30 sie 2014

,,Odcienie miłości" - Alice Munro [przedpremierowo]


Tytuł: Odcienie miłości
Autor: Alice Munro
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: [zapowiedź] 11.09.2014
Ilość stron: 512


 ~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Literackie


Za sprawą Odcieni miłości spotkałam się po raz trzeci z twórczością Alice Munro. Tym razem do moich rąk trafiło jedenaście opowiadań napisanych w latach 1985 – 1986. Nie różnią się one zbytnio od pozostałych, składających się na dorobek pisarki, który do tej pory poznałam. Ponownie mamy wgląd w życie codzienne zwykłych ludzi. Ich dylematy, historie, trudne związki i zmaganie się z losem stają się podstawą do rozmyślań na temat miłości, która w relacjach międzyludzkich nigdy nie ma jednej twarzy.

Ostatni z dorobku Noblistki nie publikowany jeszcze w Polsce tom zawiera jedenaście opowiadań, dotyczących przede wszystkim stosunków między mężczyznami i kobietami. Rozpadających się i rozkwitających uczuć, zdrady i wierności, rozstań i powrotów, rozwodów i ponownych ślubów. A wszystko to w anturażu rodzinnych wspomnień, jak w tytułowych "Odcieniach miłości", marzenia sennego, jak w przypadku "Eskimoski" czy intrygi kryminalnej, która jest osią  "Kataklizmów".

Bo miłość miewa zaskakujące oblicza, nierozerwalnie powiązana jest ze zdradą, pociąga za sobą nienawiść, a jej odcieni nie sposób zliczyć. A któż inny lepiej umiałby opisać różne barwy miłości, niż ubiegłoroczna noblistka, laureatka Man Booker Prize (2009) - Alice Munro.

Uczucia, relacje międzyludzkie to stały element jej opowiadań, w pisaniu których stała się prawdziwą mistrzynią. Na kilkunastu, kilkudziesięciu stronach autorka Przyjaciółki z młodości potrafi przedstawić całe życie i wachlarz emocji, które mu nieodzownie towarzyszą. Właściwie do całej jej twórczości (w ciągu 45 lat, napisała i wydała 14 oryginalnych zbiorów) można zastosować określenie odcienie miłości, ale ona sama nazwała tak swój tom z 1986 roku, który swoją polską premierę będzie miał już we wrześniu!

Opis: wyd. Literackie

Tytuł może wskazywać na mocno romantyczne zabarwienie opowiadań. Jednak, jak to u Munro bywa, romans czy miłość wplecione są w codzienność bohaterów. Nie są one szczególnie wyeksponowane, przewijają się w tle historii danej postaci. Często na pierwszy rzut oka dostrzeżenie tej miłości jest trudne, a jej przedstawienie – frapujące.

Alice Munro po mistrzowsku zamyka ludzkie życia w formie opowiadania. Wystarczy jej kilka linijek, by nakreślić sylwetkę bohatera czy związane z nim niezwykłe wydarzenie. Pisarka przygląda się małżeństwom, zdradzie, przyjaźni, rodzicielstwu, dorastaniu i robi to przez pryzmat innych wydarzeń, często pozornie z tym niezwiązanych. Wstrząśnięte morderstwem miasteczko to dla niej pretekst, by opisać pewną parę i ich relację oraz ludzkie działania motywowane ciekawością. W Odcieniach miłości rozstania nadają wagę temu, co działo się przed nimi, a powroty do znanych miejsc przypominają o sile dawnej zażyłości.

Odcienie miłości to tom, którego lektura zajęła mi trochę czasu. Nie są to bowiem opowiadania, które da się przeczytać w pośpiechu, jedno za drugim, aż do końca książki. Ich często spokojny rytm i refleksyjny charakter wymaga, by do każdego opowiadania podchodzić indywidualnie. Inaczej czytelnik może poczuć przesyt. Przyznam, że opowiadania te wzbudziły we mnie różne odczucia. Z niektórymi nawiązałam nić porozumienia, inne zbiły mnie z tropu. Niektóre z uczuć i przeżyć bohaterów są mi znajome; z kolei odkrycie przesłania niektórych opowiadań wymagało ode mnie głębszej refleksji, a nadal nie jestem pewna, czy ujawniłam wszystkie tajemnice ofiarowane mi przez autorkę. Odcienie miłości to nie jest książka z kategorii ,,lekkie, łatwe i przyjemne”, choć jej tematyka, życie codzienne, może mylnie na to wskazywać. Odcienie miłości to książka, która wymaga od czytelnika, by poświęcił jej dużo czasu i uwagi. Ten tom poleciłabym raczej osobom, które miały już styczność z twórczością Munro.

Okazuje się, że o miłości chyba nigdy nie da się napisać wszystkiego. Alice Munro w Odcieniach miłości udowadnia, że uczucia można znaleźć w nawet najbardziej zaskakujących okolicznościach. Każdy człowiek nadaje im inne barwy, a ich połączenie w relacjach międzyludzkich tworzy niepowtarzalne historie z całą paletą emocji.

