20 mar 2013

,,The Evolution of Mara Dyer" - Michelle Hodkin

Mara Dyer kiedyś wierzyła, że może uciec od swojej przeszłości.

Nie może.

Kiedyś myślała, że jej problemy znajdują się wyłącznie w jej głowie.

To nieprawda.

Nie może sobie wyobrazić, że po tym wszystkim co przeszła, chłopak którego kocha nadal będzie skrywał przed nią sekrety.

Myli się. 
 

The Evolution of Mara Dyer (Mara Dyer, #2)
 Tytuł: The Evolution of Mara Dyer
Autor: Michelle Hodkin
Wydawnictwo, rok wydania: Simon & Schuster UK, 2013
Ilość stron: 544

Polskie wydanie:
/-brak informacji-/



 %&%&%&%


Na dobrą sprawę, kłopoty Mary dopiero się rozpoczęły. Życie zaczyna wymykać jej się spod kontroli, a terapia i leki zamiast pomóc, potęgują jej psychozę. Nikt jej nie wierzy, gdy mówi, że jest śledzona i kilkukrotnie widziała swojego byłego chłopaka, oficjalnie uznanego za zmarłego. Nikt jej nie wierzy, gdy mówi, że jest odpowiedzialna za śmierć kilku osób. Mara próbuje szukać odpowiedzi na własną rękę, ale to wpędza ją w jeszcze większe kłopoty. Gdy z nieba spadają martwe wrony, z sąsiedztwa masowo znikają zwierzęta, a Mara zaczyna pamiętać rzeczy, których nie przeżyła, to może oznaczać tylko jedno – szaleństwo zaczyna zataczać coraz szersze koło.

Brzmi dość upiornie? Nie? A co, jeśli dodam, że znów wrócimy wraz z Marą do szpitala psychiatrycznego, jej współlokatorka zostanie zamordowana, a jej krwią ktoś napisze coś na ścianie? Cóż, to chyba dość dobrze wyjaśnia, że ,,The Evolution of Mara Dyer” nie jest takim sobie kolejnym romansem paranormalnym. Będziemy świadkami morderstwa i to nie jednego. Będziemy świadkami zmuszania do samobójstwa. Przekonamy się, że lalki jeszcze nigdy nie były tak upiorne. Dowiemy się, co to znaczy, gdy w żadnym miejscu nie można się czuć bezpiecznie i nikt nie wierzy w istnienie oprawcy.

Muszę przyznać, że są  w tej książce sytuacje, które potrafią wywołać emocje. Gdy Mara próbuje wyjaśnić, co się z nią dzieje i nikt jej nie wierzy, można wręcz wyczuć jej bezsilność i złość. Dorosłym łatwiej uwierzyć w racjonalne, ale nieprawdziwe wyjaśnienia niż prawdziwe, ale nie do końca racjonalne, a przypadek Mary Dyer jest tego najlepszym przykładem. Sama Mara pogrąża się coraz bardziej, mając problemy z rozróżnieniem rzeczywistości. To jedna z  najmocniejszych stron powieści, właśnie ta ,,gra” i płynne przechodzenie od halucynacji do normalności.

Mara jest chyba najbardziej poturbowaną bohaterką powieści spod znaku Young Adult, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia. Jakby gnębiące ją wyrzuty sumienia to było za mało, jest dalej prześladowana i praktycznie wykańczana psychicznie. Jej siła woli, by odkryć prawdę pomimo niesprzyjających warunków, jest naprawdę godna pozazdroszczenia. Dobrze, że autorka nie pozostawiła ją samej sobie i ma wsparcie w postaci Noah.
Noah Shaw nadal należy do grona moich ulubionych powieściowych bohaterów. Teraz nie jest już flirciarzem, stał się zdecydowanie poważniejszy i odpowiedzialny. Jest wierny i oddany Marze; gołym okiem widać, jak bardzo ją kocha. Poznając szczegóły  jego prywatnego życia, odkrywamy, że zły chłopiec to tylko poza, która kryje o wiele bardziej problematyczne wnętrze.

