30 wrz 2014

,,Endgame. Wezwanie" - James Frey, Nils Johnson-Shelton [przedpremierowo]


Tytuł: Endgame. Wezwanie
Autor: James Frey, Nils Johnson-Shelton
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: [zapowiedź] 7 października 2014
Ilość stron: 384
Cena: 36,90 zł
Strona książki: http://endgamepolska.pl/


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Sine Qua Non.
 Oficjalna recenzja dla portalu LubimyCzytać.pl

http://lubimyczytac.pl/


Zaraz wszyscy zginiemy!
Dobra, może nie wszyscy i nie zaraz, ale koniec świata i tak się zbliża.
Czyli zginie większość z nas…
A wszystko przez Endgame.
 
 Książka? Nie, to przyszłość rozrywki!
Projekt Endgame to multimedialne doświadczenie, w którym rzeczywistość przeplata się z fikcją.
Trzy powieści, jedna gra dla miliardów graczy.
No i 3 000 000 $ nagrody!

Przyszłość nie została jeszcze określona.
Dopiero Endgame ją zweryfikuje.

W Ziemię uderza seria meteorytów. Tylko garstka jest świadoma tego, co to oznacza…

W ich żyłach płynie krew starożytnych cywilizacji.
W ich umysłach odzywa się głośne wezwanie.
W ich rękach znajduje się los świata.

Nie mają nadprzyrodzonych zdolności. Nie potrafią latać, nie posługują się magią.
Od dziecka szkolono ich, by stali się zabójcami idealnymi.

Nadszedł czas.
Usłyszeli wezwanie.
Rozpoczyna się Endgame!

Czytaj książkę. Odszukuj wskazówki. Rozwiązuj łamigłówki.
Zwycięzca może być tylko jeden!
opis: wyd. Sine Qua Non

Koniec świata to temat, który twórcy wprost ubóstwiają. Jeśli biedna Ziemia nie jest akurat nękana przez katastrofy naturalne, to atakują ją kosmici – od zielonych ludzików począwszy, na robotach skończywszy. Często też winą za koniec obarcza się całą ludzkość, a narzędziem zbrodni jest wojna, nadmierna eksploatacja surowców naturalnych czy eksperymenty medyczne. Trujący deszcz pada nam na głowy, zombie gonią nas po ulicach, zaraza nieubłaganie nas dziesiątkuje, upał i mróz stają się tak samo zabójcze, superinteligentne roboty zwracają się przeciwko swoim twórcom… Krótko mówiąc: wyobraźnia nie śpi, a autorzy wciąż dokładają do puli kolejne scenariusze. Autorzy James Frey i Nils Johnson-Shelton zdecydowali się podnieść poprzeczkę i wszczepić fikcyjny scenariusz końca świata do naszej rzeczywistości, a to wszystko za sprawą powieści „Endgame. Wezwanie”, stanowiącej pierwszy tom trylogii.

W Biblii istnieje pojęcie Sądu Ostatecznego, z kolei w książce „Endgame. Wezwanie” pojawia się coś, co możemy nazwać Grą Ostateczną. U zarania dziejów na Ziemi pojawili się kosmici. Stworzyli oni ludzkość i nauczyli ją umiejętności niezbędnych do życia, po czym odeszli. Dwunastu pierwotnym plemionom pozostawili zaś misję: przez kolejne wieki mają oni trenować Graczy, nastolatków, którzy muszą być zawsze gotowi do wzięcia udziału w Endgame – grze, która przesądzi o dalszych losach świata. Dwunastu żyjących obecnie spadkobierców starożytnych plemion otrzymuje wezwanie do gry. Na Graczy czeka szereg skomplikowanych zagadek, których rozwiązanie doprowadzi ich do trzech kluczy, ukrytych gdzieś na Ziemi. Ten, kto rozwiąże zagadkę i wygra grę, ocali nie tylko swoje życie, ale także każdego, kto należy do jego plemienia. Zasada jest tylko jedna: musi umrzeć każdy Gracz oprócz zwycięzcy.

Jeśli oglądaliście przynajmniej jeden wysokobudżetowy film akcji, to wiecie, jakiego klimatu możecie spodziewać się po „Endgame. Wezwanie”. James Frey i Nils Johnson-Shelton postawili na rozmach zarówno w naszym, jaki i książkowym, świecie. „Endgame” to multimedialny projekt, do którego oprócz powieści będzie zaliczać się film, interaktywna gra oraz – podobno – serial i reality show. Na czytelnika, który jako pierwszy rozwiąże powieściową zagadkę, czeka nagroda: 500 000 dolarów w złocie. Trzeba przyznać, że ten projekt budzi podziw. Jeśli zaś chodzi o rozmach w książce, to również dotyka on wielu płaszczyzn: kolejne wydarzenia gnają na łeb, na szyję, tempo nie zwalnia ani na chwilę, bohaterowie gnają z kraju do kraju i posługują się wymyślną bronią, a liczbą katastrof można by spokojnie obdzielić kilka innych serii.

Niezmiernie zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, że w kilku artykułach „Endgame. Wezwanie” określono mianem „young adult”. Owszem, bohaterowie są w wieku od lat trzynastu do dziewiętnastu, ale to zupełnie nie jest YA – chyba że obecnie dużą ilość przemocy, trupy padające już od pierwszej strony i dość obrazowe rany zadawane przeciwnikom traktujemy jako nieodłączne elementy powieści dla młodszych nastolatków. Nie sugerujcie się więc odgórnie narzuconą kategorią oraz wiekiem bohaterów, bo ta powieść jest bardziej brutalna, krwawa i obrazowa, jeśli chodzi o przemoc, niż na przykład „Igrzyska śmierci”.