25 sie 2014

,,Pisane słońcem" - Maciej Roszkowski


Tytuł: Pisane słońcem
Autor: Maciej Roszkowski
Wydawnictwo, rok wydania: Axis Mundi
Ilość stron: 192
Cena: 34 zł


~~***~~

Książkę do recenzji udostępnił autor


Przekonanie o dobroci świata

W obecnych czasach osoby planujące dalekie podróże po świecie są traktowane przez innych z rezerwą bądź podziwiana jest ich odwaga ,,bo ja bym tak nie potrafił”. Na pierwszy plan wysuwa się niebezpieczeństwo i ryzyko takiej podróży i w sumie nie ma się co dziwić osobom, które takich argumentów używają. Wystarczy włączyć wiadomości, by zostać zalanym tragicznymi doniesieniami o cierpieniu, konfliktach, zabójstwach, zamachach czy gwałtach. Krwawe relacje i litanie imion kolejnych ofiar sprawiają, że świat staje się mrocznym i niebezpiecznym miejscem, a my zamykamy się w obrębie tego, co znamy. Strach nie uświadamia nam, że gdzieś tam żyją ludzie tacy jak my, którzy ze złem mają niewiele wspólnego. Niewiele osób chce na własnej skórze przekonać się, czy za murem ciemności i złych doniesień kryje się jeszcze ludzka serdeczność.

 
Maciek Roszkowski jet zapalonym podróżnikiem po Azji. Przemierzył ten niezwykle różnorodny kontynent wzdłuż i wszerz. Gubił kierunki, wędrował w mroczne lub pełne blasku zakamarki, przysłuchiwał się tysiącom rozmów, sam też prowadził tajemnicze dysputy.
Wie, jak to się stało, że japońskie koguty uratowały świat przed ciemnością, gdzie Śiwa tańczy, gdzie mieszkają duchy i w jakim miejscu chciałby umrzeć. W stukoczących wagonach kolejowych, słuchając szumu ogromnego oceanu, wśród rechotu tropikalnych żab czy pośród buzującej, olbrzymiej azjatyckiej metropolii spisywał swoje doświadczenia.
Pisane słońcem to efekt tych doświadczeń. To iskrzący się zdjęciami zbiór wspomnień, relacji z podróży i reportaży, pełen osobistych refleksji, momentów szczęścia i zdziwienia.
Ta książka uświadamia, że warto odrzucić stereotypy. Że opłaca się jechać w nieznane bez gotowych scenariuszy, bo tylko wtedy spotka nas nagroda: poznanie nieznanego. W środku i na zewnątrz siebie.
opis: wyd. Axis Mundi 
   
Podróżnik Maciej Roszkowski w swojej debiutanckiej książce Pisane słońcem spisał wrażenia i refleksje dotyczące dwóch różnych podróży: przez świat i w głąb siebie. Autor podróżował przez Kurdystan, Iran, Indie, Tajlandię, Malezję, Laos, Chiny, Tajwan, Koreę, Japonię, Kirgistan i Kazachstan. Wszędzie znalazł coś niezwykłego i interesującego, czym dzieli się z czytelnikiem. Nie jest to jednak relacja oparta na ,,byłem tam – zobaczyłem to – pojechałem tam – zobaczyłem tamto”. Poprzez kolejne rozdziały krótko i treściwie opisuje on wybrane wydarzenia i przeżycia związane z danym krajem, nie skupia się na wiernym odtworzeniu całego szlaku swojej wyprawy. Bardziej niż zabytki interesują go napotkani ludzie, choć poświęca również czas na opisanie najciekawszych miejscowych legend, wierzeń czy codziennych zwyczajów. Podróżnik poznając nowe kultury i osoby, wysłuchując ich historii, jednocześnie obserwuje zmiany, które w nim zachodzą. Uświadamia sobie, jak wpływają na niego nowe perspektywy i cudze punkty widzenia. Z ,,otwartą głową” chłonie świat, próbując zrozumieć drugiego człowieka. Nie krytykuje, nie ocenia – za to w zdrowy sposób przyjmuje i rozmyśla, tym samym wyzbywając się stereotypowej papki.

Z książki Macieja Roszkowskiego wprost bije przekonanie o dobroci świata i ludzi. Zachwyca się codziennością, która po brzegi wypełniona jest nietuzinkowymi osobami i ich przyjaznym nastawieniem. Korowód imion przemyka przez strony udowadniając, że warto podać drugiemu człowiekowi rękę. Podczas lektury Pisane słońcem zdałam sobie sprawę, że literatura podróżnicza w ogóle jest nam teraz potrzebna – jako przypomnienie, że świat może do reszty nie oszalał, że gdzieś tam żyją dobrzy ludzie. Cudze relacje z podróży dodają otuchy i budą nadzieję, że codzienność to nie tylko to, o czym mówią w wiadomościach i że da się jeszcze normalnie żyć.

Bardzo podobała mi się duża ilość fotografii zamieszczona na kartach książki. Praktycznie na każdej stronie zamieszczono przynajmniej jedno zdjęcie. To bardzo dobre rozwiązanie, bo oprócz relacji podróżnika, jako czytelnik chcę również chłonąć widoki, które on widział. Fotografie stanowią dobre uzupełnienie tekstu, ilustrując interesujące miejsca, zjawiska czy osoby. Nietuzinkowe, codzienne wesele, gdzie pan młody ma błękitną koszulkę zamiast garnituru? Koguty z kilkumetrowymi ogonami? Barwne stragany? Przepełnione chińskie parki, w których trwają często nietypowe zajęcia? Wszystko to i wiele innych możemy zobaczyć na stronach Pisane słońcem.