Związek Noah i Mary nie dominuje w powieści i całe szczęście. Owszem, poświęca mu się uwagę, ale nie ma wrażenia, że to najważniejszy wątek, który spycha wszystko inne w cień. Jest to raczej element ubarwiający fabułę. Relacja naszych bohaterów to nadal sporo iskrzenia, bliskości i przewrotnych rozmów, ale w tym tomie stają się oni bardziej zespołem, który próbuje rozwikłać zagadkę ich zdolności i wypadku.

Pojawi się wielu nowych bohaterów, w tym doktor Kells, Stella, Phoebe i inni pacjenci szpitala psychiatrycznego. Każdy z nich będzie miał do odegrania swoją rolę. Nie można również zapomnieć o znanym z pierwszego tomu Jamiem, który wkroczy na scenę ze swoim ciętym językiem i zagości na zdecydowanie dłużej. Wraz z nim powróci temat jego konfliktu z Noah. Okaże się, że pozory naprawdę mogą mylić, a historia kryjąca się za tym, jest naprawdę zaskakująca.

W trakcie lektury nie sposób się nudzić. Michelle Hodkin podrzuca nam co rusz nowe wskazówki zgodnie z zasadą, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Scen budzących grozę jest mnóstwo i starannie porozrzucano je pośród stron. Karkołomna łamigłówka rozrasta się coraz bardziej i pozostaje tylko liczyć na to, że autorka nie przedobrzy.
Ale, ale! Skupiając się na głównym wątku nie można również zapomnieć o zapadających w pamięć scenach Mara – Daniel. Dobrze, że nie pominięto tutaj tego elementu rodzinnego. Co za tym idzie, również zwrócono uwagę na bohaterów drugoplanowych, którzy naprawdę nieźle dają sobie radę jako indywidualności.

Zakończenie książki jest mordercze i zastanawiam się teraz ,,co dalej?”. Jeszcze do końca nie wiem, czy podoba mi się droga, jaką podąża fabuła książki. Mam mieszane uczucia co do drugiej części książki. ,,The Unbecoming of Mara Dyer”, jak i pierwsza połowa ,,The Evolution of Mara Dyer”, skupiały się głównie na grze z czytelnikiem: czy Mara faktycznie jest szalona czy może ma rację? Gdy w wątek nadprzyrodzony byli zamieszani tylko Mara i Noah, wszystko wydawało się bardziej mroczne i tajemnicze. Teraz, gdy dotyczy to więcej osób, klimat zaczyna się rozrzedzać i już nie jest tak upiornie. Autorka nieźle zagmatwała wszystko w ostatnich rozdziałach, odpowiadając co prawda na niektóre z pytań, ale za to w zamian dając mnóstwo nowych zagadek. Mam nadzieję, że w finalnym tomie zatytułowanym ,,The Retribution of Mara Dyer” dostanę większość odpowiedzi i, co najważniejsze, będą one spójne i logiczne z tym, co zawarto w poprzednich tomach.

Teraz pozostaje tylko czekanie na trzeci tom, którego premiera jest przewidziana na październik. Mam nadzieję, że utrzyma on dotychczasowy poziom, a może będzie jeszcze lepszy.

11 mar 2013

,,Requiem" - Lauren Oliver


Tytuł: Requiem
Autor: Lauren Oliver
Wydawnictwo, rok wydania: Hodder & Stoughton, 2013
Ilość stron: 391 (plus 27 stron opowiadania ,,Alex")

Polskie wydanie:
Tytuł: Requiem
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania (zapowiedź): 20.03.2013
Ilość stron: 392
Cena: 34,90 zł


~~***~~

Premiera ,,Requiem” była jedną z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych. Po całkiem niezłym ,,Delirium” i przyprawiającym o zawał serca ,,Pandemonium”, wprost nie mogłam doczekać się zakończenia trylogii. W końcu udało mi się zdobyć książkę i czytałam, czytałam, czytałam…

Co wyczytałam?