Wspomniałam, że trupy padają już od pierwszej strony i to wcale nie jest metafora. Autorzy dosłownie wzięli sobie do serca Hitchcockowską dewizę: Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć, przekładając ją na język powieści. Początek to istna czystka wśród ziemskiej populacji. Potem rozpoczyna się wyścig z czasem, wypełniony rozwiązywaniem zagadek, tropieniem i pojedynkami. A w tym wszystkim… trochę trudno zauważyć bohaterów. Wzorem wspominanych wyżej filmów, duet Frey & Johnson-Shelton skupił się na akcji, a z postaci uczynił pionki, które przesuwają się na globalnej planszy. Nie ma zbyt wiele czasu na refleksję i pogłębianie psychiki bohaterów, w większości obserwujemy tylko ich działania. Z drugiej jednak strony nie można odmówić autorom próby nadania postaciom charakterystycznych cech, które pozwalają na ich odróżnienie. Wśród nich mamy między innymi: niepełnosprawnego geniusza komputerowego, małoletniego sadystę, niemą dziewczynę, amerykańską nastolatkę, którą można określić mianem „cudownego dziecka”, czy młodziutką matkę i żonę. Łączy ich jedno: są wysoce wykwalifikowanymi zabójcami, którzy mają śladowe ilości krwi w adrenalinie. Naprawdę łatwo zapomnieć, że mamy do czynienia z tak młodymi osobami. Mam nadzieję, że w następnych tomach, gdy konkurencja z oczywistych względów się wykruszy, będziemy mogli przyjrzeć się bohaterom jeszcze bliżej, bo kilkoro z nich ma w sobie naprawdę interesującą iskrę.

Autorzy nie oszczędzają Graczy, co rusz rzucając im kłody pod nogi. Postrzały, urwane kończyny, odcięte palce, zmiażdżone czaszki, przerwane rdzenie kręgowe, rany kłute i cięte – istne kompendium sposobów na torturowanie i uszkodzenie ciała. Wplecione w rozdziały informacje na temat treningu przyszłego Gracza sprawiają, że włosy się jeżą na głowie. Poddawane przerażającym testom dzieci stają się maszynami do zabijania, odpornymi na nawet najsilniejszy ból i prawie pozbawionymi sumienia. Przygotowania praktycznie polegają na praniu mózgu i wychowywaniu psychopatów. Bohaterowie udowadniają, że w grze o tak wysoką stawkę, wszystkie chwyty są dozwolone.

„Endgame. Wezwanie” w swej formie może trafić do osób, które zazwyczaj stronią od czytania. Dlaczego? Cóż, ja nazwałabym „Endgame. Wezwanie” papierowym filmem akcji – wciąga, dużo się dzieje i nie ma miejsca na nudę. Jego „efekciarskość” (nie bójmy się użyć tego słowa) może być plusem dla jednych czytelników i minusem dla drugich. Zawrotna liczba następujących po sobie dość niewiarygodnych wydarzeń zapewnia rozrywkę, jeśli tylko przymkniemy oko na ubytki w realizmie. Bohaterowie przeżywają rozmaite wypadki i katastrofy, nawet takie, które w rzeczywistości rozniosłyby człowieka na strzępy. Oni tylko otrzepują się z kurzu i idą dalej. W końcu prawdziwi twardziele odchodzą w stronę zachodzącego słońca, nie patrząc na eksplozje za swoimi plecami, a w „Endgame. Wezwanie” występują podrasowani twardziele, przy których Katniss Everdeen i pozostali trybuci to grzeczne dzieciaki w odprasowanych mundurkach. Celowo odwołuję się do „Igrzysk śmierci”, bo wielu zagranicznych czytelników na podstawie opisu zakwalifikowała „Endgame. Wezwanie” jako kolejną kopię „Igrzysk śmierci”, pojawiało się również słowo „plagiat”. Szczerze mówiąc, sama się tego obawiałam. Teraz, po lekturze obydwu powieści, muszę przyznać, że z oskarżeniami o plagiat nie warto się spieszyć. „Endgame. Wezwanie” i „Igrzyska śmierci” wywodzą się od tego samego źródła: krwawych igrzysk, choć ubrano ten motyw w zupełnie inną rzeczywistość.

„Endgame. Wezwanie” to pomieszanie akcji i science fiction, książka, która na dobrą sprawę jest gotowym scenariuszem widowiskowego filmu. Rozwiązywanie kolejnych zagadek, pościgi i efektowne sceny walk rozgrywające się w najsłynniejszych, starożytnych budowlach składają się na powieść, która zapewni czytelnikom kilka godzin wysokooktanowej rozrywki.

18 wrz 2014

,,Magisterium: The Iron Trial" - Cassandra Clare, Holly Black

Wróciłam. Co prawda tylko na chwilę, ale jestem. Niedługo wszystko wróci do normy, a wraz z normą – wielki stos, który zbieram i układam. Będzie co czytać i będzie o czym pisać wraz z nastaniem jesieni :). Obiecuję nadrobić wasze wpisy i komentarze.
Tymczasem zostawiam was z recenzją ,,Magisterium: The Iron Trial” pióra duetu Cassandra Clare i Holly Black.