Czy życzyłabym sobie czegoś więcej? Tak! Jeszcze więcej wrażeń, jeszcze więcej relacji z tej dobrej strony świata, która może nie zawsze jest łatwa i przyjemna – ale mimo wszystko jest dobra. Jestem łakomym czytelnikiem i dla mnie cudzych podróżniczych wrażeń zawsze jest za mało.

Pisane słońcem to interesujące i refleksyjne zapiski z podróży i jednocześnie wyciągnięcie ręki do drugiego człowieka. Autor poprzez kontakty z ludźmi zagląda w głąb siebie i analizuje to, jak pod wpływem innych poszerzają się jego horyzonty. Szuka dobra i znajduje je, uświadamiając wszystkim, że świat bywa straszny, ale to nie jest jego jedyna i najważniejsza cecha. Jest też piękny, barwny i skomplikowany i powinniśmy te wartości pielęgnować, może nawet czasem wbrew temu, co o świecie myślimy.

20 sie 2014

,,Ty jesteś moje imię" - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak


Tytuł: Ty jesteś moje imię
Autor: Katarzyna Zyskowska-Ignaciak
Wydawnictwo, rok wydania: Filia, 2014
Ilość stron: 424
Cena: 36,90 zł


 ~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Filia
Oficjalna recenzja dla portalu LubimyCzytać.pl


 
Mówili im, że wojna to nie czas na miłość. Mówili im, że to nie wypada, bo jak można być zakochanym, gdy na ulicach giną ludzie? Mówili im, że są za młodzi, a jutro zbyt niepewne. Oni wiedzieli lepiej i na przekór mrocznym czasom odważyli się na dobro.

Miłość w wojennych czasach to temat, do którego literatura i kinematografia często wracają. Wiele książek i filmów bazuje na prawdziwych historiach, które ocalały od zapomnienia. Nie inaczej jest z powieścią „Ty jesteś moje imię” autorstwa Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak. Pisarka sięgnęła do życiorysu polskiego poety, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, by móc opowiedzieć o niezwykłej miłości, jaka łączyła go z jego wybranką i muzą, Barbarą Drapczyńską.

Ponieważ tak naprawdę wszyscy możemy się tylko domyślać, co czuli i myśleli Krzysztof i Barbara w danych chwilach, „Ty jesteś moje imię” jest jedną z prób zapełnienia tych białych plam. Pisarka na bazie archiwalnych materiałów oraz poezji Krzysztofa Kamila podjęła się rekonstrukcji miłości łączącej poetę i jego muzę. Tchnęła życie w relacje świadków i encyklopedyczne notatki, wypełniając je emocjami i dylematami Krzysztofa i Basi. Z jednej strony żyli oni w niespokojnych, wojennych czasach, które wywracały wszystko do góry nogami, ale z drugiej niektóre z ich problemów i dylematów nie są obce nam, obecnie żyjącym. Krzysztof Kamil jako artysta martwił się utrzymaniem rodziny i wydaniem tomików poetyckich, Basia próbowała pogodzić role żony i studentki oraz porozumieć się z teściową, która jej nienawidziła, co prowadziło do domowych kłótni. Poza tym małżonkowie brali udział w spotkaniach literackich, wyjeżdżali na wieś, celebrowali rodzinne uroczystości. W „Ty jesteś moje imię” obserwujemy poprzez codzienne życie narodziny poety-legendy, który przecież walczył o normalność na każdym polu – jako głowa rodziny i jako żołnierz. Na prawie normalną codzienność Baczyńskich nakładała się codzienność wojenna: terror nazistów, uliczne łapanki, działalność konspiracyjna, pomoc Żydom, tajne nauczanie, aresztowania i śmierć znajomych i przyjaciół. Sam Krzysztof brał udział w szkoleniach, a później w akcjach, które pochłaniały kolejne ofiary i zostawiał w nim swój krwawy ślad. Odtwarzamy podróż bohaterów przez życie, od pierwszego spotkania do godziny „W”, która rozdzieliła ich na zawsze.

