23 kwi 2018

The Wife Between Us/ Żona między nami - Greer Hendricks, Sarah Pekkanen [przedpremierowo]

Tytuł: The Wife Between Us
Autor: Greer Hendricks, Sarah Pekkanen
Wydawnictwo, rok wydania: St. Martin's Press, 2018
Ilość stron: 346

Polskie wydanie
Tytuł: Żona między nami
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: [zapowiedź] 21.05.2018
Ilość stron: ???
Cena: 37,90 zł


~~***~~



Czy domestic noir, thriller małżeński i inne koszmary spod znaku relacji małżeńsko-rodzinnych kiedykolwiek mi się znudzą? Może kiedyś. Ale ten czas jeszcze nie nadszedł.

„Żona między nami” była jedną z głośniejszych premier początku tego roku. Rywalizowała w tym samym tygodniu z mocno promowaną „Kobietą w oknie”, razem je recenzowano i siłą rzeczy walczyły o podium na listach bestsellerów. Obydwie traktują o kobietach (kiedyś były dziewczyny, teraz mamy żony i kobiety), a podszyta niepokojem historia kręci się wokół intrygi, która może mieć śmiertelnie poważne konsekwencje. Przynajmniej tak się wydaje tytułowej bohaterce. Obserwując wydawniczo-czytelniczy „buzz”, zdaje się, że potyczkę popularności wygrała „Kobieta w oknie”, ale czy to znaczy, że A.J. Finn jest lepszy od duetu Pekkanen-Hendricks? Każda z tych powieści ma elementy, w których radzi sobie albo lepiej, albo gorzej niż rywalka. „Kobieta w oknie” rozpoczyna się nieśpiesznie, autor cierpliwie zagęszcza atmosferę, buduje na kartach powieści psychikę głównej bohaterki i gdzieś pomiędzy tymi elementami tka intrygę, która w finale ujawnia wszystkie oplatające Annę nici i nitki. To powieść, która w dużej mierze opiera się na klimacie i tworzeniu obrazów – mamy widzieć miejsca, sceny, mamy czytać ją jak film (zresztą sam autor ustami bohaterki odwołuje się do filmów). A omawiana „Żona między nami”?

Będziesz przekonany, że wiesz wszystko.

Będziesz przekonany, że to historia chorobliwie zazdrosnej kobiety i jej obsesji dotyczącej nowej wybranki byłego męża.

Będziesz przekonany, że to historia kobiety, która ma poślubić ukochanego mężczyznę.

Będziesz przekonany, że pierwsza żona była katastrofą i mąż po prostu się jej pozbył.

Będziesz przekonany, że znasz motywy, historię, anatomię relacji.

Przekonaj się, że nie wiesz niczego.

Odważne. Czy to oznacza, że Pekkanen i Hendricks mają tyle dodatkowych asów w rękawie, że nie boją się zdradzić tak dużo? Wydawca mógłby przecież zdecydować się na klasyczny opis, który wskazywałby właśnie, że to opowieść o kobiecie, która ma obsesję na punkcie byłego męża i jego nowej wybranki. A jednak zdecydowano się na inne rozwiązanie. Intrygujące. Pomysłowe. W skomplikowane, (eks)małżeńskie perypetie wprowadza nas Vanessa, która nie radzi sobie w życiu i obsesyjnie rozmyśla o swoim byłym mężu i jego nowej wybrance. Richard chce zapomnieć o byłej żonie i rozpocząć nowe życie z piękną narzeczoną, ale nad ich szczęściem wisi cień. Nellie oczyma wyobraźni widzi siebie w białej sukni u boku Richarda, ale trudno rozpocząć nową wspólną przyszłość, gdy przeszłość coraz głośniej puka do drzwi… Tyle musicie wiedzieć. I tyle wystarczy.

