27 lut 2012

,,Kościotrzep" - Cherie Priest


Tytuł: Kościotrzep
Autor: Cherie Priest
Wydawnictwo i data wydania: Książnica, 2012
Ilość stron: 384 
Cena: 35,00 zł


~~***~~

,,Ale to już było!” zakrzyknął gromko Mózg po przeczytaniu książki, rzucając się ochoczo do przeszukiwania szuflad pamięci z napisem książki/filmy/ seriale. Kopał i kopał, rozrzucał, mieszał, złorzeczył. Znalazł coś?
Jak to w końcu z ,,Kościotrzepem’’ jest  -  było czy nie było?

Seattle, czasy wojny secesyjnej. Po wybuchu gorączki złota Rosjanie, chcąc eksploatować złoża na Alasce, poszukują wynalazcy, który za odpowiednią sumę stworzy machinę wydobywczą. Odpowiedzią na ich prośby był projekt niejakiego Leviticusa Blue, amerykańskiego doktora. Kościotrzep, bo tak zwie się machina, zamiast wydobywać złoto, przy pierwszej próbie wydobyła gaz. Przy okazji niszcząc prawie pół miasta. Straty materialne można było jeszcze przeżyć, ale opary trującego gazu – już nie.  Zatruci zmieniali się w krwiożercze zombie, niektórzy przy odrobinie szczęścia umierali. W ramach ocalenia pozostałych, skażoną część miasta odizolowano wysokim murem.
Tak minęło szesnaście lat.
Do miasta za murem próbuje przedostać się w pojedynkę niespełna szesnastoletni Ezekiel Blue, syn Leviego. Chłopiec pragnie przywrócić rodzinie dobre imię, a niezbędne do tego dowody może uzyskać w laboratorium ojca. Choć wyprawa do miasta jest niebezpieczna i trudna do zrealizowania, nastolatek wcale się tym nie zraża. W ślad za nim za mur udaje się jego matka Briar, która za wszelką cenę chce sprowadzić syna do domu.
Razem z nimi czytelnik wkracza do świata poza murem, Starego Seattle. Świata zombie, wynalazków, latających machin i... Chińczyków.

Brzmi ciekawie, prawda? Jeśli do tego dołożymy przygodowy charakter powieści i steampunkową otoczkę to nie pozostaje nic innego, jak tylko zaszyć się gdzieś z książką i dać się pochłonąć powieści. Niestety, nie samym opisem i okładką człowiek żyje, a treść nie zawsze osiąga poziom, jaki jej narzucono. Niby mamy maszyny, niby mamy parę, niby mamy spustoszone (częściowo) miasto. Niby steampunk, jak głosi dumnie okładka. Nauczona doświadczeniem, ostrożnie podchodziłam do zachwytów. Choć po przeczytaniu notki, że Cherie Priest jest królową steampunku, zaczęłam mieć nadzieję, że faktycznie mam przed sobą kawał porządnej literatury.
Po skończonej lekturze nadzieje się rozwiały.  Aż taka tragedia? Nie, nie do końca. W zależności od tego, czego się po powieści spodziewamy, rozczarowanie może być duże, albo zerowe. Widocznie to moja wina, że nastawiłam się na ,,ucztę wyobraźni”.

Faktem jest, że w fabule ,,Kościotrzepa” odbijają się echem rozwiązania zastosowane w różnych książkach, czy filmach. W filmie ,,Resident Evil” opartym na serii gier, poruszano już temat transformacji w zombie z powodu infekcji oraz wszechobecnej zarazy. Może pomysły nie są bliźniaczo podobne, ale ogólne założenie niczym się nie różni. Jeśli mówimy o skojarzeniach, to chyba najsilniejszym jest skojarzenie z książką ,,Metro 2033”. W pewien sposób mamy podobny mroczny, postapokaliptyczny klimat jak i zamysł: stwory chodzą po powierzchni, zaś ludzie ukrywają się w podziemiach, tworząc własny świat i chroniąc się przed skażeniem. Nie znaczy to pod żadnym pozorem, że ,,Kościotrzep” jest kopią ,,Metro 2033”.
,,Kościotrzep” stara się jak może by nie kopiować cudzych pomysłów i być oryginalną powieścią.  Ogółem udaje mu się to, klimatem i kreacją świata przedstawionego broni się całkiem nieźle, trzymając przyzwoity poziom.

