26 cze 2013

,,Pretty Little Liars. Olśniewające" - Sara Shepard



 Pretty Little Liars. Olśniewające - Sara Shepard

 Tytuł: ,Pretty Little Liars. Olśniewające
Autor: Sara Shepard
Wydawnictwo, rok wydania: Otwarte, 2013
Ilość stron: 306
Cena: 34,90


@@@


,,Olśniewające” to już jedenasta odsłona perypetii przyjaciółek z Rosewood; sami przyznacie, że robi się z tej serii niezły tasiemiec. Jak do tej pory książki o Kłamczuchach radziły sobie nieźle, przez dość długi czas nie cierpiąc na tzw. zmęczenie materiału. Jednak i na nie przyszedł czas. Niestety. Mogę nawet wyznaczyć konkretny punkt tego zmęczenia. Jest nim dziewiąty tom, ale o tym za chwilę. 

Ta recenzja właściwie może zostać podpięta pod ,,Pretty Little Liars. Uwikłane” oraz ,,Bezlitosne” ponieważ pomiędzy nimi i recenzowanym tomem nie ma wielkich różnic. Trzymają ten sam, niestety przeciętny poziom, wystawiając cierpliwość czytelnika na próbę.

Dla mnie ta historia spokojnie mogłaby zakończyć się na ósmym tomie. Ciężko mi to przyznać, jako miłośniczce serii, ale tomy od dziewiątego wzwyż stają się coraz słabsze. Autorka na siłę gmatwa fabułę, wymyśla nowe intrygi i upycha trupy na kartach powieści. Po prawie-że-wielkim finale dalsze części wyglądają jak uboga krewna.
 
A co do tych trupów, jak już przy nich jesteśmy – Sara Shepard chyba nie zna umiaru. W Rosewood każdy poniżej osiemnastego roku życia ma mordercze zapędy bądź w najlepszym wypadku skrywa pokręcone sekrety. Każdy coś knuje i odhacza z listy osoby, pod którymi wykopał już dołki. Dorośli z kolei mają przynajmniej jedną zdradę na sumieniu oraz dziecko z innego związku. Jeśli z kolei ktoś się z tobą przyjaźni  - to tylko po to, by wykorzystać cię w ramach zemsty. Przy takim poziomie stresu Aria, Emily, Spencer i Hanna umrą na zawał albo nabawią się wrzodów przed dwudziestym rokiem życia.

W sumie przez machlojki A. dziewczyny już wpadły w paranoję, co przyniosło wiele mniej lub bardziej niebezpiecznych konsekwencji. Bohaterki coraz mniej dają się lubić, a ich zachowania często irytują. Porażająca naiwność Emily, idiotyczna pogoń za sławą Hanny czy totalna bezmyślność Spencer zaczynają osiągać apogeum apogeum (tak, powtórzenie jest tutaj celowe) i obserwowanie tego na dłuższą metę powoduje dyskomfort. W końcu po takich przejściach te dziewczyny powinny mieć choć odrobinę oleju w głowie. Naprawdę, choć z łyżkę. No dobra, łyżeczkę od herbaty. Naprawdę, A. nie musi się zbytnio wysilać, by nimi manipulować – one same pchają się w kłopoty, zupełnie jakby nie mogły żyć bez kłód pod nogami.
Jak już pisałam wyżej – autorka się zagalopowała w obdarzaniu bohaterów problemami. Po kiego diabła tak rozmieniać się na drobne? Mamy potężną intrygę i pełno bzdurnych, nikomu nie potrzebnych problemików, które tylko zaśmiecają fabułę. Czy w Rosewood naprawdę nie ma ani jednej rodziny bez sekretów/problemów/nałogów?