„Żona między nami” wciągnęła mnie w grę – chciałam przekonać się, jakie sekrety skrywa, jak bardzo mogę się mylić w ocenie. W trakcie lektury tworzyłam kolejne scenariusze, niektóre absolutnie szalone i próbowałam rozsupłać relację żona-mąż-kochanka. Gdy myślałam, że już wszystko odkryłam, przekonałam się, że był to jedynie wierzchołek góry lodowej. Autorki żonglują perspektywami, próbują zwodzić czytelnika i wprowadzają kolejne zwroty akcji. Bohaterowie igrają z ogniem, a pisarki igrają z nami. I trudno ukryć satysfakcję, gdy przewidzimy ich kolejny ruch. Udało mi się rozgryźć niektóre zwroty akcji, ale nie powiedziałabym, że było to banalnie proste czy przewidywalne. Pekkanen i Hendricks przez całą powieść podrzucają drobne okruchy prawdy, łatwe do przeoczenia informacje, które zaczynają mieć sens dopiero wtedy, gdy je odpowiednio odczytamy. Niewątpliwie próby domyślenia się, o co chodzi i kto macza w tym wszystkim palce, są częścią zabawy. Nie jest to powieść (jak na przykład „Za zamkniętymi drzwiami” B.A. Paris), która bazowałaby na czystych emocjach, nie przyszpila do stron strachem i szybszym biciem serca - raczej stawia na literackiego twistera, a kolejne zwroty coraz mocniej mieszają nam w głowie. Wielu recenzentów krytykuje ich natłok oraz splot okoliczności, ja za to widzę tu okazje, które autorki postanowiły wykorzystać. Jeśli gdzieś dało się wywrócić historię do góry nogami, to na pewno spróbowały coś z tym zrobić. Nie zawsze umiejętnie, bo finał jest za bardzo naciągany, a pewne wydarzenia mogły być rozegrane inaczej. Jest w tym trochę amerykańskiego efekciarstwa, ale na szczęście nie jest tak źle, by pozostawić duży niesmak.

Jednak żeby nie było tak słodko, mam też wrażenie, że część tych wspomnianych asów pochodzi z talii innych autorów.

„Żona między nami” po części mocno polega na rozwiązaniach, które już wcześniej widzieliśmy, przez co elementy kiedyś budzące zaskoczenie, teraz nie wywołują już takiego mocnego efektu. Autorki z jednej strony starają się stworzyć ciekawą historię, poruszyć nowy obszar w relacjach żona-mąż, ale z drugiej niszczą swoje wysiłki, sięgając do ogranych motywów i rozwiązań, które już się opatrzyły. Wymieńmy tutaj chociażby główną bohaterkę, Vanessę, która lubi zaglądać do kieliszka i obsesyjnie rozmyśla o byłym mężu. Jej zachowanie sprawia, że trudno darzyć ją sympatią i obserwujemy jej wysiłki z politowaniem. Zachowuje się, jakby była niezrównoważona i nietrudno pomyśleć o Rachel, „Dziewczynie z pociągu” Pauli Hawkins, czy rywalce, Annie z „Kobiety w oknie” A.J. Finna. Sylwetka bohaterki, która w założeniu miała wprowadzać w błąd, być tą, której nikt nie wierzy, nieważne czy to czytelnik, czy inna postać, teraz jest gwarantem tego, że coś rzeczywiście jest nie tak, że to ona ma rację. Mamy jej nie ufać, a chyba ufamy najmocniej. Zrobiła się z tego taka łopatologiczna wersja psychologii odwróconej. Trzeba oddać autorkom to, że próbują wykorzystać ten schemat na swoją korzyść, oferując całkiem zgrabne wytłumaczenie, ale właściwie nie musiały tak mocno na nim polegać. To, co udało się Hawkins w przypadku Rachel, raczej nie da się powtórzyć. Musimy znosić uzależnienia i nieporadność bohaterki, świetnie zdając sobie sprawę, że jest w tym drugie dno. W tej powieści dzieje się tyle, że takie wprowadzenie jest w ogóle niepotrzebne, a późniejsze wydarzenia tylko uwypuklają zbędność tego zabiegu. Vanessa równie dobrze mogłaby być sympatyczną, perfekcyjną panią domu, uroczą duszą towarzystwa, religijną społecznicą, uduchowioną joginką... Na pierwszy rzut oka. Można tak fantazjować w nieskończoność. W tej powieści tak wiele dzieje się na pierwszy rzut oka, a pozory mylą, więc dlaczego by nie pociągnąć tego dalej? Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, alkoholizm zrobił się nudny, to foreshadowing*, którego nie potrzebujemy. Szczególnie w tej powieści – trzeba by żyć w absolutnej niewiedzy na temat najpopularniejszych thrillerów małżeńskich ostatnich lat, by nie rozpoznać gotowych konstrukcji i nie przewidzieć, do czego one prowadzą. Oczywiście, można spróbować tłumaczyć, że autorki z premedytacją sięgnęły po sztampowe elementy, żeby nadać im nowe życie i stworzyć zaskakujące zwroty akcji, tyle że nieszczególnie daleko od tej sztampowości odeszły, zarówno kreując postać Vanessy, jak i jej byłego męża, Richarda, oraz anatomię ich relacji. Trudno być zaskoczonym, jeśli mamy za sobą lekturę wspomnianej „Dziewczyny z pociągu” oraz „Za zamkniętymi drzwiami”.