Tytuł: Magisterium. The Iron Trial
Autor: Cassandra Clare, Holly Black
Wydawnictwo, rok wydania: Doubleday, 2014
Ilość stron: 321

Polskie wydanie
\- jak na razie brak informacji -\


~~***~~


Myślisz, że znasz magię? To pomyśl jeszcze raz.
Większość ludzi zrobiłaby wszystko, aby dostać się do Magisterium i zdać próbę żelaza. 
Nie Callum Hunt. Call całe życie słyszał, że nigdy nie powinien zaufać magowi. Stara się więc ze wszystkich sił, by ponieść porażkę - jednak popełnianie błędów mu nie wychodzi.
Teraz musi dołączyć do Magisterium. Miejsce to jest zarówno niezwykłe i złowieszcze. Call zdaje sobie sprawę, że ma ono mroczne powiązania z jego przeszłością i prowadzi pokrętną ścieżką do jego przyszłości. 
Próba żelaza to zaledwie początek. Największy test Calluma ma dopiero nadejść...
opis: wyd. Doubleday, tłumaczenie: własne

,,The Iron Trial" to pierwszy tom pięcioczęściowej serii autorstwa dwóch bestsellerowych pisarek: Holly Black i Cassandry Clare. Autorki w notce dołączonej do powieści pokrótce opisują, w jaki sposób doszło do stworzenia ,,Magisterium”. Wśród inspiracji wymieniają serię o Harrym Potterze. Nawet i bez tej informacji łatwo zauważyć, że wpływy twórczości J.K.Rowling są olbrzymie. Próbowałam podejść do ,,The Iron Trial” z otwartym umysłem, ale po każdym kolejnym rozdziale skojarzenia przychodziły same i szturmem wdzierały się na scenę. Oczywiście, pojawiają się też nowe rozwiązania, ale nie są one na tyle interesujące i dopracowane, by zdołały magicznie zamienić przeciętność w niezwykłość.

Powieściowych szkół jest mnóstwo i potrzeba wiele wysiłku, by stworzyć placówkę, która będzie błyszczeć na ich tle. Niestety, Magisterium przedstawione w pierwszym tomie nie powala na kolana. Z jednej strony faktem jest, że szkoła magii stworzona z sieci korytarzy i jaskiń ukrytych pod ziemią ma swój urok, jednak z drugiej: oprócz czterech ścian liczy się też to, co się w nich rozgrywa, czyli lekcje. Ta strona Magisterium jest zaniedbana, żeby nie powiedzieć uboga. Nie ma tutaj rozbudowanego planu lekcji ani systemu oceniania.  To może są podręczniki? Jakakolwiek historia magii i magiczne społeczeństwo? Konkretne daty, nazwy, miejsca? Nic z tych rzeczy. Panuje totalny chaos, a jedyną próbą okiełznania go są nazwy kolejnych etapów nauki (żelazo, miedź, brąz, srebro, złoto) oraz fakt, że każdy z magów bierze pod opiekę kilkoro uczniów. O tym, jak przebiegają lekcje młodych adeptów magii, dowiadujemy się z rozmów pomiędzy nimi. Sama tytułowa ,,próba żelaza” jest dość niejasna i niedopracowana, co jest sporą wadą, biorąc pod uwagę fakt, jak ważną rolę ona odgrywa. Jeśli chodzi o nauczycieli, to zlewają się oni w jeden bezimienny tłum. Ktoś jest wredny, ktoś wymagający, ktoś próbuje zgrywać tajemniczego mentora. Każdy z nich pojawia się tylko na moment i odgrywa tak nieznaczącą rolę, że po skończonej lekturze w żaden sposób nie jestem w stanie przypisać imienia do charakteru. Magisterium nie budzi tej myśli ,,o, chciałabym się tam uczyć! Ta szkoła jest fantastyczna!”. Nic z tych rzeczy. Odniosłam wrażenie, że Clare i Black stworzyły ją, bo młody mag po prostu gdzieś musiał się podziać, a magiczna szkoła to prosty sposób, by przyciągnąć czytelników. Przecież chyba każdy czeka na nowe objawienie z powieściowego świata czarów. I tak, świadomie nawiązuję tutaj do rzeczywistości wykreowanej przez Rowling – skoro Black i Clare zdecydowały się na napisanie książki podobnej do ,,Kamienia filozoficznego” i utrzymanej w podobnym duchu, powinny również postarać się o stworzenie wiarygodnej, bogatej w szczegóły rzeczywistości. Inaczej ich książka ginie pod nawałem porównań. Magisterium ,,jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie”. Ukryte w jaskiniach pod ziemią, otoczone przez las pełen dzikich, zainfekowanych złą magią zwierząt. I to właściwie… byłoby na tyle. To magowie nie mają własnego świata? Nic związanego z nimi nie dzieje się poza Magisterium? Cóż, podczas gdy autorzy ścigają się w stwarzaniu coraz to wymyślniejszych alternatywnych rzeczywistości i nowych światów, ten duet skupił się na pchaniu historii do przodu, nie rozglądając się na boki. Mapa pełna białych plam im nie przeszkadza, ale czytelnicy mogą mieć co do tego odmienne zdanie.

