29 gru 2011

,,Bez mojej zgody" - Jodi Picoult


Tytuł: Bez mojej zgody
Autor: Jodi Picoult
Wydawnictwo i rok wydania: Prószyński i S-ka, 2009
Ilość stron: 528
Cena: 32 zł


~~***~~



Nie pozwolę ci odejść

Godziny życia Kate odmierzają kolejne leki, kroplówki, badania i… siniaki. One informują jej matkę Sarę o tym, że choroba wróciła i znów wyniszcza organizm. Ciągłe wizyty w szpitalu, czuwanie nad kruchą i śmiertelnie chorą dziewczyną oraz niepokój o kolejny dzień to nieodłączne elementy życia Fitzgeraldów. Z tragedią, która niczym kroplówka z chemią sączy się w żyły domowników, każdy próbuje sobie radzić inaczej. Nastoletni Jesse odcina się od świata, wpada w używki i zaczyna niebezpieczne eksperymenty z ogniem. Brian ucieka w pracę, nie radząc sobie z dźwiganiem małżeńskich problemów oraz choroby Kate. Sara z kolei całkowicie poświęca się córce, starając się za wszelką cenę ją uratować. Z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że jej małżeństwo wisi na włosku, bo nie potrafić porozumieć się z mężem tak jak dawniej.

Jednak ich życie to nie tylko ból, cierpienie i udręka czekania. Śmieją się również przez łzy, kiedy w życiu Kate pojawia się chłopak albo kolejna kuracja zaczyna działać. Mają swoje małe chwile radości, choć na wszystkim kładzie się cień.

Nie bez powodu nie wymieniłam jeszcze Anny. Najmłodsza z domowników, a jednocześnie zagubiona gdzieś pomiędzy światem dzieci i dorosłych. Z powodu choroby siostry musiała szybko dorosnąć, choć spragniona miłości rodziców i normalnego życia czuje się zagubiona. Dźwiga na sobie wielkie brzemię – jest lekiem dla Kate i jej powierniczką.

Anna jest niejako odpowiedzią na poszukiwania Sary. Ponieważ choroba Kate sprawiła, że każda kuracja może zostać zastosowana tylko jeden raz, lekarze doradzili Sarze jeszcze jedno wyjście.

 
Dziecko na zamówienie

Sara dowiedziała się, że możliwe jest sztuczne poczęcie dziecka, którego geny będą idealnie pasować do genów chorej Kate. Takie dziecko może oddawać krew i szpik, a nawet narządy, ponieważ jest idealnym dawcą. Na początku planowano tylko skorzystać z krwi pępowinowej Anny, jednak kolejne nawroty choroby spowodowały, że Anna została stałym dawcą.

Już od momentu narodzin Anna cały czas musi być gotowa, by służyć swoimi tkankami chorej siostrze. Nie ma wyboru. Jako niepełnoletnia, jest pod opieką rodziców. Z kolei Sara nie zawaha się by podpisać jakiekolwiek zgody. Wszystko po to, by ratować Kate.


Moje ciało – moje prawo?

Anna czuje, że wpadła w pułapkę. Z jednej strony chce odzyskać prawo do własnego ciała i przerwać pasmo bólu, ale z drugiej strony wie, jak to skończy się dla jej starszej, ukochanej siostry. Podjęcie decyzji nie jest łatwe, biorąc pod uwagę tajemnicę, którą skrywa Anna. Jednak dziewczyna decyduje się złożyć pozew do sądu. Wtedy do akcji wkracza adwokat Campbell i Julia – kurator sądowy.

Od tej pory rodzina wpada w wir zainteresowania mediów, rozpraw sądowych i najgorszej z możliwych walk – walce w domu i we własnym sumieniu.


Kroplówka z emocji

Jest to niewątpliwie niebanalna historia opowiedziana w ciekawy sposób. Autorka starała się przedstawić ją obiektywnie i stąd też mamy aż siedem perspektyw : Anny, Campbella, Sary, Briana, Jesse’ego, Julii i Kate, jednak o Kate napiszę jeszcze za chwilę.

Nasi bohaterowie snują swoje opowieści, które splatają się w całość. Często też odrywają się od teraźniejszości i wracają wspomnieniami do przeszłości. Dzięki temu czytelnik ma szansę prześledzić całą historię, od zalążka aż do finału.
Teraz pozwolę sobie wrócić do perspektywy Kate, która pojawia się w książce tylko jeden raz. Jest to zabieg dość zaskakujący, ale zrozumiały w świetle całej powieści. Poznajemy chorą dziewczynę z perspektywy innych, nie poznajemy jej myśli i odczuć, dzięki temu finał książki zyskuje jeszcze większy wydźwięk. Choć rozumiem taki zamysł autorki, jednak żałuję trochę, że nie ma większego wglądu z psychikę Kate.