Bohaterowie, bohaterowie... Nie jest źle, ale mogło by być zdecydowanie lepiej. Zacznijmy od tego, co jest dobrze. W wielu książkach największą bolączką są papierowi, tudzież niewidzialni bohaterowie drugoplanowi. W ,,Kościotrzepie” o dziwo, drugi plan potrafi być nawet wyraźniejszy niż pierwszy. Moją faworytką została Lucy, szczerze żałuję, że pojawiała się za rzadko, jak na mój gust.  
Co jest źle? Oprócz perełek w postaci wyżej wymienionej, kreacje pozostałych nieco kuleją. Zarówno Zeke jak i Briar nie mieli w sobie iskry, która przyciągnęłaby do nich czytelnika. Byli niczym pionki w grze, preteksty, by móc opowiedzieć całą historię.

Zombie jaki jest każdy widzi – jęczy, drapie i fizjonomię posiada dość nieurodziwą. Do tego pała miłością gorącą do wszystkich żywych ludzi, z którymi chce dzielić upodobania kulinarne. W ,,Kościotrzepie” autorka nie porzuciła tego wizerunku, więc zainfekowani to bezmózgie stworzenia, dla których liczy się tylko mięso. Najlepiej ludzkie.

Szczerze mówiąc, miałam problem z ocenieniem książki. ,,Kościotrzep” nie jest ani zły, ani rewelacyjny. Trzyma przyzwoity poziom, ale nie ma w sobie nic, co by go w jakikolwiek sposób wyróżniało. Nie budzi emocji. Mimo swego przygodowego zacięcia, miewa dłużące się momenty. Całe szczęście, że steampunku starczyło na coś więcej, nie tylko na okładkę, jak było to w przypadku ,,Obsydianowego serca”. 
W moim odczuciu, ,,Kościotrzep" jest książką ,,na jeden raz". Wątpię, by po odłożeniu jej na półkę, sięgnęła po nią ponownie czy miała długo w pamięci bohaterów i ich historię.

13 lut 2012

,,Więzień Labiryntu" - James Dashner


Tytuł: Więzień Labiryntu
Autor: James Dashner
Wydawnictwo i data wydania: Papierowy Księżyc, 2011
Ilość stron: 400
Cena: 34,90 zł



~~***~~


Mury sięgające nieba. Złowieszczy metaliczny szczęk niosący się w powietrzu. Cztery szczeliny w czterech ścianach.
Labirynt.
I oni.

Tak pokrótce można opisać książkę autorstwa pod tytułem ,,Więzień Labiryntu”.


Nastoletni Thomas budzi się w windzie. Niewiele pamięta, w jego umyśle pojawiają się jedynie strzępki z przeszłości, których nie potrafi ze sobą połączyć. Gdy drzwi windy otwierają się, trafia on do całkowicie innego świata. Świata, który zamieszkują dzieci i nastolatkowie wyłącznie płci męskiej. Świata, którego istnienie ograniczone jest gigantycznymi murami, za którymi kryje się równie olbrzymi labirynt. Ten Świat ma nawet swoją nazwę: Strefa. Ona daje schronienie. Nikt nie wie, dlaczego znaleźli się w Strefie. Nikt nie wie, jak wydostać się z Labiryntu. Jedyne co wiedzą to to, że wyjście poza Strefę może skończyć się straszną śmiercią. Jednak pewnego dnia za mury Strefy wdziera się najgorszy z możliwych koszmarów...

Do sięgnięcia po ,,Więźnia Labiryntu” skłoniło mnie wiele pozytywnych opinii. Sam pomysł uwięzienia grupy ludzi w labiryncie pełnym niebezpieczeństw nie jest specjalnie oryginalnym pomysłem. Zastosowano go chociażby w filmie Cube z 1997 roku. Postanowiłam jednak dać powieści szansę i nie żałuję. Ma ona swoje plusy jak i minusy, które przedstawię w dalszej części recenzji.

Ciekawie przedstawiono mikrospołeczeństwo, którego członkiem stał się Thomas. Żadna osoba nie była zbędna, każdy miał swoje zadanie. Wszyscy przestrzegali surowych reguł, by przetrwać. Biorąc pod uwagę wiek Streferów, taki porządek i rygor budzi podziw. Szkoda tylko, że nie powiedziano nic o tym, jak poradzili sobie pierwsi ,,osadnicy”, który musieli wszystko zbudować i zaplanować.


