23 kwi 2017

Chata - William P. Young


Tytuł: Chata
Autor: William P. Young 
Wydawnictwo, rok wydania: Nowa Proza, 2017 (I wydanie - 2011)
Ilość stron: 300
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Nowa Proza


Chata jest jednym z takich tytułów, z którym pewnie bym się nie spotkała, gdyby nie ekranizacja oraz oszałamiający sukces książkowego pierwowzoru, który mnie zaintrygował. Powieść znikąd, którą, jak pisze sam autor, odrzuciło dwudziestu sześciu wydawców. To ciekawe, ale ta miara „ilu wydawców odrzuciło powieść” jest nowym, dodatkowym gwarantem atrakcyjności. Jeśli książka przemówi do czytelników, to mimochodem wspomnienie o tym, ile wydawnictw wcześniej ją odrzuciło, urasta poziomem do rangi tytułów, które kupiono za niewyobrażalne sumy poprzez aukcje. Najwyraźniej wywołuje to pożądany efekt, bo ile razy spotkaliście się ze słowami „J.K.Rowling odrzuciło tyle i tyle wydawnictw, Stephen King nie mógł znaleźć wydawcy, ten autor wydał powieść na własną rękę, tamten podbił świat, choć nikt mu nie wróżył wielkiej kariery!”. O jedne tytuły najpierw biją się wydawcy, o inne – czytelnicy. Chata zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.

Chata wpisuję się w nurt takich tytułów jak Nostalgia anioła, Między piekłem a niebem czy Niebo istnieje... naprawdę, które splatają realizm z duchowością, pochylając się nad życiem po śmierci, eksplorują możliwość istnienia czegoś więcej poza doczesnością. Często punktem wyjścia dla opowieści jest dramatyczne wydarzenie, które dodatkowo stawia pytania o naturę dobra i zła, Boga czy sens życia. Bohaterowie cierpią po stracie bliskich bądź też sami pośmiertnie obserwują ich dalsze życie. W przypadku Chaty mamy do czynienia z rodziną, którą dotyka niewyobrażalna tragedia: kilkuletnia dziewczynka zostaje uprowadzona i bestialsko zamordowana. Utrata ukochanej siostry i córki jest gigantycznym ciosem, który odbiera im radość, spokój i poczucie sensu życia. Pogrążony w żałobie ojciec dziewczynki, Mack, ma ogromny żal do Boga i jednocześnie przygniata go poczucie winy. Pewnego zimowego dnia, mężczyzna niespodziewanie otrzymuje list… od Boga, który chce spotkać się z nim w chacie, w której wydarzyła się tragedia. Mack otrzymuje szansę, by znaleźć sens w tym, co odebrało jego życiu znaczenie.