Na plus zaliczyłam również całą medyczną otoczkę towarzyszącą powieści. Zostajemy zbombardowani medycznymi określeniami, nazwami leków, składem tak zwanej ,,chemii” . Dzięki temu widzimy, jak ciężka jest walka z chorobą, jak wiele musi znieść organizm. Jesteśmy również świadomi w jakim szoku musi być chora osoba, gdy oprócz diagnozy słyszy całą terminologię, z której nic nie rozumie, przynajmniej na początku.

Książka budzi emocje i za to wielki plus. Pisarka powoli odkrywa wszystkie karty przed czytelnikiem. W miarę rozwoju akcji dowiadujemy się coraz więcej, często są to szokujące informacje. Choć częściowo spodziewałam się, jakie będzie zeznanie Anny, jednak i tak był to dla mnie szok, bo nie domyśliłam się wszystkiego.


Za małe dawki, za duże dawki

Co mi się w książce nie podobało? Połowicznie była to zbyt duża ilość perspektyw, z których poznawałam całą historię. Rozumiem, że zamysłem pisarki było przedstawienie jak najszerszego obrazu całej sytuacji, jednak zaszkodziło to w dokładnym badaniu psychiki bohaterów. Zdecydowanie lepiej, według mnie, byłoby skupienie się wyłącznie na rodzinie i ich przeżyciach. Perspektywa Julii oraz jej romans z adwokatem jest zbędny, niepotrzebnie mnoży wątki.

Czymś, co również może przeszkadzać czytelnikom, jest sposób, w jaki wysławiają się postacie. Mimo tak wielu odmiennych perspektyw, ich język się nie zmienia. Nieważne, czy bohater ma lat czterdzieści, siedemnaście czy osiem. W książce zabrakło mi takiej indywidualności postaci. Niby każdy zachowuje się inaczej, niby mamy wgląd w jego psychikę, ale – właśnie – to wszystko czasem jest takie płytkie, pobieżne.

Miałam również problem z zakończeniem książki. Niestety, ale odniosłam wrażenie, że sama autorka nie wiedziała jak wyjść z tak trudnej sytuacji bez pisania w nieskończoność. Z jednej strony takie zakończenie może wyciskać łzy, ale pewne echo niezadowolenia pozostaje.


Ile nam wolno?

Jodi Picoult w ,,Bez mojej zgody” zadaje ważne pytania dotyczące moralności i życia drugiego człowieka. Czy wolno nam powoływać na świat jedno dziecko, by uratować drugie? Czy wolno nam wymagać od takiego dziecka całkowitego posłuszeństwa i oddania? Czy dziecko ma prawo jako jednostka, czy bezapelacyjnie podlega władzy rodziców?

Również dylemat Anny, od której wymaga się oddania nerki, wcale nie jest łatwy do rozwiązania, szczególnie wtedy, gdy wiemy, co nią tak naprawdę kieruje.

Autorka stawia te pytania przed nami i nie daje na nie gotowej odpowiedzi. Sami musimy zdecydować, kto ma rację. Bo może tak naprawdę w takiej sytuacji nikt nie wygrywa?


Trasa szpital – dom - szpital

Pisarka pokazała, że ciężka choroba wyniszcza nie tylko organizm pacjenta, ale i jego rodzinę. Ciężko budować szczęśliwe małżeństwo i poświęcać czas pozostałej dwójce dzieci, gdy ma się śmiertelnie chorą córkę, nad którą trzeba czuwać dzień i noc, i spędzać z nią długie tygodnie w szpitalu.

Jest to również lekcja dla nas, by wspierać i pomagać chorym oraz ich rodzinom. Takie osoby potrzebują kogoś, kto ich wysłucha czy nawet potrzyma za rękę i nieważne, czy chodzi tutaj o osobę przebywającą w szpitalu czy hospicjum.
,,Bez mojej zgody” to niewątpliwie książka zmuszająca do myślenia. Może nie jest arcydziełem, jednak warto ją przeczytać, choćby po to, by poddać refleksji opisywany temat i spojrzeć na niego z różnych punktów.

Polecam.


P.S. Dla zainteresowanych dodam, że powstał film na podstawie książki. Jeszcze go nie oglądałam, więc nie mogę wyrazić swojej opinii ;)

20 gru 2011

,,Anielski ogień" - Courtney Allison Moulton


Tytuł: Anielski ogień
Autor: Courtney Allison Moulton
Wydawnictwo i rok wydania: Bukowy Las, 2011 r.
Ilość stron: 423
Cena: 36,90 zł.