I jeszcze te taśmowo wymieniane marki ubrań wraz z dokładnym opisem – na początku książki powinien widnieć napis ,,uwaga, powieść zawiera lokowanie produktu”. Jak po raz kolejny miałam czytać o tym, że na jasnych włosach Melissy Hastings perfekcyjnie układała się popielatoszara opaska od Marca Jacobsa czy tam innego domu mody Chanel a do tego idealnie współgrał z nią pudrowo różowy sweterek od YSL ze złotymi guzikami to… Cóż. Ile można? Przecież chyba każdy załapał, że społeczność Rosewood to w większości obrzydliwie bogate osoby, których dzieci w przerwie pomiędzy lekcjami wyskakują do butiku, by kupić sobie kaszmirowy sweter czy torby za setki dolarów. Czasem miałam wrażenie, że czytam paragon z wyjątkowo ekskluzywnych zakupów. Gdyby wymienianie nazw ucięto tak w ¾ to zaręczam, nikt by na tym nie stracił.

Cóż, trochę wyszedł ze mnie ,,hejter”, przyznaję się do tego bez bicia. Jednak ta seria zaczynała się tak ciekawie, że nie mogę teraz zdzierżyć jej zarzynania. Zrobiła się z tego taka Piła w wersji Paris Hilton – świat pięknych i bogatych, z którymi ktoś chce zagrać w grę… Jednak zamiast litrów krwi mamy litry lakieru do włosów, walka o przeżycie jest częściej walką o sławę, zamiast odpiłowywania nóg, mamy piłowanie paznokci w najdroższym SPA i tylko główny oprawca jakoś zachowuje formę, okazjonalnie strzelając komuś w głowę.

Nowa - stara intryga ciągnie się, niemrawo nabierając tempa. Pomijając fakt jej narodzin, czyli niemożność dziewczyn, by przestać łykać absolutnie wszystko, co gdziekolwiek usłyszą, dalsze ,,śledztwo” nie jest ani wciągające, ani nie zachęca do sięgnięcia po kolejne tomy. 
          
Dobrnę do końca, o tak, przyrzekam, że dobrnę, ale raczej z sentymentu do pierwszych tomów i tej zwyczajnej ciekawości, jak też autorka postanowi zakończyć serię. 

Fanów za to lojalnie ostrzegam, może wam się nie spodobać to, co zastaniecie w Rosewood.

20 cze 2013

,,Joyland" - Stephen King

Joyland 

Tytuł: Joyland
Autor: Stephen King
Wydawnictwo, rok wydania: Hard Case Crime, 2013
Ilość stron: 283


Polskie wydanie
Tytuł: Joyland
Wydawnictwo, rok wydania: Prószyński i S-ka, 2013
Ilość stron: 336
Cena: 35,90 zł



~~***~~


Co można zrobić, by spróbować zapomnieć o złamanym sercu?

Można, tak jak Devin Jones, podjąć wakacyjną pracę w wesołym miasteczku. Z pewnością obcowanie z osobistościami Joylandu pomoże zepchnąć myśli o byłej dziewczynie na samo dno.

Można, tak przy okazji pracy, poznać przesympatycznego chłopca imieniem Michael i jego zamkniętą w sobie matkę Annie. Z pewnością dostrzeżenie cudzego cierpienia uczy, że złamane serce wcale nie jest końcem wszystkiego.

Można, tak zupełnie przypadkowo, zostać wtajemniczonym w legendę o duchu w Domu Strachów i poznać kulisy brutalnych morderstw.

Co można zrobić, gdy u progu wesołego miasteczka staje śmierć?

Nowa książka Stephena Kinga – wystarczy jedno zdanie, które zastępuje całą kampanię reklamową. Książki tego pisarza stają się bestsellerami jeszcze zanim zostają napisane. To autor, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. To gawędziarz, którego historie chwytają czytelnika i trzymają go w garści, dopóki nie dotrze do ostatniej strony. Nic więc dziwnego, że jako fanka, na premierę ,,Joylandu” czekałam z niecierpliwością.

Pierwsze, co trzeba powieści oddać, to to, że wciąga od samego początku i nie puszcza. Ze względu na jej grubość, pochłonięcie jej w ciągu kilku godzin nie wydaje się być niczym dziwnym. Po drugie: nie żałuję ani jednej minuty spędzonej w tym niezwykłym parku rozrywki, po którym oprowadzał mnie Devin Jones przedstawiając mi Freda Deana, Lane’a Hardy’ego, czy enigmatyczną Madame Fortunę.
 