Chata jest próbą – tak, jak wiele osób próbuje wytłumaczyć sobie i zrozumieć – okiełznania trudnych pytań dotyczących wiary, religijności, duchowości, czy natury samego Boga. Czy jest to próba udana? Szukając informacji na temat powieści, znalazłam mnóstwo dyskusji: wśród nich są te wypełnione zachwytem oraz te oskarżające o herezje i niezgodność z Pismem. Według niektórych autor za mocno odszedł od podstaw wiary, a inni z kolei podkreślają, że jest to jedynie niekonwencjonalna próba przedstawienia trudnych zagadnień, zachowująca rdzeń wierzeń. Najwyraźniej (i najbezpieczniej) przyjąć, że mamy do czynienia z fikcją literacką, nie zaś z nieomylną wykładnią i że warto zweryfikować poruszane w niej kwestie, szczególnie jeśli są one dla kogoś podstawą wiary. Nie wierzmy na ślepo, o czym zdaje się mówić sam Young – tylko może nie spodziewał się, że to przesłanie pojawi się i w takim kontekście. Pomijając kontrowersję, Chata jest próbą interesującą, ale nie do końca udaną. Jak już wcześniej wspomniałam, autor starał się podejść do tematu w sposób nieszablonowy, działający na wyobraźnię, ale w przypadku powieści, która podejmuje się wyjaśnienia tak trudnego i złożonego zagadnienia, oczekuję czegoś więcej niż tylko fantazji. Właśnie na tym etapie zaczynają się problemy. Im mocniej bohater angażuje się w rozmowę z Bogiem, tym więcej rozumie, ale tego samego nie można powiedzieć o czytelniku, który siedzi z boku, obserwując wymianę zdań. Mack szybko daje się przekonać, ale ja pozostałam nieprzekonana. Nie byłam sceptycznie nastawiona do lektury, podeszłam do niej z maksymalną otwartością, ale i tak nie mogłam nie zauważyć szeregu poważnych niedociągnięć. Young przedstawia rozmaite prawdy poprzez dialogi, próbuje rozpisać zagadnienia na prostą wymianę zdań, ale w ogólnym rozrachunku wypada to dość… siermiężnie. Mack dyskutuje z Trójcą w dość nietypowych okolicznościach – podczas prac w ogrodzie, podczas gotowania, przy stole w trakcie wspólnego obiadu czy na ganku, popijając zimną lemoniadę. Nie ma poczucia dystansu, onieśmielającej hierarchii, jest za to celebracja bliskości i porozumienia. Rodzinna atmosfera i niezobowiązujące pogawędki kontrastują z przedmiotem rozmów. Śmierć, cierpienie, krzywda zadawana innym, wolna wola, przebaczenie zostają wplecione w dialogi, które w znakomitej większości wypadają sztucznie, jakby niedoświadczeni aktorzy odczytywali kwestie, nie pojmując ich znaczenia. Gdy zaczynamy zagłębiać się w dyskusję i zaglądać pod podszewkę słów, możemy zauważyć, że większość konwersacji zamyka się w kręgu „tak się dzieje – bo tak się dzieje”. Dlaczego? Dlatego. Elektryzująca zapowiedź powieści gaśnie w obliczu zbytniego moralizatorstwa i niewyczerpujących odpowiedzi, a nawet… cukierkowości. Główne wyjaśnienie, które otrzymuje Mack jest takie, że człowiek nie jest w stanie pojąć umysłu Boga i jego planu, i że nic nie dzieje się bez przyczyny. Po prostu trzeba w to uwierzyć. Jasne, to nie są złe argumenty, bo w kwestii wiary często trzeba po prostu… uwierzyć, jednak powieść obiecuje nam coś więcej. Powieść obiecuje nam mężczyznę, którego córeczka została bestialsko zamordowana i który otrzymuje niezwykłą szansę: może porozmawiać z Bogiem o tym, co mu się przydarzyło. Gdzie był Bóg, gdy niewinna dziewczynka cierpiała? Gdzie jest Bóg, gdy dzieje się tyle zła i niesprawiedliwości, dlaczego na to pozwala, jaki sens ma cierpienie? Dlaczego dobrym ludziom przydarzają się potwornie złe rzeczy? Czy to kara? Trzeba przyznać, że są to pytania, które pobudzają wyobraźnię i