~~***~~



Panie i Panowie – oto ,,Anielski ogień”!

Ellie jest z pozoru zwykłą nastolatką z bogatej rodziny. Lubi spotykać się ze znajomymi, imprezować i nie przepada za szkołą. Musi użerać się z ojcem, przez którego jest traktowana jak ciężar. W nocy męczą ją koszmary o śmierci. Pewnego dnia spotyka starszego od siebie, przystojnego mężczyznę i wydaje jej się, że gdzieś go już kiedyś widziała...

Wspomniany mężczyzna to Will, który wprowadza Ellie w Mrocznię – świat demonów zwanych kosiarzami. Pożerają oni zarówno ciała jak i dusze i wysyłają je do piekła. Okazuje się, że nasza bohaterka jest kolejnym wcieleniem potężnego wojownika rodem z Niebios. Ma ona za zadanie zabijać kosiarzy i nie dopuścić do drugiej wojny nieba z piekłem.
Tyle słowem wstępu.

Gdy Buffy spotyka Clary i Luce…
 
Podczas lektury miałam nieodparte wrażenie, że całą historię gdzieś już kiedyś widziałam. I nie myliłam się. Historia nastolatki, która ukrywa swoją tożsamość i walczy ze złem jest bliźniaczo podobna do tej z serialu ,,Buffy, postrach wampirów”. W książce bohaterka również próbuje być normalną nastolatką, a w walce pomaga jej tajemniczy przystojniak o nadnaturalnych mocach. Jest ona ,,wybranką”, która jako jedyna może zwalczyć siły ciemności. Jej sprzymierzeńcami są bibliotekarz Nathaniel, który całkiem nieźle posługuje się bronią i jest specem od starożytnych artefaktów, oraz medium Lauren. Dla osób, które nie widziały serialu, z oczywistych względów taka historia może wydać się ciekawa i pomysłowa. Niestety, dla mnie, fanki serialu, ,,Anielski ogień” za dużo rozwiązań czerpie od innych, a za mało wnosi coś od siebie. Zauważy to każdy, kto oglądał przygody Buffy.

Motyw miłości ponad wiekami i odradzanie się w nowych ciałach również nie jest nowością. Ostatnio pojawił się on w ,,Upadłych” Lauren Kate. Jeśli jeszcze do tego dodamy, że Will jest w pewnym sensie aniołem, a Ellie ma w sobie dużo z człowieka, to pomysłowość autorki zaczyna się potężnie chwiać.

Kolejnym zgrzytem jest spore podobieństwo do cyklu ,,Dary anioła” Cassandry Clare. Magiczne tatuaże, o których jest wzmianka, a także potwory z innego wymiaru nawiedzające Ziemię, czy demoniczno-anielskie pochodzenie bohaterów – to też już niestety było. Wzorem Clary, Ellie również jest na początku zwykłą nastolatką, która po pewnym czasie odkrywa swoje niezwykłe moce i zaczyna romansować ze swoim przystojnym i mrocznym stróżem.

Demony z nadwagą
 
Jak na anielsko – demoniczną walkę i zbieranie armii od zarania dziejów, akcja bywa dość niemrawa. Ot, mamy tylko jednego Preliatora (anielskiego wojownika, którym jest Ellie), którego od czasu do czasu zaatakuje jeden kosiarz i wgniecie błotnik w samochodzie. Zastanawiające jest to, że sporo czasu zajmuje mocom zła odnalezienie Ellie. Czy Bastian (dowódca demonów) nie mógł po prostu wysłać kosiarzy by uprowadzili Preliatora do Mroczni, by mógł się z nim rozprawić?

Pomijając kilka innych nieścisłości, demony naprawdę do walki zabierają się ociężale. Ponoć mają wielką armię, a do walki wysyłają jednego słabego demona. Z jednej strony jego zadaniem jest zabicie Ellie, ale z drugiej Bastian twierdzi, że nie mogą jej tak po prostu zabić, bo się odrodzi i muszą unicestwić jej duszę. Do tego z kolei potrzebują starożytnego artefaktu. To o co im w końcu chodzi?! Walczą z nią, ranią, chcą zabić, choć z drugiej strony nie widzą w tym sensu. Cóż za niekonsekwencja.