Świat nie zachwyca, a jak jest z fabułą? Osią ,,The Iron Trial” jest wojna magów oraz masakra, w której zginęła matka Calluma. Chłopiec, który jako jedyny przeżył rzeź, dorasta pod opieką ojca. Jedyną pamiątką przeżytej przez niego masakry jest niesprawna noga. Magowie walczą z Enemy of Death (przeciwnik śmierci, wróg śmierci), który skrywa twarz za maską i nosi czarną pelerynę. Mijają lata i Callum trafia do Magisterium, szkoły dla początkujących magów, gdzie spotyka Tamarę i Aarona, z którymi się zaprzyjaźnia. Niestety, nie wszyscy uczniowie pałają sympatią do Calluma, a surowi nauczyciele – magowie nie ułatwiają adaptacji w nowym miejscu… Tak rozpoczyna się magiczna przygoda w Magisterium.

,,The Iron Trial” jest niezbyt błyskotliwą powieścią, choć w szarzyźnie fabularnej kryje się kilka błyszczących kamieni. Spodobała mi się idea magii rozdzielonej na poszczególne żywioły plus dodatkowy: chaos. Splecenie alchemii z magią nie jest może rozwiązaniem w stu procentach oryginalnym, ale nadal jest wykorzystywane na tyle rzadko, że jego pojawienie się nie drażni. Związane z magią stworzenia również nie są odkrywczym elementem, ale w ciekawy sposób wpleciono je do szkolnego krajobrazu. Za plus uznaję również obrazki, które rozpoczynają każdy rozdział. To niewątpliwie wizualnie uatrakcyjnia lekturę powieści.

,,The Iron Trial” ma bardzo interesujące zakończenie, które na dobrą sprawę ratuje przeciętną całość i zachęca do sięgnięcia po drugi tom. Zastanawiam się, jak autorki rozwiną dalej historię Calluma i jego przyjaciół. Związany z nimi pewien wątek ma naprawdę duży potencjał, pozostaje tylko pytanie, czy zostanie on wykorzystany w następnych tomach. Jeśli tak, to jestem skłonna wrócić do Magisterium. Autorki pokazały tutaj iskrę i pomysłowość, i aż żałuję, że nie potrafiły rozciągnąć tego na całą powieść, nie tylko zakończenie.

Biorę pod uwagę fakt, że Magisterium to książka dla młodszego czytelnika. On może polubić Calluma, psotnego nastolatka, który próbuje odnaleźć się w świecie często groźnej magii. Prosta historia może dostarczyć rozrywki mniej doświadczonemu molowi książkowemu. Starsi czytelnicy, szczególnie ci, którzy znają przygody Harry’ego Pottera, raczej nie znajdą w Magisterium nic dla siebie. To jedna z tych książek, w której autorzy uznali, że młodszy czytelnik nie potrzebuje rozbudowanego świata, wielowymiarowych charakterów i ciekawie poprowadzonej akcji, wystarczy rzucić mu okrojone ochłapy czegoś, co było wcześniej popularne.

Bohaterowie niekoniecznie mają siłę przebicia. Polubiłam Calluma, ale jego przyjaciół – Aarona i Tamarę – nie ma za co lubić. Nie to, że są antypatyczni, po prostu nie mają żadnych charakterystycznych cech, które by czyniły z nich indywidualności. Ot, tylko śledziłam ich perypetie na stronach powieści, ale nic poza tym. Nie zżyłam się z nimi i szczerze mówiąc niewiele mogę o nich powiedzieć. Brakuje im zainteresowań, nawyków, charakterystycznych cech.

Jeszcze za wcześnie, by wyrokować, czy Callum Hunt zostanie godnym następcą Harry’ego Pottera. Seria bazująca na podobnych elementach i skierowana do tej samej grupy wiekowej, musiałaby wykreować świat o wiele barwniejszy od tego, który stworzyła Rowling. A nawet usuwając na bok Harry’ego – seria musiałaby wykreować barwny świat. Po prostu. By rzeczywiście było w nim czuć magię. Jak na razie, nie ma w pierwszym tomie żadnego elementu, który pozwoliłby Magisterium przewyższyć Hogwart, tudzież zapaść w pamięć i powodować u czytelnika nagłą chęć przenosin do fikcyjnego świata. Nie znam twórczości Holly Black, ale za to druga z autorek, Cassandra Clare, nie jest mi obca i powiem szczerze: spodziewałam się po niej o wiele więcej.
 
,,Magisterium: The Iron Trial” to powieść zaledwie przeciętna, bez względu na to, czy porównuje się ją do Harry’ego Pottera, czy nie. Oprawa graficzna, znane nazwiska i przedpremierowy szum związany z powieścią zapowiadały papierową magię. Niestety, z obiecanej magii pozostała tylko tania wróżba z gazetowego ogłoszenia.

_________
źródło:
http://www.pinterest.com/pin/428404983277542945/
http://www.pinterest.com/pin/428404983277218598/
http://www.pinterest.com/pin/428404983277227249/
http://www.pinterest.com/pin/428404983277218617/
http://www.pinterest.com/pin/428404983277218613/

9 wrz 2014

,,The Opposite of Loneliness: Essays and Stories" - Marina Keegan


Tytuł: The Opposite of Loneliness: Essays and Stories
Autor: Marina Keegan
Wydawnictwo, rok wydania: Simon & Schuster, 2014
Ilość stron: 209