Ruch Oporu wzrasta w siłę, co rusz wstrząsając krajem. Rewolucjoniści walczą z rządem i AWD, którzy z kolei decydują się na zaatakowanie Głuszy i eksterminację Odmieńców. Wojna to tylko kwestia czasu, gdy każda ze stron zaczyna się zbroić.
W Portland, które zostaje otoczone wysokim murem, mieszka Hana. Wyleczona i sparowana z przyszłym burmistrzem, opływa w luksusy, podczas gdy pozostali mieszkańcy głodują i nie mają dostępu do prądu. Wydawać by się mogło, że takie życie to spełnienie marzeń, ale nikt nie wie, że narzeczony dziewczyny wcale nie jest darem od niebios i że Hana nie jest z nim tak bezpieczna, jak by się mogło wydawać. Dodatkowo gnębiące ją wyrzuty sumienia sprawiają, że skuteczność wyleczenia staje pod znakiem zapytania.
W Głuszy Lena przygotowuje się do ostatecznego starcia z Zombielandem, jednocześnie zmagając się z własnymi uczuciami. Niespodziewane pojawienie się osoby, którą uznała za zmarłą, wstrząsnęło nią i zburzyło dotychczasowy kruchy spokój. To odpycha ją od Juliana, który próbuje odnaleźć się w ciągle obcym dla niego świecie. Lena próbuje odnaleźć więzi, które łączyły ją z innymi, ale czy po brutalnych przejściach można jeszcze kochać?

Jak widać, w ,,Requiem” można się spodziewać niezłego zamieszania. Czy ten tom przebił rewelacyjnego poprzednika i czy spełnił oczekiwania pokładane w nim jako w zwieńczeniu historii?

Otóż… Nie.

Często mówi się, że po genialnych pierwszych tomach autorzy nie są w stanie przeskoczyć poprzeczki i drugie tomy stają się, przepraszam za wyrażenie ,,zapchajdziurami”, które powstają tylko po to, by można było jakoś pchnąć wątki dalej. Lauren Oliver wybroniła się przed tym, pisząc naprawdę dobry drugi tom, ale za to nie uciekła całkowicie od tego syndromu. W jej przypadku to ,,Requiem” nie przeskoczyło poprzeczki. Nie znaczy to, że jest tragicznie, źle i w ogóle nie warto czytać. Powieść sama w sobie jest dobra, sprawnie napisana, pełna lirycznego języka, który już znamy. Jednak oceniając wewnętrznie jako część trylogii, muszę przyznać, że czuję niedosyt.

Podobało mi się przedstawienie historii z perspektywy dwóch światów. Dzięki temu zyskaliśmy odmienne spojrzenia na te same wydarzenia. Również różnice w narracji sprawiają, że nie można pomylić osób, które się wypowiadają. Wyleczona Hana przez większość czasu beznamiętnie snuje swoją opowieść o życiu w luksusie, o zbliżającym się ślubie. Brzmi jak robocik i nie bije z niej nawet najmniejsza iskierka radości. Wypowiedzi Leny są z kolei nacechowane emocjami, pojawia się też wiele metafor. Dziewczyny stanowią symbole dla swoich grup – Lena jest coraz silniejszym członkiem Ruchu Oporu, Hana i jej ślub z synem burmistrza symbolizują zaś słuszność nowego porządku. Moim skromnym zdaniem w ,,Requiem” to właśnie Hana przejęła stery od Leny. Jej historia jest o wiele ciekawsza i pokazuje, jak wielkie spustoszenie uczyniło w ludziach wyleczenie od uczuć. Hana, początkowo marionetka w rękach rodziców i przyszłego męża, uczy się wzrastać ponad zasady, ponad zabieg, który założył jej blokadę na umyśle. To właśnie ona w gruncie rzeczy zmieniła się nieświadomie w symbol Ruchu Oporu, przez decyzje, które odważyła się podjąć. Konfrontacja dziewczyn pokazuje, jak wiele zmieniło się od czasu ,,Delirium”. To już nie są dwie przyjaciółki – uczennice, tylko doświadczone przez los kobiety, które zdają sobie sprawę, jak szybko przyszło im dorosnąć. 