Jedną z największych zalet powieści jest ilość informacji, jakie w sobie kryje. Podane w przystępnej, zbeletryzowanej formie stanowią kolejny krok ku ocaleniu od zapomnienia niezwykłej historii poświęcenia i miłości. Czasem tylko można odnieść wrażenie, że autorka próbowała przekazać za dużo wiadomości na raz, na przykład w wypowiedzi bohatera, przez co brzmiała ona jak cytat z encyklopedii. Należy niewątpliwie docenić, że w tym konkretnym romansie historycznym element romansowy jest równoważony przez tło i wątki historyczne; nie dostajemy wyłącznie miłosnych westchnień. Pojawia się za to mnóstwo ciekawostek na temat życia i twórczości Krzysztofa Kamila, które wtopiono w fabułę „Ty jesteś moje imię”. Budują one wielopłaszczyznowy obraz nie tylko niezwykle utalentowanego poety, żołnierza walczącego o wolność kraju, kochającego męża, ale również mężczyzny, dla którego pochodzenie mogło zamienić się w wyrok śmierci, i chłopca o wątłym zdrowiu, żyjącego pod skrzydłami nadopiekuńczej matki, dla którego szkoła była niezbyt chętnie spełnianym obowiązkiem. W „Ty jesteś moje imię” poświęcono również uwagę ówczesnemu życiu kulturalnemu stolicy, w którym Baczyńscy aktywnie uczestniczyli. Na kartach powieści pojawiają się między innymi takie nazwiska, jak Jerzy Andrzejewski i Jarosław Iwaszkiewicz. Czytelnicy mają szansę zajrzeć do mieszkania, w którym odbywa się sekretne spotkanie autorskie i przeczytać krytyczną recenzję zamieszczoną w nielegalnie wydawanym czasopiśmie.
„Ty jesteś moje imię” napisane jest poetyckim, miejscami kwiecistych językiem i jest to jednocześnie zaletą i wadą tej powieści. Piękne wyznania podkreślają wrażliwość i uduchowienie bohaterów, eksponując siłę ich więzi na tle ogarniętej wojną Warszawy. Jednak czasem odnosiłam wrażenie, że niektóre ze wzniosłych rozmów pomiędzy Barbarą i Krzysztofem były nie na miejscu, nie zawsze pasowały do ogarniętej pośpiechem i niepokojem codzienności. Podejrzewam, że poeta nie zawsze musiał bujać z głową w chmurach i deklamować romantyczne wyznania, choć wciąż pokutuje takie wyobrażenie.

Książki rzadko mnie wzruszają i w trakcie lektury „Ty jesteś moje imię” byłam równie dzielna. Dopiero przy ostatnim monologu Basi zdałam sobie sprawę, że mrugam jakoś gwałtowniej i szybciej, próbując odgonić łzy. To właśnie świadomość pożegnania Barbary i Krzysztofa słowami: niedługo się zobaczymy, które zamieniło się w wieczne rozstanie, tak działa na czytelnika. Wstrząsający koniec tej wielkiej miłości każe zastanowić się, ile podobnych historii pogrzebała wojna, o ilu złamanych sercach, łzach i niewyobrażalnym cierpieniu nigdy się nie dowiemy?

„Ty jesteś moje imię” jest snem o spełnionej miłości i koszmarem o pożegnaniu na zawsze. Katarzyna Zyskowska-Ignaciak podjęła się rekonstrukcji historii Krzysztofa Kamila i Barbary Baczyńskich, próbując przedstawić codzienne, ludzkie twarze osób-legend, osób-symboli. Uważam tę próbę za udaną, co więcej – próba ta zamieniła się w poruszającą i zapadającą w pamięć opowieść o pięknej miłości w świecie, w którym trzeba sobie tę normalność wymyślić, wykreować, stworzyć. A czasami, wbrew wszystkiemu – wmówić*.

 ___________
* Cytat pochodzi z recenzowanej powieści.

14 sie 2014

,,Constantine" - John Shirley


Tytuł: Constantine
Autor: John Shirley
Wydawnictwo, rok wydania: Pocket Star, 2005
Ilość stron: 326

Polskie wydanie
 Brak


~~***~~



Słyszeliście o powiedzeniu ,,najpierw książka - potem film"? To dość słuszne przekonanie nie zawsze się sprawdza, bo zdarzają się przypadki, w których lepiej najpierw obejrzeć film, który swoim poziomem ratuje książkę. Constantine autorstwa Johna Shirleya jest jednym z takich przypadków. Powieść ta powstała na bazie scenariusza do filmu o tym samym tytule, który to z kolei bazuje na bohaterach i wątkach z komiksu Hellblazer.


Piekło go pragnie.
Niebo go nie przyjmie.
Ziemia go potrzebuje.

Ukryte przed oczami śmiertelników anioły i demony współistnieją z ludzkością... Nadprzyrodzone istoty pragną mieć wpływ na nasze życie na dobre i złe. 
Niemoralny i zuchwały okultysta i detektyw od spraw nadprzyrodzonych, John Constantine, został pobłogosławiony przekleństwem: potrafi kontaktować się z ukrytym światem. Kiedy Constantine sprzymierza się z policjantką z Los Angeles, sceptyczką Angelą Dodson, by rozwiązać sprawę tajemniczego samobójstwa jej siostry bliźniaczki, śledztwo wysyła ich do centrum serii katastrofalnych zdarzeń nie z tego świata. 
Nawet siły piekła spiskują przeciwko Constantine'owi by zdobyć jego nieśmiertelną duszę...
opis: wyd. Pocket Star, tłumaczenie własne 
 

Autor przemycił na strony powieści sceny wycięte z filmu. To niewątpliwie jeden z największych plusów tego tytułu. Dodatkowe wydarzenia i wątki pozwalają lepiej zrozumieć działania bohaterów, ubarwiają historię i przynoszą więcej informacji na temat egzorcysty. Pojawia się m.in. wątek kobiety-demona imieniem Ellie, z którą łączyła Constantine’a dość jednoznaczna relacja… Dowiadujemy się też, że John potrafił władać magią, o czym jest mowa w komiksach, ale na co w filmie przymknięto oko. Przez chwilę zaglądamy do dzieciństwa Angeli i jej bliźniaczej siostry Isabel, co przy okazji budzi wspomnienia związane z nastoletnimi czasami egzorcysty. Jeśli chodzi o lokacje, to poświęcono również więcej uwagi zaświatom, z naciskiem na piekło. Pojawiają się wyjaśnienia na temat działania piekła oraz więcej złowieszczych obrazów.