Polskie wydanie
/- brak informacji -/


~~***~~


Wypełniony nadzieją, wydany pośmiertnie zbiór autorstwa młodej i utalentowanej absolwentki Yale, której jeden z esejów przyciągnął uwagę całego świata w 2012 roku i zmienił ją w ikonę swojego pokolenia.
Gwiazda Mariny Keegan zaczynała błyszczeć, gdy dziewczyna z wyróżnieniem skończyła naukę w Yale w maju 2012 roku. Sztuka Mariny miała zostać wystawiona na New York International Fringe Festival, a w redakcji New Yorkera czekała na nią praca. Ku rozpaczy wszystkich, Marina zginęła w wypadku samochodowym, pięć dni po odebraniu dyplomu.
Gdy pogrążona w rozpaczy rodzina, przyjaciele i szkolni koledzy przygotowali nabożeństwo żałobne ku pamięci Mariny, jej ostatni esej napisany dla Yale Daily News ,,The Opposite of Loneliness”, rozprzestrzenił się w sieci, zyskując ponad 1.4 miliona odsłon. Marina poruszyła czułą strunę.  
Choć miała tylko dwadzieścia dwa lata, gdy umarła, Marina pozostawiła po sobie bogatą prozę, która uchwyciła nadzieję, niepewność i możliwości jej pokolenia. ,,The Opposite of Loneliness” jest zbiorem, który, tak jak ,,The Last Lecture”, wyraża uniwersalną walkę, którą stacza każdy z nas, gdy próbujemy odkryć, kim chcemy być i jak możemy wykorzystać nasze talenty, aby mieć wpływ na świat. 
Opis: wyd. Simon & Schuster, tłumaczenie: własne.
 
Na ,,The Opposite of Loneliness” składa się dziewięć esejów i dziewięć opowiadań, które rodzina i nauczyciele wyselekcjonowali z całej twórczości Mariny. Szkoda, że to ,,tylko" osiemnaście śladów, osiemnaście spojrzeń na talent, który dopiero zaczął rozkwitać. Przyznam, że jest coś uzależniającego w prozie Keegan. Jej pióro sprawia, że ,,The Opposite of Loneliness” czyta się naprawdę lekko i z zainteresowaniem. Poprzez opowiadania śledzimy rozmaite historie, które często rozpoczynają się od szczegółu i zataczają coraz szersze kręgi. Każde z nich ma inną atmosferę – od radości, poprzez zadumę i refleksję, do smutku, aż na grozie kończąc. Keegan pisze nie tylko o studentach, swoich rówieśnikach; poświęca również uwagę dojrzałym osobom, dawnym kochankom czy rodzicom adopcyjnym. Pisze o wspomnieniach, chorobie, dorastaniu, intymności, śmierci, skrajności. Interesujące jest jej spojrzenie na innych ludzi. Marina była przede wszystkim czujną obserwatorką i to widać w jej esejach i opowiadaniach. Skupiała się na uchwyceniu interakcji pomiędzy ludźmi oraz opisaniu różnorodnych środowisk, w którym się one rozgrywają. 

W jej opowiadaniach brakuje czasem przemyśleń i przeżyć wewnętrznych bohaterów, które równoważyłyby skrupulatny zapis obserwacji dotyczących otoczenia. Dla przykładu: mamy wgląd w związek, ale nie w refleksje poszczególnych partnerów. Owszem, postawienie się na stanowisku bystrego obserwatora ,,tu i teraz” w pokoju pełnym ludzi jest bardzo dobrym pomysłem, ale jednocześnie wymaga sporo pracy, by wcielić się w psychikę, której bezpośrednio nie widać. Podejrzewam, że gdyby było dane Keegan szlifować swoje prace, nadrobiłaby i ten psychologiczny element. Jednak odsuwając na bok podejrzenia i ,,gdybania”, to muszę uznać to za minus.

Niektóre eseje w ,,The Opposite of Loneliness” kryją w sobie podwójną wymowę. Ze słów Mariny bije nadzieja związana z przyszłością, potrzeba działania i pozostawienia swojego śladu na świecie. Uchwyciła swoją energię na papierze. Choć z jednej strony obawiała się ona końca studenckiego życia, to z drugiej z ufnością czekała na ten nowy etap. Bijąca ze stron żywiołowość zderza się jednak ze smutną rzeczywistością: Mariny nie ma już wśród nas. ,,Jesteśmy tacy młodzi. Tacy młodzi.  Mamy dwadzieścia dwa lata. Mamy tyle czasu. (…) Musimy pamiętać, że ciągle możemy zrobić wszystko. Możemy zmienić zdanie. Możemy zacząć od nowa (…) Przekonanie, że jest za późno, aby cokolwiek zrobić, jest komiczne.”* – to tylko jeden cytat, jedna z wielu wypowiedzi, w których Marina zwróciła się do swoich kolegów. Była idealistką, pasjonowała się życiem i sztuką – jej słowa mają moc i głębię, a tragiczna śmierć rzuca na nie nowe światło.

,,The Opposite of Loneliness” to takie szybkie zerknięcie w przyszłość, próba odpowiedzi na pytanie ,,co by było, gdyby…”: co by było, gdyby Marina Keegan miała więcej czasu? Co by było, gdyby mogła rozwijać swój talent pod skrzydłami New Yorkera? Podejrzewam, że dzięki ciężkiej pracy jej gwiazda mocno rozbłysłaby na literackim firmamencie. Marina w interesujący sposób pisała o swoich rówieśnikach, pokoleniu dwudziestolatków, o strachu i pułapkach dorosłości, ale i o nadziei oraz potrzebie, by za sprawą swojego talentu stać się częścią czegoś większego. Z jej spostrzeżeń mogłyby powstać niesamowite powieści i zbiory. Mogłyby, bo niestety nigdy się o tym nie przekonamy…