chyba każdy rozmyślał nad nimi na jakimś etapie życia. Trudno przejść obojętnie obok nich i myślę, że to jest ten haczyk, który masowo przyciągnął czytelników do powieści. Jednak ci, którzy liczyli na religijno-filozoficzne rozważania w Chacie, mogą się srodze zawieść, bo autor z rozbrajającą szczerością oznajmia, że: jaki sens ma cierpienie? Cierpienie ma sens. Po prostu musisz w to uwierzyć. (Ale odpowiedzi na pytanie, po co wierzyć i jak uwierzyć, już nie znajdziemy). Istne „bo tak”. Można odnieść wrażenie, że autor już na wstępie założył, iż Mack będzie tym przekonanym i nawróconym, więc nie czuł przymusu przekonywania go. Raczej potwierdził już to, w co mężczyzna i tak wierzył. Mamy chyba bardziej do czynienia z nawracaniem wierzącego niż wskazywaniem drogi wątpiącemu. To jest ten problem Chaty, który każdy czytelnik rozpatrzy indywidualnie, ale w moim odczuciu Young zbyt pobieżnie podszedł do tematu, który miał być najmocniejszą stroną Chaty. Otrzymaliśmy takie pop-kaznodziejstwo, religię w wydaniu pop, modlitwę w wersji instant zamiast literackiej terapii. Bohater podążył z góry założonym scenariuszem, do którego naprędce dorobiono argumenty. Young założył, co ma się wydarzyć i przesunął bohatera niczym pionek od punktu do punktu. To zrodziło problem w postaci zachowania Macka, które próbuje dopasować się do sytuacji i zmienia się, choć tak naprawdę nie otrzymuje żadnego szczególnego bodźca. Chociaż na wstępie czujemy cierpienie mężczyzny, to dość szybko przechodzimy do uroczego obrazka, w którym pojednanie, radość i godzenie się z losem odgrywają główne role. Wiemy, że przed wyprawą do chaty Mack strasznie cierpiał, jego rodzina również i możemy wyobrazić sobie, jak wielka tragedia ich spotkała. Ale gdy bohater trafia do chaty? W mgnieniu oka wszystko zaczyna się układać. Wieloletnie cierpienie, żal i gorycz znikają… cudem. Rozumiem, że autor nie chciał bawić się w nieskończone przeciąganie liny między Bogiem a Mackiem, ale stawanie na nogi i godzenie się z losem to proces, nie pstryknięcie palcami. Ozdrowienie po wieloletniej krzywdzie również zabiera trochę czasu. Dręczy mnie też jedno pytanie: czemu Bóg nie przyszedł do Macka w zrujnowanej, zasypanej śniegiem chacie, czemu razem nie pochylili się nad cierpieniem, obserwując świat, który nie zawsze jest piękny, a bywa szorstki i pełny goryczy, tylko zafundowano nam ułomne, ludzkie postrzeganie raju? Olśniewająca chata i ogród mają być metaforą – ale czy naprawdę jest ona potrzebna? To staje się takie cukierkowe, bajkowe, disneyowskie wręcz, jakby za wszelką cenę pięknem dało się osłodzić ból. Z jednej strony mamy niewyobrażalne cierpienie, a z drugiej infantylne obrazki, które odwracają uwagę od tego, co najważniejsze. Mack niesie swój krzyż, ale począwszy od atmosfery powieści, poprzez pobieżne odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, a na braku emocji skończywszy, opowieść jest gładka i zupełnie nie odzwierciedla wątpliwości i uczuć, które targają cierpiącym człowiekiem. Jednak trzeba też Chatę pochwalić, bo kryje się w niej sporo trafnych spostrzeżeń, które może nie dotykają najważniejszego pytania, ale również skłaniają do refleksji. Czy Bóg może przestać kochać człowieka? Czym tak naprawdę jest przebaczenie? Autor też nie wyczerpuje tych tematów do końca, ale zasiewa ziarna, które mogą wykiełkować jako rozmyślania. Może gdyby Young nie próbował tak mocno podkreślać morału powieści, okraszając go litrami lukru, przesłanie wypływające z pomniejszych wątków mogłoby przebić się na powierzchnię.