Jeśli chodzi o samych bohaterów… Tutaj film ma przewagę. W książce w większości przypadków postacie nie mają tej charyzmy, która biła od nich z ekranu. Tylko Constantine jakoś się broni. W tym wypadku cieszę się, że wcześniej obejrzałam film i miałam na czym bazować w trakcie lektury. Bez tego Chaz, Papa Midnite, Balthazar czy nawet sami Lucyfer i Gabriel straciliby wiele ze swojej wyrazistości, którą wnieśli aktorzy do ich portretów.


Problem z wersją powieściową jest taki, że brak w niej refleksji i myśli bohaterów. W większości postacie tylko działają, podążając uprzednio wytyczoną przez scenariusz ścieżką. Wygląda to tak, jakby ktoś bardzo dokładnie opowiadał mi film i z oczywistych względów nie mówił o tym, co myśli i czuje dana postać. Autor bardzo pobieżnie skupił się na przeżyciach wewnętrznych bohaterów, a szkoda, bo przerabianie scenariusza na powieść zostawiało mu przecież szerokie pole do popisu i na podstawie ich działań oraz tego, co o nich wiadomo, mógł stworzyć ciekawe dylematy moralne i przyjrzeć się im, szczególnie jeśli chodzi o Constantine’a. Chociażby niuanse relacji z Angelą, które można było dostrzec w filmie, w powieści giną, mimo kilku dodatkowych scen. Szkoda też, że autor z pomocą współpracowników nie sięgnął głębiej do uniwersum wykreowanego przez komiksy, nawet kosztem nieco większego oderwania się od filmu. Co prawda wrzucił do fabuły kilka ,,smaczków” nawiązujących do przeszłości Constantine’a, w tym krótkie wspomnienia związane z pierwszą miłością i dawnymi przyjaciółmi, których, w jego mniemaniu, zawiódł czy napomknięcia o pierwszym spotkaniu z piekielną Biblią i bronią zwaną Ace of Winchesters*. Jednak to tylko punkty, które można by rozwinąć. Przepisanie dialogów i dorzucenie opisów to jednak trochę za mało.


Na Constantine’a można spojrzeć z dwóch stron: jako uzupełnienie do filmu, które wyjaśnia kilka zagadnień i wypełnia przeskoki pomiędzy filmowymi scenami – spisuje się naprawdę nieźle. Jako powieść sama w sobie, w oderwaniu od swojego pierwowzoru, jest niestety nieco słabszy. Bazuje na obrazie bohaterów, który znamy z filmu, a nasze wyobrażenia i to, co już wiemy stanowią dla niego rodzaj paliwa. Nie powiem, że jest to pozycja obowiązkowa dla fanów filmowego egzorcysty, ale można potraktować ją jako ciekawy dodatek, swoistą ,,edycję rozszerzoną”, która pozwala nieco głębiej zajrzeć do historii Constantine’a i Angeli.


Jeśli szukacie powieści utrzymanej w podobnych klimatach z pomocą przybywa Mike Carey oraz stworzony przez niego Felix ,,Fix” Castor. Pisarz, który pracował nad komiksami Lucifer i Hellblazer, stworzył egzorcystę, który mógłby podać Constantine’owi rękę (w końcu jest on pierwowzorem Fixa).

  

__________
*The Ace of Winchesters – magiczna broń, która po raz pierwszy pojawiła się w komiksie Hellblazer w 1994 roku. Wyłącznie za pomocą tej broni można było zabijać demony, żadna inna broń nie miała takiej mocy. AoW prawdopodobnie było inspiracją do stworzenia Colta z serialu Supernatural oraz nadania braciom Samowi i Deanowi nazwiska Winchester.
[http://hellblazer.wikia.com/wiki/The_Ace_of_Winchesters]
*gify:
http://rebloggy.com/post/movie-keanu-reeves-constantine/47094492072
http://www.randomrocker.co.uk/new/imgursingle.php?imgurid=kGn7E&type=1
http://kaora.soup.io/tag/Constantine
http://www.fanpop.com/clubs/constantine/images/29496597/title/constantine-fanart
http://frank.summer-breath.com/tagged/Constantine
http://imogenpoots-rph.tumblr.com/post/56400939022/rachel-weisz-gif-hunt
http://weheartit.com/entry/group/14332021

11 sie 2014

,,Czarne skrzydła" - Sue Monk Kidd [przedpremierowo]


Tytuł: Czarne skrzydła
Autor: Sue Monk Kidd
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: [zapowiedź] 25.09.2014
Ilość stron: 490
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Literackie


Gdyby ktoś zapytał was, co wiecie na temat życia i osiągnięć sióstr Sary i Angeliny ,,Niny” Grimké, jaka byłaby wasza odpowiedź? Ja, do czasu lektury Czarnych skrzydeł, odpowiedziałabym, że nigdy o nich nie słyszałam. Nie przyznaję się z dumą do tej niewiedzy, ale wydaje mi się, że takich osób jak ja jest o wiele więcej. Teraz, gdy poznałam już Czarne skrzydła, cieszę się, że Sue Monk Kidd zdecydowała się napisać o tych niezwykłych kobietach i o tym, czego dokonały, zostawiając w historii swój ważny ślad.