Wstrząsające jest to, jak łatwo zapomnieć, że bohaterami tak naprawdę są dzieci. Postępują i zachowują się jak dorośli, gdyby nie wspomnienie o ich wieku, trudno byłoby zgadnąć, ile tak naprawdę mają lat. Codzienna walka o przetrwanie sprawiła, że musieli szybko dojrzeć. Widzieli ból, śmierć, doświadczyli strachu. Czasem również ich zachowanie przeraża, co pozwala się domyśleć, jak wielką krzywdę wyrządzono ich psychice. Dlaczego tylko domyślać? Dlatego, że autor nie wnika zbytnio w psychikę bohaterów.


Skoro już przy bohaterach jesteśmy...


Nie mogę napisać za wiele, by nie zdradzić jednego z sekretów. Powiem tylko tyle: są persony wzbudzające sympatię, jak chociażby główny bohater i są takie, które budzą żądzę mordu w czytelniku. Choć pojawiły się również postacie, co do których nie umiałam się ustosunkować, były nieco ,,papierowe”. Może następne tomy przyniosą coś nowego, co rozbuduje ich charaktery.


Bardzo przypadły mi do gustu swoiste neologizmy, które w obfitej ilości pojawiają się w książce. Początkowo czułam się równie zagubiona jak Thomas, gdy stali mieszkańcy Strefy zasypywali mnie gradem słów. Tak oto musiałam sobie przyswoić takie językowe cudaki jak: klump, sztamak, świeżuch, bóldożercy czy Njubi. Również przekleństwa brzmią całkiem inaczej, choć łatwo odkryć, co było ich bazą. Cóż, jeśli autor chciał, bym wczuła się w położenie ,,nowego” to w dużej mierze taki zabieg mu się udał. Wyobrażam sobie umysłową i lingwistyczną gimnastykę tłumacza, bo choć nie czytałam książki w wersji angielskiej, jednak domyślam się, że musiało być to niełatwe zadanie. Szczególnie, że większość tychże cudów to gry słowne. Jak dla mnie, tłumacz spisał się na piątkę z plusem!


Nie zachwyciło mnie poprowadzenie wątku jednego z bohaterów. Mam tutaj na myśli Chucka. Jedna ze scen jest owocem koszmarnie wyświechtanego motywu, który wykorzystywany jest w filmach. To było zbyt przewidywalne. Również niektóre opisy były, jak dla mnie, niewystarczające. Miałam problemy z wyobrażeniem sobie niektórych rzeczy, a rzec muszę, że moja wyobraźnia jest naprawdę elastyczna. Chodzi mi tutaj dokładnie o charakterystykę ,,uroczych inaczej” mieszkańców Labiryntu o wdzięcznej nazwie Bóldożercy. Mimo dobrych chęci skapitulowałam po kolejnym razie zwizualizowania potwora w myślach. Nie wiem, czy to moja wina, czy może autor nie przemyślał tego, jak mają one wyglądać. Mam za to nadzieję, że autor w pomysłowy sposób wybrnie z wątku... Nazwijmy to: ,,paranormalnego”, który na dobrą sprawę pojawił się i... I tyle o nim wiemy, że jest. Zero wyjaśnień, ale rozumiem, że taki był zamysł na pierwszy tom.

Czy porównałabym ,,Więźnia Labiryntu” do ,,Igrzysk śmierci”? Zarówno jedna książka, jak i druga to antyutopie z nastolatkami w roli głównej. O ile w ,,Igrzyskach śmierci” mamy jasno nakreśloną sytuację oraz historię świata, o tyle w ,,Więźniu labiryntu” dopiero na ostatnich stronach dowiadujemy się co nieco o świecie – jednak to ciągle jest niewiele. ,,Igrzyska...” mają w sobie większy rozmach, wszystko zdaje się być bardziej dopracowane. ,,Więzień” może bronić się tym, że jest wstępem do trylogii, a lokacja oraz niezbędna otoczka tajemnicy nie pozwala na dogłębne opisywanie świata, by przedwcześnie nie zdradzić sekretu. Do gustu bardziej przypadły mi ,,Igrzyska śmierci”, które oceniam wyżej jako bardziej klimatyczne i dopracowane. Kolokwialnie powiem, że mają w sobie to ,,coś”, czego ,,Więźniowi labiryntu” brakuje.