Chata to powieść, którą każdy czytelnik odczyta inaczej. Nie, nie wydaje mi się, by w tym stwierdzeniu była przesada. Poruszane w niej zagadnienia odwołują się do naszych przeżyć i przekonań, do uczuć i emocji, a nawet wiedzy. Skrajne opinie wskazują, że jest to lektura, która nieprzekonanych raczej nie przekona, a wierzących może podzielić swoim ujęciem wiary. Young podjął się opisania trudnego, ambitnego tematu i temu zadaniu nie podołał, tworząc coś na wzór bajki dla dorosłych. Myślę, że taką historię można by opisać o wiele lepiej, wnikliwiej, naprawdę zastanawiając się nad głębią poruszanych zagadnień, bo w obecnej formie Chata nie głosi niczego niezwykłego i nie oferuje wyczerpującej odpowiedzi na pytanie, które sama przed sobą postawiła.

20 lut 2017

„W ciemnym, mrocznym lesie” - Ruth Ware


Tytuł: W ciemnym, mrocznym lesie
Autor: Ruth Ware
Wydawnictwo, rok wydania: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 376
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Prószyński i S-ka



O romansie ze strzelbą Czechowa

Stało się coś strasznego, ale nic nie pamiętam…

Takimi słowami mogłaby rozpocząć się opowieść Rachel z „Dziewczyny z pociągu” Pauli Hawkins. Historia alkoholiczki próbującej na własną rękę rozwiązać zagadkę pewnej tragicznej nocy odbiła się echem zarówno wśród czytelników, jak i widzów. Kilka miesięcy później, licząc od daty pierwszego wydania, Rachel postanowiła zawtórować Nora, bohaterka debiutanckiej powieści Ruth Ware „W ciemnym, mrocznym lesie”. Nieprzeniknione ciemności, desperackie próby odgrzebania ostatnich tragicznych chwil i cofanie się po własnych krokach w głąb przeszłości stanowią szkielet ich historii, który otula niepokój przenikający aż do szpiku kości i dotykający każdego nerwu. Nie pamiętają dokładnie, co się stało – nie muszą, bo ich zadaniem jest to odkryć razem z czytelnikiem. Resztki adrenaliny nadal krążą w ich żyłach, a być może na dłoniach, wśród otarć, pozostała zakrzepnięta krew. Na ustach czują ślady urwanego krzyku, gdy osunęły się w niepamięć. Niewiedza jest tak nieznośna i tak mocno doskwiera, że są gotowe zrobić wszystko, by odzyskać wspomnienia. Na szali kładą ciężar świadomości tego, co im się przydarzyło, a sprawiedliwość dokłada ciężar konsekwencji.

…a większości trupów lepiej nie odkopywać.

Nora o tym wie, bo zakopuje i odkopuje trupy zawodowo. Jako autorka poczytnych kryminałów ma na sumieniu niejedną zbrodnię, którą skonstruowała w zaciszu swojego domu. Preferując życie w pojedynkę i niechętnie opuszczając mieszkanie, pisarka skupia się na tworzeniu kolejnych kryminalnych intryg. Gdy niespodziewanie trafia do niej mail z zaproszeniem na wieczór panieński dawnej przyjaciółki, Nora początkowo zamierza odmówić. Nie dość, że ostatni raz widziały się dziesięć lat temu, to na dodatek w przeszłości Nora pogrzebała pewne tajemnice, do których wolałaby nie wracać. Jednak stare sympatie w końcu wygrywają i pisarka trafia do wiejskiej posiadłości, gdzie ma świętować przez cały weekend. Przyszła panna młoda i jej goście zamierzają się dobrze bawić, a wieczór panieński dostarcza im naprawdę silnych emocji, można by rzec… w zabójczej dawce. Gdy Nora budzi się później w szpitalu, wspomnienie weekendu na wsi jest zasnute gęstą mgłą zapomnienia. Wie tylko jedno - stało się coś strasznego i ona może zapłacić za to wysoką cenę. Do tej pory pisarka tworzyła zbrodnicze intrygi we własnej głowie. Teraz musi zmierzyć się z zagadką, która przeniosła się do prawdziwego życia.

„W ciemnym, mrocznym lesie” wzięło swój tytuł od otwierającej powieść upiornej wyliczanki, w której wszystko jest ciemne i mroczne, aż docieramy do wielkiego finału – czyli do trupa. Martwe ciało przemycono nawet na okładkę, która grozi, że „kogoś czeka śmierć”. Jeśli zaczynamy z takim przytupem, to co będzie dalej?

Ciemny, mroczny debiut Ruth Ware wpisuje się w nurt, który poznaliśmy dzięki Gillian Flynn, Pauli Hawkins, Fionie Barton, S.J. Watsonowi czy nawet Jessice Knoll. To tylko nieliczne z nazwisk, które znalazły swoje miejsce w nowej fali między kryminałem a thrillerem. Chociaż domestic noir i marriage thriller nie są niczym nowym, to zmasowany atak przypuszczony na księgarskie półki i domowe biblioteczki stworzył nowy trend. W 2014 roku Rosamund Urwin użyła w stosunku do niego określenia „chick noir”* (tak, to chick z chick-litu), a zawtórowała jej pisząca dla „Guardiana” Charlotte Jones**, upatrując w tym rozwoju nowej gałęzi literatury kobiecej, która wykonała gwałtowny skręt, nasiąkając thrillerami i teraz przygląda się tej mroczniejszej stronie związków międzyludzkich. Bo czy tak naprawdę znamy bliskie nam osoby? Co można zrobić ze zdobytym zaufaniem, jeśli jest się wystarczająco cierpliwym? Johanna Thomas-Corr w swoim artykule dla „Evening Standard” trafnie określiła kategorię słowami „zamiast obawiać się anonimowego seryjnego mordercy, teraz [twórcy] sprawiają, że najbardziej niepokoi nas osoba siedząca obok na kanapie”***. I coś w tym jest. Przyjaciółki już nie popijają razem kolorowych drinków, plotkując o łóżkowych podbojach. Teraz w drinku może tkwić trucizna, a flirt z przystojnym nieznajomym może być elementem zemsty rzekomej przyjaciółki. Przyjaciele, małżonkowie, ukochani, całe rodziny tworzą ciasny krąg powiązań, który może kogoś w końcu udusić. Dosłownie – albo i nie. Sęk w tym, że poprzeczka popularności podnosi się coraz wyżej z każdym tytułem i kolejna powieść chcąca popłynąć na tej fali, musi mieć w sobie to coś, co pozwoli jej wyróżnić się i zawojować świat. Sporo tytułów odniosło sukces, ale jeszcze więcej utknęło na półkach. Powrót do typowego „jeśli coś stało się żonie, to najczęściej winny jest mąż” i „trzymaj swoich przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej”, inspiruje autorów, popychając ich w stronę skomplikowanych relacji i zwrotów akcji.