________
*cytat pochodzi z recenzowanej książki, str. 2 - 3, tłumaczenie własne.

5 wrz 2014

,,Eleanor & Park" - Rainbow Rowell

   
Tytuł: Eleanor & Park
Autor: Rainbow Rowell
Wydawnictwo, data wydania: St. Martin's Press, 2013
Ilość stron: 328

Polskie wydanie

Prawa do wydania powieści Fangirl oraz Eleanor & Park zakupiło wydawnictwo Otwarte 


~~***~~


Jeden fanart, drugi fanart, trzeci… Dziesiąty. Rudowłosa, krągła dziewczyna i czarnowłosy chłopak o azjatyckich rysach. Cytaty, mnóstwo cytatów. Zachwyty. I ich historia zamknięta w wielokrotnie nominowanym i nagradzanym debiucie. Oto ,,Eleanor&Park” autorstwa Rainbow Rowell.

Dwoje odmieńców.
Jedna niezwykła miłość.
Eleanor… Czerwone włosy, nieodpowiednie ubrania. Stoi za nim, dopóki on nie odwróci głowy. Leży obok niego, aż on się obudzi. Sprawia, że wszyscy inni wydają się być bezbarwni, płytcy i niewystarczająco dobrzy... Eleanor.
Park… Wie, że ona pokocha piosenkę, jeszcze zanim on ją zagra. Śmieje się z jej żartów, zanim ona w ogóle dotrze do puenty. Jest takie miejsce na jego klatce piersiowej, tuż pod gardłem, które sprawia, że ona chce dotrzymać wszystkie obietnice... Park.
Rozgrywająca się w trakcie jednego roku szkolnego historia dwojga nieszczęśliwych szesnastolatków – wystarczająco mądrych, by wiedzieć, że pierwsza miłość prawie nigdy nie trwa wiecznie, ale odważnych i wystarczająco zdesperowanych, by tego spróbować.
Opis: wyd. St. Martin's Press, tłumaczenie: własne.

,,Eleanor & Park” to nietypowa historia o pierwszej miłości. Rozgrywa się ona w 1986 roku, w mieście Omaha w Nebrasce. Tętniąc nastoletnimi uczuciami i nawiązaniami do ówczesnej popkultury, jest to opowieść o życiu, o którym można powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że jest ono idealne.
,,Eleanor & Park” to książka minimalnie słabsza od ,,Fangirl”. Owszem, jest dobra, a byłaby jeszcze lepsza, gdyby Rowell skupiła się na dopracowaniu niektórych elementów powieści. Jestem skłonna jej wybaczyć te potknięcia, bo i tak poradziła sobie świetnie jak na debiut. Najważniejszemu punktowi, czyli relacji, która połączyła głównych bohaterów, nie mam nic do zarzucenia. 

Wątek więzi łączącej Eleanor i Parka to jeden z najmocniejszych stron książki. Ich relacja rozwija się naturalnie. Nie ma miłości błyskawicznej ,,bo ona jest taka piękna/on taki przystojny”. Fantastycznie przedstawiono tutaj etapy pierwszej szkolnej miłości, która zaczyna się od nieśmiałego poznawania drugiej osoby i wspólnego dzielenia się coraz to dłuższymi chwilami. Miłość Eleanor i Parka ukryta jest na stronach komiksów, gra pomiędzy taśmami z punkrockową muzyką, skrada się pomiędzy szkolnymi ławkami i rozsiada wraz z nimi w szkolnym autobusie. Samotnicy kreują własny świat, wygłuszony od rzeczywistości, która wrzaskiem próbuje wedrzeć się do ich spokoju. Eleanor i Park stają się dla siebie nawzajem lekiem na odrzucenie. Sporo z ich wypowiedzi i przemyśleń to prawdziwe perełki. Rowell naprawdę pamięta, jak to jest być nastolatkiem, który zakochuje się po raz pierwszy. 
Postać Eleanor to kolejny plus powieści. Jej nietypowość zapada w pamięć, a charakter sprawia, że naprawdę można ją polubić. Tak samo jak Cath z ,,Fangirl”, jest nietuzinkową dziewczyną z sąsiedztwa. Burza ogniście rudych loków, blada cera, nadwaga i luźne męskie ciuchy czynią z niej, od strony fizycznej, niepowtarzalną bohaterkę. Wcześniej nikogo takiego w Young Adult nie było, bo dziewczyny w tej kategorii książek składają się na paradę wiotkich, słodkich i nieśmiałych, dodatkowo hiperatrakcyjnych. Z powodu okoliczności Eleanor jest zadziorna i twarda, ale ma wrażliwą i empatyczna stronę charakteru, co widać szczególnie w jej interakcjach z rodzeństwem i z Parkiem. Park jest w połowie Koreańczykiem, miłośnikiem komiksów, który odcina się od rówieśników zasłoną z punkrockowej muzyki. Ma znajomych, ale ciężko powiedzieć o nim, że jest duszą towarzystwa. To sympatyczny, ale nieco wycofany nastolatek. Przyznam, że nie zżyłam się z bohaterami tak mocno, jak z Cath i Levim z ,,Fangirl”. Jednak z drugiej strony – oni również są charakterystyczni.