Bohaterowie, jak to u Kinga zazwyczaj bywa, są wyraziści i różnorodni. Prym rzecz jasna wiedzie tutaj Dev, który na początku powieści jest nieco zakompleksiony i zagubiony. Później, spotykając na swojej drodze niezwykłych pracowników wesołego miasteczka, przestaje kurczowo trzymać się wspomnień o byłej dziewczynie i toruje sobie nową drogę w życiu. W tym przypadku to ciężka fizyczna praca oraz nawiązujące się przyjaźnie przeprowadzają Devina z dzieciństwa do dorosłości. Jego spostrzeżenia są nacechowane emocjonalnie, tworząc obraz wrażliwego, ale jednocześnie silnego młodego mężczyzny, który nie waha się, by pospieszyć z pomocą widząc cudze cierpienie. Jeśli chodzi o rozbudowany wątek dojrzewania, to trzeba Kingowi oddać, że wykreował go doskonale. Relacja Deva z Annie i Michaelem to jeden z najlepszych elementów powieści, tuż obok atmosfery parku rozrywki.

Joyland to właściwie małe miasto, działające na własnych zasadach i posiadające niebanalnych mieszkańców. Ba, ma nawet własny język i legendę! Stephen King przyłożył się budując to miejsce ze stali i słów – nie trzeba się wysilać by poczuć zapach prażonej kukurydzy i waty cukrowej, usłyszeć szum zbliżającej się kolejki górskiej i krzyki zwiedzających. To nie jest opustoszałe miasteczko, które straszy; zgodnie ze słowami jednego z bohaterów ,,sprzedaje rozrywkę, sprzedaje radość”.

Wspomniana legenda nierozerwalnie wiąże się z wątkiem kryminalnym i horrorem. Otóż Dom Strachów regularnie nawiedzany jest przez najprawdziwszego ducha. Linda Gray została zamordowana podczas przejażdżki, a jej mordercy nigdy nie schwytano. Brr, groza w Domu Strachów nigdy nie była aż tak realna. Cóż, szkoda tylko, że potencjał tej grozy nie został wykorzystany. Został on przyćmiony na każdym polu przez wątek obyczajowy i przemyka nieśmiało gdzieś pomiędzy namiotami, budką ze słodyczami a strzelnicą, by pojawić się odważniej dopiero pod koniec powieści.

Okładkowe streszczenie opisuje powieść jako ,,kryminał, horror i słodko-gorzką powieść o dojrzewaniu”; szczerze mówiąc, właśnie najwięcej jest tej powieści o dojrzewaniu. Później można napomknąć o kryminale i dopiero na szarym końcu o horrorze. ,,Joyland” nie należy do tych książek Kinga, które non-stop trzymają w napięciu i potrafią straszyć nawet długo po zakończeniu lektury. To nie jest horror, przynajmniej nie taki, do jakiego nas autor przyzwyczaił. Zdecydowanie bliżej mu do powieści obyczajowej ,,z twistem”.

Powieść nie otrzyma ode mnie maksymalnej noty, nie zostanie też oceniona lepiej niż ,,To”, ,,Dallas ‘63”, ,, Misery” czy ,,Lśnienie”. Nie znaczy to, że nie jest dobra, bo jest, obawiam się tylko, że nie zostanie ona w pamięci czytelników na długi czas. Po prostu nie ma w niej nic takiego, co pozwoliłoby się jej zakotwiczyć w myślach i wzbudzać pragnienie, by wracać do niej po raz kolejny.

,,Joyland” w moim, może błędnym mniemaniu, wydaje być się dla autora rozgrzewką przed naprawdę ważną literacką potyczką – premierą kontynuacji ,,Lśnienia”: ,,Doktora sen”. Jak już pisałam w komentarzu pod jedną z recenzji ,,Joyland”, pisać w cieniu ,,Lśnienia” nie jest łatwo, King wie, jak wielu fanów ma ta, często określana mianem kultowej, powieść. Siłą rzeczy czytelnicy spodziewają się czegoś równie dobrego, a nawet lepszego.