Dwie kobiety, dwie walki o wolność, jedna niezwykła przyjaźń…

Sarah Grimké jest córką sędziego sądu najwyższego Karoliny Południowej, plantatora zaliczanego do elity Charlestone. Nie potrafi się jednak podporządkować obowiązującym w jej świecie konwenansom. Marzy o tym, żeby studiować i zostać pierwszą kobietą prawnikiem. Na swoje jedenaste urodziny dostaje niecodzienny prezent – wyciągniętą z czworaków i obwiązaną lawendowymi wstążkami czarnoskórą Hetty, zwaną Szelmą. To kolejny „obyczaj”, którego Sarah nie potrafi zaakceptować, bo drugiego nie można przecież „posiadać”… To dopiero początek jej problemów.

Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami i życiem pierwszych abolicjonistek, sióstr Grimké, wspaniała powieść, która prowadzi nas do korzeni stanów południowych Ameryki. Niezwykła pochwała siły przyjaźni i siostrzanej miłości ponad podziałami. Świadectwo walki o wolność i prawo do głosu.
Opis: wyd. Literackie 

Składające się z sześciu części Czarne skrzydła obejmują trzydzieści pięć lat z życia Sary, jej siostry Niny i Szelmy – niewolnicy. Na kartach powieści obserwujemy ich dorastanie oraz dwie strony codzienności: pochodzących z wyższych sfer córek plantatora, których jedynym zadaniem jest ,,bywać” na salonach, jak damom przystało oraz pełna strachu, cierpienia i kradzionych chwil spokoju rzeczywistość niewolnic. Jest też styk tych dwóch codzienności – niezgoda na takie życie i pragnienie wolności, które prowadzi bohaterki jedną ścieżką. Rozdziały z perspektywy Szelmy budzą najwięcej skrajnych emocji. W jednej chwili jest się zauroczonym przez opowieści snute przez matkę Szelmy, Charlotte, a w drugiej przeszywa czytelnika ból, a włosy stają dęba. Gdy czytałam o karach wymierzanych niewolnikom, czułam, jakby ktoś nakłuwał mnie lodowato zimnym szpikulcem. To groza, obezwładniająca groza, którą potęguje fakt, że te tortury to nie wymysł autorki, tylko prawda. Rozdziały Sary, która dzieli się swoim głosem z Niną, może nie kryją w sobie tyle cierpienia, ale nie brak im goryczy i smutku. Okradziona z marzeń dziewczyna nie widzi dla siebie drogi w życiu. Do czasu. Kiełkujący na przestrzeni lat bunt rozkwita w pełni za sprawą młodszej siostry – Niny, która podziela przekonania Sary i odważnie o nich mówi, nie licząc się z ceną, jaką przyjdzie jej za to zapłacić. Pisarka za sprawą swojej wyobraźni ponownie powołała do życia siostry Grimké i wydaje mi się, że bardzo dobrze się w tym spisała. Ponoć Sara i Nina były jak ogień i woda, i to widać w tej historii. Sara przez dość długi czas jest cicha i wycofana, z jednej strony chce odnaleźć swoją drogę w życiu, jednak wie, że jedyna droga, którą chce podążyć to ta, którą nikt jeszcze nie odważył się iść. Uparta i przekorna Nina jest skrzydłem, które podtrzymuje starszą siostrę. Ich pełna szczegółów opowieść odzwierciedla ówczesne życie w Karolinie Południowej. 

Kidd splotła ze sobą dwa różne zagadnienia: dojrzewanie i niewolnictwo, oddając głos dziewczynkom, które później stają się kobietami. Rozpoczęcie historii od dzieciństwa pani oraz niewolnicy uświadamia, że to właśnie dziecko, które nie rozumie konwenansów i uprzedzeń, stawia wszystkich na równi, bez względu na kolor skóry. Dopiero dorośli próbują wsączyć mu do umysłu ,,prawidłowe” i ,,porządne” postrzeganie świata, w którym biały pan posiada czarnego niewolnika. Sara nie rozumie, jak można ,,posiadać” drugiego człowieka – dla jedenastolatki to niemoralne i nienaturalne, z kolei dziesięcioletnia Szelma buntuje się przeciwko byciu podczłowiekiem i krępowaniu jej wolnej woli. Dla dziewczynek to równość i wolność jest stanem naturalnym i oczywistym. Później, gdy dziewczynki stają się młodymi kobietami, dorośli próbują nałożyć na nie świat kolejne zakazy i nakazy. Do niektórych okrucieństwo przychodzi z wiekiem, inni z kolei nie chcą się mu poddać, co widać doskonale na przykładzie Sary i jej młodszej siostry Niny. Intrygujące jest to, że mimo życia w takim otoczeniu, bohaterki nie zatraciły współczucia i nie dały na siebie wpłynąć. Wbrew przeciwnie – to rozpaliło w nich potrzebę walki.