,,Więzień Labiryntu” to niezła młodzieżowa literatura rozrywkowa. Nie jest jakimś szczególnym objawieniem, nie jest perfekcyjna, ale wciąga – czego więcej chcieć? 
Zapowiedź tomu drugiego umieszczona na końcu książki zwiastuje dalsze losy Thomasa oraz jego kompanów. Zaufajcie mi, brzmi naprawdę interesująco, choć może się wydawać, że oryginalnością nie grzeszy (już nasuwa mi się na myśl kilka tytułów filmów czy książek. Może to celowy zabieg autora, który wymyślił coś nowego i tylko podpuszcza czytelników? Oby). Już epilog zapowiada, że autor nieźle namiesza. Można mieć tylko nadzieję, że utrzyma on poziom ,,Więźnia Labiryntu”, a wnioskując po opiniach na zagranicznych forach, możemy spodziewać się nawet czegoś lepszego. Czy pokładane w tomie drugim nadzieje spełnią się czy raczej wzbudzi on niesmak i rozczarowanie? Na to, według okładkowej zapowiedzi, przyjdzie nam poczekać do marca.

9 lut 2012

,,Błędne siostry" - Renata L. Górska


Tytuł: Błędne siostry
Autor: Renata L. Górska
Wydawnictwo i data wydania: Prószyński i S-ka, 2012
Ilość stron: 752
Cena: 39,90 zł


 ~~***~~

 
,,A gdy się zejdą, raz i drugi,
Kobieta z przeszłością, mężczyzna po przejściach,
bardzo się męczą, męczą przez czas długi,
co zrobić, co zrobić z tą miłością?
On już widział, już zna te dziewczyny,
z poszarpanymi nerwami, co wracają nad ranem nie same,
on już słyszał o życiu złamanym.
Ona już wie, już zna tę historię,
że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią,
ona na pamięć to umie.
A gdy przyjdzie zapomnieć i w pamięci to zatrzeć?
Lepiej milczeć przytomnie i patrzeć.”


Ten utwór autorstwa Agnieszki Osieckiej wykonany przez zespół Raz Dwa Trzy pod tytułem ,,Czy te oczy mogą kłamać?” chodził mi po głowie podczas lektury ,,Błędnych sióstr”. O ile początkowe wersy idealnie opisują sytuacje zawartą w książce, o tyle ostatnie zdanie ,,lepiej milczeć przytomnie i patrzeć” kierowane jest do czytelnika, postronnego obserwatora. Dzieje się sporo, poznajemy nowe osoby i musimy śledzić tyle wątków, że najlepiej jest rzeczywiście z uwagą śledzić akcje, siedząc cichutko w kącie i pozwolić bohaterom działać.

W ,,Błędnych siostrach” wpadamy w sam środek skomplikowanego życia emigrantki Karoli. Jest w niesatysfakcjonującym ją związku z obcokrajowcem Timem, poświęca cały swój czas pracy i cierpi na uporczywe migreny. Jedyną osobą, z którą utrzymuje bliższe kontakty, jest Regina, również pochodząca z Polski. Pozornie Karola to typ osoby, który nie przywiązuje się do nikogo, nie myśli o przeszłości i gna przed siebie. Pozornie.

Zmuszona do wzięcia półrocznego urlopu by wyleczyć się z ataków migreny, Karola wraca do Polski, do domu w górach należącego do brata Reginy. Z powodu bolesnych wydarzeń z przeszłości, nasza bohaterka niechętnie wraca do ojczyzny, bo wie, że tutaj dopadnie ją to, od czego dotychczas uciekała – wspomnienia.

Dom w górach miał być opuszczony i do pełnej dyspozycji naszej bohaterki. Był, ale do pewnego czasu. Niespodziewanie zjawił się mężczyzna, uparcie twierdzący, że to on tu mieszka i nie życzy sobie współlokatorki. Armin, bo takie nosi imię tajemniczy przybysz, po czasie wypełnionym kłótniami i docinkami, zgadza się, by Karola również zatrzymała się w domu na polanie.

Od tej pory czytelnik zagłębia się w niezwykłą historię, która swoje źródła ma w czasach sprzed wybuchu drugiej wojny światowej. Przeszłość splata się z teraźniejszością, poznajemy ludzkie dylematy, a wszystko okraszone jest szczyptą magii.