Czy warto było podjąć ryzyko i uczynić ze ,,Lśnienia” dylogię? Tego dowiemy się we wrześniu. Tymczasem zapraszam was do skorzystania z atrakcji, jaki oferuje Joyland.

Kto wie, może Madame Fortuna zajrzy i w waszą przyszłość?

9 cze 2013

,,Nadzieja" - Katarzyna Michalak



Tytuł: Nadzieja
Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo, rok wydania: Termedia, 2012
Ilość stron: 272
Cena: 33,90



~~***~~

 

O nadziei można napisać wiele: że jest kojarzona z kolorem zielonym, że pojawia się w kilku powiedzeniach, że jest jak światełko w tunelu, że człowiek wspiera się na niej, jak staruszek na drewnianej lasce, by móc dotrzeć do celu... A co można napisać o ,,Nadziei”?

,,Nadzieja” to kolejna książka spod pióra Katarzyny Michalak, będąca jednocześnie pierwszym tomem serii ,,z czarnym kotem”. Akcja powieści rozpoczyna się intrygującą sceną: stojąca na moście kobieta rzuca w nurt rzeki przedmioty łączące ją z dotychczasowym życiem, próbując zatrzeć ślady i uciec. Po chwili krótszej niż mrugnięcie oka przenosimy się na wieś, gdzie spotykamy małą Lilianę, która, jąkając się, złapie nas za rękę i leśnymi ścieżkami zaprowadzi na spotkanie z Aleksiejem…

Przed czym ucieka kobieta na moście? Kim jest Aleksiej i jaką rolę odegra w życiu Liliany?

Jedno już teraz mogę zdradzić… Połączy ich nadzieja.

,,Nadzieja” interesowała mnie już od dłuższego czasu. Ciekawy opis oraz pozytywne recenzje tylko podgrzewały mój zapał. Teraz, gdy jestem już po lekturze powieści, muszę przyznać, że wiem, skąd tyle pochlebnych opinii. Obserwując burzliwą relację Liliany i Aleksieja, wprost połyka się kolejne strony, by dotrzeć do końca i poznać finał tej niezwykłej historii. Oprócz tego, że powieść wciąga, porusza przy tym trudne tematy jak przemoc czy uzależnienia. Sami widzicie, że to nie jest książka z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych. Bohaterowie borykają się z naprawdę trudnymi do rozwiązania problemami, często podejmując drastyczne w skutkach decyzje. Są ofiarami dla innych i czasem katami dla samych siebie.


Liliana, Liliana… Co ja mam o niej myśleć? Naprawdę nie wiem. To skomplikowana kobieta, która o wiele częściej budzi negatywne uczucia niż daje się lubić. Musicie się przygotować psychicznie na to, że towarzyszenie Lilii nie jest prostym i przyjemnym zadaniem. Niektóre z jej decyzji byłam w stanie zrozumieć, inne z kolei ciągle rozważam. Mogłabym lekką ręką napisać, że jest samolubna, nieszczera, zimna i wyrachowana, ale… nie mogę. Bo jest również zagubioną, zastraszoną kobietą, która od najmłodszych lat wyciągała rękę po pomoc, ale była odtrącana. Gdy płaczem i prośbami nie mogła wyrwać się z piekła, desperacja pchnęła ją do sięgania po coraz mniej moralne środki. Czy słuszne będzie twierdzenie, że jej wyrachowanie jest odpowiedzią na postawę otoczenia? Aleksiej mógłby być księciem z bajki. Mógłby, ale… Nie jest. Motywy jego postępowania również nie są dla mnie do końca jasne. Widzi krzywdę Liliany i jedyne, na co go stać to okazjonalna bójka, by uratować ją przed niebezpieczeństwem. Ratuje jej skórę, ale jest to ratunek nietrwały, bo dziewczyna znów trafia do matni. Czemu nie podjął żadnej decyzji, nawet tej o lekkomyślnym zabarwieniu i nie zabrał jej do swojego domu? Widział przecież, jak pęka pod naporem terroru psychika Lilii, bo w końcu on sam dostał spadającymi odłamkami. Zastanawia mnie również decyzja Anastazji, ciotki Alka, która zdecydowała się zostawić małą wówczas Lilianę pod opieką ojca, wiedząc, jaka jest ich sytuacja w domu. Czy nie mogła nigdzie zgłosić tego, co się dzieje z dziewczynką? Przecież nie wydawała się być osobą głuchą na cierpienie innych. Opuszczając ją była tak samo winna jak macocha Lilii i… jak ojciec dziewczynki, który podnosił rękę. Jasne, dość dobrze nakreślono sytuację bitych dzieci oraz znieczulicę dorosłych, ale dlaczego chociaż nie spróbowała podjąć jakiegokolwiek działania? Dlaczego, gdy podejmowana jest tematyka przemocy, po raz kolejny dostajemy bohaterów uwięzionych w tym horrorze, znieruchomiałych ze strachu i nigdzie nie pojawia się odważna dusza, która kategorycznym ,,dość tego!” nie pokazuje, jak można wyjść takiej sytuacji?