Skupienie się na kobiecie jako bohaterce powieści pozwoliło również na przedstawienie początków emancypacji kobiet. Sara i Nina walczyły nie tylko o wyzwolenie niewolników, ale i o prawo kobiet do głosu. Ze względu na swoją płeć i przekonania były więc podwójnie potępiane. Wyobraźcie sobie, ile musiały mieć samozaparcia, odwagi i wiary w swoje działania, gdy przeciwko nim była rodzina, znajomi, całe miasto, prawo i nawet Kościół, który ówcześnie cytował ustęp z Biblii, jego zdaniem popierający niewolnictwo. Abolicjoniści byli atakowani nie tylko słownie, a strach o życie nie był fikcją – siostry Grimké w imię swoich przekonań stawiały więc na szali własne zdrowie i życie.

W odautorskim rozdziale na końcu książki, Sue Monk Kidd pisze o tym, skąd wziął się pomysł na powieść oraz jak natrafiła ona na ślad sióstr Grimké. Ja w tym rozdziale szczególnie cenię sobie to, że pisarka wyjaśniła, w jaki sposób splotła fikcję z faktami historycznymi, szczegółowo wskazując zmiany oraz różnice i uzupełniając je o prawdziwe wydarzenia. Wspomina również o dalszych losach sióstr oraz ich wpływ na walkę o prawa kobiet i niewolników.

Kapa autorstwa Harriet Powers, niewolnicy z Georgii, która zainspirowała autorkę.
Niebanalna rolę w powieści odgrywają kapy, które Charlotte i Szelma tworzą ze skrawków materiału. Naszywając odpowiednie symbole opowiadają one historie z życia oraz ludowe opowieści, kryjąc pomiędzy szwami swoje nadzieje, smutki i marzenia. Sue Monk Kidd w Czarnych skrzydłach stworzyła taką samą kapę, nicią wyobraźni zszywając historię z fikcją, przedstawiając barwne życie sióstr Grimké i Hetty ,,Szelmy” – kobiet, które w świecie pełnym podziałów były gotowe, by podać rękę drugiemu człowiekowi. W trakcie pracy nad powieścią autorkę inspirowały słowa profesora Juliusa Lestera: ,,Historia to nie tylko ciąg faktów i zdarzeń. Historia to również ból w sercu. A my powtarzamy ją raz za razem, aż w końcu cudzy ból stanie się naszym własnym.” Czarne skrzydła to właśnie taki ból w sercu, który powstał na trudnej drodze do wolności. 

Niesamowita powieść.

P.S. Jeśli jesteście zainteresowani Czarnymi skrzydłami i chcielibyście dowiedzieć się jeszcze więcej na ich temat [TUTAJ] znajdziecie wywiad z pisarką zamieszczony na portalu LubimyCzytac.pl.

8 sie 2014

,,Amerykaana" - Chimamanda Ngozi Adichie


Tytuł: Amerykaana
Autor: Chimamanda Ngozi Adichie
Wydawnictwo, rok wydania: Zysk i S-ka, 2014
Ilość stron: 765
Cena: 45 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Zysk i S-ka

 
Ostatnio mam szczęście do patchworkowych powieści – zszytych z różnych zagadnień, które razem tworzą wielowątkowe i barwne historie. Amerykaana również jest taką powieścią. Autorka, która zaintrygowała mnie książką Fioletowy hibiskus, teraz tę fascynację nie tylko podtrzymała, ale i rozwinęła.

Opowieść o miłości i problemach rasowych skupiona wokół młodego mężczyzny i młodej kobiety z Nigerii, którzy stają przed trudnymi wyborami i wyzwaniami, jakie stawiają im kraje, w których postanowili zamieszkać.
Ifemelu i Obinze zakochują się w sobie, gdy oboje chodzą do liceum w Lagos. Ich Nigeria jest pod rządami wojskowej dyktatury i każdy, kto może ucieka z kraju. Ifemelu - piękna, pewna siebie - wyjeżdża do Ameryki na studia. Odnosi tam porażki i sukcesy, nawiązuje i zrywa związki, znajduje i traci przyjaciół, a wszystko to pod nieznanym wcześniej w ojczystym kraju ciężarem: przynależności rasowej. Obinze - cichy, zamyślony syn profesorki uniwersyteckiej - ma nadzieję do niej dołączyć, ale nie otrzymuje zgody na wjazd do Ameryki po 11 września, wobec czego rzuca się w niebezpieczne życie nielegalnego imigranta w Londynie.
Po latach Obinze jest bogatym człowiekiem w nowej demokratycznej Nigerii, Ifemelu zaś odnosi w Ameryce sukcesy jako autorka bloga obnażającego prawdę o przynależności rasowej. Kiedy jednak Ifemelu wraca do Nigerii, w niej i Obinze ożywa łącząca ich niegdyś namiętność - do siebie nawzajem i do ojczystego kraju - i oboje stają przed najtrudniejszymi wyborami w życiu. Odważna, wciągająca, przesycona mrocznym humorem, ale też delikatna, rozgrywająca się na trzech kontynentach z udziałem licznych postaci, "Amerykaana" to wspaniale opowiedziana historia dziejąca się w dzisiejszym zglobalizowanym świecie: zdumiewająca i jak dotąd najlepsza powieść Chimamandy Ngozi Adichie.
 