Ware zdecydowała się na klasyczny zabieg, przeplatając rozdziały z przeszłości i teraźniejszości. Obserwujemy główną bohaterkę, która rozpaczliwie próbuje przypomnieć sobie wydarzenia prowadzące do tragedii, a jej próby przenoszą nas do kolejnych dni – a później godzin i minut przed punktem zero. Śledztwo przeplata się z wieczorem panieńskim i właściwie niełatwo wskazać, które z nich jest bardziej osobliwe. Zbieranina dawnych i obecnych przyjaciół zamienia świętowanie w drętwe „zabierzcie-mnie-stąd-jak-najszybciej” próby przetrwania weekendu. Nic nie rozluźnia atmosfery – nawet pijackie gry, które z założenia mają zintegrować gości panny młodej, prowadzą do kolejnych nieporozumień. Na jaw wychodzą sekrety, spirala złośliwości i uszczypliwości zatacza coraz szersze kręgi. Wiemy, że coś złowrogiego wisi w powietrzu i to właśnie ta atmosfera jest najmocniejszą stroną „W ciemnym, mrocznym lesie”. Przeczucie potęguje budynek, w którym autorka „uwięziła” bohaterów. Zasypane śniegiem odludzie otoczone lasem, a pośrodku dom z wielkimi oknami, które zamieniają każde pomieszczenie w scenę. Gdzie jest widownia? Ukryta pośród śniegu i drzew, ukryta za stronicami powieści. Z jednej strony tkwimy razem z bohaterami w klaustrofobicznej klatce, bez możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym, a z drugiej nie ma takiego kąta, w którym czulibyśmy się bezpiecznie, ze względu na wrażenie otwartej przestrzeni. Obserwujemy i jesteśmy obserwowani. Wystawieni na ostrzał spojrzeń, zmuszani do konfrontacji pod płaszczykiem uprzejmych uśmiechów, bohaterowie przechodzą z dyskomfortu i niepokoju przez zdenerwowanie do paraliżującej paranoi i paniki. Trawią ich złość i strach, które wpływają na ich relacje z innymi i na samego czytelnika. Chcielibyśmy jak najszybciej wyjść z tego przedślubnego przyjęcia, bo mamy świadomość, że nieznośne napięcie doprowadzi do czegoś złego, a my niekoniecznie chcemy być tego świadkiem. Rozsądek podpowiada jedno, ale ciekawość… Jak to ciekawość, stanowi pierwszy stopień do piekła, do którego droga jest wybrukowana kolejnymi rozdziałami.

Żałuję, że autorka nie zdecydowała się na wykorzystanie zawodu i wyobraźni Nory w większym stopniu. Pisarka żyjąca z tworzenia kryminalnych intryg nagle trafia w sam środek zbrodniczej zagadki? To powinno dać pole do popisu, jeśli mówimy o igraniu z czytelnikiem, o zacieraniu granicy pomiędzy fantazją a rzeczywistością. Czy to, o czym opowiada nam Nora, jest prawdziwe, czy może to produkt jej wyobraźni? Zainspirowana zaproszeniem od dawno niewidzianej przyjaciółki tworzy nową historię, czy faktycznie została w coś wplątana? Snuje swoją opowieść równolegle do rozwoju akcji? Niestety, nie odczułam tego igrania w trakcie lektury. Bohaterka desperacko dąży do przypomnienia, do prawdy i nie ma tutaj miejsca na nic innego. Jej spostrzeżenia przyjmujemy bez zwątpienia, bo są to jedynie obserwacje, w które ona nie ingeruje. Nie ma tego poczucia, że jest narratorką niegodną zaufania, że trzeba się jej strzec, bo być może nas oszukuje. Dodanie „W ciemnym, mrocznym lesie” kolejnej płaszczyzny na pewno przysłużyłoby się powieści, bo sama utrata pamięci to zaledwie punkt wyjścia.