Mam dylemat związany z przedstawieniem niektórych zagadnień. Zastanawiam się, czy autorka zrobiła to celowo, by czytelnik sam dopowiedział sobie niektóre elementy, czy może to zwykłe zaniedbanie. Myślę tutaj głównie o zachowaniu ojczyma Eleanor oraz o zachowaniu uczniów względem Eleanor. Łączy je pewien rodzaj agresji, w którą Rowell się nie zagłębiła. Autorka raczej sygnalizuje niektóre problemy, w odpowiednim momencie wrzucając przypomnienie w postaci pojedynczej sceny. Przykład? Szykanowanie i prześladowanie Eleanor zostaje sprowadzone do ubrań wrzuconych do sedesu. Na tej podstawie czytelnik sam musi stworzyć sobie pełen obraz szkolnych problemów dziewczyny. Tak samo jest z domową przemocą wobec Eleanor. Ze strzępków rozmów i wspomnień wiemy, że konflikt jest potężny, pojawiają się ze trzy symboliczne sceny… I to by było na tyle. To trochę mało, biorąc pod uwagę fakt, że z osobą Eleanor łączy się kilka trudnych zagadnień: przemoc w szkole, przemoc w domu, rozbita rodzina, bieda, ucieczka z domu... Tak wiele tematów poruszono – tak mało o nich napisano. Potraktowano epizody domowe jako zaledwie przerywniki w całej historii, są tam, bo coś musiało się dziać poza szkolnym romansem. Można odnieść wrażenie, że autorka stworzyła tło w postaci patologicznej rodziny Eleanor i kochającej, choć czasem surowej rodziny Parka tylko po to, by podkreślić, że ,,coś" ich dzieli. Wyszła z założenia, że im drastyczniejsza różnica, tym bardziej wzruszająca historia? Poza tym, po raz kolejny mamy obraz patologicznej rodziny i dorosłych, którzy nie reagują. Porażające jest to, jak często w Young Adult dorośli są portretowani jako słabi tchórze, którzy potrafią tylko rozkładać ręce.

Zakończenie jest nietypowe i sprawia, że czytelnik zaczyna zastanawiać się, co wydarzyło się później, jak potoczyła się dalej ta historia. W tym wypadku uważam to za zaletę, ponieważ powieść w ten sposób zaczepia się o myśli na dłużej.
Na bazie ,,Eleanor & Park” może powstać niezwykły film. Stawiam, że klimatem będzie przypominał on ,,The Perks of Being a Wallflower” a zobrazowane niedopowiedzenia będą miały głębszą wymowę. Niecierpliwie czekam na ekranizację; prawa zakupiło studio DreamWorks, które planuje rozpocząć prace nad filmem w 2015 roku.

Park i Eleanor zauroczyli się sobą, a czytelnik wraz z każdą stroną sam powoli zanurza się w zauroczeniu tą historią. Świat pary samotników przyjmie każdego, kto tak jak oni, szuka własnego skrawka rzeczywistości, który pozwoli poczuć się sobą.


________
źródła:
http://joeyhazellm.deviantart.com/art/Eleanor-and-Park-419849633
http://rkocenaholic23.wordpress.com/2013/06/17/review-eleanor-and-park-by-rainbow-rowell/
http://litwatchers.blogspot.ie/2013/11/resena-eleanor-park-de-rainbow-rowell.html
http://www.pinterest.com/pin/345721708866717435/
http://imaginarycircus.tumblr.com/post/52633995234/rainbowrowell-eleanor-park-by-rainbow
http://heyteenbookshey.tumblr.com/post/57756557553/siminiblocker-eleanor-and-park-hangin-out-i
http://www.cacholaliteraria.com.br/2014/03/resenha-eleanor-park-rainbow-rowell.html
http://www.lies.com/wp/2014/03/31/rainbowrowell-slureads-i-read-eleanor-park-by-rainbow/

1 wrz 2014

,,To all the boys I've loved before/Do wszystkich chłopców, których kochałam" - Jenny Han

Tytuł: To all the boys I've loved before
Autor: Jenny Han
Wydawnictwo, rok wydania: Simon + Schuster Inc., 2014
Ilość stron: 368


Polskie wydanie


Tytuł: Do wszystkich chłopców, których kochałam
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo OLE, 2014
Ilość stron: 368
Cena: 39,90 zł



~~***~~



Tym razem postawiłam na ,,leniwą lekturę". Ambicji powiedziałam nie, refleksji powiedziałam nie, problemom powiedziałam nie. Zapragnęłam lekkiej młodzieżówki, a co! Mój wybór padł na książkę To all the boys I've loved before, która w polskiej wersji nosi tytuł Do wszystkich chłopców, których kochałam. Liczyłam na lekką powieść młodzieżową, która będzie idealną wakacyjną lekturą. Chciałam się po prostu odprężyć i popłynąć z nurtem historii. Niestety, tym razem znudziłam się i utonęłam w nijakości.



 Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby wszyscy faceci, w których się kiedykolwiek kochałaś, dowiedzieli się o tym w tym samym czasie…
Lara Jean Song przechowuje swoje listy miłosne w pudełku na kapelusze, które dostała od mamy. Nie są to jednak wyznania miłosne jej adoratorów, ale listy, które sama napisała do obiektów swoich uczuć – jeden list do każdego chłopca, w którym była kiedyś zakochana. W sumie pięć. Pisząc je, Lara bez oporów przelewała wszystkie swoje uczucia na papier i zupełnie szczerze, bez żadnych zahamowań formułowała zdania, których nigdy nie ośmieliłaby się wypowiedzieć na głos, ponieważ listy te były przeznaczone wyłącznie dla jej oczu i nigdy nie miały dotrzeć do adresatów. Pewnego dnia okazuje się jednak, że jakimś cudownym sposobem zostały wysłane. Od tej chwili wszystko w życiu Lary staje na głowie i wymyka się spod kontroli.
opis: wyd. Olé

Powieść rozpoczęła się obiecująco – listy z sekretnymi wyznaniami, które nigdy nie miały trafić do adresatów… Zostały do nich wysłane przez tajemniczego ,,kogoś”. I co z tego wynikło? Nic. Liczyłam na to, że autorka ciekawiej wykorzysta pomysł romantycznych listów, a wyszło na to, że był to jedynie haczyk na zainteresowane czytelniczki. Z pięciu listów tylko dwa odegrały ważniejszą rolę. Pojawiło się za to trochę splecionych ze sobą schematów. Udawanie pary, by wzbudzić zazdrość? Jest. Zakochany chłopak z sąsiedztwa? Jest. Wredna szkolna rywalka? Jest. ,,Szalona” najlepsza przyjaciółka? Jest. Zakochanie się w byłym chłopaku swojej siostry? Jest. Książka zawiera w sobie wszystkie typowe elementy obyczajowej powieści młodzieżowej. Jenny Han w ogóle nie postarała się, by nadać im jakąkolwiek świeżość i uczynić z nich bazę do przyjemnej i ciekawej historii. Schematy mogą przemknąć niezauważone u młodszych czytelniczek, które dopiero zapoznają się z gatunkiem. One mogą bawić się całkiem nieźle w trakcie lektury. Starsi z kolei znudzą się, już na samym początku przewidując rozwój wydarzeń.

Powieść jest strasznie płytka i uboga w wątki. Poza wahaniem Lary Jean, którego z chłopców wybrać, tak naprawdę nic się nie dzieje. Kłóci się i godzi na przemian to z jednym, to z drugim i tak przez większą część książki. Jej niezdecydowanie drażniło, bo zmieniała zdanie praktycznie co stronę, nieważne, co się aktualnie działo. Chciałabym powiedzieć, że wątek romantyczny jest interesujący i emocjonujący, ale tak naprawdę było mi wszystko jedno, którego z chłopców Lara wybierze i co się pomiędzy nimi wydarzy.

Lara Jean ma szesnaście, prawie siedemnaście lat, jak sama lubi mówić. Dobrze, że o tym wspomniano, bo inaczej w życiu bym się nie domyśliła. Odniosłam wrażenie, że główna bohaterka jest bardzo niedojrzała i zachowuje się jakby miała dziesięć lat. To, jak mówi i o czym mówi sprawia, że jej głos w ogóle nie różni się od głosu jej młodszej siostry Kitty, która ma dziewięć lat. Nieporadność Lary widać szczególnie w obecności starszej o zaledwie dwa lata Margot, kolejnej z sióstr. Rozumiem, że autorka chciała stworzyć sympatyczną, niewinną i słodką nastolatkę, ale zdecydowanie przesadziła, przez co Lara choruje na ostrą odmianę infantylizmu. Kolejne opisy dnia Lary mogą uśpić nawet najwytrwalszą czytelniczkę. Cała powieść wypchana jest scenami, które nic nie wnoszą. W końcu ile można mówić o sprzątaniu, gotowaniu czy ubieraniu się? Lara ma głowę tak wypchaną swoimi miłostkami, że nie jest w stanie poradzić sobie na żadnym polu – szczególnie domowym. Spodziewałam się, że dziewczyna, której los nie oszczędził, będzie miała więcej refleksji i oleju w głowie.

Wszyscy bohaterowie są identyczni. Bez względu na wiek i płeć mówią jednym głosem i zachowują się tak samo. Peter i Josh, adoratorzy Lary, praktycznie się na różnią. Niby jeden z nich opisywany jest jako szkolna gwiazda i flirciarz, a drugi jako chłopak z sąsiedztwa, fan fantastyki, jednak w praktyce niewiele z tego wyszło. Są bliźniakami w każdym calu. Jak widać, to kolejna z tych powieści, w której obiekty westchnień wykreowano tylko po to, by były bezmózgimi, nie mającymi zainteresowań obiektami westchnień, których cała egzystencja obraca się wokół głównej bohaterki.

To all the boys I've loved before jest nudne i niewiele się dzieje, to prawda, ale z drugiej strony przy odrobinie samozaparcia, strony przemykają błyskawicznie. Jeśli kogoś zainteresuje ta prosta historia, to może liczyć na kilka godzin rozrywki. To all the boys I've loved before to powieść, którą ewentualnie można polecić młodszej siostrze, która szuka bardzo niewymagającej wakacyjnej lektury. Niestety, nie jest to tytuł z wyższej półki czytadeł. Autorka na własnej skórze przekonała się, że linia pomiędzy książką lekką a płytką jest bardzo cienka… Wiedziałam, że nie będzie to ambitna powieść traktująca o trudnym problemie, ale powtórzę się: od rozrywki też wymagam przyzwoitego poziomu. Poza ciekawym (i zmarnowanym) pomysłem, Jenny Han niczego interesującego mi nie zaoferowała - taka uboga papierowa historyjka jest prawie niewidoczna na tle innych powieści młodzieżowych.


Według opisu planowanego tomu drugiego, P.S. I still love you, fabuła będzie taka sama: Lara Jean znów będzie musiała wybrać pomiędzy dwoma przystojniakami. Za kontynuację podziękuję, nie chcę umrzeć z nudów.