Niecierpliwie wyczekiwałam „Żony pomiędzy nami”, skuszona tajemniczą zapowiedzią, która zdradziła wszystko, nie mówiąc nic. Zupełnie jak główna bohaterka. Historia Vanessy, Richarda i Nellie nie odmieni raczej oblicza gatunku, ale gwarantuje kilka godzin zaangażowania w brudne gry małżeńskie, czyli to, dla czego sięgamy po thrillery małżeńskie. Jest to powieść i dobra, i przeciętna, w której rewelacja sąsiaduje ze sztampowością, zaskoczenie z rozczarowaniem. Zapewnia rozrywkę, ale nie robi takiego wrażenia jak Gillian Flynn czy B.A. Paris.

A tymczasem wracając do wspomnianej na początku rywalizacji - jeśli lubicie zagadkę, w której niebagatelną rolę odgrywa klimat, wygra A.J. Finn, jeśli za to oczekujecie wszystkich możliwych twistów i zwrotów akcji, duet Pekkanen i Hendricks będzie dla was najlepszym wyborem.


_________
* to foreshadow – zapowiadać, zwiastować. Twórca filmu bądź powieści pokazuje odbiorcy pewne elementy, które będą miały znaczenie dopiero w późniejszym czasie. Sugeruje, co się wydarzy, ale odbiorca często nie zdaje sobie z tego sprawy i dopiero patrząc wstecz, jest w stanie dostrzec ukryty sens pewnych rzeczy/wydarzeń.

14 kwi 2018

More Happy Than Not. Raczej szczęśliwy niż nie - Adam Silvera


Tytuł: More Happy Than Not. Raczej szczęśliwy niż nie
Autor: Adam Silvera
Wydawnictwo, rok wydania: Czwarta Strona, 2018
Ilość stron: 400
Cena: 36,90 zł