Gdybym miała jednym słowem opisać powieść, byłaby to: tajemnica. Każdy ma jakąś tajemnicę, ukrywa coś przed pozostałymi. Dotyczy to nie tylko ludzi, ale również samej natury i domu! Odkrywanie sekretów bohaterów niesamowicie mnie wciągało, bywały momenty, że gorączkowo wprost połykałam zdania i odwracałam strony, by dowiedzieć się czegoś więcej. Autorka pomysłowo splata kolejne wątki i rozbudowuje historię. Rozwiązywanie tajemnic domu owocuje ujawnianiem kolejnych elementów przeszłości Karoli oraz Armina. Również tytułowe ,,Błędne siostry” kryją w sobie podwójne znaczenie. Jakie? To już trzeba odkryć samemu podczas lektury.

Lojalnie ostrzegam – bohaterowie mogą irytować. Powody, które wywołują kłótnie, oszukiwanie, kłamanie i pozostałe punkty zapalne dla postronnego obserwatora mogą wydawać się sztucznie stworzone. Jednak dla czujnego czytelnika ta sztuczność czy śmieszność jest pozorna i łatwa do przejrzenia. Autorka ma zmysł do obserwacji i opisywania relacji międzyludzkich. Przecież gdy spojrzymy z boku na jakąkolwiek kłótnię, okaże się, że jej powód jest banalny i bezsensowny. Pisarka nie próbuje na siłę wygładzać sprzeczek, dając ku nim powody, by wszystko było jasne, zrozumiałe i do bólu logiczne. Nie, bohaterowie przeżywają emocje, mają gorsze dni, kłócą się o drobiazgi i czasem postępują niezrozumiale.

Szczerość nie zawsze przychodzi łatwo, nie ukrywajmy. Szczególnie, gdy jest pogrzebana warstwą sekretów i zepchnięta w zapomnienie. Gdy Karola i Armin zaczynają wracać do przeszłości, dociekać, pytać i odpowiadać, dotychczas strefa uznawana przez nich za bezpieczną, zaczyna się sypać. Autorka również pokazuje nam, jak ważne jest, by problemy rozwiązywać, a nie przed nimi uciekać. Warto również wyciągać rękę na zgodę, bo nigdy nie wiemy, czy prawda, w którą wierzyliśmy nie jest tylko dobrze spreparowanym kłamstwem. Pokazuje, że czasem sprawy mają się tak a nie inaczej, bo my chcemy je takimi widzieć. Nie mamy dość odwagi, by się z nimi zmierzyć i obłaskawiamy je sobie, by móc dalej żyć.

Czasem przeszkadzały mi rozbudowane przemyślenia głównej bohaterki. Obok budzących ciekawość wątków były również takie zapory, przez które trzeba było przebrnąć, by móc dalej cieszyć się lekturą (może to wina tego śniegu na polanie?). Językowi, jakim jest napisana powieść, nie miała bym nic do zarzucenia, gdyby nie drobne wpadki. Powodowały one, że niektóre opisy chwiały się ze strony literackiej w kierunku harlequina. Na szczęście tych momentów nie było aż tak wiele, by mogły one rzutować na całościowy odbiór książki.

Powieść, mimo kilku dłużyzn, naprawdę wciąga. Ma w sobie coś magnetycznego, co przyciąga i nie pozwala odłożyć książki. Gdyby nie inne obowiązki i fakt, że oczy odmawiały mi już posłuszeństwa, pewnie pochłonęłabym powieść w jeden dzień. Jest ona kompletna, zyskujemy odpowiedzi na większość pytań.

Mówiąc również o książce jako całości, nie można pominąć oprawy graficznej. Symbole saren zaczynające nowy ustęp dodatkowo wprowadzają nas w klimat powieści i nawiązują do treści. Również okładka zasługuje na pochwałę. Widać, że wydawnictwo dba o oprawę graficzną i to się chwali; uprzyjemnia czas spędzony z lekturą.

Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością pani Renaty L. Górskiej i mam nadzieję, że nie ostatnie. Moja opinia bazuje na lekturze tylko jednej książki, ale twierdzę, że autorka ma lekkie pióro i umie wczuć się w położenie swoich bohaterów. Z wdziękiem odmalowuje sylwetki postaci oraz ich losy. Nastrój w powieści naprawdę przywodzi mi na myśl ogień trzaskający w kominku drewnianej chaty otulonej śniegiem. Jest spokojnie, ciepło, magicznie. Choć potrafi być mroźnie, groźnie i boleśnie.