwykłe. Niestety, czasem bywa tak, że okładka jest jedyną barwną rzeczą w książce (*ekhem* ,,Rywalki” pani Cass *ekhem*). Z drugiej strony istnieją okładki, które w żaden sposób nie przygotowują czytelnika na to, co znajdzie w środku.

,,Four Seconds to Lose” jest jednym z takich przypadków.

Przyznajcie, czy patrząc na utrzymane w stonowanych kolorach zdjęcie stojącej tyłem pary, spodziewacie się, że w ich historii zastaniecie:

To…
 
 

Sporo tego…

 
 
 

I jeszcze trochę tego… 

 

W sumie nawet oficjalny opis powieści nie przygotował mnie na taką eksplozję erotyki i niebezpieczeństwa. Nie powiem, to było dość ciekawe przeżycie. 

Gdy niezwykła i młoda tancerka pojawia się na progu klubu nocnego, jego właściciel musi podjąć decyzję, czy pozostanie wiernym swoim zasadom, czy jednak posłucha głosu serca.

Posiadanie klubu ze striptizem ma niewiele wspólnego z wyobrażeniami na ten temat. Z powodu długich godzin pracy, personelu, który mógłby zapełnić oddział psychiatryczny i regularnych wizyt policji, dwudziestodziewięcioletni Cain zaczyna wątpić w misję ratowania kobiet, które zatrudnia. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy na scenie pojawia się brązowooka Charlie Rourke. Cain ściśle przestrzega zakazu sypiania z personelem, jednak przebywanie w towarzystwie Charlie poddaje jego samokontrolę trudnemu testowi... Już od dawna żadna kobieta tak na niego nie działała.

Dwudziestodwuletnia Charlie Rourke naprawdę szybko musi zdobyć dużą sumę pieniędzy. A potem zniknąć, zanim będzie za późno. Krępuje ją zdejmowanie ubrań przed obcymi mężczyznami, ale powtarza sobie, że przynajmniej dobrze wykorzystuje swoje zdolności aktorskie i taneczne. Mimo, że inne tancerki robią wszystko, by usidlić ich seksownego, wyrafinowanego i naprawdę troskliwego szefa, to Charlie nie jest tym zainteresowana. Przecież Charlie Rourke tak naprawdę nie istnieje - a dziewczyna, która udaje, że nią jest, nie może rozpraszać się romansem.

Niestety, wkrótce Charlie odkrywa, że obdarzenie Caina uczuciami jest nieuniknione - i że może być to nieszczęśliwa miłość. Rozstanie z nim, gdy odkryje, w co Charlie jest zaangażowana, może być o wiele bardziej bolesne niż wyrok, który na nią czeka.
opis: wyd. Atria, tłumaczenie: własne.

Przyznam, że w tym tomie nie odnalazłam się tak dobrze i nie zżyłam z bohaterami tak mocno, jak miało to miejsce w ,,Dziesięciu płytkich oddechach” i ,,Jednym małym kłamstwie”. Cóż, w sumie mnie to nie dziwi, bo jak niby mam identyfikować się ze striptizerką mającą ,,dodatkową” pracę czy byłym uczestnikiem walk ulicznych, który prowadzi klub nocny? Obserwuję ich na dystans, bo żyją oni w obcym dla mnie świecie. Tucker wyrwała mnie z rzeczywistości dwóch poprzednich tomów i rzuciła w całkiem nowe środowisko – lubię nowości, lubię być zaskakiwana przez autorów, ale w tym wypadku niezbyt jestem zadowolona z tej niespodzianki. Po lekturze recenzowanej powieści oraz takich tytułów jak ,,Sempre” J.M. Darhower, ,,Sins & Needles” Kariny Halle i ,,Killing Sarai” J.A. Redmerski, wiem już, że kryminalny półświatek nie stanie się moim ulubionym zakątkiem.

New Adult czasem flirtuje z sensacją czy kryminałem, powieść K.A. Tucker nie jest tutaj wyjątkiem. Można zetknąć się z tym w seriach ,,In the Company of Killers” J.A. Redmerski, ,,Forever” J.M. Darhower czy ,,The Artists Trilogy” Kariny Halle. Przejmują one motywy i schematy znane z New Adult i przedstawiają je, w nazwijmy to ,,skrajnych warunkach”. Mafijne porachunki, uprowadzenia, narkotyki, morderstwa i podwójne tożsamości może nie są chlebem powszednim tej kategorii, ale coraz śmielej ubarwiają wątki miłosne. Po wyeksploatowaniu motywu studenckiego, demony przeszłości stały się jeszcze bardziej demoniczne.

Jeśli chodzi o erotykę to… ,,Four Seconds to Lose” jest nią wypełnione po brzegi. Wszechobecna nagość, skrupulatnie opisane zmysłowe tańce, seks, fantazje przeplatające się z myślami bohaterów stanowią nieodłączne elementy niemal każdego rozdziału. Relacja Charlie i Caina w dużej mierze opiera się na cielesności – życie na krawędzi odbija się na targających nimi emocjami, co skutecznie podgrzewa atmosferę. 

Ponarzekałam, ponarzekałam, ale to wcale nie jest tak, że powieść mi się nie podobała. Co prawda świat przedstawiony to nie moja bajka, mówiąc potocznie, jednak nie można odmówić powieści tego, że wciąga. Z zainteresowaniem śledziłam perypetie bohaterów, które, nie ma co ukrywać, podnoszą ciśnienie. Wymieszanie skrajnych emocji i niebezpieczeństwa stworzyło powieść, która pozwala oderwać się od szarej codzienności. 

Za sprawą Charlie i Caina znów zetknęłam się z bohaterami zranionymi w przeszłości, którzy walczą o swoją burzliwą miłość, jednak teraz towarzyszą im zupełnie inne dekoracje - dla niektórych czytelników może być to powiew świeżości. Zaintrygowała mnie postać Caina, który pozornie ma wszystkie przywary czarnego charakteru, a jednak potrafi obrócić to w coś dobrego. W tej odsłonie serii również spotykamy Kacey, Travisa, Livie i Storm, ale nie dowiadujemy się o nich niczego nowego. To zaledwie migawki, uświadamiające nam, że te historie są ze sobą splecione.

K.A. Tucker jak zwykle nie zawodzi: stworzona przez nią historia wciąga i zapewnia godziny rozrywki. ,,Four Seconds to Lose” to najdoroślejsza i najbardziej bezpruderyjna do tej pory odsłona serii. K.A. Tucker wprowadziła miłość do świata narkotyków i klubów nocnych. Charlie i Cain to para, którą można by umieścić w filmie sensacyjnym, bo ich burzliwa historia zapewnia podobną dawkę wrażeń. Pożegnajcie się z grzecznymi opowieściami o studenckich pierwszych romansach – teraz przyszedł czas na bohaterów, których przeszłość jest jednym wielki demonem.