Nie można również narzekać na brak akcji. Dzieje się sporo i to po obydwóch stronach barykady. Jest sporo trupów, ran i wstrząsających scen. Mamy podkładanie bomb, ukrywanie się i strzelaniny. Pojawia się kilka naprawdę mocnych i wymownych scen, jak choćby powrót grupy Leny do domu w lesie czy spotkanie Hany z dawną koleżanką. Autorka naprawdę dobre odtworzyła na kartach powieści przygnębiający klimat oraz grozę nadciągającej wojny, opisując wygląd uchodźców, brudnych i głodujących czy mijane zniszczone i opuszczone budynki.

Trójkąt Julian – Lena – Alex stanowi dla mnie trudną do rozwikłania zagadkę. Magiczny związek Leny i Alexa, który rozkwitał w ,,Delirium” oraz nieśmiała relacja Juliana i Leny z ,,Pandemonium”, przybrały w ,,Requiem” całkiem nowe twarze. Fani trylogii kibicowali to jednemu, to drugiemu bohaterowi w walce o serce Leny, nie mogąc doczekać się, którego z nich wybierze dziewczyna. Nie wiem, może pozostali czytelnicy się ze mną nie zgodzą, może to tylko moje odczucia, ale odniosłam wrażenie, że wątek miłosny nieco się posypał. Lena zdystansowała się od Juliana, a z kolei na nią Alex przez prawie całą powieść patrzy wilkiem. Paradoksalnie, jak na książkę traktującą o walce o miłość, tej miłości jakoś… zabrakło. Podczas gdy ,,Pandemonium” sprawnie balansowało walką i uczuciami, ,,Requiem” nie do końca daje sobie z tym radę. Ciężar przejęła wojna i brnięcie przed siebie, zupełnie jakby sama autorka nie mogła się zdecydować, kogo powinna wybrać Lena. Niby mamy tego nieśmiały przebłysk pod sam koniec, jednak bohaterka mówi asekuracyjnie ,,Nie wiem co się stanie – ze mną, z Aleksem, z Julianem, z kimkolwiek z nas”*.

Generalny problem ,,Requiem” polega na tym, że w założeniu jako finalny tom, powinno coś wyjaśnić, tutaj jednak… Niewiele się dowiemy. Zakończenie (poza akapitem – przemową, który zasługuje na pochwałę), ni to jest otwarte, ni to zamknięte. Nie wiem, czy ma to stanowić rodzaj furtki ,,na wszelki wypadek”, czy autorka dała po prostu czytelnikom możliwość snucia własnych domysłów na temat tego, co teraz stanie się z bohaterami. Po wręcz zabójczych zakończeniach pierwszego i drugiego tomu, spodziewałam się czegoś równie emocjonującego w finale trylogii. Po przeczytaniu ostatnich stron w mojej głowie pojawiła się taka myśl ,,okej, ale o co chodzi? To już? Po 391 stronach więcej się nie dowiedziałam niż dowiedziałam. Właściwie co to wszystko miało na celu?”. Ja po prostu nie mam tego poczucia, że to już koniec, bo brakuje mi właśnie takiego mocniejszego akcentu. Liczyłam, że ta książka będzie emocjonalną kumulacją i pozostawi mnie ze szczęką na podłodze. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że tam, gdzie skończyło się ,,Requiem” zaczyna się prawdziwa historia. Naprawdę nie zdziwię się, jeśli po tak niezbyt wyrazistym zakończeniu powstanie kiedyś czwarty tom, który będzie dopełnieniem całej historii.

,,Requiem” nie jest tak dobre jak ,,Pandemonium”, ale ogólnie trzyma poziom całej trylogii. Szkoda, że (przynajmniej na razie, bo nigdy nic nie wiadomo :)) to już koniec tej historii. Bardzo polubiłam Lenę i żal mi się rozstawać z jej światem. Mam nadzieję, że uda mi się wrócić do ,,Delirium” za sprawą serialu, nad którego pilotem trwają obecnie prace.

_______________________
tłumaczenie własne/,,Requiem" str. 390