~~***~~




Szczęście nie powinno być tak trudne*

Literacką przygodę z Adamem Silverą rozpoczęłam na długo przed „szczęściem” – sięgając po powieść „They Both Die at the End”, najnowszy tytuł wydany we wrześniu ubiegłego roku w Stanach, nie miałam pojęcia czego się spodziewać. Co prawda recenzenci uprzedzali o smutku, łzach i złamanych sercach, ale w swojej naiwności byłam przekonana, że przecież nie może być aż tak źle (czytaj: aż tak emocjonalnie). Cóż, po przeczytaniu „They Both Die at the End”, gdy po głowie kołatała się myśl „jak żyć?”, nie pozostało mi nic innego, jak tylko potwierdzić – jest aż tak źle. Autor już w tytule ostrzega nas, w jakim kierunku zmierza opowieść (tytuł głosi wprost: na końcu obaj giną), ale i tak zalewają nas kolejne fale skrajnych emocji, a serce łamie się po cichu, by w finale strzaskać się w proch, że tak łzawo to ujmę. Nawet z ostrzeżeniem, nie można się przygotować na to, co szykuje dla nas autor. Nie inaczej jest w „More Happy Than Not – Raczej szczęśliwy niż nie”.

Być może będę odosobniona w tych skojarzeniach, ale historie stworzone przez Silverę zarówno w „They Both Die at the End”, jak i w „More Happy Than Not” przypominają odrobinę odcinki serialu „Black Mirror”, tyle że w wydaniu dla nastolatków. Rzeczywistość, która mogłaby być naszą rzeczywistością, wzbogacona jest o technologię stanowiąca w dużej mierze pretekst do opowiedzenia o kondycji ludzkości, relacjach międzyludzkich, naszym funkcjonowaniu zarówno w odniesieniu do nowych technologii, jak i drugiego człowieka. W „They Both Die at the End” jest to system Death-Cast informujący wybrane osoby, że umrą w ciągu najbliższych 24 godzin. „More Happy Than Not” opiera się za to na istnieniu Instytutu Leteo, miejsca, w którym można wymazać pamięć i manipulować wspomnieniami.

Aaron Soto wie, jak wygląda życie po końcu świata. Samobójstwo ojca wstrząsnęło nim i odebrało mu wiarę w szczęście. Teraz, z pomocą dziewczyny Genevieve i kumpli z osiedla, próbuje pozbierać to, co pozostało z jego życia, choć ma wrażenie, że są to głównie problemy naznaczone smutkiem. Gdy Aaron zaprzyjaźnia się z Thomasem, który jest inny niż reszta jego paczki, spędzony z nim czas uświadamia mu, że może go jeszcze spotkać coś dobrego. Niestety, nie da się ot tak zapomnieć o kłopotach, o czym chłopak boleśnie przekonuje się na własnej skórze. Przekonany, że nie zniesie kolejnego ciosu, postanawia poddać się zabiegowi w Instytucie Leteo i wymazać swoje wspomnienia. Jak mocno trzeba cierpieć, by chcieć stracić część siebie?