Opis: wyd. Zysk i S-ka

Amerykaana często określana jest mianem historii miłosnej. Nie powiem, że jest to określenie całkowicie błędne, ale z drugiej strony może ono wprowadzać w błąd. To nie romans jest w Amerykaanie najważniejszy, choć stanowi spoiwo poszczególnych wątków. Przez większą część powieści jest on ukryty pod innymi wątkami i historiami, czasem wręcz nie można go dostrzec. Najbardziej widoczny jest na samym początku i końcu książki, a pomiędzy obserwujemy życie bohaterów w pojedynkę, ich zmagania z życiem. Relacja Ifemelu i Obinze jednocześnie stanowi punkt wyjścia do rozważań o rasie i tożsamości. Szczególnie Ifemelu jest zainteresowana tym zagadnieniem, czemu upust daje między innymi na swoim blogu. Obserwuje mijanych ludzi, przysłuchuje się rozmowom i sama wdaje się w dyskusje, porównując życie czarnych Amerykanów i nie-Amerykanów. Jej wpisy pełne są interesujących spostrzeżeń dotyczących uprzedzeń, począwszy od takiego drobiazgu jak włosy, sztucznych zachwytów, a kończąc na statusie materialnym. Zauważa, że rasizm żyje i ma się dobrze, szczególnie w czasach poprawności politycznej.

Amerykaana to nie tylko książka o rasizmie. Porusza również temat tożsamości, przygląda się bohaterom, którzy za granicą szukali swojego szczęścia, po czym wrócili do kraju. Niektórzy w pogoni za swoim snem osiągnęli cel, tak jak Ifemelu, a innym dopiero po powrocie pisany był sukces, o czym przekonał się Obinze. Autorka pochyliła się nad osobami z ,,podwójnym spojrzeniem”, mniej bądź bardziej rozdartymi pomiędzy dwoma kulturami. Bywa ono przekleństwem, zmuszając człowieka do próby połączenia najlepszych cech obydwu krajów, wzbudzając tęsknotę za czymś, bez względu na to, gdzie się jest. Jednak to samo spojrzenie pozwala dojrzeć, co widać na przykładzie Ifemelu. Wcześniej próbowała wtopić się w tło, dopiero później odważyła się na podkreślanie tego, kim naprawdę jest i skąd pochodzi. Jednak nie wszyscy mają to szczęście, a próby odnalezienia się są zagłuszane.

Bohaterowie Amerykaany szukają szczęścia na wiele sposobów. Próbują wtopić się w tłum, bez względu na to, gdzie się znajdują. Próbują wyrwać się z biedy, nawet jeśli to oznacza balansowanie na granicy. Szukają miłości, która w obcym świecie pokocha ich za to, jacy są. Amerykaana nadszarpuje mit ,,za granicą jest lepiej”, bo to właśnie poza ojczyzną bohaterowie najmocniej borykają się z życiem. Doskwiera im bieda, stres, zagubienie, samotność, niezrozumienie… Dopiero powrót, nie zawsze łatwy, w końcu oferuje komfort.

Adichie nie pisze wprost – ona wali prosto z mostu i się nie krępuje. Tak, wiem, że to określenie jest w recenzji nie na miejscu, ale inaczej się nie da powiedzieć o tym, jakie jest jej pióro – i nieważne, czy to dotyczy rasy, seksu, relacji międzyludzkich, kultury, obyczajów... Celnie, inteligentnie i czasem uszczypliwie komentuje niuanse w zachowaniu ludzi. Przy niektórych fragmentach powieści odniosłam nawet wrażenie, że niektórzy mogą potraktować je jak policzek. Autorka nie ma oporów, by obnażyć ignorancję, po cichu naśmiewając się trochę z zerowej wiedzy na temat Afryki oraz bazowaniu wyłącznie na frazesach, które gdzieś zasłyszano. Może też próbuje ,,odczarować” niektóre przekonania i udowodnić, że Afryka to nie tylko ,,życie za dolara dziennie” i biedne, ale ze wszech miar szczęśliwe dzieci. 

Amerykaana to wieloletnia podróż przez codzienność. To wnikliwe spojrzenie na zagadnienie rasy i tożsamości. To historia o miłości, której nie zniszczyło rozstanie. To barwne życiorysy ludzi, którzy robią wszystko, by odnaleźć się na styku różnych światów. Chimamanda Ngozi Adichie świetnie poradziła sobie z okiełznaniem przeplatających się wątków i płaszczyzn, przenosząc na karty powieści skomplikowaną rzeczywistość rozciągniętą na trzy kontynenty. Autorkę podziwiam, a wam polecam powieść, która zawiera w sobie wszystkie barwy życia.