Wątek Liliany i Aleksieja to jest dopiero temat-rzeka. Czy oni rzeczywiście się kochali? A może to była obsesja? Już dziecięca przyjaźń tej dwójki pokazała, że nawzajem będą rozdrapywać i zaszywać swoje rany wciąż i wciąż na nowo. On pojawiał się w jej życiu i znikał, głuchy na krzyki o pomoc, ona intrygami karała go za brak reakcji, jednocześnie chroniąc siebie. Nie wiem, co mam sądzić o tym związku, który związkiem nie był, o relacji ocierającej się o toksyczność. Tutaj nie ma prostej oceny, bo zawsze pojawi się jakieś ,,ale”.


Najbardziej podobał mi się początek powieści – życie małej Liliany na wsi, trudne dzieciństwo, a potem równie trudne dorastanie. Zmaganie ze strachem, pierwsza przyjaźń i próby wydostania się z mocnej pajęczyny przemocy. Gdyby cała historia była utrzymana w takich klimatach, byłaby oceniana jeszcze lepiej. Te fragmenty – spotkania głównych bohaterów to było dla mnie za mało. Chciałabym więcej z codzienności Liliany, powoli wrastać w jej świat, nie tylko poznawać go w relacjach, w pojedynczych obrazkach – sytuacjach, które tylko szkicowały na kartce to, co mogłoby być dużym i pięknym krajobrazem. Odczułam, że nie do końca wykorzystano wątek traumy, jaką nosiła w sobie Lila. Wiem, to brzmi jak paradoks, bo o tym traktuje cała powieść, ale można by bardziej rozwinąć jej portret psychologiczny. Przecież jej życiorys obejmuje tyle problemów! Samookaleczanie, samotność, używki, przygodny seks czy zmowa milczenia, która ją dotknęła w związku z przemocą. Tragedia z dzieciństwa, która rzutowała na jej dorosłe życie, została przyćmiona przez wątek pracy Aleksieja.


Powieści zaszkodziła ,,efekciarskość”, która zamieniła historię bliską sercu w prawie że film sensacyjny. To też przyćmiło problemy Liliany i Aleksieja, którzy przeszli od ,,ludzi, jakich możemy znać na co dzień” do ,,ludzi, jakich znamy z telewizji”. W końcu mało który z czytelników prowadza się pod rękę z mafijnym prawnikiem na koktajlowych przyjęciach, jeśli wiecie, o co mi chodzi. ,,Nadzieja” byłaby piękna w swojej surowości, gdyby nie była ubarwiana elementami sensacji. Choć recenzja to nie koncert życzeń, to mimo wszystko ja życzyłabym ,,Nadziei” nieco innego zakończenia.


,,Nadzieja” jest frapującą powieścią, podejmującą niełatwe tematy. Zasiewa w myślach ziarno niepokoju, pozostawia z kilkoma pytaniami i każdemu indywidualnie pozwala ocenić bohaterów i ich postępowanie. Tak, jak nadziei przypisuje się kolor zielony, tak ,,Nadzieja” pełna jest odcieni szarości.