Na wstępie trzeba przełknąć gorzką pigułkę – początek zupełnie nie zapowiada niezwykłej powieści. Jest dość chaotycznie, nie bardzo wiadomo, dokąd zmierza historia i muszę przyznać, że początkowe rozdziały zupełnie mnie nie wciągnęły. Zastanawiam się, czy gdyby nie moje uwielbienie dla „They Both Die at the End”, to odłożyłabym książkę na półkę i sięgnęła po inny tytuł. Byłby to błąd, jak udowodniła mi dalsza lektura „More Happy Than Not”, ale nie ukrywam, że nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nic nie zapowiadało tego, co wydarzyło się później - a później nie mogłam się oderwać. Stopniowo zagłębiamy się w historię Aarona, poznajemy jego tajemnice i z każdym rozdziałem otrzymujemy kolejną część układanki, która w finale układa się w pełny obraz życia. Brzmi dość prosto, prawda? Sęk w tym, że u Silvery nie jest to takie oczywiste. Na pierwszy rzut oka to tylko opowieść o chłopaku z Bronksu, który spędza czas z rodziną, dziewczyną i kumplami, kierując się zasadami, które pozwalają przetrwać w nie zawsze bezpiecznej dzielnicy. Jest w nim trochę z dziecka i trochę z dorosłego, krąży między zabawą w chowanego z kumplami a wewnętrznym dramatem, przed którym nie potrafi się ukryć. Ukrywa za to swoje uczucia, tłamsi je, trwając w przekonaniu, że tylko tak będzie mógł normalnie żyć. I tutaj zauważamy płynne przejście od jednego świata do drugiego, od tego, co nam się wydaje, że wiemy o tej historii do tego, czym ona rzeczywiście jest. Rozdarcie Aarona obserwujemy w prawie każdej dziedzinie – od myśli i emocji aż do otoczenia. Uwikłany w konflikt, musi wybierać między tym, kim jest, a kim musi być. By rozwiązać swoje problemy, postanawia sięgnąć po drastyczne rozwiązanie i wymazać część wspomnień. Przestanie cierpieć po śmierci ojca. Będzie inny, będzie lepszy i wszystko się ułoży. Dopasuje się. Adam Silvera w swoim debiucie nie tylko przewrotnie komentuje to, czy można „leczyć” osoby LGBT, ale przede wszystkim patrzy na „More Happy Than Not” szerzej, w kontekście każdego człowieka i jego przeżyć – każdy z nas ma wspomnienia, których wolałby się pozbyć, niełatwe przeżycia, może nawet ktoś myślał o tym, że wolałby być kimś innym. Jednak jeśli wyprzemy się siebie, co nam pozostanie? Czy możemy stawać się sobą w innym wydaniu? Zadając te pytania, Silvera nie sięga po moralizatorski ton, nie tworzy cukierkowej wizji tego, że dobrze być sobą i to gwarantuje szczęście, bo wie, że to złożone zagadnienie. I taka też jest historia Aarona. Towarzysząc bohaterowi w drodze prowadzącej do podjęcia decyzji o zabiegu, zżywamy się z nim, coraz żarliwiej kibicując mu, w nadziei, że wyjdzie na prostą. Powieść uderza w czytelnika dużym ładunkiem emocjonalnym, który autor cierpliwie konstruuje już od pierwszej strony, jakby na przekór przeciętnemu początkowi. Podobnie do widniejącej na okładce eksplozji kolorów, „More Happy Than Not” korzysta z całej palety uczuć, którą doświadcza zarówno główny bohater, jak i czytelnik. Jeśli już przy kolorach jesteśmy, warto wspomnieć o detalach w wydaniu książki – brzegi kartek zabarwiono na fioletowo; plamy przypominają spływającą farbę, jakby ktoś użył sprayu do ozdobienia tomu. Jest to jednocześnie ważny symbol w historii Aarona i świetnie, że zdecydowano się na wykorzystanie tego elementu.

„More Happy Than Not” nie jest lekkie, łatwe i przyjemne. Po lekturze „raczej” nie będziecie szczęśliwi. Przynajmniej nie od razu. To zaskakująca, refleksyjna i w dużej mierze smutna historia, ale i jest w niej nadzieja – zdobyta z trudem, czasem budząca wątpliwości „czy nie lepiej byłoby się poddać?”. Zadając pytanie, czy może istnieć przyszłość bez przeszłości, szczęście bez smutku i zapomnienie bez pamięci, „More Happy Than Not” nikogo nie pozostawi obojętnym. Powtórzę to, co napisałam wcześniej: nawet z ostrzeżeniem, nie można się przygotować na to, co szykuje dla nas autor. W końcu cios w szczękę boli zawsze tak samo, a Adam Silvera udowadnia, że z każdym tytułem jego lewy sierpowy staje się coraz lepszy.

Czasami ból jest tak nieznośny, że na myśl o spędzeniu z nim kolejnego dnia człowiek ma dość. Innym razem ból działa jak kompas, który pomaga przedostać się przez pochrzanione tunele dorastania. Ale ból może pomóc w znalezieniu szczęścia tylko, jeśli go pamiętasz.**

____

* tytuł recenzji zaczerpnięto z powieści More happy than not – Raczej szczęśliwy niż nie, Adam Silvera, tłum. Sylwia Chojnacka, str. 218

** tamże, str. 364