Anioł, demon, bibliotekarz

Kreacja bohaterów nie zachwyca, nie ma co tu dużo kryć. Will to kolejny mroczny/przystojny/seksowny/pociągający/tajemniczy wojownik. Ellie to ,,dziewczyna z sąsiedztwa”, która dość szybko pogodziła się z istnieniem potworów i Mroczni. W gruncie rzeczy jest właśnie takim miksem Buffy, Clary i Luce, w różnych proporcjach. Jako gorszą wersję Buffy, można ją śmiało postawić gdzieś obok Nory z ,,Szeptem”. O pozostałych nie ma co pisać. Nikt specjalnie się nie wyróżnia, czy to pozytywnie, czy negatywnie.

Sięgając po książkę, miałam świadomość, że nie jest to ambitna powieść z bogatymi portretami psychologicznymi postaci, ale chyba nawet po książce o tematyce czysto rozrywkowej mam prawo oczekiwać przyzwoitego poziomu. Przecież rozrywka też może być ambitna.

Nie jest najlepiej, ale…

Żeby nie było, że wyłącznie pastwię się nad książką – znalazłam też plusy. Wątek romansowy nie jest w książce najważniejszy. Autorka oszczędziła czytelnikom miłosnych wyznań na milion zdań i skupiła się na akcji (inna sprawa, jaka ta akcja jest). Również pomysł podzielenia kosiarzy na różne ,,gatunki” jest całkiem niezłym pomysłem. Całe szczęście, że autorka podarowała sobie wulgaryzmy w dialogach i nie siliła się na wymyślny pseudomłodzieżowy slang. Zastanawiałam się też, czy sceny przemocy, poważnych ran i litrów krwi zaliczyć na plus, czy na minus. Bo tego akurat jest dość sporo. Spalanie ciał, urywanie rąk, pręty wystające z różnych części ciała – a co za tym idzie, dość wnikliwe opisy – mogą się niektórym nie spodobać.

Garść anielskich piórek, szczypta amnezji i dużo miłosnego napięcia


Na potrzeby recenzji porównałam daty wydań poszczególnych książek, by sprawdzić, czy słusznie zarzucam kopiowanie pomysłów autorce. Oto, co znalazłam na zagranicznych stronach: ,,Anielski ogień” wydano w lutym 2011 roku. ,,Miasto kości” wydano w 2008 roku. ,,Upadłych” wydano w 2009 roku. Gwoli ścisłości, serial ,,Buffy, postrach wampirów” pochodzi z 1997 roku. Czyli jak widać, nawet w książce autorka zachowała kolejność. Najpierw mamy odkrycie misji przez nastolatkę, potem romans anielsko-reinkarnacyjny, później zyskujemy wesołą kompanię do walki ze złem.

Podsumowując, ,,Anielski ogień” to zlepek popularnych motywów znanych z książek czy seriali. Jak już wcześniej wspomniałam – książka jest za mało pomysłowa. Niewiele w niej świeżych, oryginalnych rozwiązań. Czy sięgnę po kolejny tom? Szczerze mówiąc, nie wiem. Jeśli będzie okazja i nie będę miała nic ciekawszego pod ręką, to czemu nie.

6 gru 2011

,,Demony. Pokusa" - Lisa Desrochers

Dziś recenzja mikołajkowa, niestety, z tego powodu nie ma żadnej taryfy ulgowej dla recenzowanej książki. Podejrzewam, że takowa by się przydała, bo powieść sama niczym się nie broni.
 

Tytuł: Demony. Pokusa
Autor: Lisa Desrochers
Wydawnictwo i rok wydania: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2011 r.
Ilość stron: 367
Cena: 32,00 zł


~~***~~

Dobre złego początki

Kiedy przeczytałam na okładce pełną entuzjazmu recenzję, że ,,Demony. Pokusa” to powieść ,,porywająca, pełna emocji i zabawna” , naiwnie wierzyłam, że faktycznie któryś z tych peanów się sprawdzi. Cóż, może gdyby była to moja pierwsza książka z tego gatunku, byłabym zachwycona. Może. Chociaż wątpię.

Na początku było całkiem znośnie, gdy zaczęłam poznawać historię z perspektywy Luca. Ot, demon w szkole średniej. Temat wałkowany milion razy, ale się nie zrażałam, a nuż autorka czymś mnie zaskoczy. I zaskoczyła. Już na początku dowiadujemy się o ciekawej zdolności Luca, mianowicie: potrafi on przypisać uczuciom i emocjom zapachy, na przykład czekolady, pieprzu czy imbiru. Całkiem interesująca cecha, niestety – jedyna. Im dalej byłam od rozdziału pierwszego, tym było gorzej. Gdy do Luca dołączyła Frannie, Gabe i reszta wesołej paczki, a akcja zaczęła ,,nabierać tempa” (iście żółwiego swoją drogą) ja zaczęłam brnąć przez powieść.