Ware sporo brakuje do Gillian Flynn i przez porównanie wypada nieco gorzej niż Paula Hawkins, głównie dlatego, że trzyma w rękawie najmniej asów. Zdecydowanie jej największym błędem jest zbyt nachalne przekonywanie czytelnika, że to osoba X czy Y odpowiada za zbrodnię, zamiast pozwolić mu wysnuć wniosku samemu. Właśnie przez takie zachowanie typowałam własnych podejrzanych i nawet nie brałam pod uwagę tych bohaterów, do których tak usilnie próbowała przekonać mnie autorka. Czytelnika trzeba wodzić na nos z finezją, tak samo, jak robią to magicy z publicznością. Ale, jak już przy magikach jesteśmy, to trzeba przyznać, że Ware udało się odwrócić uwagę czytelnika od innej kwestii, również związanej z intrygą – bo przyglądanie się podejrzanym to jedno, ale pozostaje jeszcze znalezienie motywu… A tutaj, można by rzec, dopiero zaczyna się zabawa. Każdy trup ma swoją historię i nie inaczej jest w powieści Ware. Można by się spierać, czy w intrydze ułożonej przez autorkę nie ma za dużo przypadkowości, ale z pewnością należy pochwalić opowieść, którą ukryła za tym konkretnym trupem. Upiorna kwintesencja gatunku w świetnym wydaniu! Muszę przyznać, że ona zafascynowała mnie bardziej niż samo śledztwo Nory, stanowiąc niezły materiał na osobną powieść. Autorka wie, gdzie szukać ciemności i demonów, ale musi jeszcze przemyśleć, jak konstruować historię i na które wątki kłaść nacisk, by wydobyć z nich to, co najlepsze. Chociaż wykorzystuje schematy i opowiada historię, która brzmi dość znajomo, to jednak absorbuje czytelnika – a to też sztuka. Z pewnością nie wprowadza rewolucji, ale czerpiąc zarówno z małżeńskiego dreszczowca, jak i z domestic noir, stworzyła powieść, z którą nie chciałam się rozstać przed końcem lektury. Powiem więcej, zaciekawiła mnie na tyle, że mam ochotę rozejrzeć się za jej kolejnymi książkami.

Wieczór panieński symbolizuje pożegnanie z pewnym etapem życia i radosne przywitanie nowej drogi, na którą niedługo wkroczy się z ukochaną osobą. Według Ruth Ware wieczór panieński stanowi pożegnanie ze starym życiem… tyle że dla niektórych jest ono śmiertelnie poważne i ostateczne. Po wydarzeniach w domu na wsi, niektórzy rzeczywiście wkroczą na nową drogę życia, a innym pozostanie tylko śmierć. Czyja droga urwie się w ciemnym, mrocznym lesie?


----------


Źródła:
* Rosamund Urwin ”Move over Fifty Shades, there’s a brand new genre whipping the publishing world into a murderous frenzy” [dostęp 04.02.2017]: http://www.standard.co.uk/lifestyle/london-life/move-over-fifty-shades-there-s-a-brand-new-genre-whipping-the-publishing-world-into-a-murderous-9034128.html
**Charlotte Jones „Chick noir: a thoroughly modern Victorian marriage thriller” [dostęp 04.02.2017]: https://www.theguardian.com/books/booksblog/2014/jan/24/chick-noir-modern-victorian-marriage-thriller
*** Johanna Thomas-Corr „The rise of the paranoid marriage thriller” [dostęp 04.02.2017]: http://www.standard.co.uk/lifestyle/london-life/darker-side-of-domestic-bliss-why-were-all-hooked-on-paranoid-marriage-thrillers-like-the-affair