Kopiuj/ wklej

Frannie ponoć pochodzi z katolickiego domu. Dobrze, że ktoś pokusił się o wzmiankę tego faktu na okładce, bo chyba bym się nie domyśliła. Nie ma w tym stwierdzeniu ani krzty sarkazmu, naprawdę. Chyba, że dla autorki wiara objawia się poprzez nadanie każdej córce imienia Maria wraz z drugim, równie biblijnym imieniem. Tutaj o ultra religijności świadczy uczęszczanie na niedzielną mszę. Zdecydowanie lepiej katolicką rodzinę stworzyła w ,,Halo” Alexandra Adornetto.

Jednak nie tylko kwestia rzekomej religijności kuleje w książce. Postacie wykreowane przez panią Desrochers są idealne… do zastąpienia manekinów na sklepowej wystawie. Zero charakterystycznych rys, zero własnego charakteru, zero odrębności. Próba stworzenia wizerunku Frannie jako dziewczyny buntującej się przeciwko rodzinie i zwyczajom w niej panującym została chyba porzucona już na starcie. W efekcie dostajemy bezbarwną bohaterkę, która jest tylko kolejną marionetką zajmującą przestrzeń. Żadna z niej buntowniczka. Jej jedynym zadaniem w 367 stronicowej powieści jest wzdychanie do każdego obiektu płci męskiej w promieniu kilometra i rozmyślaniu o cielesności. Miłym akcentem była scena, w której Frannie naprawiała z dziadkiem samochód. Niestety, jeden dobry moment nie jest w stanie uratować całości. Fee to postać bez instynktu samozachowawczego, która na widok człowieka zmieniającego się w demona wpada w malutki szok, by potem przejść nad tym do porządku dziennego.

Również a
doratorzy walczący o serce i duszę Fee nie należą do najbardziej pociągających mężczyzn. Autorka totalnie odpuściła sobie pomysłowość i w efekcie dostajemy ślicznego jak z obrazka, blondwłosego, niebieskookiego aniołka i wykolczykowanego, wytatuowanego czarnowłosego demona. Cechy charakteru? Brak. Również ich imiona to szczyt kreatywności. Oto anioł nosi imię Gabe, a demon – Lucifer ,,Luc” Cain. Początkowo wrogowie, których główną misją było uwiedzenie Frannie, później zaczęli ze sobą współpracować, by chronić ją przez Prawdziwym Wrogiem, aż w końcu jeden z nich odpuszcza, by mogła być szczęśliwa z tym drugim. Czy tego już gdzieś nie czytałam?


Pozostałe postacie to jedna, szara masa. Żeby ich jakoś odróżnić, autorka litościwie nadała im imiona. Czas głównie spędzają na imprezowaniu, mówieniu o imprezach, mówieniu o obiektach zainteresowań czy o seksie.

Wątku paranormalnego jest jak na lekarstwo. Pojawia się kilka scen, kiedy to Luc kontaktuje się z piekielnymi braćmi (i jedną siostrą), ale to nawet nie jest zarys piekła. Książka w głównej mierze składa się z ochów, achów i innego rodzaju westchnień, bez względu na to, czyją perspektywę obserwujemy. Autorka próbowała nieśmiało wtrącić temat tego, jak to miłość zmienia złego człowieka w dobrego, jakie to cudowne uczucie, które leczy wszystko. Niestety wyszło jej to dość pokracznie; uczucia w ogóle nie ma, rozterki bohaterów, jeśli takowe w ogóle są, dotyczą raczej sfery seksu. Szkoda, bo gdyby skupiła się na wątku tej miłości, mogłaby wyjść z tego zdecydowanie lepsza powieść. Metamorfoza dla osoby, którą się kocha i dorastanie do związku tutaj nie zostało nawet potraktowane po macoszemu. Ot, może jedno zdanie na całą powieść.

Pokusa, której nie warto ulec
  
W książce dostajemy nieudany miks ,,Halo” A. Adornetto, ,,Zmierzchu” S. Meyer ,,Upadłych” L. Kate i garści wulgaryzmów. ,,Demony. Pokusę” nie polecam nawet najbardziej zagorzałym fankom gatunku paranormal romance. Powieść jest nudna i wtórna, a do tego napisana tragicznym językiem. Prosty jak drut z zupełnie niepotrzebnymi wulgaryzmami. Wszystko jest w niej ,,płaskie” – postacie, uczucia i ich przemyślenia.

Rzadko kiedy nie daję powieści drugiej szansy i nie sięgam po kontynuacje. Jednak w tym przypadku odpuszczę sobie, bo ,,Demony. Pokusa” były dla mnie całkowicie straconym czasem.